Category: Prawa

16-17 grudnia, sobota/niedziela

dopiero co piliśmy wszyscy razem gin w naszej niewielkiej kuchni i znowu jest sobota. za nami pękaty, żywy tydzień, po szyję opatulony w atrakcje i wzmożoną pracę. od niedzieli do czwartku codziennie teatr, grudzień w krakowie to jednak festiwal boska komedia. widzieliśmy kolejno „henriettę lacks”, „harper”, „ślub”, „będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi kamyk” dudy-gracz i „chłopów” garbaczewskiego, z których zrezygnowałam po pierwszej części. dwa razy w życiu zdarzyło mi się wyjść z teatru i dwa razy ze spektaklu garbaczewskiego właśnie (rok temu uciekłam z „roberta robura”). wciąż nie wiem co lubię w teatrze, ale wiem czego nie lubię i na pewno jestem w opozycji do garbaczewskiego, co za nabijanie narodu w butelkę, w dodatku za niemałe pieniądze.

 

w brzuchu zima. brandade z dorszem, wędzonym węgorzem i orzechami włoskimi z creme fraiche z naszej wspólnej kolacji w zakładce, jedzenie na mróz. w niedzielę po waszym wyjeździe upiekłam pół kilograma brukselki z orzechami włoskimi, zjedliśmy ją z suszoną kiełbasą z dzika, soczewicą (pamiątka z  castelluccio) a la rachel roddy- ze skórką otartą z pomarańczy, nacią pietruszki i oliwą- i niebywałymi serami od pana z le rond- tym razem sędziwy comte, mój ulubiony ostatnio gros lorrain, wspaniały, cierpki, ziemny, i kremowy brie z wyższej półki. wspaniałe jedzenie schyłku jesieni- cierpkość, piołuny, goryczka.

w poniedziałek rano jadłam kanapki z labneh, wędzonym trewalem (jaka to smaczna ryba!) i koperkiem. we wtorek ugotowałam sobie wielki gar drobnej białej fasoli, która cieszyła mnie aż do piątku. chociaż korzystam ze strączków w puszkach, to niestety nijak mają się one do ugotowanej fasoli czy ciecierzycy. szczególnie fasola jest wspaniała, ugotowana z liśćmi laurowymi, ziarnami pieprzu i szałwią- słodka i maślana. w tamtym tygodniu na instagramowym profilu restauracji ducksoup widziałam bardzo apetyczne zdjęcie podpisane „smoked haddock, butterbeans, leeks & soft egg” i przez trzy dni z rzędu jadłam to samo, z trewalem w miejsce łupacza.

wróciły pieczone buraki z pomarańczami, pestkami dyni i fetą. zajęłabym też pewnie wysoką pozycję w konkursie na gorączkowe spożywanie cykorii i innych cierpkich sałat. dziś na śniadanie znów sadzone jaja, labneh, masło z chili, kruszonka z croissata i orzechy pinii, takie, jakie zrobiłam nam w niedzielę. po przepracowanej sobocie ulubiona pizza w nolio.

w środę natomiast gościłam dwie przemiłe panie, z których jedna jest dramaturgiem i wykładowcą na uniwersytecie w hull pracującą nad publikacją o chlebie w kulturze, wspomnieniach i w centrum życia w ogóle. upiekłam nam chleb i przez trzy godziny jadłyśmy kromki z masłem, miodem gryczanym albo mascarpone z rodzynkami (nigel slater) i piłyśmy różaną herbatę z targu w dubaju rozmawiając o dzieciństwie, przyszłości, nietolerancji, ojczyznach, chlebie i piekarnictwie, które odchodzą w niebyt, brexicie i nigelli. przemiłe dopołudnie.

 

i jeszcze najświeższe sympatie- kanapki z cheddarem, kiszoną kapustą i jajkiem na twardo (podpatrzone u gilla mellera, ale to dobre). orzechy włoskie, które ususzyła i podarowała mi mama matko, z jarosławskiego orzecha, nie mogę się ich najeść.

we wtorek dostałam w prezencie od mojego ucznia kilogram creme fraiche i trudno o milszy prezent świąteczny. śmietana ma 40 procent tłuszczu i robi ją, póki do jedynie dla gastronomii, spółdzielnia mleczarska mlekosz. jest nieco bardziej winna niż ta francuska, ale co to właściwie za różnica. kromki z creme fraiche, wędzonym brzuszkiem łososia, marynowaną na kolanie szalotką i kaparami wspaniałe. zapiekane jajka z creme fraiche wspaniałe. creme fraiche z miodem wspaniała. w zamiarach na idący tydzień francuska tarta z jabłkami, alkoholem i creme fraiche (chyba mimi thorisson), pieczone ziemniaki z wędzonymi śliwkami i creme fraiche (chyba yotam i chyba „jerusalem”), soczewica z castelluccio z pastą z orzechów włoskich, naci pietruszki, czosnku i creme fraiche (a to deborah madison), więcej kanapek z creme fraiche. życie jest wspaniałe.

 

chciałam jeszcze podzielić się ekstatycznymi uczuciami na temat czipsów o smaku marmite, są w mojej opinii książkową definicją umami, a w dodatku pachną jak stołówka w kasynie wojskowym w kłodzku, gdzie chodziłam jako brzdąc po obiady z mamą i menażką. nie jest tajemnicą, że mieszkam z największym znanym mi entuzjastą czipsów i ich gorliwym kolekcjonerem. aktualnie mamy w szafce czipsy marmite, moje ulubione brytyjskie kettle o smaku octu balsamicznego albo dojrzałego cheddara albo bekonu i jeszcze solone z pieprzem oraz jedną paczka tyrrellls ser-marynowana cebulka (zakupy poczynione na poczet drugiego sezonu „the crown”, który jest piękny, mądry i wzruszający). mamy laysy z dubaju- o smaku labneh z miętą i drugie limonkowe z pieprzem, i czipsy z soczewicy. są chyba jeszcze jedne czipsy truflowe z umbrii, moje ulubione cacio e pepe już wyjedliśmy. i najświeższy nabytek- „creamy ranch and habanero” i czipsy krewetkowe z czosnkiem i pieprzem, które mateusz dostał w prezencie. co ty na to?

 

pierwszy zupełnie wolny dzień od dłuższego czasu. dziś rano śnieg na dachach, prognozy na święta optymistyczne.

 

a.

 

 

 

7 grudnia, czwartek

w taksówce w drodze na plażę zastanawialiśmy się we czworo nad tym, dokąd trzeba właściwie zajechać, żeby poczuć się obco i niepowszednio. ja uważam, że granicą obcości jest język- dopóki mogę porozumieć się po angielsku, nie czuję się specjalnie daleko od domu. w dubaju chyba najbardziej zaskakujące jest to, jak bardzo jest europejski i zachodni, jestem nawet trochę rozczarowana. poza tym to miasto operujące jedynie najwyższym stopniem przymiotnika- wszystko tam jest naj: największe, najdroższe, najwyższe, najlepsze. złoto, szkło, światła.

 

największe wrażenie robi nierzeczywistość tego miasta. miasto ma ciało, ale nie ma serca. wrażenie robi też zawsze lato w grudniu i jasne ranki. w czwartek lufthansa spóźniła nas na przesiadkowy lot z frankfurtu i w ramach zadośćuczynienia dostaliśmy bilety w emirates , i chyba wszyscy byliśmy zaaferowani. kolekcja płyt i playlist z muzyką brytyjską sprawiają dużo radości, a na kolację dostaliśmy smaczną duszoną wołowinę, krakersy, cheddar i niezłe wino. bardzo nie lubię latać, ale muszę przyznać, że to było przyjemne.

 

jadłam bez opamiętania, to jednak moje smakowe współrzędne geograficzne. pierwszy raz smakowały mi śniadania w hotelu, te naprawdę robiły wrażenie. w sekcji skośnookiej- congee, miso, smażony ryż i makaron, w sekcji hinduskiej- warzywne curry, samosy, pieczone ziemniaki. w sekcji brytyjskiej- owsianka, skandynawskiej- bułeczki cynamonowe w ciepłym sosie waniliowym, europejskiej- jaja i cztery rodzaje kiełbasek, wreszcie arabskiej- humus, labneh, oliwa, wspaniałe kiszonki, mutabal, oliwki, sery, zioła i przyprawy. plaster miodu, marynowane jagody. na kolacje i obiady prowadził nas nasz azizi- kuchnia libańska, turecka, wymieszana. największe przeżycie to chyba restauracja gunaydin, która słynie ponoć z jednych z lepszych steków w świecie. na pewno powinna słynąć z jagnięciny, nigdy nie jadłam takiego mięsa, maślanego, delikatnego, słodkawego. wołowina równie pyszna, podpalana na naszych oczach, następnie obłożona kromkami chałki, w które wsiąkał tłuszcz- to bardziej swawolne niż moje ulubione pieczone w maśle ziemniaki z aioli. na deser kolejne dzbanki herbaty miętowej i piekielnie słodkie ciastko z pistacjami, z lodami, które smakowały jak beza. z tarasu restauracji widok na tańczące fontanny, czterdzieste szóste urodziny zjednoczonych emiratów arabskich, radosny gwar. a tuż przed odlotem w brytyjskim pubie w hotelu jadłam wspaniałe fish and chips.

