Category: Prawa

22 czerwca, drugi dzień lata, piątek

we wtorek „zapiski z wygnania” w teatrze polonia. nie sądziłam, że janda jest w stanie doprowadzić mnie do łez. od pierwszych słów duszne oczy, przy osieckiej i młynarskim strumyki łez, a dalej płakałam już regularnie do samego końca. monodram jak czołg, jak gwałtowna ulewa, ta gwałtowność i nachalność budzą nawet złość. na prawo i lewo festiwal widzów zbierających łzy z policzków, powiek, ust, szyj. i myślałam i myślę, że popis naszej reprezentacji w rosji, sine prognozy na najbliższe dni, wszystkie dobre rzeczy, jakie zjadłam w krakowie i warszawie, albo twoje wątpliwości na temat porządku usadzenia gości weselnych przy stołach, o których pisałaś mi we wtorek- myślę, że to wszystko nie ma żadnego znaczenia. żadnego.

 

a.

13 czerwca, środa

doris lessing dała światu „lato przed zmierzchem”, a świat zdaje się podarował w tym roku światu lato przed brzaskiem, bo grubo przed czasem. na straganach wszystko naraz- agrest, truskawki, jagody, fasola szparagowa, jeszcze szparagi, już bób. już hortensje, już lawenda. standardy prawdziwie włoskie, można gotować vignarolę, której zawsze zazdroszczę włochom, bo u nas jednak szparagi, groszek i bób nieczęsto spotykają się na tej samej drodze. wertuję obydwa tomy „tender” w odmiennych niż zwykle kierunkach, błąkam się między rozdziałami, które dotąd  nie leżały obok siebie. najgorsze jest chyba to, że nikt nie umie powiedzieć jak długo- choć mniej więcej- potrwa sezon na truskawki, agrest, bób czy jagody, przez co nie wiem ile mam na nie czasu i czy powinnam się śpieszyć, co trochę mnie jednak stresuje. poza tym jestem zachwycona. liczne wrażenia zmysłowe.

 

na przykład gdy tnę rukolę i nagie uda wspierają się o rozgrzane drewniane rabaty, w których moi rodzice uprawiają warzywa, liście i zioła, bardzo to lubię. krzak białego bzu wilgotny od deszczu i ranka, z którego w ubiegłą sobotę cięłam kwiaty na syrop i sok. suche albo zapłakane trawy trącające łydkę, ciało wilgotne od upału i nieruchomego południa, albo odwrotnie, jeżące się pod młodym wieczornym powietrzem. biedronka, która spada nagle na przedramię w łazienkach królewskich. nasze nowe rodzinne kocię, gigi (wszystko przez dalidę), sprężysty i elektryczny pod dłonią. ramiączko sukienki zbiegające z ramienia, stopa uciekająca z drewniaka. duszny, miodowy zapach falbaniastych lip. gdy podnosisz się na zajęciach do trikonasany, a za wielkim otwartym oknem drzewo, ptaki, światło leżakujące na murach kamienicy po drugiej stronie podwórka.

albo wczorajszy wieczór, gdy siedziałam w otwartym na oścież oknie, piłam miętę ze studzienki i czytałam „dom dzienny, dom nocny”, któremu zupełnie nie przybywa lat, bardzo piękna książka wciąż jest bardzo piękna. nad kamienicami błyskało i dudniło, ciężkie cielsko burzy przechadzało się gdzieś całkiem niedaleko, raz na jakiś czas zatańczył jesion i estragon w donicy na parapecie. wystawiłam na niego świecę w słoiku. pachniało deszczem, który najpierw nie chciał przyjść, a potem szemrał do rana.

 

zmysłowo też w buzi. truskawkowe lody od maślanki w kłodzku, od kiedy pamiętam smakujące po prostu truskawkami z tłustą śmietanką, i spacer przez kłodzki rynek, potem dwa kościoły, coraz mniejsze. placek z rabarbarem mojej mamy. pizza w vincenzo pedone- osiedle na ruczaju, piec, dwa stoliki, pachnie mąką, pracownicy jak recydywiści, sceneria neapolitańska- na niesmacznym cieście, ale z ekstatycznym wierzchem- mozzarella, peperoncino, friarielli, anchois, oliwki. affogato z lodami pistacjowymi w mące i wodzie, które było moim ulubionym daniem z twojej panieńskiej kolacji, bo bibenda jednak się zmieniła. jagody i creme fraiche. cynar w upalne południe przed żonglerką. niekończące się garnki scafaty, bo zjadam jeden i od razu robię kolejną- z mozzarellą, ricottą, fetą albo parmezanem, deszcz skórki otartej z cytryny. braised lettuces with olive oil and herbs, to też porcja za porcją. dorosłe już  głowy młodej kapusty duszonej z anchois. sobotnia kolacja- chleb, masło i anchois (ciężka choroba), szparagi i mozzarella  tłusta jak burrata, comte. botwinka z botwiny od rodziców i z jajami od kury. naleśniki z truskawkami w dzień dziecka, prezent od mamy. sałaty prosto z grządki. brązowy ryż gotowany z wanilią, truskawki, śmietana. czereśnie- w niedzielny ranek dzwonek do drzwi, sąsiadka z miską czereśni z działki, „trzeba się dzielić”. bób, oliwa, cheddar.

 

w ubiegłą niedzielę widzieliśmy jeszcze przedpremierowo  „zimną wojnę” i od tego czasu martwię się o swoje serce, bo wszystkim drga, a mi nie. „ida” też mnie nie szturchnęła i wydaje mi się, że to ten sam przypadek. okazuje się, że kamienie szlachetne to nie moja specjalność, „wojna” jest tak ładna i tak precyzyjna, że dla mnie nie wystarcza już miejsca; jest w tym coś nieludzkiego i nie jestem pewna, czy mi się to podoba. to jak picie dobrego wina, które jest pod każdym względem dobre, a jednak się o nim nie rozmawia. tomasz kot piękny.

 

największa radość ostatnich dni- kiedy bunia, której zaleciłam ferrante myśli to samo co ty i deklaruje, że od dziś chce prowadzić rozmowy tylko na takim poziomie i gdy basia, której wmusiłaś franzena nie śpi i nie mówi przez „wolność”. gdy twoje dwie ulubione dziewczyny obejmują świat w ten sam co ty sposób, gdy przydarza się wam osieckowa wspólność przeżycia. i jeszcze gdy o tym rozmawiacie i wiesz, że będziecie rozmawiać nadal, na przykład przy ognisku w lipcu.

 

a.

