Category: Prawa

12 grudnia, sobota

curried cauliflower fritters z gęstym jogurtem z szalotką i skórką otartą z cytryny (przepis). do towarzystwa świetna rukola, na którą namówiła mnie pod halą targową bardzo elegancka starsza pani, i pęczek tęczowej boćwiny, po którą poszłam dziś w deszczyku na targ pietruszkowy. udusiłam ją według wskazówek yotama (‚jerusalem’) i było to nadzwyczaj interesujące i udane- masło, podsmażane w maśle orzechy pinii, białe wino, czosnek, sos z tahiną. polecam wszystko.

 

a na kolację najpierw ‚callas’ w operze krakowskiej (zawód), a później piękny tekst jarosława mikołajewskiego o jeremim przyborze w świątecznej wyborczej. gratuluję postawienia na mikołajewskiego, nie wiem, kto potrafiłby opowiedzieć o jeremim z większą czułością.

 

‚wstawał około siódmej. kawa z ekspresu, jajko na miękko (…) prawie codziennie wypijał kieliszek czerwonego wina. uwielbiał herbatę. lubił desery- najbardziej ‚konferencję’- gruszkę w sosie waniliowym. w maju jechał do domu w pacewie i zostawał do października. tam na kolację najchętniej jadł moje [pani krystyny sordyl] pierogi z jagodami’ (fragmencik wspomnienia)

 

nie bez powodu czuję się z panem jeremim związana. odpowiada nam podobny nastroik.

 

a.

11 grudnia, piątek

wczoraj poszliśmy na kolację do słowackiego na ‚kto się boi virginii woolf’ w ramach boskiej komedii. byłam pod wrażeniem, w dodatku podwójnym- bo i spektaklu, i mirosława baki. przyjechali do nas z nikoszowca basza z marcinem; spektakl zaczął się z opóźnieniem, późny wieczór ścinał policzki, wróciliśmy do domu niewiele po północy, ja głodna jak wilk. rozgrzałam piekarnik i upiekłam chleb, a potem, o wpół do drugiej w nocy, urządziliśmy sobie biesiadkę ubraną w bliski wschód. jedliśmy meatballs z ‚jerusalem’ yotama (str. 196), do których ugotowałam gęsty improwizowany sos z kozieradką, kawałkiem imbiru grubości kciuka i sześcioma ząbkami czosnku. ukręciłam też humus. zjedliśmy cały bochen chleba, a ja myślałam, jakie to wszystko jest proste, i dlaczego tak nieczęsto o tym pamiętamy. usnęliśmy o czwartej. rano- słońce łaszące się przez nagie ramiona jesionu, który rośnie za naszym oknem, jasne niebo i jasne głowy, sporo kawy, mleko grzane w garnuszku z lawendą, gorący chleb, twaróg, znów upiekłam winogrona z rozmarynem. i znów jest piątek.

 

a.

 

 

9 grudnia, środa, smog

na obiad skrzyżowanie kultur staro-zachodnioeuropejskich- coś między ribollitą a soupe au pistou, w oparciu o proporcje heidi swanson (white chard stew i weekday vegetable soup, 101 cookbooks). pesto z natki pietruszki, gęsty jogurt z listkami oregano, kromka z masłem.

 

a.

8 grudnia, wtorek

curried brussels sprouts w oparciu o przepis z saveur.com. późnojesienny i zimowy klasyk na dni, kiedy nie mam wiele czasu na gotowanie. dziś był jeden z tych dni, pierwsza w nocy na półmetku, a ja dopiero skończyłam piec ciasta do kawiarni. stygną blachy i słodkawe powietrze w kuchni.

 

w sprawie wywiadu z klatą- to tutaj też jestem na półmetku. zaczęłam dziś do śniadania (gorąca piętka tartine bread z masłem i wędzoną solą, jajko na miękko, twaróg, cheddar), skończę pewnie jutro. tęsknię do czytania, ostatnie dni grube od wrażeń i zadań, i nie rysuje się żadna zmiana na tym froncie.

 

widziałam gdzieś tę zupę heidi swanson, przymierzam się do niej. jeśli idzie o zupy, to ona wie, co mówi.