 

myślę jeszcze o tym, jak przyjemnie jest zostać gdzieś zaproszonym. nie zaprzątać sobie głowy noclegami, dojazdami ani szukaniem restauracji, nie mieć oczekiwań, przyjmować wszystko z radością i wdzięcznością. to raczej obcy mi tryb życia.

 

czytam „silny wstrząs” franzena, to jego pierwsza powieść, on od początku był franzenem. w drodze do dubaju obejrzałam „powidoki”, w drodze powrotnej- dokument o whitney houston (kocham whitney houston). ulubione ostatnio piosenki-„new york state of mind” billego joela i „hazard” richarda marxa. źle znoszę pop w literaturze, kinie i kulinariach, ale kocham go w muzyce anglosaskiej sprzed lat.

we wtorek po przylocie jadłam w bistro 11 zupę z ciecierzycą, jarmużem, włoszczyzną i salami, myślę o niej (dni kaszy gryczanej etc.)- zrobię sobie taką gdy będę miała chwilę czasu, czyli chyba najprędzej w styczniu.

 

a.

29 listopada, środa

w niedzielę zrobiłam dwa chleby, mandarynkowy curd, makaron z pulpecikami, ciasto klementynkowe i kilka szklaneczek ginu z tonikiem i z sokiem mandarynkowym. takie maratony niezmiennie cieszą po kolejnych dniach tygodnia z kaszami, pieczonymi warzywami i cykorią z pomarańczami i orzechami włoskimi- te ostatnio są podstawą mojego śródtygodniowego jadłospisu.

 

ze spraw świata zewnętrznego- sobota będzie chyba początkiem mojej separacji  z gazetą wyborczą, bo piana na ustach zbiera mi się od dawna. po którymś z październikowych wydań magazynu świątecznego niosącego światu wywiad z grażyną wolszczak i iloną łepkowską w tym tygodniu zostajemy zaopatrzeni w wywiad z piaskiem. naprawdę niełatwo to skomentować. nie mam już w ojczyźnie ani radia, ani gazety.

w niedzielę kino i ładna „cicha noc”, kamyk w brzuchu i kino rumuńskie po polsku. poza tym dość obsesyjnie odsłuchuję wywiady z julianem barnesem.

 

a jutro przez przypadek i przez uprzejmość lecę na kilka dni do dubaju. nigdy nie byłam tak daleko w świecie i jestem podekscytowana. witajcie sukienki i gołe stopy i jasny świecie.

 

a.

24 listopada, piątek

zaraz znów sobota z niedzielą. poprzednie w domu- gotowanie, jedzenie, pieczenie, jedzenie, czytanie, pisanie, gadanie, planowanie. czas, który z perspektywy piątkowego popołudnia jest niezasiedlony i długoterminowy, a później nagle przekwita.

 

w sobotę jedliśmy moje ulubione meatballs według przepisu z książki „tartine bread”, którymi już się tu zachwycałam. próbowałam też klopsów rachel roddy, emiko davies i elizabeth david, ale te są wzorowe. pachną i smakują jak rzymska trattoria, jest w nich jakaś pierwotność i są pod każdym względem dosadne. w dodatku miałam ostatni kawałek bardzo pieprznego i dość ekspansywnego w smaku pecorino, który przyjechał z nami z włoch, i który robi ze znanego mi już przepisu coś całkiem nowego. do klopsów pomidorowy sos od rachel roddy („two kitchens”), najprostszy i najsmaczniejszy. przy pierwszej turze chleb, przy drugiej (na środowy obiad) polenta, w obydwu razach wino i więcej pecorino.

w niedzielę upiekłam kalafiora pod pierzyną musztardowego beszamelu, przybranego orzechami włoskimi, skórką otartą z cytryny i nacią pietruszki, do tego miska cykorii z olejem z orzechów laskowych. obiad pierzyna.

na deser- śliwkowy placek dana leparda, pewnie ostatni tej jesieni. na śniadania- popularne ostatnio za sprawą nigelli jajka po turecku, i słusznie, bo są wspaniałe, szczególnie z labneh w miejsce jogurtu greckiego.

 

wczoraj podwieczorek na dwa kieliszki z krakowskim makaroniarzem w roli głównej, i półmiski serów, salami, oliwek i chleba, wina, peposo, a na deser panettone. i cały dzień żal, że nie mamy swojego dnia dziękczynienia. wydaje mi się, że bardzo u nas brak takiego święta- świeckiego, radosnego, bliskiego życiu, świętującego przyjaciół. tylko czy byśmy tak umieli.

 

mam jeden zasadniczy problem z takimi pogadankami okołokulinarnymi- to są zwykle miłe spotkania, ale równocześnie bardzo oczywiste i niespecjalnie zajmujące, i to bez względu na to, czy odpytywany jest kucharz, bloger czy dziennikarz. zastanawiam się, czy brakuje nam języka, by mówić o jedzeniu w sposób interesujący i własny, czy może zaplecza kulturalnego, bo to wciąż u nas stosunkowo młode zjawisko.

 

a dziś prosto z pociągu z wrocławia pojechaliśmy na kolację (w moim przypadku na obiad i kolację) do zakładki- bardzo smaczne brandade z dorszem, wędzonym węgorzem, kalafiorem i orzechami włoskimi, parzące język, pożywne. wybitna kapusta idąca w kierunku bigosu, smaczna łopatka jagnięca, pieprzna zupa cebulowa. kolacja na dobry sen.

 

a.

 

16 listopada, czwartek, półmetek miesiąca

z jednej strony jestem rada, że czas przebiega jakiś maraton, a my przekroczyliśmy tym samym połowę listopada, ale z drugiej jest to jednak mocno niepokojące. zaczynam rozumieć tych wszystkich artystów i poetów grzmiących z wysokości, że życie to błysk. moje ostatnio błyska dość intensywnie.

 

w zeszłym tygodniu miałam w domu chłopca po zabiegu stomatologicznym i zmuszeni byliśmy przejść na dietę, którą często tu zachwalasz, tę o konsystencji półpłynnej, przeznaczoną dla ludzi bezzębnych. rozumiem, że to może być kojące, ale we mnie budzi jednak głównie frustrację. po trzech dniach jedzenia zup kremów, puddingów z kasz, koktajli i puree ziemniaczanego byłam przede wszystkich zirytowana, a nasze rozmowy kręciły się głównie wokół litanii „zjadłbym/abym pizzę/ser/rogala marcińskiego/chili con carne/hot doga/chipsy/cokolwiek”. chyba oboje jesteśmy gryzoniami. przy okazji donoszę, że to puree ziemniaczane heidi swanson z oliwą czosnkową i wariacją na temat dukkah jest zabójcze.

 

w niedzielę pojechaliśmy do gliwic, poznać małego gucia i uściskać jego rodziców. po drodze odebraliśmy z katowickiego byfyja zamówione rogale świętomarcińskie, które jedliśmy wszyscy razem (minus gutek) dokładnie rok temu i które bardzo nam wtedy smakowały (teraz też), i potem pół dnia skubaliśmy te rogale, piliśmy herbatę i wino (wino to chyba najbardziej ja), gucio marszczył czoło i kwilił mi na rękach, bardzo to było dla mnie wzruszające. odjechaliśmy wieczorem, ja z prezentem (więcej rogali i pierogi ruskie marcina), i mimo powodowanych rogalami deklaracji, że nic już dziś nie zjem, w samochodzie zmieniliśmy jednak zdanie i zawróciliśmy do chorzowa, do manana bistro, o którym słyszałam już dawno temu. ciekawa karta, smaczna troć i dziczyzna, i właściwie tyle. później droga do krakowa w ulewie i mgłach.

 

wczoraj były drugie urodziny nolio i w związku z tą okazją kolacja-niespodzianka dla wielbicieli. i czuję się w obowiązku oświadczyć, że pomimo faktu, że przybytek ten robi moją ulubioną pizzę, to jednak obiektywnie nie jest to jakaś nadzwyczajna ani frapująca restauracja, co głęboko mnie zasmuca. wczoraj przerost formy, niedostatek treści.

 

sezon na roiboos z mlekiem, zatkany nos i alarmy smogowe. rozstęp w sercu i w życiu po przeczytanym franzenie, który w mojej opinii jest wyjątkowo inteligentny i jest jednym z nielicznych współczesnych prozaików, którym naprawdę o coś chodzi. czytam teraz książkę o giedroyciu magdaleny grochowskiej („do polski ze snu”) i jest to bardzo zajmujące i pouczające. i jednak przygnębiające, że pomimo tylu lat i tylu wolt- w polsce, w polskim kościele katolickim, polskim sposobie w sensie globalnym- niewiele się zmienia.