 

 

ostatni maj, czwartek, święto

wyprowadziliśmy się na kilka dni do kochanych borkowskich, którzy wyprowadzili się na trzy miesiące do rodzinnego letniska w krempnej. byłam pod nieustannym wrażeniem ile dźwięków równie nieustannie wydaje świat, od rana do rana, co (to wrażenie)  jest uważam żenujące. na pierwszy rzut ucha czyny czynione nam przez miasto są niemożliwe do zrekompensowania. głuchniemy, ogłuszani samochodami, tramwajami i sąsiadami, a na dokładkę sami nie słuchamy i nie słyszymy. a tam- od rana stukot strumyka, ptasie radio, modły odprawiane przez pszczoły, świerszcze czy koniki polne, co rusz przyleci jakiś szerszeń. potem, gdy dom się zbudzi, skrzypienie drewnianych podłóg i schodów, kwilenie jasnego jak kaczeńce gustlika, pochrapywanie psa, nasze śmiechy. wieczorami znów nadaje ptasie radio, znów pszczoły wznoszą modły do kwiatów, znów śpiewają trawy, a koło dziesiątej wieczorem zaczyna drzeć się derkacz i krzyczy do rana. podobnie mam wrażenie w miastach ślepniemy- od zieleni i mienienia się drzew, zmian odcieni na niebie, dzikiej róży oplatającej kolejne beskidzkie kapliczki, słońca, łąk, albo cmentarzyka w żydowskiem całego w kwitnących chabrach można zwariować, to są wrażenia trudne do wytrzymania bez jęków pełnych egzaltacji, robienia bezsensownych, bo nieoddających zdjęć, opowiadania sobie nawzajem tego czy innego zachodu słońca czy zapachu jaśminu albo sosen (a może tylko o to chodzi w życiu, żeby opowiadać sobie i i sobie nawzajem świat? bo innego sensu jednak nie dostrzegam, mimo usilnych starań). bardzo trudno żyje mi się z tą świadomością, nawet w krakowie, który ugina się w tym roku pod nadmiarem jaśminu i w którym zakwitły róże pod teatrem słowackiego, i który jest przecież niebrzydki.

 

patrzenie i słuchanie poprzeplatane zwykłym życiem w jasnym bezczasie, wydarzającym się od rana do późnej nocy na ganku drewnianego letniska. pory dnia wyznaczane przez parzenie kolejnych kawiarek albo ziół. w sobotni ranek targ w dukli, wieczorami spacer do wsi, po mleko od gospodarza, jeszcze ciepłe, w drodze powrotnej droga przecięta przez jelenia albo żmije. wycieczki po kochanej okolicy. mówienie sobie ważnych i nieważnych rzeczy, na tym ganku albo w kuchni, przy wspólnej pracy. wycieczki po okolicy, serce w konwulsjach. proste, majowe jedzenie gotowane na kuchence gazowej z dwoma palnikami- botwinka i młode ziemniaki z ziołami, kaszanka z salsą z truskawek, szalotek i mięty, naleśniki z twarogiem i truskawkami, kasza gryczana z twarogiem ze szczypiorem i koprem, i jaja sadzone, i kefir. sery, zosiny chleb i placek z rabarbarem, które przywiozłam ze sobą. bose stopy. dużo czasu, mimo poczucia bezczasu.

 

bardzo kocham beskid niski i bardzo kocham borkowskich. byłam szczęśliwa.

 

zaraz zjemy po kromce żytniego chleba z masłem i jedziemy do innego lasu, lasu zachodniopolskiego, do rodziców. upały, dobrze.

po raz bardzo kolejny zaczęłam czytać „dom dzienny, dom nocny” najsłynniejszej olgi świata, taki nastroik i takie ochoty, a na dodatek za chwilę wambierzyce, ruda i krajanów za miedzą. ciekawe co myślę o „domu” w roku dwa tysiące osiemnastym.

 

a.

20 maja, niedziela

powroty do życia bywają złudne i kruche, chyba nie powinno się ich ogłaszać ani nawet żywić nadziei. „żywienie” czegokolwiek w obecnej kondycji jest niełatwe. sama nie wiem, co dokucza bardziej- ból fizyczny czy „klosz”, jaki zdaje mi się że mam wtedy na głowie- nic mi się nie myśli, niewiele mi się chce, źle mi się widzi, brakuje mi siły, jestem opieszała jak prawdziwi polacy na co dzień. nie chciałabym robić z tej przypadłości naczelnej narracji życia, ale tak się składa, że ona zagarnia to życie i już niewiele z niego zostaje dla mnie. ostatnio właśnie takie dni.

 

zanim znów odcięto mi dopływ życia był jednak piękny maj. trzeba być teraz bardzo czujnym i starannym, bo co rusz coś zakwita i gaśnie. na przykład kilka tłustych krzewów jaśminu na plantach- przed tygodniem w sobotę jeszcze spały, a w niedzielny ranek nagle w białych mundurkach, jak dzieci biegnące do pierwszej komunii, których wszędzie teraz pełno; mocno zachwycające (jaśminy, nie dzieci). wcześniej bzy i akacje, akacji będzie mi chyba nawet bardziej żal bzów, rzym w akacjach był bardzo piękny, a poza tym lubię ich cierpką słodycz. od tygodnia dość ostro dziwią mnie peonie w pierwszej połowie maja, to zdaje się chyba zbyt wcześnie. lipy prawie gotowe. a wczoraj na targu widziałam czereśnie.

 

za wielkich upałów był upalny piątek na kocu w lasku wolskim, pustym i zielonym. piknik na ulubionej polanie- szczuplutkie (teraz już przytyły) surowe szparagi zagryzane pecorino, pieprzne rzodkiewki z masłem i grubą solą, okręgi salami. było pierwsze w tym roku wielkie aioli- pieczone z ziołami ziemniaki, szparagi, rzodkiewki i słoik cytrynowego aioli. była miska dzikich sałat i ziół z bratkami i burrata z pieczonym rabarbarem. było kilka talerzy polskich serów w żonglerce i coraz wspanialsze wina (rachel zawsze dziękuje vino roma „for making my drinking life better”, ja dziękuję żonglerce. to są wybitne, ciekawe i piękne wina, przeżycia, lubię przeżycia). był ulubiony placek z rabarbarem. kilka partii rabarbaru pieczonego ze skórką zdjętą z pomarańczy albo z wanilią i deserowym winem. w jakąś sobotę szparagi z sosem gribiche (david lebovitz) i ciecierzyca wykąpana w oliwie z anchois. orkiszowy razowy bochenek zosi z tłustym twarogiem, kwitnącym szczypiorem i rzodkiewkami, które zjadam tej wiosny całe, razem z liśćmi (tu dziękuję szymkowi za cudne, pieprzne rzodkiewki bez chemikaliów), z plastrem masła i solą maldon. był jakiś piątkowy wieczór w en plato, gdzie coraz lepsza pizza, z brzegami złotymi od semoliny. jak co roku pęczak a la risotto ze szparagami i pesto ze wszystkiego co zielone, i jak co roku musujące wino. cabbage e pepe (food 52)- długie wstążki młodej kapusty duszone z połową kostki masła, z pieprzem i pecorino, wspaniały pomysł. stir-fry ze szparagami heidi swanson, tajska zielona zupa nigela, młoda kapusta duszona z anchois, dziś- szczawiowa. truskawki, wielkie i słodkie jak miód. niezliczone miski sałat (rukola, mizuna, musztardowiec, wielkie i zielone liście jakiejś cierpkiej cykorii od jedynie, pierwsza rzymska, szpinak, szczaw, zioła) ze wspaniałymi winegretami, ale o nich kiedy indziej.