 

a.

7 grudnia, poniedziałek

tak, szczęście jest dostępne

 

jest dwadzieścia minut po pierwszej w nocy, właśnie zjedliśmy po kromce chleba z solonym masłem na dobre sny. skrzypiały w dłoniach i w buzi. w lodówce dojrzewa drugi bochenek, ten upiekę rano, będzie ciepły na śniadanie.

 

myślałam dziś w okolicy podwieczorku o wczorajszym placku z węgierkami i rozmarynem pod gołym niebem i gołymi dłońmi (ja jeszcze dodatkowo z gołą głową), bardzo lubię to schronisko. jest takie zdjęcie, mamy z bunią po kilka lat, w pieninach upał, a my jemy pierogi z jagodami i mamy wąsy na pół buzi. wróciłam na te pierogi w ostatni dzień tego sierpnia, i z przykrością zawiadamiam, że nie wytrzymały próby czasu. ja za to trzymam się nieźle.

 

dla porządku- na obiad jadłam dziś łososia w lekkim sosie curry na podstawie przepisu liski (tu). miałam też ochotę na białą rzodkiew, bardzo lubię tartą rzodkiew ze śmietaną, sokiem z cytryny i pieprzem, przaśne i znajome. zadziwiająco smaczne ze świeżą kolendrą.

 

znów usnę przed drugą.

 

a.

 

5 grudnia, sobota

bardzo jestem z tych chlebów zadowolona. udały się nadzwyczajnie, co nie było takie znowu oczywiste; to pierwsza próba od dwóch lat z okładem. już zapomniałam, jakie to angażujące zajęcie. a w bonusie, oprócz dwóch bochenków- jakaś duma, radość i piętka z masłem. pierwszy chleb rozkroiliśmy o wpół do trzeciej w nocy, matko zjadł trzy kromki z masłem, i pomyślałam, że nic tego nie zastąpi, tego ciepłego bochna jak księżyc. nie wiem, w czym tkwi sedno i jak to nazwać- jakaś pierwotność, całość, kręgosłup. chad robertson pisze w pierwszym tomie „tartine bread” o „the song of bread”, i ma rację- gorący bochenek naprawdę śpiewa.

 

ciepły, jasny dzień. nikomu nie śpieszy się do kupowania choinek, ostatnie węgierki tej jesieni (osiem złotych za kilogram), nie mam ochoty na śledzie ani na wędzone śliwki.

 

dla porządku odnotuję- placek ze śliwkami upiekłam według przepisu dana leparda. to moje ulubione ciasto ze śliwkami, z prażonymi orzechami laskowymi i świeżym rozmarynem, który dodaję na własną rękę. obiad w ed redzie, i po raz kolejny pomyślałam, że to nie jest moja restauracja, uważam, że te wszystkie hiper optymistyczne recenzje są mocno na wyrost.

 

idę spać, bo nie wstanę w pieniny.

 

a.

 

 

4 grudnia, barbórka

no kochana, ty demiglasy i masła śledziowe, a tymczasem ja zwykłe życie- najpierw rozjeżdżały mi się na boki bochny tartine, a ja zupełnie nie rozumiem dlaczego, teraz czekam, aż dorosną; w kuchni patyna z mąki, moja rumiana buzia, piekarnik maratończyk, piję primitivo. znów usnę za późno, czego nie lubię, bo rano mam problemy z pobudką o mojej siódmej rano, a po ósmej, jak wiadomo, to już po dniu.

 

ugotowałam na śniadanie owsiankę april bloomfield, za którą przepadam; na płatkach owsianych i steel-cuts oats. bardzo odpowiada mi jej faktura, chropowatość i kożuszek, który tworzy się na powierzchni garnuszka. jeśli chodzi o owsianki to jestem minimalistką, nie przepadam za dodatkami. wyznaję mleko, sól, masło, trochę miodu

 

 

dziś remanent w lodówce przed sobotnim spacerem na bazarek. wczorajsze aloo gobi, dziś podrasowane batatem i połową puszki ciecierzycy; kawałek kalafiora pieczonego z kolendrą i kozieradką, garnuszek polenty z mascarpone, kolendra, labneh, kawałek sera, wino. duża radość po wczesnym popołudniu spieprzonym w centrach handlowych, ale to było konieczne, wybrałam nowych pomocników kuchennych.