 

a.

6 listopada, znowu poniedziałek

to może najpierw aktualności i w odpowiedzi do:

nie przysłuchuję się annie gacek od jej początków, więc jak widzisz moja alergia cechuje się niecodzienną konsekwencją. pozostając w temacie- trzy sprawy. raz- trójkę włączam już tylko na markomanię, i zastanawiałam się ostatnio, czy u podstaw tego rozwodu leży powszechny u nas ostatnio cyrk na kółkach, i chyba jednak nie- odeszłam od tego radia już wcześniej, to od dawna nie jest mój język. dwa- słucham właściwie wyłącznie bbc 4 i nie mogę się nadziwić temu radiu bez reklam, bez muzyki, bez krzyków, bez spoufalania się i pieprzenia trzy po trzy. to jest radio dla ludzi o temperamencie starego dziada, czyli dla mnie. na przykład dzisiaj- cały ranek o la boga wokół królowej i rajów podatkowych, wieczorem rozmowa z kennethem lonerganem i program o książkach, za dnia „the food programme” i audycja o josephie conradzie. jest to wszystko dla mnie bardzo zajmujące. i trzy- jestem fanką porannego radioturnieju na antenie radiowej dwójki („dwójka na piątkę”), jeśli mogę to włączam rano polskie radio tylko na ten moment. z reguły jestem załamana (sobą!) jak mało pamiętam ze spraw, o których się uczyłam lub czytałam, jest mi wstyd i sporządzam sobie listę światów do odświeżenia.

 

w czwartkowy ranek moja przyjaciółka basia urodziła pięknego synka i jestem tym wszystkim bardzo przejęta, bardziej, niż zakładałam. wszystko się we mnie wichrzy i odczuwam bardzo wiele wielkich uczuć.

 

u nas też nowe książki, matko wrócił w środę do domu z paczką z antykwariatu- i mam teraz „silny wstrząs” franzena, biografię iwaszkiewicza, olczak-ronikier, „pingpongistę” józefa hena, „wakacje” uzdańskiego, dzienniki gombrowicza.  z innych źródeł przyszły brakujące tomy pana samochodzika, kolejny tom dziennika jana józefa szczepańskiego, drugi „życiorysta” rudnickiego, „ja, geniusz” suchanow i pewnie coś jeszcze. wyposażenie na ciemną porę roku (mam ostatnio takie spostrzeżenie, że w polsce mamy właściwie tylko dwie pory roku- ciemną i jasną), które jednak wzbudza pewien niepokój, bo kiedy ja to niby wszystko przeczytam. a w torbie i plecaku- wciąż „purity” franzena (KTÓREGO KOCHAM) i „pedant w kuchni” barnesa- na swój sposób urocze, ale wolałabym mieć to chyba po angielsku. mam ostatnio dość żywe zapędy w kierunku kręgosłupa jedzeniopisania o rodowodzie brytyjskim, i u barnesa to wszystko jest.

 

oglądam teraz do wieczornych machinacji pielęgnacyjnych „nigella bites” sprzed stu lat i to jest chyba najlepsza seria, choć najmniej atrakcyjna pod względem jadłospisu. młoda nigella jest niedościgle wdzięczna i rozbrajająca, ręcznik spada. podoba mi się w długich włosach.

 

w sobotni wieczór w podróży z łodzi do krakowa odsłuchiwałam płyty sprzed lat, między innymi debiutancką płytę wilków (1992), która ostatnio została chyba odświeżona, bo doklejono do niej spory ogon koncertowych nagrań, i pragnę wyrazić pogląd, że w polskiej muzyce lat dziewięćdziesiątych niewiele było bardziej seksownych spraw niż głos młodego gawlińskiego, i będę tego broniła. te piosenki z koncertów są wspaniałe. w ogóle mam słabość do polskich piosenek z upadku lat osiemdziesiątych i narodzin dziewięćdziesiątych. one się oczywiście starzeją, ale mi to nie przeszkadza.

 

prasówka- recenzja nowej książki nigelli (guardian), której (książki) nie mam, ale z której (recenzji) tonem się nie zgadzam, bo ton i argumenty były może zasadne kilka lat temu, ale dziś już jednak coraz częściej trącą myszką. niepotrzebna i nieładna napaść. dalej: tekst mikołejko w świątecznej sprzed tygodnia, „czy protestantyzm uratowałby polskę przed zaborami”, a ja poszłabym jeszcze dalej i spytała czy protestantyzm uratowałby polskę przed polską; jestem załamana. dyskusja o krytyce literackiej i festiwalach literackich na fejsbukowym profilu kurzojadów, bardzo ciekawe. na pocieszenie- wspaniałe teksty gabrielle hamilton (tej od nowojorskiej prune) o domowych przyjęciach, ostatnio ten- ‚the art of the dinner party’.

 

w buzi- byłam na kujawach, więc kurczak i ziemniaki, i dużo kawy w jakiejś drodze. a najchętniej to na okrągło jadłabym cykorię i piła czerwone wino. dziś na kolację- miska kaszy gryczanej z masłem, szklanka maślanki i awokado.

 

w smutkach- jednak ojczyzna, cały czas myślę o tym, że przecież tak niedawno czytałam „małą apokalipsę” i że w głowie mi się to nie mieści. za małą mam też głowę na afery z kevinem spacey, strzelaniny w stanach zjednoczonych, prognozy na przyszłość. i może dobrze, że to wszystko się w nas nie mieści, bo to w ogóle nie powinno mieć miejsca.

 

nieporządek w korespondencji i nieporządek w domu. nie mam butów na zimę ani nawet na jesień. nie mam cierpliwości do zimy i do jesieni. nie lubię chodzić w pełnych butach. post-kujawska melancholia.

 

a.

 

 

1 listopada, środa, wszystkich świętych

tydzień (z okładem) tłusty od rozmów i spotkań, ze mną w roli słuchacza lub w jednej z głównych ról. blisko dwa tygodnie temu- złoty ojców, zamek w korzkwi, mgły, wędrówka doliną, rodzice. po drugie- festiwal conrada: kochany, mądry, ważny i poważny, tak mi bez niego smutno. na tę okazję całą niedzielną noc śniła mi się armia polonistów, którym przewodził michał paweł markowski. ze zdarzeń interesujących- debata zagranicznych krytyków literackich, arlie russell hochschild o amerykańskim południu, klementyna suchanow i duch gombrowicza (to nawet dwukrotnie), siri hustvedt. kraków wyraźnie szlachetnieje przez ten jeden październikowy tydzień, dobrze mu to robi.

i wreszcie- cały zastęp miłych gości z różnych krańców polski- we wtorek agnieszka od świetnych wywiadów, w piątek ania, w weekend bunia i ulubione gajosy.

 

obfitość gości, więc obfitość na stole. we wtorek była wydana przeze mnie kolacja i pieczone z szałwią ziemniaki z salami z nursji i z aioli, chleb, marynowane buraki z pistacjami i ricotta salata (którą przywiozłam jeszcze z bolonii), sałaty z figami i pieczone półksiężyce dyni na plamie palonego masła, z labneh, orzechami laskowymi i chrupką szałwią (niedawno widziałam zdjęcie takiego talerza na instagramowym profilu londyńskiej the towpath cafe i nie mogło mi to wyjść z głowy). na deser- toskańskie cantucci z orzechami włoskimi i figami, gruszki, boskoop i francuskie sery (le rond- fantastyczny comte, morbier, kremowy kozi), a agnieszka przywiozła nam z lukullusa maślane kruche półksiężyce (pyszne z serem, nawiasem mówiąc). w piątek było głównie wino. w sobotę na śniadanie gryczane naleśniki, a obiad zjedliśmy w karakterze. wieczorem kilka szklaneczek aperolu, paczka czipsów cacio e pepe, oliwki, sery. a w niedzielę wyprawiłam śniadanie z akcentem arabskim- chmura labneh z oliwą, za`atarem, sumakiem i prażonymi orzechami, razowa pita, sałata z figami, daktylami i kolendrą, jaja z porami, z kolendrą i masłem z harissą, pieczona dynia (tu powtórka z wtorku), mascarpone z octem balsamicznym i rodzynkami (nigel slater), bochenek chleba i prosecco. uważam, że to rozsądnie zbilansowana dieta na jesień.

 

 

z innych przyjemności, bardziej jednostkowych- zupa śliwkowa, gęsta i korzenna, którą jadłam na śniadanie cały zeszły tydzień. makaron z jogurtem greckim, groszkiem, bazylią, fetą i smażonymi piniolami z „jerusalem”. słoik marchewek w occie, które zamarynowałam w lipcu i które podgryzam do kanapek. jajka z renetami, które mogę jeść codziennie.  świeży majeranek, do wszystkiego. sok z kiszonej kapusty (butelka dziennie). a dziś znów ziemniaki, aioli i salami (wspaniałe, choć jest w tym coś nieprzyzwoitego) i jeszcze miska cykorii z olejem z orzechów włoskich i orzechami.

