wtorek, czwarty dzień lipca

matko posłał mi ostatnio- jeszcze w czerwcu- smsem zagajewskiego, o którym zapomniałam na amen, a teraz myślę o tym prawidle codziennie, bo tu przecież problemem nie jest tylko czerwiec, ale całe lato i pewnie życie w ogóle. w dodatku to słuszna diagnoza na mój temat, mam skłonności do takich dylematów i zmartwień:

 

„i znowu był czerwiec- łagodne, długie, wolno gasnące wieczory, wieczory które tak wiele obiecują, że cokolwiek się z nimi zrobi, ma się zawsze wrażenie, porażki, zmarnowanego czasu. nie wiadomo, jak najlepiej je przeżyć. iść przed siebie, albo może zostać w domu i siedzieć przy szeroko otwartym oknie, tak żeby ciepłe powietrze, nasycone dźwiękami lata, weszło do pokoju i zmieszało się z książkami, z ideami, z metaforami, z naszym oddechem. ale nie, to także nie jest sposób, to nie jest możliwe. można ich- tych niekończących się wieczorów- tylko żałować, kiedy już przeminą, kiedy dzień będzie coraz krótszy. są nieuchwytne”.

 

tu mnie ma, ja już właściwie zaczęłam ich żałować. nie dosyć, że tu, na wschodzie polski, dzień zasypia prędzej niż na przykład na dolnym śląsku, to jeszcze codziennie idzie do łóżka parę minut szybciej, i ja codziennie wieczorem zasmucam się na kilka chwil.

 

a na marginesie- jestem z obozu sympatyków zagajewskiego, nie bardzo rozumiem wyrazy politowania i pobłażliwości, które często tańczą wokół jego nazwiska. on pisze moim językiem i chyba oglądamy ten sam świat.

 

a.