 

moja barbórka przyjeżdża do mnie w czwartek. pomyślę o maśle śledziowym.

 

do dzisiaj, cześć. będę o 11 na dworcu.

 

a.

3 grudnia, czwartek

dziś na obiad dosa z wariacją na temat aloo gobi. aloo gobi występowało w charakterze tonący brzytwy chwyta się byle czego (co zapamiętale przytacza pewien klasyk cytując innego pewnego klasyka)- od kilku dni chodziła mi po głowie masala dosa, ale dziś okazało się, że znalezienie w krakowie liści curry graniczy z cudem, który jednakowoż mi się nie przytrafił. wracałam do domu nie w sosie, ale zdążyłam już kupić mąkę ryżową i kalafiora, i postanowiłam wykorzystać to niepowodzenie jako pracę nad swoją flexibility.

 

kilka szczegółów natury technicznej: ciasto na dosy/ę zrobiłam w oparciu o przepis dominiki wójciak z jej nowej książki „warzywo”. długo o niej ostatnio rozmawiałyśmy, spierając się raz tu, raz tam, z tym, że ja spierałam się bardziej; więc żeby domknąć dyskusję raz na zawsze dorzucę jeszcze głos modelskiego- słuchałam przedwczoraj do biegania ostatniego odcinka „drogi przez mąkę”, przytrafił mi się akurat epizod przedświąteczny, poświęcony w całości recenzji nowych książek kucharskich, które ukazały się u nas w języku polskim lub po polsku. otóż dzielę z modelskim wiele zastrzeżeń, co mnie w jakimś sensie ucieszyło, w dodatku podwójnie- okazuje się, że moje kręcenie nosem to nie wyraz postępującego wraz z wiekiem i powodowanego okolicznościami zewnętrznymi sceptycyzmu dla samego sceptycyzmu, tylko powszechne wrażenie. tym niemniej placki były smaczne.

 

wariację na temat aloo gobi konsultowałam z sophie dahl („na każdą porę. rok w przepisach”. stronę dopowiem jutro, bo nie chce mi się już wstawać z łóżka) i kilkoma przepisami z food52. dorzuciłam kozieradkę, do której mam słabość, podwoiłam ilość imbiru. grzało od środka jak gabrysia borejko.

 

na kolację był teatr, „kontrabasista” stuhra w pwst. zaskakująco ciepły jak na grudzień wieczór, zaskakująco czyste i bezwonne jak na kraków powietrze. przed snem- cortland z orzechami włoskimi z jarosławia.

 

a.

2 grudnia, środa

rok temu w październiku jadłam w solcu 44 kapustę. wracaliśmy z podkowy leśnej, wybraliśmy się kolejką wkd na spacer, do stawiska i na herbatę. pamiętam, że ryczał straszny wiatr, a my zmarzliśmy na kość pod ponurym i surowym niebem. już na powiślu zjedliśmy, jak zwykle, dużo, ale ja pamiętam tylko białą kapustę duszoną z pomidorami, śmietanką i białym winem, podaną z kiełbasą palcówką, do której baron ma wyraźną słabość. to było pyszne. świetnie doprawione, wyważone, krzepiące. i proste. jadłam ją jeszcze później dwukrotnie, a potem przyszła zima i kapusta zniknęła z karty, a ja wyprowadziłam się z warszawy.

 

od tej pory dusiłam kapustę barona niezliczoną ilość razy. także dzisiaj. dobrze się złożyło, bo dzień był wyjątkowo odpychający. nie korzystam z żadnych proporcji, za każdym razem przygotowuję ją na oko, więc podam ci tylko ogólny punkt wyjścia: nieduża główka białej kapusty, nieduża cebula, pęczek koperku. czynnik mokry: pomidory, śmietanka kremówka i białe wino. przyprawy- mielony kminek, mielona kolendra, chili, pieprz, sól, łyżka lub dwie soku z cytryny. podaję ją z pieczonymi kiełbaskami, łyżką kwaśnej śmietany, aureolą z koperku. pyszne z kromką chleba z masłem.