 

dziś dzień wszystkich świętych, cały z muzyką ciszy pana marka, i w dużej mierze niewolny od pracy. od tygodnia „głosy” preisnera, wieczorem spacer na cmentarz rakowicki

 

w następnym odcinku będzie o polsce, bo kotłuje mi się w głowie parę spraw za sprawą rozmowy ze stasiukiem w „świątecznej”, i o książkach. dziś muszę iść spać, jutro znowu pociąg i znowu droga- najpierw wrocław, później kujawy.

 

a. która jeździła koleją

 

 

18 października, złota środa

nie myślałam, że w tym roku będę jeszcze jadła śniadanie pod niebem i suszyła włosy na słońcu. prawdziwy „nieśmiertelnik żółty- październik”, tuwim pewnie pisał swoje „wspomnienie” w taki właśnie czas (bądź o takim czasie). pięknie jedzie się teraz przez polskę- wszędzie złoto- złote drzewa, pola, lasy, słońce, ranki, wieczory, łąki i zupa jabłkowa mojej mamy (pyszna, z lanymi kluskami, później jeszcze gęsta śmietana, tłusta kremówka i cynamon).

 

w sobotę siedziałam pół dnia na wielkiej płachcie pod rudymi brzozami, jedną smukłą sosną (z tych nadmorskich) i dziką czereśnią, w kapeluszu od słońca, z dłońmi zajętymi pracą i myślałam, bez tych wszystkich codziennych wątpliwości, że świat jest wspaniały, że życie wspaniałe, a wykopki mogłyby być codziennie. dzień minął na odcinaniu botwiny i wąsów burakom, naci pietruszce i marchwi, gęstych włosów selerowi, przeglądaniu i myciu tych naci i włosów. w międzyczasie ostatni w tym roku zbiór malin, tata przyniósł wiadomość o śmierci anny szałapak (za którą właściwie nie przepadałam, ale wieść niespodziewana, w piątek jechałam do domu w towarzystwie jej i piosenek ze „sztukmistrza w lublinie”, śpiewałyśmy razem o uciszaniu serc), przerwa na pachnące dymem kiełbaski, wieczorna przechadzka z psami i ze słońcem zachodzącym nad płaskim policzkiem szczelińca. ten żółty nieśmiertelnik dalej trwa, tylko co z tego- już kraków, mojej pracy nie sposób wynieść pod niebo, nie mam nawet balkonu. pozostają rwane przechadzki i bieganie w liściach (i słuchanie na przykład rozmowy z urszulą zajączkowską- to w radiowej dwójce- która dostała w tym roku nagrodę kościelskich i którą widziałam rok temu na festiwalu conrada, gdzie razem z łubieńskim opowiadała nam przyrodę w zadziwiający sposób, bezpośredni, trochę naiwny i czuły, jak w to wierzę).

 

przemarsz wierszy jesiennych- „mittelbergheim” miłosza, herbert („późnojesienny wiersz pana cogito przeznaczony dla kobiecych pism”) i ostatnio ulubione- „napiętnowanie jesieni” hartwig (wspaniałe!) i powrotna piosenka z gór, „z wiatrem” baczyńskiego (ładnie wyśpiewana przez turnaua). szukam w nich i w sobie zgody na woltę klimatu umiarkowanego, która już za rogiem. ostatnio znów czytam sporo poezji i zastanawiam się, dlaczego przedostatnio przestałam. może to reakcja na dokuczliwą reakcję alergiczną na nowości wydawnicze, którą ostatnio u siebie obserwuję- wszędzie te same książki, które jaśnieją przez moment, a o których za moment nikt nie pamięta, choć każda z nich jest „wielką powieścią”; podawane w popowy sposób, który budzi mój sprzeciw, opowiadane i recenzowane przez osoby, które jednak nie powinny tego robić, bo najczęściej nie mają nic do powiedzenia. to zniechęca. tym chętniej chodzę do małego oddziału miejskiej biblioteki za rogiem.

 

jutro znowu do lasu, do ojcowa, a w dodatku będę spała w zamku niewielkim jak okruszek.

 

a.

 

 

12 października, czwartek, chrupka jesień

okna sali, gdzie w czwartki o ósmej rano mam jogę, wychodzą na teatr słowackiego, podrdzewiałe kasztanowce i pęk czerwonych, jesiennych róż. okna są ogromne, jak to w kamienicy, a pod każdym ruchem każdego ciała skrzypi leciwy parkiet. dziś przez te złote kasztanowce i złotego słowackiego świeciło słońce, grał hejnał, liście chrupały pod butami. podobno jakiś orkan czy huragan znad wysp brytyjskich przywiał do nas pogodę, która w dodatku ma trwać. to dobrze, bo jutro jadę do studzienki na wykopki, a w sobotę ma być ognisko.

 

jem właściwie sama nie wiem co, pracy po pachy, połykam coś w międzyczasie. muszę się lepiej zorganizować, wraz z jesienią wraca postanowienie o zapasie bulionu w lodówce i garnku czegoś, co można odgrzać w dwie minuty. rano najchętniej jem jajka z jabłkami, październik to jednak miesiąc pysznych renet i cortlandów. a wczoraj późnym wieczorem poszliśmy na pizzę do nolio, to niezmiennie jedna z największych przyjemności, bez względu na porę roku. aha, i lubię ostatnio gin- przypomniałam sobie o słojach ginu rabarbarowego, który zrobiłam pod koniec sierpnia, i to jest bardzo smaczne.

 

więcej mam do powiedzenia o książkach. na przykład że mnie z kolei zupełnie nie porywa filipowicz, przeczytałam cztery opowiadania i wspomnieniową książeczkę „byliśmy u kornela”, którą przyniosłam z biblioteki, i na tym chyba poprzestanę.  z rzeczy do podczytywania- to „drugie zapiski na pudełku od zapałek” umberto eco, którym urosła siwa broda i zmarszczki na buzi- przedwcześnie się moim zdaniem zestarzały- i dziennik jana józefa szczepańskiego (trzeci tom, a z lat 1964-1972), codzienny i zwyczajny, lubię go rano do kawy. ponadto utknęłam w „szopce” papużanki i w wańku, i nie umiem się zdecydować, czy doczytać te książki do końca, czy machnąć ręką. wczoraj dostałam od matko franzena i barnesa, w obliczu franzena i barnesa papużanka z wańkiem dużo tracą.

 

wstaję z kurami, bo boję się korków w krakowie. nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam wyspana, ale to moja wina, chyba po prostu nie umiem i nie lubię się wysypiać.

 

a.

7 października, sobota

w ubiegłym tygodniu dwukrotnie w muzeum manggha- najpierw w sobotę na wystawie zdjęć wojciecha plewińskiego (duże wrażenie), we wtorek na wieczorku wspominkowym o julii hartwig, w deszczu i wietrze. w czwartek nobel dla ishiguro, zadowolenie. wczoraj przyznano pokojową nagrodę nobla i jednak rozczarowanie, bo miałam nadzieję, że komisja noblowska doceni i uhonoruje jednak doktora bartolo z lampedusy, prawdopodobnie ostatniego chrześcijanina na tym kontynencie. nie rozumiem zupełnie, dlaczego uhonorowany został barack obama, a pietro bartolo nie. mam z tym problem. dziś rano wracałam pociągiem z wrocławia, przez całą polskę i aż do krakowskiej niecki- w słońcu, a potem kraków pod burym niebem. dni pędzą nie wiadomo dokąd, coraz prędsze wieczory, ciemne ranki. złe wiadomości, dobre wiadomości, niepomyślne diagnozy, silne wiatry.

 

i duży apetyt. jedliśmy już słynne krakowskiego hot dogi z food trucka the dog, entuzjastyczne przyjęcie. maślana bułka, kiełbaski, marynowane w oliwie warzywa, na moim dodatkowo ser, matko oprócz kiełbaski miał w bułce pulled porka. zjadłam w tym tygodniu strasznie dużo jajek sadzonych, pewnie brakuje mi czegoś ważnego w krwiobiegu. nie mogę najeść się zielonej fasoli szparagowej i placków ze śliwkami- w tym tygodniu z przepisu nigela slatera z jego rubryki w guardianie. wczoraj we wrocławiu na śniadanie jadłam humus w kontakcie, na obiad-ciastka w nanana/u (zupełnie, ale tak zupełnie mi one nie smakują), których nie zjadłam, wypiłam za to dwie kawy. na świąteczną kolację- podwójny jubileusz dobruni, w rozszerzonym gronie kazimiersko-sylwestrowym- warsztat i nowe menu, które brzmi całkiem nieźle, natomiast smakuje całkiem źle. na pocieszenie kilka butelek niezłego wina, przegryzki w taszce i parę wybuchów śmiechu. dziś soczewica z tahiną i kolendrą z „plenty more”. a jutro planuję przez pół dnia dusić i odparowywać sos boloński, który zjemy ze świeżym tagliatelle.

