schyłek czerwca

wieczorne przebieżki po moim mieście, pod lipami i jaśminem, pod wawelem umalowanym brzoskwiniową szminką. co chwilę się zatrzymuję, żeby popatrzeć na ten czy inny kawałek zarumienionego nieba. słucham po raz trzeci tej rozmowy z jarosławem mikołajewskim i to pewnie nie koniec. to jedyny znany mi człowiek, który mówi wierszem. w dodatku ma właściwości uspokajające- gdy będę miała kiedyś płaczące dziecko, to będę zapętlała wywiady z mikołajewskim, przy nim świat jest wyraźny, zrozumiały, sensowny.

 

w długi weekend przyjaciele, którzy występują ostatnio w zestawie rozszerzonym- już nie tylko basia i marcin, ale też buldożer francuski kracio i chłopczyk, który rośnie pod basinym sercem. świąteczny dzień w krakowie- więc spacery, jedzenie, wino, lody, lipy, a potem znów i znów. w ogóle takie dni- to i bieganie, pieczenie, gotowanie, biblioteka, plany.

 

co na talerzach- pierwsza w tym roku scafata, to wciąż moja ulubiona rzecz na całym świecie. minestrone z zielonych warzyw-podrostków i pesto z pęków bazylii, pieczone ziemniaki i kalafior z „bułką tartą” z podsmażonych ziół, pizza w nolio, na wystawne śniadania- malinówki z truskawkami, szalotką, mozzarellą i pesto, ubita z miodem chmura twarogu z pieczonymi w porto truskawkami, szparagi z estragonem, jajkami na twardo i palonym masłem, bochen chleba, labneh z oliwą i letnimi ziołami, bób z miętą. nie wiadomo co gotować, w głowie się kręci od możliwości.

 

jedziemy na kilkudniową wycieczkę na węgry, z stamtąd do kotliny kłodzkiej. bez specjalnego planu i oczekiwań, z książkami, pudełkiem czereśni, termosem herbaty i kanapkami, które zjemy gdzieś po drodze. z reguły stoję w opozycji do letnich wakacji poza polską, łatwo w ten sposób przegapić krótki sezon na świeży groszek czy agrest, ale mam powyżej uszu dziewięciostopniowych nocy, nie najcieplejszych dni i deszczu w międzyczasie. chcę do lata. poza tym co to za zagranica, do której jest tak samo daleko jak do warszawy. trochę wstyd, że nigdy tam nie byłam.

 

a.