 

a.

1 grudnia, już można odtwarzać w kółko ‚as long as you follow’ fleetwood mac

no, moja droga, jesteśmy w domu! czytałam wczoraj popis pana organka w drodze z wrocławia, a jakże. po pierwsze nie rozumiem, dlaczego pani dorota wodecka, którą cenię, marnuje czas na takie ple ple, a po drugie- dawno nie czytałam czegoś tak miałkiego, drażniącego i niemądrego. spuchnięte ego to straszna choroba, a wyborcza od pewnego czasu brnie w jakimś niepokojącym kierunku, coraz mniej rzeczy mnie w niej interesuje.

 

bohaterowie literaccy chyba rzeczywiście nie przepadają za fasolą, nic nie przychodzi mi do głowy.  ale fasolę gotuje częściej niż często molly i jeszcze rachel roddy. czuję się z nimi związana.

 

spaliłam w piątek robocik kuchenny i odczuwam na tym tle poważny niepokój. połowa rzeczy na które mam ochotę nie wchodzi w grę z przyczyn technicznych. na obiad była dziś spora miska jesiennej sałatki na kanwie pomysłu pani waleckiej (przepis)- brukselka, jarmuż, batat (zamiast dyni), granat, tahina, feta, orzechy laskowe. było to nad wyraz udane i solidne.

 

na kolację zjadłam miskę zupy z soczewicy, którą znalazłam w lodówce. to moja ulubiona soczewicowa, z cytryną i kolendrą. przepis heidi swanson (101 cookbooks), to tak apropos twojego dzisiejszego obcowania z „near and far”. przed snem przebiegłam jedenaście kilometrów. jestem z siebie zadowolona

 

a.

 

30 listopada, poniedziałek

w „a hommade life” molly wizenberg jest taki chwytliwy wywodzik na temat loving to cook for one, i można w nim znaleźć taką przekorność: „no one is going to tell me that blanched  green beans, three slices of fresh mozarella doused in olive oil, and two pieces of chocolate cake are not an acceptable dinner. (they are, i promise)”.

 

to dziś o mnie, wbiegłam do domu prosto z dworca skostniała z głodu, bo bez obiadu, i przypomniałam sobie to zdanie obijając się w nerwowym pośpiechu po kuchni. nikt mi nie powie, że pół pieczonego batata, kilka łyżek polenty, jarmuż, który przywieźli ze studzienki rodzice, dwie ostatnie łyżki szałwiowego pesto, ostatki fasoli z niedzielnego obiadu, dwie oliwki, trzy łyżki ricotty, kęs cheddara i trójkąt jabłecznika to nie jest pełnometrażowy obiad.

 

bardzo przyjemny poranek w wagonie restauracyjnym pociągu intercity barbakan relacji kraków główny-wrocław główny. śmietankowe chmury, złoto rozlewające się przez przybrudzone szyby, którego nikt nie spodziewał się po deszczowym i nieprzytulnym poranku, czytanie, za zakrętem- grudzień. pamiętaj, gdyby kiedyś wpadło ci do głowy, żeby zamówić w warsie kawę- nie idź tą drogą.

 

a.

29 listopada, niedziela

dziś przy stole pięć krzeseł. dorsz, jaś z szałwią, polenta, brukselka, chleb z oliwkami. na deser- jabłecznik z semoliną i wanilią pani waleckiej, drugi raz w tym miesiącu (przepis). jest pyszny, pękaty od winnych jabłek, słodki od wanilii. bunia, która jest u nas w gościach od piątku, zrobiła dziś do niego sos waniliowy- pomyślałam o tobie, wzdychałaś ostatnio do jabłecznika z sam-u.

 

a.

28 listopada, sobota

jestem dziś raczej niezadowolona. serniki (nowojorski i z orzechami laskowymi) w massolicie niesmaczne, upieczone najwyraźniej na jakimś innym serze, z nieprzyjemnym posmakiem. na spóźnione śniadanie miska zupy z soczewicy z akcentem marokańskim, właściwie kojąca i ciepła od imbiru , ale zjadłam bez przyjemności.