 

październik.

 

a.

 

29 września, piątek

wczoraj „triumf woli” w starym- wspaniałe, wspaniałe, wspaniałe. co to jest za banda- zbuntowana, triumfująca, zawadiacka i przypuszczam, że poważnie chora na głowę- wspaniała! wszyscy moi ulubieńcy w jednym spektaklu: majnicz, krzyżowski, zawadzki i chrząstowski, plus dorota segda, anna radwan, marcin czarnik. kilka razy spłakałam się ze śmiechu, a na końcu, przy „bisie” i wykrzykiwaniu hymnu związkowego- ze wzruszenia i emocji, zresztą popłakiwała i widownia, i scena. mam od wczoraj nowy ulubiony zespół muzyczny- majnicz na perkusji, krzyżowski na basie, zawadzki na gitarze elektrycznej, a przy mikrofonie czarnik albo chrząstowski. świetna zabawa.

 

w tym tygodniu w ogóle więcej strawy dla ducha niż dla brzucha. w niedzielę widzieliśmy w prawie pustej sali kinowej arsu „the square”, bardzo wdzięczne. nie wiem, czy już to oglądaliście, ale podobno i tytułowa wystawa z kwadratem, i wszystko, co „wisi” w muzeum, i do pewnego stopnia scena na bankiecie- to autentyki, co z jakiegoś powodu robi na mnie wrażenie.

wciąż podczytuję dzienniki julii hartwig- za mną „zawsze powroty”, teraz czytam „dziennik amerykański”, na stole mam jeszcze dwa inne tomy. nie lubię nie mieć przy łóżku żadnego dziennika. szczęśliwie matko zaczął znosić do domu tomy jana józefa szczepańskiego- tłuste i liczne- to pewnie zajęcie na całą długą zimę.

przeczytałam na wakacjach osławione „dziedzictwo”, które patrzy teraz z witryny każdej księgarni, i po raz kolejny obiecałam sobie, że przestanę kupować nowości powieściowe, bo to nie ma sensu.

w środę słuchałam do biegania rozmowy kiesielewskiego z wiesławem uchańskim (radiowa dwójka), bardzo zajmujące.

a dziś wiadomość o śmierci wiesława michnikowskiego- mikołajewski napisał, że umiera dzieciństwo; moje na pewno. pisze do mnie z wakacji mama, że na tę przykrą okazję oglądają z tatą jego skecze, ja zastanawiam się, gdzie są moje (taty) kasety z kabaretem starszych panów, i chyba jednak w samochodzie (ulubione „bez ciebie”, „jeżeli kochać” i oczywiście pożegnanie pomidorów- „minął sierpień, minął wrzesień, znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal…” [o jeremi!]).

 

a strawa dla brzucha- u ciebie w garnkach już jesień, ja jeszcze za wszelką cenę trzymam się lata: jemy ratatuje, zieloną fasolkę szparagową duszoną w pomidorach (sos z kuminem i cynamonem), ostatnią pewnie zupę z pieczonych pomidorów (addio, pomidory), jeszcze liście i sałaty. dziś zrobiłam  nicejską potrawkę diane henry (która [diane] bardzo mi się ostatnio podoba), którą zjemy jutro z rouille i bagietką. pochłonęłam też trzy czwarte blachy placka dana leparda ze śliwkami i orzechami laskowymi (plus rozmaryn) i kubeczkiem mascarpone, a dla równowagi od poniedziałku byłam trzy razy na jodze i dwa razy biegałam.

 

jutro sobota, od początku niemrawa, bo pan marek poleciał na wakacje do ameryki. na pocieszenie- w lodówce krzepnie ciasto na gryczane naleśniki z malinami.

 

a.

 

 

24 września, niedziela

powrót z kraju, w którym powinnam się była jednak urodzić. należę do tamtego klimatu, a nie- wieczne mgły nad górami, dym nad dachami, przygarbione ramiona- od wiatru, deszczu czy chłodu- i burość, przecięte kilkoma zaledwie miesiącami słońca (a i to nie zawsze). w większym stopniu odpowiada mi też życie pod niebem, nie pod dachem. rozgoryczenie na ten temat.

 

w te wakacje miałam wszystko-morze (niejedno), góry (niejedne), jeziora, miasta i końce świata. widziałam na drzewach cytryny, granaty i kiwi, oliwki i szyszki, jabłka i orzechy włoskie. w trzecim dniu drogi przez włochy matko zapytał- „i to żydzi uważają się za naród wybrany”? dźwięczało mi to pytanie w głowie przez wszystkie następne dni. często odtwarzany w samochodzie duet turnaua z baczyńskim (krzysztofem kamilem), wiersz o tym, że „znów wędrujemy ciepłym krajem…”. bezwzględny kraj, wszystko mi się tam podoba, wszystko smakuje i chcę wszystko.

 

gdy wróciliśmy do krakowa, na alei 29 listopada samochodowy licznik pokazał równo sześć tysięcy kilometrów. zajechaliśmy właściwie wszędzie dokąd chcieliśmy dotrzeć. znad jeziora garda (tu bez wrażeń, nie rozumiem, skąd ta powszechna sympatia) wjechaliśmy w lombardię- brescia, urocze bergamo, wspaniałe jezioro como. droga do toskanii przez ligurię, którą znam i lubię. dwudniowy przystanek w toskanii- znajome miasta i miasteczka, miła pienza, której nie znałam, poza tym księżycowy krajobraz po żniwach, złote zmierzchy, winorośl, pocztówka. wspaniała dymna i leśna umbria, na którą czekałam. jej dwie twarze- jedna katedralna i oliwna, druga- zielona, ogromna i górzysta. gdy tylko wyjechaliśmy do umbrii, od razu zapach dymu i drewna, przewodnikowy stereotyp, który żyje. podobało mi się wszystko- perugia, gubbio, asyż, orvieto, todi, spello, bevagna, montefalco, dymna i dumna nursja, lasy wokół nursji, ugryzione przez trzęsienie ziemi castelluccio… ucieczka z umbrii przed deszczem do apulii i gwałtowna zmiana dekoracji- nagle gładka głowa adriatyku, gaje oliwne, oleandry, opuncje figowe, bielone murki, zapach chleba, krajobraz płaski jak kujawy. droga do kampanii, przez basilicatę (z noclegiem w materze) i suche, rosłe góry; imponująca. pocztówkowe wybrzeże amalfi, właściwie wspaniałe. neapol, a z neapolu droga do lacjum- tam campodimele, viterbo, civita di bagnoreggio- znowu umbria. na deser- emilia-romania, a później góry, wodospady, wszystko wyogromniałe.

 

nad jeziorami jadłam ryby, w ligurii- pesto genovese. w bergamo casoncelli della bergamesca- pierożki wypełnione wołowiną i ricottą, pływające w szałwiowym maśle z pancettą- i polentę. w toskanii królika, fasolę z szałwią, ragu z dzika, ribollitę, pecorino i lody. w umbrii- bułki z porchettą, czipsy truflowe, makaron z truflami, papardelle z ragu z dziczyzny i soczewicę z kiełbaskami. w apulli- orechiette, burratę, mozzarellę, oliwki i primitivo, w kampanii- makaron z sosem pomidorowym, pizzę, ryby i sfogliatelle- muszelki ciasta wypełnione ricottą i skórką pomarańczową. w lacjum je się acquacottę z liściastą cykorią i boćwiną, fasolę, parmigianę i salsiccię. w emilii-romanii jedliśmy mortadelę i makaron z ragu bolońskim. a poza tym, wszędzie i na okrągło- lody, brzoskwinie i ser, a także przemysłowe ilości cappuccino, chino, crodino i aperolu.

 

zastanawiam się nad największym wrażeniem i w pierwszym odruchu myślę jednak o leśnej umbrii. nursja, która staje na nogi po trzęsieniu ziemi sprzed roku, castelluccio, które chwieje się na połamanych nogach. mała mieścina górująca nad wielkim, imponującym płaskowyżem na jednym ze szczytów, wiosną ponoć biało-czerwonego od kwitnącej soczewicy i maków. wrażenie amerykańskich bezdroży, silny wiatr, prosta szosa, owce i konie, tablice na budynkach informujące o zagrożeniu życia, kawa i kanapki sprzedawane ze starej przyczepy przez mężczyznę z plastikowym nosem klauna i balonem przyczepionym do przedramienia. dalej wielka zieleń, wszechobecny zapach dymu, puste drogi.

poza tym chyba jednak ogromny widok na morze, czy to z wybrzeża ligurii, czy z amalfi. całe wybrzeże amalfi- można się zżymać, że to kolonia amerykańska, ale wrażenie ogromne.

moment, gdy wysiada się z samochodu w bari po podróży z północy i serca włoch- wszędzie sorrentino. poczucie nieprawdopodobieństwa wszystkiego, co się właśnie wydarza, gwar, nieporządek, upał, zupełny folklor.

i neapol nocą- nieprawdopodobny, niezrozumiały, rozkrzyczany, w tym mieście klaksony nie milkną chyba nigdy. tak jak nie znika poczucie zagrożenia przed właściwie nie wiadomo do końca czym, ale dusza i tak nie schodzi z ramienia. goła cisza w campodimele, górskim miasteczku w środku lacjum (bohaterze książki tracey lawson), po głośnym dniu w neapolu- dalej mgły nad górami, przełęcze, chłodno.

i jeszcze „kanion” w laterzy, to na skraju apulii.

i wieczór w orvieto- złota katedra, jaskółki, wszędzie rokitnik, bezczas.

i ulubiona agroturystyka pod asyżem, do której wracaliśmy dwukrotnie- w oliwnym gaju, zawieszona nad doliną, w której majaczy assisi. zapach oliwek i sosen, rankami i wieczorami.