 

pomimo jaśminu i truskawek nie chudnie rzewność za włochami. obejrzeliśmy już „wielkie piękno” (uczucia na jego temat nie gasną), czasami oglądamy „gomorrę”, czytam „rzymską komedię” mikołajewskiego, spacerek sentymentalny i uzupełniający. na wycieczkę zamówiłam sobie próbki perfum eau d’italie- rosa gretę, eau d’italie, magnolię romanę, bois d’ombrie (wędzone i dymne, matko mówi, że pachnę jak kościół) i sienne l’hivier (drzewne i pradawne) – i dalej sobie nimi pachnę. ostatnie dwa zapachy sprawiłabym sobie z ochotą, ale niestety zupełnie nie trzymają się mojej skóry. ale przynajmniej wiem, że chcę pachnieć jak włochy. chętnie jak zadymiony kościół przybrany w kwiaty albo jak kawiarnia, gdzie palą papierosy eleganckie panie.

 

poza tym przeczytałam francuskie opowiadania barnesa, widziałam nowego polańskiego i pierwszy odcinek narkotyzującego się benedicta cumberbatcha. cały (naprawdę cały) wczorajszy dzień spędziłam przy bbc 4 słuchając transmisji z royal wedding, komentarzy na temat royal wedding i wrażeń z royal wedding i świetnie się bawiłam. bardzo kocham bbc 4, w domu jest albo cicho, albo bbc. jaka to jest mądra stacja! ostatnio ze smutkiem stwierdziłam, że nie słucham już niczego co polskie. trójki od lat nie sposób, dwójka niespecjalnie mnie ostatnio interesuje, choć regularnie śledzę archiwum audycji. niepokoi mnie to trochę.

dwa tygodnie temu byłam sama w warszawie i ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie ma już we mnie miłości. warszawa się we mnie skończyła, wróciłam do krakowa zmęczona i rozdrażniona, i z radością, że wróciłam. drzewostan centrum tego miasta i jego zachodnioeuropejski policzek widać stały mi się potrzebne. dość nieoczekiwane odkrycie.

 

a.

5 maja, sobota

dwie sprawy na wstępie. po jedno (jak zwykł mawiać nasz rodzinny stolarz)- zadanie od ciebie, którego jednak nie potrafię rozwiązać. ty umiałabyś wybrać jeden dzień? dla mnie to jak pytanie o ulubiony ser, drzewo albo drogę- jest ich zbyt wiele. gdybyś rozbiła to ćwiczenie na kilka podpunktów- posiłek, który chciałabym powtórzyć, droga, którą chciałabym przejechać jeszcze raz, uczucia towarzyszące jakiemuś spotkaniu- to może jeszcze, ale tak polecenie jest dla mnie zbyt ogólne. lubię zbyt wiele rzeczy i wspomnień.

 

po drugie- tawuły. pisząc „tawule” masz na myśli tawuły czy to może jeszcze coś innego? pytanie dyktowane ciekawością, planty ubrane w kożuch z tawuł, mój rodzinny dom też, i te to na pewno są tawuły, nie tawule. czy one mają jakąś siostrę?

 

i po trzecie- elena ferrante. już dawno się tyle nie naprzeżywałam nad czytaniem, do takiego stanu potrafi mnie doprowadzić może tylko franzen. jakie to nieefekciarskie, ludzkie, intymne, wspaniałe. uczciwe. lusterko dla dziewczyn, przewodnik po dziewczynach. o niczym innym od kilku dni nie myślę i nie chcę czytać nic innego. jeszcze trzy dni temu byłam w neapolu, co pewnie sprzyja tej wewnętrznej gorączce, a ostatnie zdanie doczytałam w chwili, gdy nasz samolot rąbnął o pas w balicach, cała we łzach i ze światem puchnącym w gardle. czytanie autorów w ich miejscach zawsze zdawało mi się efekciarskie i nachalne (wyjątek stanowi pakowanie pana samochodzika nad jeziora), ale neapol jest poza tą kategorią, on w ogóle jest poza każdą kategorią. poza tym chyba spotkałam linę- czarną, kocią i agresywną, kręcącą się po pizzerii da michele. myślę, że po to są książki- żeby przez pewien czas zapomnieć o sobie, albo na odwrót, wreszcie się sobie przyjrzeć. zupełnie nie wiem co mam teraz ze sobą zrobić, chyba popielęgnuję w sobie przez jakiś czas tę dziurę po ferrante w sercu i w życiu, a jak się zabliźnię to zabiorę się za franaszka. na razie nie chcę czytać nic innego, może z wyjątkiem „the vegetable book” jane grigson, nad którą już tu piałam- ostateczny dowód na to, że w polsce nikt w ogóle nie powinien zabierać się za pisanie o jedzeniu, może tylko jeden paweł bravo (felieton w ostatnim „tygodniku powszechnym” uroczy) i czasami kręglicka.

 

 

wreszcie włochy. niechętny powrót do krakowa. przejechaliśmy tysiąc dwieście kilometrów czarnym seatem ibizą, przeszliśmy wiele po rzymie. śpiewał nam głównie perry como i luigi tenco (kocham tego gościa), i jeszcze ścieżka dźwiękowa z ostatniego guadagnino. zbrunatniałam od słońca, pojaśniałam od środka, pogryzły mnie komary.

 

wpierw toskania jakiej nie znałam, mimo tego, że już tam przecież bywałam. pusta, leśna, wspinająca się w błękitną górę albo opadająca w doliny, dzikie połacie. nie byliśmy w sienie, najgłośniejszych miasteczkach ani trasach. byliśmy w ruderi di toiano (przez przypadek), radicofani pachnącym miodem z kasztanów, drobnym monticchiello, na bezdrożach, gdzie przez wiele kilometrów nie mijał nas żaden samochód, sarna ani dom. dostałam tę soczystość i nasycenie, po które poleciałam. trawy, maki, bzy, wielkie bąki w wielkich kiściach wisterii, drzewa, drzewa, drzewa (najdalej dwa tygodnie temu idąc ulicą smoleńsk perorowałyśmy z basią o wyższości drzew nad każdą inną formą istnienia, jednomyślne na ten temat).

potem lacjum i rzym, zmiana dekoracji na jeszcze bardziej odurzające- kwitnące akacje, drzewa pomarańczowe, róże, jaśmin. niekoszone pobocza i skwery w rzymie, bardziej prowincjonalnym niż stołecznym, co wyjątkowo mi odpowiada. na tych skwerach trawa do połowy łydki, maki, oset i polne kwiecie. przy drogach stoiska z bobem, wszędzie napisy głoszące sezon na „fava”. pistacjowy tybr, zupełnie nieprawdopodobny. na sznurkach do bielizny suszyła się zima- kurtki i płaszcze, które długo nie będą tu potrzebne. urocze, niewielkie testaccio objęte platanami, zielone, rdzawe, złote. kilkanaście ulic, piazza, targ, budynek starej rzeźni, szczupły tybr, kilka trattorii, bar barberini, droga na awentyn, też mogłabym tam mieszkać. cmentarz protestancki w tej dzielnicy, gdzie śpi keats, wszędzie róże, karczochy i grube koty. wielkie piękno.

i wreszcie- neapol z dołu, korki, niepokój, tłum, hipnotyzujący bajzel. i neapol z góry, z samolotu- wezuwiusz i zatoka, moja wielka czułość na ten temat. o coś mi chodzi, tylko jeszcze nie wiem o co.