 

później byłam bardzo głodna, a jeszcze później w en plato (bibice, ul. warszawska 170 a) moja ulubiona pizza ( bianca z salsiccią i brokułami neapolitańsikmi) odpadła w demokratycznym głosowaniu. wygrane pizze (między innymi jesienna nowość z wędzoną piersią gęsi) nie były nawet w jednej trzeciej tak smaczne. nie znalazłam też dziś w menu canolo.

 

wieczorem w krakowie jakaś plaga, we wszystkim ulubionych restauracjach odbywały się dziś kolacje z okazji andrzejek. po licznych telefonach znaleźliśmy stolik dla pięciu osoób w destino przy świętego jana i marka. właściwie nie ma o czym mówić, nieciekawy dorsz na cieciekawym musie pomidorowym z nieciekawym puree z białej fasoli. po raz kolejny przypomniałam sobie, dlaczego tak nie lubię jeść w ciemno w przypadkowych miejscach. ku pamięci.

 

a.

 

27 listopada, w oparach smogu

classic ragu bolognese, na podstawie przepisu z bon appetit. z cielęciną i wołowiną, na panceccie, domowym bulionie i tłustym mleku. ulubione.

 

a.

26 listopada, czwartek, trzy stopnie poniżej zera

znów gnocchi. została mi niewielka porcja z niedzielnego obiadu i pół słoika szałwiowego pesto. od niedzieli zastanawiałam się co dogotować do tej skromnej ilości żeby powstał pełen obiad dla dwóch osób,  i ostatecznie doszłam do wniosku, że gnocchi najlepiej będą smakowały z gnocchi. wczoraj w nocy piekłam bataty, dziś znów zabrudziłam mąką podłogę w kuchni. jeszcze nie mamy dość.

przepis

przed snem- roiboos z mlekiem.

pilnuję bulionu, układam pomysły na niedzielny obiad- będziemy mieli gości.

a.

25 listopada, środa, słoneczna

po pierwsze- katarzyno! samych serdeczności z okazji imienin!

 

po drugie- też miałam zjeść na śniadanie jajka z jabłkami! ale koniec końców zjadłam brukselkę (tak, wiem)

 

i po trzecie- ja też jadłam dziś na obiad rybę! i był to łosoś pieczony z smoked maldon salt, polany cytrynowym masełkiem. położyłam go na puree z kalafiora i szczypiorku według przepisu z trzeciego tomu „kitchen diaries” nigela slatera (str. 44) i od razu prostuję, że nie chodzi tu o rozgotowanego kalafiora zmiksowanego ze szczypiorem, tylko o coś dalece bardziej ciekawego- kalafior został utarty na puree z połową kostki masła, a następnie wmieszałam w niego oliwę/ pesto szczypiorkowe o kolorze szmaragdu. bardzo to było kojące i zwyczajnie smaczne. i co dziś istotne- szybkie w przygotowaniu. fotografia w „kitchen diaries”- bardzo zachęcająca.

 

same wykrzykniki!!!

 

słuchałam dziś do biegania audycji, której gościem była małgorzata musierowicz, poszukaj sobie w archiwum polskiego radia. czy ty już przeczytałaś wszystkie tomy jeżycjady? ja kończę „nutrię i nerwusa”, i wciąż ogromna radość. po bieganiu- reneta, kawał stravecchio, orzechy włoskie.

 

przypomnij mi że jak przyjedziesz, to mam ci pożyczyć listy agnieszki do jeremiego i jeremiego do agnieszki.

 

a.

24 listopada, wtorek, mróz

mam problem z polskim odpowiednikiem angielskiego „leftovers”- resztki, pozostałości, a dalej jest jeszcze gorzej. nie brzmi to jakoś szczególnie apetycznie. z zasady jestem przeciwna próbom podboju języka polskiego przez obce mocarstwa, ale dla leftovers robię wyjątek- bardzo lubię to słowo, jest miłe i zgrabne, śmiało można je gloryfikować, co też anglosasi czynią z powodzeniem. ale co zrobić z resztkami? przypomina mi się jeszcze moja babcia henia, która- dojadając po mnie albo bo buni talerz słodkiej zupy pomidorowej albo kanapki- z jakąś obsesyjną wręcz lubością powtarzała: kto jada ostatki, ten piękny i gładki….