 

liczne wrażenia w buzi. duże ravioli wypełnione nadzieniem z chleba i parmezanu, wykąpane w szałwiowym maśle, to pierwszego wieczoru, z widokiem na gardę. późna kolacja w san gimignano, w trattori, do której zaprowadziła nas ukraińska gospodyni z naszego pensjonatu- zamówiłam królika uduszonego po toskańsku, w oliwkach, pomidorach, selerze naciowym i cebuli, z fasolą z szałwią i czosnkiem, a matko dostał jedno z lepszych ragu z dzika (a trochę ich zjedliśmy). na deser, blisko północy, były lody z lodziarni, która wygrała jakieś lodowe mistrzostwa- ulubione jogurtowe na schodkach fontanny. ribollita w gospodzie w montepulciano. smażone i nadziewane mozzarellą i anchois kwiaty cukinii  w osterii del tempo perso w ostuni- wspaniałe. jedliśmy tam też duże orechiette z pomidorami jak landrynki i z chrupiącym boczkiem, wędzoną burratę (tak) i migdałowe lody z figami.

obiad na plaży w zatoce, w da adolfo, dokąd płynie się łódką zbierającą chętnych z pomostu w positano. plaża, leżaki, restauracja pod niebem, radosny gwar, świetne jedzenie- mozzarella pieczona na liściach cytryny, mule w sosie pomidorowym (to dla matko), parmigiana, chleb, białe wino, smażone anchois, grillowany labraks w morzu oliwy z octem balsamicznym, ciastko z ricottą i pistacjami-wspaniałe, wspaniałe, wspaniałe. a późnym wieczorem tego samego dnia pizza w neapolu, w di matteo, do którego wyznawców należę (co okazało się następnego dnia, gdy próbowaliśmy pizzy w osławionym sorbillo, nie ta liga). nie mam pojęcia, co oni robią z tym ciastem, ale moje kubki smakowe reagują na nie twistem. z kolei arancini i pizza smażona w głębokim tłuszczu- dość paskudne.

dalej: amatriciana i soczewica castelluccio z salsiccią w najstarszej restauracji w umbrii, il granaro del monte w nursji, która z powodu trzęsienia ziemi działa aktualnie w wielkim namiocie naprzeciw szpitala, w dodatku działa w najlepsze- w środku jak w ulu, strażacy siedzą przy stołach ramię w ramię z mieszkańcami miasteczka, turystami i rodzinami obchodzącymi akurat czyjeś urodziny, krzyk, gwar, zapach mięsa i życia. obiad na pożegnanie umbrii, w asyżu, w trattori pallotta- pierożki z mięsem, z grzywką pecorino, oblane miodem, masłem i makiem, pyszna parmigiana, i jeszcze dzika cykoria uduszona z czosnkiem.

i wreszcie, ostatniego wieczoru- pożegnalna kolacja w drogheria della rosa w bolonii, gdzie już samo siedzenie pod regałami książek i głośnikiem z którego dzwoni muzyka poważna jest przeżyciem, a później jest tylko lepiej- mortadela, salami i mozzarella, fettucine z sosem bolońskim, pierożki z lokalnym serem z kwiatami cukinii, ossobucco w sosie z pomidorów, selera naciowego i jarzyn, ziemniaki pieczone z romazynem, a na deser- mascarpone z brzoskwiniami. butelka lokalnego wina, wielki deszcz, i wielki smutek. od tamtego wieczoru jestem w nastroju ostro emigranckim.

 

i już. w krakowie bezustanny deszcz, wezbrana, gruba wisła. „na drzewach pierwsze kosmyki siwizny jesiennej”, to hartwig. dziś na poprawę humorów pizza w en plato (czy ja będę miała kiedyś dość?), później jeszcze krem pistacjowy. zaraz żmudny proces ubierania butów, kurtek przeciwdeszczowych i rozkładania parasoli- idziemy do kina.

 

a.

 

 

 

 

 

 

3 września, niedziela, okropnie

trochę boję się powiedzieć, że jutro jedziemy na wakacje, bo w sobotę zepsuł się nasz samochód, a po drodze nie udało się jeszcze kilka spraw. w przedpokoju las toreb, namiot, śpiwory, materac, torba z przyborami kuchennymi, torba z książkami itp. itd., z którymi jutro musimy jakimś cudem dotrzeć do kłodzka (dwie przesiadki), gdzie czeka na nas samochód zastępczy. przychodzi mi do głowy jedynie wytarta mantra, że „ćwiczenia są drogą żywota”; zaiste. poza tym deszcz, dwanaście stopni, buro, a w talerzach- ribollita ze świeżym jasiem, chleb, masło i zielone pomidory i- tu deser dla matko, dla ciebie i dla marcka- owoce pod kruszonką z dodatkiem masła orzechowego (z grochami orzechów). matko zjadł trzy czwarte brytfanki, dla mnie chyba za dużo tego dobrego. na długą drogę będą kanapki z awokado, gruszką i cheddarem.

przed nami długa włóczęga po włoszech. wyjątkowo  mam ochotę na prawdziwe wakacje, długie, ciepłe, z wodą, lodami, bez deszczu i zapachu dymu. jeszcze się w tym roku nie wygrzałam, a poza tym lubię moje letnie sukienki.

 

a.

1 września, ale jeszcze o sierpniu

świętowanie sierpnia, obchodzenie lata- pierogi z jagodami w kłodzku, zupa szczawiowa, ogórki małosolne i chleb z masłem, kruchy placek z owocami schyłku sierpnia (pół z jabłkami z domową konfiturą z płatków róż, pół z  morelami, borówkami i jeżynami), pomidory, ogórki, cukinie, ratatuja, kolby kukurdzy. jeżynobranie, ścinanie zemdlałych kwiatów, rwanie chwastów, zbieranie płatków róż (na więcej konfitury), upychanie ogórków w słoikach. nad lasami pierwsze mgły, w lesie pajęczyny i wrzosy, krajobraz przed bitwą (jesienno-zimową). wpada się raz w chłodne i wilgotne, raz w jeszcze rozgrzane i wonne powietrze, dojmująco smutne (choć ładne) doznanie. w całej polsce- nawłocie i coraz prędsze zmierzchy.

 

w świątecznej wyjątkowej urody wspomnienie donaty subbotko o januszu głowackim (to zdjęcie!), odłożyłam sobie te strony, mam otyłe teczki, w których składuję takie doznania. chyba nikt nie powiedział o człowieku niczego mądrzejszego niż ta głowacka konstatacja, że „ludzie są ludzcy”. z kolei w ostatnich dniach połknęłam w tych wszystkich pociągach i autobusach (pociągi- trzy, autobusy- dwa) „trafny wybór” rowling – taka czytanka na wakacje. a teraz „zawsze powroty”- dziennik podróży julii hartwig i przewodniki turystyczne. jeden po wschodnim wybrzeżu ameryki północnej- we wtorek dostaliśmy wizę.

 

pierwszy dzień września i od razu ulewa. wczoraj wieczorem zerwałam się z jogi, a matko z pracy, i poszliśmy obchodzić ostatni dzień sierpnia, w nowej włoskiej restauracji przy świętego tomasza, o której mam do powiedzenia tylko tyle, że podobały mi się obrusy w kratę i stoliki wychodzące na kościół i na niebo.

 

jutro rano pożegnalne naleśniki z jagodami.

 

a.

 

23 sierpnia, środa, chłód

z życia biegacza- dwie wspaniałe rozmowy z jarosławem mikołajewskim. jedna sprzed trzech lat, wiktor osiatyński i mikołajewski o włoszech i włochach, zajmujące i poetyckie. druga z lipca tego roku, o „terremoto”, trzęsieniach ziemi, świecie bez boga, braterstwie, „dzieciach antygony”- tej mogę słuchać w koło macieja. poza tym w moim domu brzmi głównie radio bbc 4- szczególnie czekam na „book of the week”, „gardeners` question time”, muzyczny radioturniej „counterpoint” i „food programme”-świetne są szczególnie odcinki biograficzne, na przykład ostatni o patience gray. angielski w wydaniu brytyjskim wyjątkowo mnie uspokaja.