 

jedzenie. pierwsza kawa przy barze na stacji benzynowej. obiad w willi lena (skądinąd naprawdę wspaniałej)- grillowane radicchio z truskawkami i ricottą, wiosenna pasta z zielonymi warzywami z grządki, drobne cukinie z polentą i romesco, dwa podwójne espresso z kostkami lodu. osteria la saletta w certaldo- hołubiona przez mieszkańców miasteczka- zupa cebulowa z lokalnej cebuli, z trzema serami, flan z karczocha, moje gnudi. śniadanie u gospodarzy w starej willi, gdzie spędziliśmy noc- on jak józef hen, cudny- kawa z kawiarki, rogale i masło, waniliowe ucierane ciasto gospodyni, jej konfitura z pomarańczy. obiad we florencji, w trattori il carmin0- dla mnie puntarelle z sosem z anchois (TAK) i ribollita, dla matko papardelle z dzikimi szparagami i pancettą. aperol, crodino, wino. spritz z cynaru, zamawiany przy każdej okazji- moje nowe ulubione aperitivo. kolacja przed kamiennym domem w dolinie chianti- lokalny pecorino i pecorino bleu i butelka chardonnay z chianti. pierwsze kwiaty cukinii, nadziewane ricottą i anchois. papardelle z ragu z dzika, przecież lasy. lody jogurtowe, czasami pistacjowe. wspomnienie kolacji w monticchiello, na tarasie enoteki zawieszonej nad doliną z widokiem na pienzę- pecorino (stary, młody, z truflami, z pieprzem, z winem) z miodem kasztanowym  i gruszki, chleb, masło i anchois (ostatnio w ścisłej czołówce ulubionych dań), burrata z równiny maremma i pomidory, butelka montepulciano, potem jeszcze pucharek tiramisu i prosecco, dym w głowie. rano cappuccino pod lipą przy długim stole w agroturystyce. affogato w drodze na wybrzeże, w parki krajobrazowe porośnięte piniami. ryby na wybrzeżu. późne śniadanie/wczesny obiad przy fontannie w rzymie- pizza bianca z il forno przy campo di fiori, moja z fior di latte i kwiatami cukinii, matko z bresaolą i rukolą. cannolo w sycylijskiej kawiarni, ale wolałam lody. pierwsza kolacja na testaccio- agustarello, które znam od rachel roddy, i od razu spełnienie marzenia- bo bób w strąkach, pecorino, chleb i białe wino, bo vignarola, bo zjawiskowe cacio e pepe, bo ogon wołowy i ziemniaki pieczone w mój ulubiony sposób, to jest bardzo dużo oliwy i bardzo dużo ziół. cappuccino i truskawki na śniadanie. obiad w da cesare (patrz rachel)- drugie kwiaty cukinii z mozzarellą i anchois, karczochy, carbonara, parmigiana. kolacja w la torricelli (rachel!)- wspaniała bruschetta z burratą i anchois, smażone oliwki nadziane mięsem, mój dorsz, cacio e pepe matko, maleńkie karczochy smażone w głębokim tłuszczu, podlane octem, jak czipsy. na deser- miseczka poziomek i domowe lody śmietankowe. kawa i ciastka w barze barberini. pomarańcze zjadane w ogrodzie pomarańczowym na awentynie. piknik z targu na testaccio- bób i pecorino, po kawałku pizzy, jeden z duszoną escarolą, oliwkami i anchois,  drugi z fior di latte, kwiatami cukinii i anchois (nic na to nie poradzę), pomidory spod wezuwiusza, bresaola, świeża ricotta, litr wina z wielkiej kadzi, za dwa euro. sery i salami w volpetti, obok którego akurat  przechodziliśmy, więc weszliśmy. wino i czipsy na ławce na piazza di testaccio, do późnej nocy, gdzie dzieci do tej samej późnej nocy grają w piłkę, a rodzice i dziadkowie robią to co my. i margherita w da michele w neapolu, pyszna, pyszna, pyszna. z neapolitańskiej trójcy świętej-da michele, di matteo i sorbillo najwięcej naprzeżywałam się chyba u matteo, choć dziś już sama nie wiem i będę musiała pojechać jeszcze raz.

 

piszę to wszystko, bo dla mnie to naprawdę duże przeżycie, w dodatku za każdym razem. cały ten ceremoniał we włoskim domu czy trattori, ortodoksyjny, choć nie onieśmielający. poważne podejście do kalendarza warzywnego i owocowego. fakt, że mogę zjeść w restauracji warzywa, dużo warzyw, czego niezmiennie brakuje mi w polsce. we włoszech nie umiem się zdecydować- teraz szparagi, karczochy, bób, różne cykorie i dzikie zielska, zupy, ziemniaki, fasole, szpinak, rukola. to, że włosi naprawdę zjadają te wszystkie warzywa- w knajpie!- dzieci, młodzi i dorośli przed miską makaronu wsuwają z zadowoleniem puntarelle z anchois, sałatę z rukoli i surowych karczochów z pecorino, karczochy na sto sposobów, uduszoną z czosnkiem dziką cykorię, cukinie, potrawki z warzyw albo fasolę. jest to niebywałe i piękne. wreszcie- prostota i prostolinijność tego jedzenia, które ląduje na stole, bardzo mnie to wzrusza. ten samotny karczoch, ryba z ćwiartką cytryny, miska cykorii, makaron z pieprzem i pecorino, przysadziste kieliszki na zwyczajne, codzienne wino, poziomki i śmietana. dziko mnie to wszystko interesuje i ujmuje (taka sama jest jane grigson), niby nic nowego, a nie umiem się od tego odkleić. praktycy życia. tak trzeba żyć i jeść, tak myślę.

 

ujmuje mnie we włoszech też wiele innych spraw. na przykład włosi i ich stosunek do dzieci. metodyczna powolność, z którą jedzą i piją wino, i pośpiech z jakim wypijają kawę. naturalne przyzwolenie na radość i przyjemności, żeby zamówić sobie dla siebie butelkę prosecco w południe, zjeść lody, przeczytać w słońcu gazetę- skąd to się bierze, przecież to też katolicki kraj, nie rozumiem. nieśpieszność w ogóle. przedramiona zwisające u okien samochodów. skłonność do zdrobnień. skłonność do uśmiechu. brak skłonności do pośpiechu. bezczelna, choć życzliwa ciekawość, z jaką przyglądają się wszystkiemu i wszystkim. krajobraz bez bilbordów i ogłoszeń w stylu „wynajm lawet” (to autentyk). ostatnio tam interesuje mnie coraz więcej spraw, a tu- coraz mniej- bo już przecież nie radio, coraz mniej prasa, zupełnie nie ludzie. idoli też mam gdzie indziej. moja mentalność życia codziennego daleka jest od tej polskiej. ostatnio zauważyłam, że angielski nie jest już dla mnie językiem obcym, jest jednym z dwóch języków w których mówię, myślę i w których czytam. myślę z przymrużeniem oka, że gdyby włochy miały śmietanę i chleb francji i jabłka oraz czarne porzeczki polski- to mogłabym tam mieszkać. coraz mniej wiem, co myślę o polsce. choć gdy sprowadzam ojczyznę do jabłek i czarnej porzeczki to chyba nie jest najlepiej.

 

a.