 

bo na obiad były właśnie ostatki wczorajszej soczewicy, jeszcze smaczniejsze po nocy spędzonej w azylu. zjadłam sama, czytałam „dziennika ciąg dalszy” hena, z którym ostatnio się nie rozstaję, właściwie do niego się budzę i przy nim zasypiam, w słoiku na stole- podwiędłe złote chryzantemy.

 

a.

23 listopada, poniedziałek

na obiad- crushed puy lentils with tahini and cumin, „plenty more”, str. 238. przepadam za tym, to ścisła czołówka w dni, kiedy nie wiem co ugotować albo gdy nie mam czasu na gotowanie. soczewicę puy, tahinę i świeżą kolendrę mam w domu zawsze. na początku dodatek jaj na twardo powodował we mnie jakiś sceptycyzm, ale dziś oddałam yotamowi co jego i ostatecznie nawet się tego jajka domagam. czerwoną cebulę wymieniam na szalotkę; lubię też do tego gęsty jogurt z sokiem z cytryny albo z kolendrą.

miałam dziś ochotę na rybę, ale w moim rybnym na hali targowej zastałam tylko kawałek mintaja zupełnie pozbawionego życia i dwie markotne wędzone makrele. potem pomyślałam, że uduszę kapustę z białym winem i śmietanką i upiekę do niej kiełbaski, ale mój mięsny był nieczynny. przypomniały mi się poniedziałki we francji- tam też zaraz po niedzieli zamykano większą liczbę piekarni, nieczynne były fromagerie i charcuterie,  nie odbywał się żaden targ, zamykano restauracje. poniedziałkowe kolacje były smutne i nieciekawe, zazwyczaj za nie dziękowałam- carla odgrzewała marne resztki z weekendu, albo przygotowywała dzieciom makaron z masłem, albo odmrażała obrzydliwe krążki mielonego mięsa, które określała mianem steku, albo przynosiła z miasta coś gotowego, nie było świeżego chleba. tak, poniedziałki były smutne.

a.

22 listopada, niedziela

ten wczorajszy chleb jednak nie przerósł i dziś rano okazało się, że jest nad wyraz udany. pierwszą kromkę zjadłam z wiejskim jajkiem na miękko z wędzoną solą i z łyżką pesto z orzechów włoskich. drugą na wzór pani waleckiej- z masłem, twarogiem, miodem, szałwią i orzechami włoskimi. niech ona będzie za tę kanapkę błogosławiona między niewiastami, to jest nieprawdopodobnie pyszne.

obiadokolacja- gnocchi z batatów z szałwiowym pesto i palonym masłem, zamiast parmezanu- stravecchio. a właściwie- GNOCCHI Z BATATÓW Z SZAŁWIOWYM PESTO I PALONYM MASŁEM. przepis od top with cinnamon (link)

 

podwieczorek (dosłowny, jest 19:29)- gruszkowy placek nigela („kitchen diaries 2”, str. 456). nigel w pigułce- dużo masła, mielone orzechy, owoce. i czwarty odcinek „paktu”.

 

a.

 

 

 

21 listopada, sobota

śniadanie: spacer na bazarek, wróciłam z bukiecikami kolendry, oregano, rozmarynu, pietruszki i macierzanki. twarz li pachniała macierzanką w „przebudzeniu” minkowskiego, zawsze mi się to podobało. więc kupiłam. później- gryczane bliny z jajecznicą i ćwiartką cytryny, dojrzały cheddar, południe.

 

obiad: świeży jaś podsmażany z oliwą, czosnkiem i szałwią, podlany szklanką bulionu, a na koniec- sok i skórka otarta z cytryny. mogę to jeść codziennie, z podsmażanymi na maśle listkami szałwii i kawałkiem sera. pomysł inspirowany bon appetit, umami.

 

deser: roiboos cappuccino, faworyt wśród bawarek, z pianką.

 

w piekarniku właśnie przerasta mi chleb orkiszowy, upiekę sobie na smutki placek z gruszkami z drugiego tomu „kitchen diaries” nigela.

 

a.