 

w krakowie o ósmej wieczorem jest już całkiem ciemno, od poniedziałku noszę jesienny płaszczyk. uciekam na zachód polski (z przystankiem na śląsku, u basi- to dziś), tam dnia ubywa nieco wolniej, a ostatni weekend sierpnia zasługuje na ładną, jasną oprawę.

 

a.

19 sierpnia, sobota

zmarł janusz głowacki. nie mogę wyjść ze zdziwienia, wydawał się nieśmiertelny, od zawsze górując nad innymi śmiertelnikami w wiecznie niedopiętej koszuli i łypiąc na nich ironicznie. gdy byłam podlotkiem kochałam się w nim na zabój- w tej jego cierpkiej ironii, worku historii i zbiorze sztuk teatralnych. jest mi więcej niż smutno.

ten dziennik bardziej przypomina ostatnio dziennik żałobny niż dziennik kuchenny, ale i ja jestem ostatnio bardziej żałobna niż kuchenna, choć jem sporo i z ochotą. jakoś brak mi słów, żeby objąć ten zwichnięty, niepełnosprawny świat. dużo we mnie strachów o charakterze globalnym, głowa spuchnięta od niepokoju. ameryka, która zatacza jakieś straszne koło, miłosz, który pewnie przewraca się w grobie. świat, do którego strach wyjechać i wyjść, rzeź drzew, natura, która mści się na nas za te wszystkie bezmyślne lata, a ja się jej nie dziwię. dużo myśli o polsce. w domu mamy oddział szpitalny- każde pilnuje swojego antybiotyku, zasypiam jak dziecko jeszcze przed północą, jestem zupełnie bez formy. wiadomości o odejściach, chorobach i rozstaniach, zawsze wtedy myślę sobie, że właśnie teraz jest mój czas- moi bliscy są zdrowi, w polsce nie wybuchają bomby ani pożary, nie mamy większych trosk, mamy siebie, mieszkamy w pępku świata, powinniśmy co dzień budzić się z zachwytem i podzięką na ten temat; nie robimy tego. wydaje nam się, że wszystko jest dane raz i na zawsze. nie jest.

 

jem, gotuję, czytam,  sporo biegam, dokądś wyjeżdżam i skądś wracam, trochę pracuję, robię coroczne duże porządki, ale mam wrażenie, że to wszystko za mało, że to wszystko nie to. z drugiej strony w głowie wciąż odzywa się zagajewski- „spróbuj opiewać okaleczony świat”, „musisz opiewać okaleczony świat”- to przywraca proporcje. może to ten moment, kiedy człowiek, nierozumiejący i nierozumny, zaczyna szukać rady i pociechy w słowach i w wierszach? nie bez powodu mamy tylu wieszczów narodowych i chyba nie bez powodu przypominają mi się ostatnio te wszystkie wersy, które przez całe lata nie były mi potrzebne.

 

w myśl prób opiewania okaleczonego świata- letni tryb życia. jemy kwiaty cukinii faszerowane ricottą i oregano, bagietki z pesto, pomidorami i mozzarellą, naleśniki z jagodami, bakłażany duszone w pomidorach i tahinie, niezliczone kubki sierpniowych owoców zmiksowanych z maślanką konecką, fasolę szparagową w pomidorach. wczoraj siedzieliśmy do nocy- ostatniej ciepłej przed ochłodzeniem- na szpitalnej, piliśmy wino i jedliśmy sery, dziś usmażyłam „courgette and manouri fritters” ottolenghiego, na deser mamy prosty placek ze śliwkami (moist spelt and damsons cake, „tender”). tydzień temu byliśmy też w dyskutowanej ostatnio gęsi w dymie pod limanową, ale nie ma właściwie o czym dyskutować. jedno co mnie na ten temat cieszy- to to, że może pojawiające się w takich miejscach przybytki to odpowiedź na przydrożne motele, które poznikały lata temu, choć z drugiej strony ciężko nazwać codziennym i „przejazdem” miejsce, w którym na posiłek (nietani) czeka się grubo ponad godzinę, w dodatku w przedziwnej atmosferze.

 

sporo jeździmy ostatnio po małopolsce- szukam dla siebie miejsca i zastanawiam się, co w gruncie rzeczy o niej myślę. czy chciałabym tu żyć, czy właściwie nie bardzo. trochę się do siebie zbliżyłyśmy, lubię o sobie myśleć, że jestem teraz ze wschodu, coraz więcej miejsc budzi moją sympatię.

 

w zeszłym tygodniu obejrzeliśmy wszystkie dziesięć odcinków „ozark”, ja z entuzjazmem, chce mi się teraz do jezior i lasów.

pierwszy raz doczytałam do końca „małą apokalipsę” i cieszę się, że w końcu do niej dojrzałam. czytam teraz „jazz” toni morrison, ona po prostu cholernie dobrze opowiada. zerkam z radością na tyjący kopczyk książek na wakacje.

 

ze spraw, które bawią i wywołują błogosławiony śmiech- ostatnia okładka „new yorkera” albo jimmy kimmel, który ma pomysł na to, jak uratować stany zjednoczone- „instead od president, we make donald trump king”- wspaniałe! sugeruje, żeby zafundować trumpowi pałac na przykład na takiej florydzie, zamknąć go tam w cholerę i w ogóle „let`s make america great britain again”. wspaniałe.

 

i jeszcze zadania na deszczowy weekend dojrzałego sierpnia- chcę zrobić rabarbarowy gin i usmażyć konfiturę z rabarbaru i białych brzoskwiń, zasuszyć zioła na gorsze czasy, trzeba przesadzić rozmaryn. i trzeba „opiewać okaleczony świat”.

 

a.

8 sierpnia, wtorek, wiatr

przemyślniki: dwa brzegi to mój ulubiony festiwal, więc tym bardziej mi niemrawo, że film zajmuje mnie coraz mniej. mam trudności z wysiedzeniem i z uważaniem, niczego właściwie nie przeżywam, nic nie zostaje mi w głowie. w ubiegłym roku chodziły opinie, że rok był słaby; dziś nie umiem powiedzieć, czy słaby jest rok, czy ja. widziałam trochę świeżynek z europejskich festiwali, coś sprzed lat i zbyt słodki dokument o krakowskiej pwst, a i tak najbardziej podobał mi się mikołajewski w mięćmierzu i osiemnastominutowy filmik dokumentalny lindsaya andersona z 1967 roku („raz, dwa, trzy”) kręcony w warszawskiej szkole teatralnej, z młodziutkim i śpiewającym fronczewskim oraz równie młodziutkim i tańczącym andrzejem sewerynem, to było wzruszające.

poza tym na wschodzie bez zmian- malwy, pierogi po lubelsku, kasza gryczana ze skwarkami i twarogiem, dużo wina i dużo słońca. codziennie rano znad kawy widoczek na zamek i trzy krzyże. te same co zwykle miejsca, buzie, radości i złości, ten sam zapach rozgrzanego drewna. komfort i radość takiego przeżycia.

 

jadłospis: placki z cukinii, pizza i lody (pistacjowe z prażonymi pistacjami, migdałowe z migdałami i laskowe z laskowymi- deser dla mnie) w nolio, curry z połową warzyw z hali targowej (to dzisiaj), naleśniki z jagodami i z sosem z jagód. w sobotę piknik w parku bednarskiego- humus (amamamusi) i falafele (mazaya) na kocu w kratę, na deser wybitne w mojej opinii lody z lodowej manufaktury- malina z mascarpone i jogurt z sezamem, idealne, zjedliśmy też dokładkę. potem sporo wina na mostowej. w niedzielę zdjęłam z półki „jerusalem” yotama- więc pieczony kalafior z sosem z tahiny i fattoush. ugotowałam zupę wiśniową, z laską wanilii i cynamonu, z goździkami, tłustą śmietanką i lanymi kluskami- pyszna, myślę o mamie, moja mama jest królową zup owocowych. mamy też ciasto- to jak las nigela z owocowego tomu „tender”, jak zwykle zamiast jeżyn wsypałam czarne porzeczki, a zamiast orzechów laskowych- włoskie. ciasto mojego życia.

 

czytanki: wczoraj odniosłam do biblioteki „miłość” toni morisson (niezłe, dlaczego nikt jeszcze tego nie sfilmował?) i rozmowę z tadeuszem konwickim („pamiętam, że było gorąco”). konwicki to nigdy nie był mój pisarz, ale ten wywiad jest zajmujący, dużo w nim dygata, holoubka i warszawy. na fali tych uczuć przyniosłam nawet do domu „małą apokalipsę” i zamierzam dać jej drugą szansę. czytam teraz „największe szczęście, największy ból. jarosława mikołajewskiego rozmowy z julią hartwig”- ładne i mądre. podczytuję wiersze hartwig. doczytałam dziennik osieckiej i trochę mi go brak. w plecaku zawsze mam pana samochodzika.