23 kwietnia jak maj, poniedziałek

ten kwiecień to okamgnienie, ale wyjątkowo ładne. prędka wiosna i buchające bzy w okolicach dwudziestego dnia miesiąca to chyba niezbywalny dowód na globalne ocieplenie. kraków w ostatnich tygodniach jest wspaniały, przeżywam ostre wzmożenie na jego temat, i tak co roku. zapach świata przed deszczem, zapach świata po deszczu, w ogóle- zapach świata.

 

na czym mija czas, oprócz czasochłonnej terapii- na wycieczkach o świcie na giełdę kwiatową pod kierownictwem madzi (kupiłam sobie eukaliptus i paproć, która wygląda jak nać włoskiej pietruszki). na długich dniach ciepła i podglądaniu jesionu, który wyciąga co dzień bardziej zielone ręce w stronę naszych okien. na kolejnych pętlach wokół plant, które przypominają dżunglę i co chwila pachną czymś nowym. na rankach, popołudniach i wieczorach pod lipą przy żonglerce (od kilku dni już widać, że to będzie lipa). wieczorem można podglądać panią cukierniczkę pracującą w oknie cukierni po drugiej stronie ulicy, pachnie wtedy masłem i cukrem. na pierwszych burzach. na zachwytach tłustym szpalerem bzów przy ulicy retoryka. na częstych wędrówkach przez ulicę studencką, garncarską, wenecję (moja ulubiona), aż na zwierzyniec po drugiej stronie alei krasińskiego, albo w drugą stronę, przez batorego, łobzowską, szlakiem aż na stary kleparz- w pojedynkę, z matko albo z basią i małym guciem. na czytaniu w ogrodzie przy muzeum mehoffera, gdzie kwitną na biało drzewa owocowe, na ławce pod wyrośniętym białym bzem. na wycieczkach w beskid sądecki i nad jezioro rożnowskie. na jedzeniu- szparagów (to codziennie), serów i kiszonego czosnku niedźwiedziego (boski) w żonglerce, ziemniaków pieczonych z czosnkiem niedźwiedzim, ricotty i mozzarelli, niepokojących ilości zielonych liści, sals ze świeżych naci i ziół, lodów z placu szczepańskiego, ryb nad jeziorem, z pierwszym zachodem słońca; rukoli i sałat podlanych winem musującym, ale według pomysłu molly z jej pierwszej książki- z pistacjami i gorzką czekoladą, ale pomysł! pyszne z prosecco. i na piciu- głównie ziół, zjawiskowej prosy (żonglerka) i affogato. i na nieśmiałej myśli, że wraca we mnie życie- bo znowu chce mi się pisać, myśleć, biegać i pić.

 

w weekend znów przeczytałam „five quarters” rachel, piękna, piękna książka. dziś wieczorem lecimy do włoch, lądujemy w pizie, planujemy zajechać do rzymu jak najbardziej okrężnymi drogami (w końcu wszystkie i tak prowadzą do rzymu), a wracamy z neapolu. nie mogę doczekać się ostatniego tomu ferrante i paru innych rzeczy.

 

a.

9 kwietnia, poniedziałek

gałązka forsycji ze starego kleparza zakwitła po świętach, wbrew zapewnieniom pani z zielenią (swoją drogą co za czasy, płacić za ramiona drzew…). wraz z płonącą na parapecie forsycją przyszła wiosna. rano czytanie przy otwartym oknie, nieustające zdziwienie, że znów śpiewają ptaki i że świat ma zapach. piję kawę i oglądam słońce łażące po ścianach i kredensie, równie nieustająco (nieustająco oglądam i nieustająco łażące). jesień do społu z zimą to niepotrzebne okaleczenie.

 

w tym roku po raz pierwszy wyprawiłam święta, choć to chyba oświadczenie trochę na wyrost, bo trudno mi powiedzieć czy sposób obowiązujący od lat w mojej rodzinie- a właściwie jego brak- to jeszcze obchodzenie świąt. ale był bukszpan i rzeżucha, jaja i żurek, chleb i masło, pierwsza wiązka szparagów (z cypru, według informacji na tasiemce) z sosem gribiche (bon appetit), ćwikła i chrzan, ziemniaki pieczone z ziołami i czarnymi oliwkami ze słoikiem domowego aioli, szarlotka i laskowe ciasto nigela, kawa i musujące wino. wiatr, ulewy, chłód, pierwsze ciepło. i rola, w której jednak czuję się dobrze i bezpiecznie- lubię być gospodynią.

 

i ja jem sporo stir-frajów, głównie takich a la „fried rice”, gdzie w roli ryżu występują różne „fried grains”- ryż czarny lub brązowy, komosa albo biała kasza gryczana, z grubymi paluchami imbiru, całymi pęczkami dymki, zielonymi liśćmi (szpinak, jarmuż toskański, boćwina, czosnek niedźwiedzi), jajkiem i nerkowcami, z kimchi, które dostałam w prezencie od mojego ucznia-kucharza. tata z kolei podarował mi torbę wędzonych pstrągów- część zjadłam w sałatce z ciecierzycą, natkami, dymką i jajami na twardo, z pozostałych zrobiłam w sobotę wspaniałe brandade (smoked trout brandade, przepis z bon appetit), które zjedliśmy z entuzjazmem i z młodymi liśćmi z winegretem z dijon, śmietaną i piętką taleggio (strasznie mi ostatnio smakuje). śniadania- omlety z czosnkiem niedźwiedzim albo pokrzywą, grzanki z labneh i z tahiną, koktajle i soki z warzyw, jaja na miękko z pesto, komosa z duszonymi z gryczanym miodem renetami, które nie zmieściły się do szarlotki. wczoraj, po całej niedzieli włóczęgi po krakowie (wisła, stare dębniki, zwierzyniec, planty), na obiad sery (WSPANIALE I POLSKIE) i musujące wino w żonglerce, na podwieczorek galette complete z psa pianisty, na kolację- „kariera artura ui” w teatrze słowackiego (michał majnicz w głównej roli, poza tym nic interesującego).

 

poza tym kolejne miski sałat. wyniosłam z domu rodzinnego głęboką nieufność do nowalijek, pierwsze ogórki i pomidory kupuję w lipcu, rzodkiewki w okolicach czerwca. o ile cypryjskie czy włoskie szparagi albo ziemniaki nie budzą we mnie sprzeciwu- tam przynajmniej świeci słońce, i to nie od dziś, podobnie jak importowane zimą z włoch różne cykorie- w końcu liście zimowe- to rodzime warzywa na przednówku są jednak podejrzane. z tego co mi wiadomo, wzrastanie w egipskich ciemnościach służy głównie belgijskiej cykorii, a niespecjalnie hojne temperatury jarmużowi i kapustom. ufam właściwie dwóm gospodarstwom- podkrakowskiemu jedynie i rodzinnemu moich rodziców. a jako że u rodziców grządki jeszcze nagie (góry), jeżdżę po zakupy do jedynie i jem to, co już im urosło- czyli nieśmiałe pęczki musztardowca, rukoli, pokrzywy i mizuny, dymkę i cebulki przypominające te z kalabrii, drobną boćwinę, zioła, buraki chioggia i kwiaty do sałatek, plus czosnek niedźwiedzi z targu pietruszkowego i sporo awokado. cierpliwie czekam na resztę i wychodzę jednak z założenia, że wszystko w swoim czasie. jest to zresztą to, co w jedzeniu ostatnio interesuje mnie najbardziej. zmienia się też sposób, w jaki robię zakupy- dotąd listę sprawunków dyktowała druga lista, ta z przepisami, z których miałam zamiar gotować; teraz znoszę do domu pojawiające się kolejno warzywa, upolowane zioła albo zimowych jeszcze weteranów zastanawiając się po drodze, co z nich zrobię. więcej też wokół tego wszystkiego myślę.

 

przepadłam w ferrante (nie wiem, czy jest w tej sadze coś interesującego dla chłopaków, ale ja jestem przygnieciona szczerością relacji między tymi wpierw dziewczynkami, a potem dziewczynami- miłość i niechęć, przywiązanie, podziw i zazdrość, oddanie i zawłaszczanie, wzajemność i jej brak, uciekanie i powroty, moim zdaniem na tym zasadza się dziewczyńska przyjaźń; momentami porażające). wariuję już od niej i od neaoplu w krakowie. czekam na biografię herberta. cieszy mnie każdy dzień, kiedy nie boli.

 

a.

 

 

 

 

18 marca, niedziela

po mojej stronie cisza, bo wydobywają się ze mnie ostatnio głównie onomatopeje wyrażające różne szczeble bólu i wrażeń cielesnych oraz takich natury nieurologicznej, a to niespecjalnie ciekawe. choć dzieją się ze mną sprawy przedziwne, w życiu nie dałabym nikomu wiary w takie rewelacje. jest to wszystko bardzo czasochłonne i wyczerpujące. marzec ukradły mi herxy, o których istnieniu miesiąc temu nie miałam pojęcia, a teraz, skoro już je znam, to zamierzam chociaż wykorzystywać je w rozgrywkach w scrabble.

 

nie pomaga mi też łachudrowaty klimat umiarkowany, który, jak wszystko w tym kraju, nie zna umiaru. albo słoneczna niedziela pod niebem i siedemnaście stopni na plusie i rozbudzone nadzieje, albo taka z zamiecią śnieżną, jedenastoma stopniami na minusie i ogniem w kominku. ostatnio stoję (twardo) na stanowisku, że życie w ojczyźnie to straszna strata czasu.

 

jem to, co rozsądne, ale nie jest to dla mnie specjalnie przykre. co tydzień nie wolno mi czegoś innego, ale i z tym nieźle sobie radzę. sporo na ten temat myślę, ale o tym innym razem.

 

duży entuzjazm na temat magazynu „pismo”, co o nim myślisz? dawno nie zdarzyło mi się czytać gazety od okładki do okładki, w dodatku z dużym zacięciem i z poczuciem, że mnie od tego przybywa. alleluja. chyba jeszcze większy entuzjazm na temat „the food programme” radia bbc, dzisiejsza audycja z nathanem myhrvoldem o przeszłości i przyszłości chleba pasjonująca. boże jedyny, jak ja lubię, gdy ktoś w końcu nie plecie oczywistości na bardziej lub mniej oczywisty temat (pewnie stąd po części sympatia do „pisma”). miewam dość poważne reakcje alergiczne na oczywistości, od razu wszystko mi mdleje i krew mnie zalewa. inne ulubione ostatnio odcinki „the food programme” to ten o aperitifach, pionierskich włoskich knajpach na londyńskim soho, o gorzkim smaku albo o strączkach.

czytam ferrante, jeszcze nie wiem, co o tym myślę. wstrząsnął mną wywiad z jackiem leociakiem w „świątecznej”, jestem załamana. dla równowagi poczytam sobie do snu dziennik osieckiej i może wypiję inkę.

 

a.

4 marca, niedziela

życie nagle zrobiło się małe. przychodnie, laboratoria, szpital, gabinet, w którym spędzam dziesięć i pół godziny każdego tygodnia (do odwołania). codzienność wspierająca się o nowe filarki. plany i podróże, które trzeba przesunąć na trochę później. boleści, które szturmują nagle i nigdy nie wiadomo z której strony. to wszystko jest dla mnie niełatwe, frustrujące i nowe. najtrudniejsze jest chyba przyjęcie do wiadomości, że choruję i że to potrwa. że pewnych rzeczy mi nie wolno albo odwrotnie, właśnie że coś powinnam, choć jestem temu niechętna. jak widać mój programowy fatalizm jednak znajduje uzasadnienie w tak zwanej rzeczywistości (taki jak ten rebeki ze „stu lat samotności”, tej, która jadła ziemię ze smutku. swoją drogą zamierzam przeczytać od nowa marqueza, ciekawi mnie, czy „sto lat samotności”, „jesień patriarchy” albo „miłość w czasach zarazy” robi wrażenie tylko na pesjonarkach, czy może na większych dziewczynach też)- bo jednak często towarzyszy mi myśl i jakiś zgrzyt sumienia, czy można bezkarnie miło żyć, skoro za drzwiami wiadomo co się wyprawia. duża lekcja.

 

w dodatku przez jakiś czas (do odwołania) nie mogę jeść ani pić bardzo wielu rzeczy, które jednak dotąd bardzo jadłam i bardzo piłam. w ich miejsce pokaźne ilości witaminy c (plus kroplówki), magnezu (plus kroplówki), witaminy d i innych witamin. piję jakieś dziwne oleje, jem siemię lniane, piję zioła, wyjadam drugi słój kapusty kiszonej (od taty). w ogóle mam wrażenie, że pół doby tylko coś łykam i wypijam. żeby było jeszcze bardziej atrakcyjnie mój chłopiec do końca marca może jeść jedynie produkty w kolorze śniegu albo bladości. niestety, dość często nasze zalecenia dietetyczne wzajemnie się wykluczają, wobec czego gotowanie czy wybór restauracji przypomina nagle grę w scrabble. wygląda na to, że przez miesiąc będę prowadziła podwójną kuchnię- dla matko puree ziemniaczane, ryż, białe kasze, owsianki, chleb i makaron, dla mnie warzywa, curry, ryby, kiszonki i bardziej złożone zboża.

pierwszy szok minął i znoszę to wcale nieźle. wczoraj, przygotowując się do zakupów na hali targowej (teraz muszę przygotowywać się nawet do zakupów na bazarku), pomyślałam nawet, że to całkiem interesujące i pouczające. mamy w tym roku prawdziwy wielki post. z plusów- zaprzyjaźniłam się na dobre z heidi swanson, nie rozstaję się z „plenty more”, zamierzam w końcu skorzystać z przepisów, które wiecznie odkładałam na później albo które wydawały mi się „za zdrowe”, mam bardzo ładną cerę, a przez mieszankę ziół, którą muszę pić trzy razy dziennie, już naprawdę nic innego nie jest dla mnie za gorzkie.