 

plany: konfitura z moreli, pieczenie pomidorów, mrożenie owoców na zimę, drożdżówki, wycieczka do wrocławia, placek ze śliwkami, porządki w kredensie. a później jakaś droga.

 

a.

28 lipca, czwartek

przypadkiem wyszedł mi dziś wieczorek prowansalski: na kolację- w rozszerzonym składzie, bo nocujemy dziś bunię z marco- le grand aioli, święto lata. słoik domowego aioli, cierpkiego od niezłej oliwy i czosnkowego jak należy, w którym zanurzaliśmy drobne ziemniaki pieczone z szałwią, zieloną fasolę szparagową, młodą marchew, kolby kukurydzy i wspaniałą bagietkę od zaczynowej zosi. na dodatek oliwki, kapary i rukola podlana musującym winem z usmażonymi na maśle kęsami croissanta; dwie butelki prosecco, pootwierane okna. na deser też w pewnym sensie prowansja- bo lawendowy placek yotama, w którym oprócz lawendy orzechy i morele. zamiast cykad- hejnał.

 

jutro zaczynami trzecią część wakacji- jedziemy do kazimierza na dwa brzegi. próbowałyśmy się dziś z bunią doliczyć które to nasze lato nad lubelską wisłą, siódme, ósme? w prognozach pogody jak co roku piekło na ziemi- wszyscy drżą, ja się cieszę.

na śniadanie mamy kanapki z bagietki pociętej jak ciabatta- z ricottą, pesto, pomidorami, pieczonymi pomidorkami koktajlowymi (piekłam je dziś w stu stopniach trzy godziny z okładem) i bazylią. o szóstej będę parzyła herbatę do termosu.

 

a.

 

 

 

24 lipca, poniedziałek, ukrop

za nami druga część wakacji (lub trzecia, jeśli liczyć turnus w kotlinie kłodzkiej)- małopolska, eklektyczna i dojrzała. małopolska- bo jeden dzień spędziliśmy nad jeziorem rożnowskim, a później pojechaliśmy w kochany beskid niski; między jeziorem a beskidem piękny dunajec, gruby i zamyślony, wspaniała rzeka. eklektyczna- bo wpierw noc w bardzo eleganckim hotelu, a dalej dzikie biwakowanie w nieznajowej. w końcu dojrzała dojrzałym lipcem- zachody słońca, gwałtowne burze, złoto, morele na niebie, upały, trawy sięgające bioder, mleczna droga na beskidzkim niebie, pokrzykiwania świerszczy.

 

rok temu, gdy późnym latem wędrowaliśmy z wołowca do nieznajowej, nad brzegiem szczupłej wisłoki spotkaliśmy kilka dzikich obozowisk. pozazdrościłam tym dzikim osadnikom, zeszłej jesieni plany pomdlały, teraz dołączyli do nas ania z błażejem i psem. rozbijaliśmy namioty niemłodym wieczorem, pod niebem z jeden strony ciemniejącym na noc, a z drugiej jeszcze czerwonym jak maki. chwilę potem nad łąkami wzeszły mgły, tulące się do przydrożnych krzyży, sędziwych jabłoni rodzących niesmaczne jabłka i samotnych drzwi w samotnych framugach, które mają przypominać o domostwach, których już nie ma. kąpiele w wisłoce, przejazdy przez wisłokę, brodzenie w niej. wieczorem ognisko przy szosie, którą nikt nie chodzi- jedliśmy kiełbaski i kromki chleba z musztardą i piliśmy letnie piwo, nad głowami mleczna droga. długo nie mogłam zasnąć, od szumu rzeki, krzyku świerszczy i strachu, że jesteśmy tu całkiem sami i że wszystko może się zdarzyć. rano najpierw zaparzyliśmy herbatę na naszej kuchence gazowej, później kawę w kawiarce; usmażyliśmy jajecznicę, masło, chleb, pomidory. po śniadaniu spacer, jestem opalona w kratkę i w paski, lipcowa dziewczyna. piękna nieznajowa- samotna, zapomniana, dzięki bogu. czytałam później na kocu pana samochodzika („tajemnica tajemnic”) i jadłam genewy, wszystko mi w środku śpiewało.

 

nad jeziorem najadłam się ryb, hotel heron ma wcale niezłą restaurację, hotel lemon, w którym jedliśmy obiad w drodze powrotnej, już mniej. w starym domu zdrojowym w wysowej zdrój miałam ochotę na placki ziemniaczane ze śmietaną. w domu pomidory i pesto, zielona fasola szparagowa, odmiana z tych wielkich i płaskich. chce mi się jeść, gotować, robić zakupy, i znowu. czytam „miłość” toni morrison- postanowiłam odkurzyć kanon literatury amerykańskiej. większość z tych książek czytałam w oryginale, jestem ciekawa, jak brzmią po polsku.

 

z jednej strony sielanka, z drugiej sprawy fundamentalne- burzliwe, wzburzone dni. troska, niepokój, złość, niedowierzanie. ręce, które opadły, nadzieja, która matką głupich i umiera ostatnia, itd., itp. jakaś niewygoda, że gdy ja patrzę na zachodzące słońce, tylu ludzi patrzy na mury sądów czy pałacu prezydenckiego. w sprawie mateczki polski przyjmę chyba strategię grzegorza ciechowskiego- „nie pytaj o polskę”.

mój manifest- „do polityka” miłosza, najchętniej z muzyką preisnera.

 

a.

17 lipca, poniedziałek

w sobotę kupiłam na targu pietruszkowym kwiaty cukinii, poprosiłam jeszcze później na hali targowej moich państwa od ziół o pęk szałwii i w porze kolacji wydałam fritti party. smażone kwiaty z wątłymi ramionami dziecięcych cukinii lubię bardzo, okazuje się, że listki szałwii w złotawym kożuszku są równie pyszne, a w ogóle- co za pomysł! przepis na lekkie jak chmura ciasto  pożyczyłam od rachel roddy  („five quarters”), przeczytawszy uprzednio z dużą radością cały przyroździalik traktujący o smażeniu w głębokim tłuszczu. do półmiska smażonych kwiatów i ziół- oprószonych skórką otartą z cytryny i parmezanem- zgodnie z sugestiami rachel otworzyliśmy ostatnią butelkę musującego rose z węgierskiej winnicy kristinus. w rolach drugoplanowych wystąpili pieczony pęk młodej marchwi z oliwą bazyliową oraz sałaty i zioła z truskawkami i wyrazistym, winnym winegretem. polecam, świetna zabawa.

 

z innych radości- domowy chleb, masło i malinówki, pierwsze naleśniki z twarogiem i jagodami, drożdżówki z wiśniami, malinami, czarną porzeczką i ricottą, lody z orzechów laskowych nocciola tonda gentile trilobata (serio)- wyjątkowo udane, wycieczka rowerowa do puszczy niepołomickiej, cudny czarny staw pośród lasów i ważki wielkie jak pięść, zapach sosen, ciepłego drewna, grzybów i środka lata. telefon do i od basi- myślę ostatnio o tym, jak to ładnie mieć przyjaciół, do których wciąż jeszcze trzeba zadzwonić lub napisać żeby dowiedzieć się gdzie są, z kim i co robią, bo w nosie mają twittery, instagramy i fejsbuki. uważam, że to cudowne. myślę też, że oni naprawdę potrafią żyć naprawdę.

 

w sobotę zmarła julia hartwig. smażyłam kolejną partię powidło-konfitury z pieczonych truskawek (syrop klonowy, ocet balsamiczny, porto) i ostro smuciłam się na ten temat. w ogóle smażenie konfitur i smutek to ładny duecik, do twarzy mi w tym. później, przed snem, czytając biogram i listę dokonań artura międzyrzeckiego, znalazłam wśród litanii tytułów napisaną do spółki z hartwig bajkę „przygody poziomki”, i przypomniała mi się winylowa płyta z przygodami zając poziomki, której ze sporym zacięciem słuchałam w dzieciństwie. znasz „zająca poziomkę”?  matko pokazał mi, jak wyglądał ten mój zając, nie spodobał mi się; potem oglądaliśmy kulfona i monikę, pana tik taka, a na końcu baltazara gąbkę. okropne! z tego wszystkiego wciąż ładny jest tylko smok baltazar.

 

na koniec donoszę, że na youtubie można zobaczyć kilka nowych wywiadów z nigellą, ja uwielbiam, jak ona mówi. ponadto z życia ucha- jestem ostatnio dość mocno przylepiona do radia bbc 4, dziś na przykład wysłuchałam odcinka powieści „the archers”, relacji z londyńskiego festiwalu muzycznego, rozmowy z jakimś specem od demokracji o demokracji, serwisu informacyjnego o dziewiątej wieczorem, a po serwisie była audycyjka o kosie (z cyklu „natural histories”), czytano między innymi wiersze brechta, seamusa heaney i adama zagajewskiego z tym ptakiem w roli głównej. wspaniałe!

 

a.