 

co na talerzu- dziś rano gryczane galette z moim nowym ulubionym twarogiem (nie powinnam), ze słoikiem czarnej porzeczki od mamy (to ja). wczoraj na obiad placki z pora yotama (samograj, przepis z „plenty”, wyrzuciłam z nich natkę pietruszki, kurkumę, kolendrę i chili, bo matko), z cykorią z orzechami włoskimi i olejem z orzechów włoskich. w ubiegłym tygodniu- brokuły pieczone w curry, z ziołami i fistaszkami, na kałuży tahiny (heidi swanson), kolendrowa zupa z soczewicy (heidi), zupa z porem (dostałam torbę grządkowych od rodziców), fasolą i pieczonym kalafiorem z brązowym ryżem, jedzona z prażonymi laskowymi i śmietanką kokosową (heidi, mówiłam, a poza tym jest biała. w oryginale kalafior nie jest pieczony, a jedynie wrzucony do zupy, ale stwierdziłam, że to będzie mdłe i go opiekłam), sporo niepalonej kaszy gryczanej, cykorie z cytrusami, dużo awokado, miski sałatek z siekaną brukselką i jarmużem, humus, grejpfruty i orzechy. w ubiegłą sobotę pęczak a la risotto z pieczoną brukselką i skórką zdjętą z dwóch cytryn („plenty more”, pyszne, jeszcze p.b.e [przed białą erą]), w niedzielę poszliśmy do fariny na ryby- smaczna zupa rybna i cały okoń pieczony z nacią pietruszki i czosnkiem, do tego szpinak z rodzynkami. kefiry (klimeko, jako jeden nielicznych nie w składzie mleka w proszku. wraz z nowym rokiem wypowiedziałam wojnę mleku w proszku w moim nabiale) i kapusta kiszona. dziś pstrąg w karakterze, taki z oliwą z fermentowanym czosnkiem i bundzem, wyjątkowo niezły. po dwóch tygodniach z inką znów piję kawę. z przyczyn ode mnie niezależnych niespecjalnie mogę pić mleko, w związku z tym w zeszłym tygodniu zrobiłam słoik mleka z (prażonych) pestek dyni (bardzo dobre!), dziś moczę migdały na kolejny słoik. uwaga na marginesie- uważam roślinne mleko w kartonie za wyjątkowe gnojowisko, czego tam nie ma w składzie- maltodekstryna, skrobia, cukier, soja, gumy, karagen, jakieś szyfry; samobój. jak widać daję szansę organizmowi żeby się wykazał.

 

jeśli nie ma mnie w domu albo akurat nie walczę ze sobą w przybytkach okołozdrowotnych to jestem w kinie. wiele dobrych historii, nie pamiętam takiego sezonu. w zeszłą sobotę spłakałam się na filmie o demokracji (nowy spielberg), w niedzielę piękna „nić widmo”, duża przyjemność. wczoraj urocza „lady bird”, wzruszenie za szczenięcą dziewczyńskością. razem z „tamtymi dniami, tamtymi nocami” i dziennikiem osieckiej tworzy triduum tęsknot za młodością i za czasami kiedy było dużo czasu, jakoś jest mi to ostatnio potrzebne. a dziś na drugie śniadanie „ja, tonya”- i znowu dobre. dziękuję ci, kino i arsie.

 

a teraz muszę iść spać (21:45), bo przed trzecią rano wstajemy na galę oscarową. będziemy jeść włoskie sery, orzechy i gorzką cykorię, a rano zaparzę nam inkę, to jeszcze razem możemy.

 

a.

19 lutego, poniedziałek

dwa tygodnie nieprzytomnego bólu. związane z tym strachy, grube pokłady czasu marnowane na telefony, badania i szukanie ratunku. chodzę spać w godzinach, o których nigdy nie usypiałam, wstaję w porach, o których zawsze byłam już na nogach. czas siniaków w zagłębieniach łokci, poczekalni, irytacji. niewiedza, jak będzie jutro. niewiedza, jak będzie w ogóle. dawno nie byłam od siebie tak daleko. organizm, który nagle jest ciałem obcym. niespecjalnie dobrze to znoszę.

 

w przerwie od bólowania udało mi się obejrzeć kilka filmów. „trzy billboardy”, które rozbiły wczoraj bank na bafcie- bardzo sprawny film, choć raczej  do nagradzania niż przeżywania. ja jednak chodzę do kina po przeżywanie. w tym celu poszliśmy na „niemiłość” zwiagincewa, niestety bez rezultatów. wolę, gdy zwiagincew jest biblijny i ogromny, kino z zacięciem społecznym mnie nie wzrusza. w któryś domowy wieczór obejrzeliśmy „dalidę”, po licznych namowach ze strony buni, i często gra mi teraz w domu ta ścieżka dźwiękowa. choć film to zmarnowany potencjał, matko ma rację, powinien był się za to zabrać sorrentino. a ostatnio, jako prawdopodobnie ostatnia dziewczyna na ziemi bez doświadczenia w tej dziedzinie, widziałam „pamiętnik” i chyba nieszczególnie mi się podobał.

 

tydzień temu byliśmy na (późnym) wieczorku łukasza modelskiego i pawła bravo w ramach opery rara, i to były himalaje retoryczne do późnej nocy. boże, daj więcej.

 

przy łóżku mam nową część dziennika osieckiej (lata 1954-55), arcyciekawe i równie nie do wiary jak tom poprzedni.

 

w weekend byłam w polanicy, doglądać mamy po operacji. nie myślałam, że mój parszywy horoskop będzie rzutował także na moich bliskich. uzdrowisko białe i senne, mróz, scrabble i mocno niecodzienne warunki rodzinne.

 

niespecjalnie pamiętam, co jem. teraz cytrynową zupę z soczewicy heidi swanson z kolendrą i brązowy ryż z jabłkami i cynamonem. kanapki z ulubioną ricottą, kanapki z kiszoną kapustą, cheddarem i jajami na twardo. soczewicę. cykorie z grejpfrutami. wczoraj wspaniała kalafiorowa i pstrąg z oliwą z fermentowanym czosnkiem w karakterze. w zeszły weekend chili i szarlotka waleckiej. dużo ogórków kiszonych i dużo kefiru.

 

a.

 

 

4 lutego, niedziela

w środę na obiedzie najmilsi goście- nasza agnieszka i droga sercu tessa capponi-borawska. goszcząc takich gości ma się jednak ambicję, by postawić na stole coś ładniejszego niż zupę, choć dla mnie największym wyzwaniem było nieubieranie obiadu w nic o włoskiej proweniencji, bo najpewniej umarłabym na serce. w efekcie urodziła mi się mała prowansja.

w ramach antipasto słodko-gorzka huśtawka: wzbudzające powszechny entuzjazm smażone w oliwie daktyle medjool oprószone grubą solą (przepis z nieistniejącej już river boat cafe w seattle) oraz cierpkie radicchio i cykorie z cierpkimi orzechami włoskimi, cierpkim winegretem z olejem z orzechów włoskich i z momentami cierpkimi pomarańczami, a także usmażonymi na oleju orzechowym kęsami croissanta. do tego chleb i świetne francuskie sery (także wzbudzające powszechny entuzjazm)- mocno ekstatyczny brillat savarin affinee, jak tłusta, słonawa śmietana opakowana w cierpką skórkę; stary cantal, śnieżny tomme de savoie, który przybrałam resztką marynowanych rodzynek z dna słoika.

 

danie właściwe- bezrybna wariacja na temat bouillabaisse, na pierońsko intensywnym wywarze, który zrobiłam na oko, a z którego jestem wyjątkowo zadowolona- czosnek, cebula, anchois, kiszone cytryny, pasek skórki zdjętej z pomarańczy, sok wyciśnięty z czerwonej pomarańczy, bulion, białe wino, włoski bitter, anyż, wspaniały, wspaniały szafran z targu w dubaju, nasiona kopru włoskiego, szałwiowy, oliwny wywar, w którym piekłam fasolę, łyżka przecieru pomidorowego. wszystko razem- burza w buzi, obawiam się, że nie do powtórzenia, choć w sumie zrobiłam notatki. w tej skondensowanej francji pływała upieczona fasola duży jaś, fenkuł, w połowie ugotowany, w połowie upieczony. upiekłam też ziemniaki w mundurkach, w mleku i szafranie, bardzo interesujące. fundamenty- nie wyobrażam sobie tych wszystkich południowofrancuskich potrawek bez aioli, więc ukręciłam słoik szafranowego aioli. poza tym cierpkie oliwki, migdały, nać fenkułu, chleb. piliśmy białe wino z włoskiego tyrolu. na deser- kawa i laskowe ciasto nigela slatera. gdybym miała wytłumaczyć komuś za co kocham orzechy laskowe, to upiekłabym po prostu to ciasto. pyszne gołe, ale z polewą z espresso i creme fraiche jeszcze lepsze.

dostałam w prezencie od pań najmilsze prezenty- od agnieszki pudło faworków z lukullusa, od tessy- dżem z grejpfrutów.

 

z innych smacznych spraw- ulubiony ostatnio napój to prosecco, gin i skórka z pomarańczy. w piątek zjadłam w niepozornym wrocławskim barze mlecznym całkiem dobrą zupę szczawiową. wczoraj dojadaliśmy na obiad ziemniaki z aioli (jeden ze wspanialszych wynalazków ludzkości), i zrobiłam surówkę z radicchio z warzywnej książki deborah madison („vegetable literacy”)- poszatkowane radicchio, winegret z szalotką, musztardą i olejem z orzechów, orzechy włoskie, podsmażony chleb, jajo twardo, nać pietruszki. dziś- braised green cabbage with anchovies and garlic, food 52, pół kostki masła, polecam uwadze. okazuje się, że można podnieść zwyczajną kapustę do rangi szampana.

 

dziś przeczytałam u rachel roddy („two kitchens”) o przyjemności chwili, w której uświadamiasz sobie, że coś, co dość często ci się przydarza lub odbywa, właściwie stało się już rytuałem. święta prawda. u nas to pizza w nolio w piątkowe wieczory i kanapki w żonglerce na niedzielnie śniadanie, i pewnie setka innych spraw.

 

a.

 

 

29 stycznia, poniedziałek

dziś refleksje natury ogólnej.

 

na początek piśmienniczej.

 

wpierw wojciech nowicki i jego recenzja restauracji pod baranem sprzed dwóch piątków (krakowskie wydanie magazynu „co jest grane”). otóż moim zdaniem w ojczyźnie jest zaledwie jedna osoba predestynowana do recenzowania restauracji i jest to niestety wojciech nowicki. mówię niestety, bo tak się składa, że niespecjalnie za nim przepadam, co jednak czyni moją opinię dalece bardziej obiektywną. w dodatku podobnego zdania jest jacek dukaj, co wiem od mateusza. wspomniany tekst o baranie- majstersztyk. mój główny zarzut pod adresem recenzji restauracji w ogóle jest taki, że są one zwykle nudne, zupełnie mnie nie zajmują. z reguły recenzent, najczęściej samozwańczy, przytula do siebie jakąś nieszczególnie wyszukaną formę, a następnie w kolejnych tekstach zmienia jedynie nazwę miejsca (najczęściej dopiero co otwartego lub modnego) i litanię zjadanych dań, operując ograniczoną (acz mocno egzaltowaną) pulą przymiotników i porównań. nie nowicki. jego teksty to żonglerka, tłusty język, ironia, zakonspirowane smaczki, zawsze forma, zawsze treść, merytoryczność, brak tej powszechnej miałkości, sprawiedliwość, demokratyczność. ma swój język. sporo od niego wiem. z jednakową uwagą traktuje wystrojone restauracje restauracje i małe bary, sklepy i bazary; umie znaleźć się na modnym festiwalu kulinarnym i na gali, w polsce i za granicą (przykładem niedawny tekst z chicago). wraca do miejsc, w których już kiedyś jadł, publikuje aktualizacje opinii. bardzo często mnie ten gość wkurza, ale nie sposób mu niczego odmówić. znać, że pisarz i fachura. piątkową wyborczą kupuję właściwie tylko dla niego. nad recenzją barana śmiałam się w głos w autobusie do wrocławia, świetnie bawiąc się nad aluzjami do michała pawła markowskiego, profesury krakowskiej i krakowskiej zachowawczości.

 

dalej książki kucharskie. dostałam ostatnio w prezencie cztery. książki kucharskie kupuję rzadko, raz lub dwa razy do roku. mam ich niespecjalnie dużo i jest to świadoma polityka. wspominałam już o „vegetable book” jane grigson i donoszę, że po miesiącu entuzjazm jedynie rośnie.

mam „sweet” ottolenghiego i goh i powiem coś niepopularnego, ale nie wiem, co właściwie myślę o tej książce. rozumiem zachwyty, ale ja reaguję na nią jakoś opornie, co mnie dziwi. na pewno imponująca praca, bardzo demokratyczna i ładna, ale moje serce jest gdzie indziej.

głównie przy nowej rachel roddy, i tu odpowiadam z opóźnieniem na twoje pytanie- tak, jej pierwsza książka, o rzymie, jest równie wspaniała, mądra, czuła i ładna. chyba wolę nawet zdjęcia w tej rzymskiej opowieści. mam tam swoje ulubione teksty do których często wracam, na przykład ten o maśle albo o łuskaniu bobu i zajadaniu go pecorino, albo o piciu bąbelków do warzyw i owoców smażonych w głębokim tłuszczu. wspaniała zdolność do życia- i rachel, i włochów.

 

ale najbardziej czekałam na „bitter” jennifer mclagan.  jest to jedna z ciekawszych rzeczy, jakie czytałam. książka o ginie z tonikiem, cykoriach (zamierzam zjeść wszystko z tego rozdziału), grejpfrutach, bitterach, kawie, piołunie, piwie, orzechach włoskich, gorzkich pomarańczach, brukselce etc. wszystko dziko zajmujące, w tym sezonie jesienno-zimowym mogłabym jeść tylko gorzkie i pizzę (i koper włoski, i anchois). zostało mi kilka stron do końca tej biblijki, a gdy skończę to zamierzam przeczytać ją od nowa. a jutro wybieram się do apteki po chininę na tonik.

 

na drugim stosiku z książkami, tym nie o jedzeniu, „anglia, anglia” barnesa i giedroyć magdaleny grochowskiej (powrót po romansie z franzenem). już to mówiłam, ale powiem to znowu- dawno żadna książka nie wpędziła mnie w takie zdumienie i rozmyślenie, entuzjazm i przygnębienie. nauczyciele języka polskiego, historii i wosu powinni rzucić w cholerę podręczniki i korzystać z grochowskiej. mam wrażenie, że mądrzeję od tej książki w tempie ekspresowym. okazuje się, że nic zupełnie nie wiedziałam o herlingu-grudzińskim, listy osieckiej do giedroycia cudne, rozdział o miłoszu ulubiony.

 

w weekend dwa razy w kinie- w sobotę „tamte dni, tamte noce”- jakie to ładne, pisałam później buni, że jeśli ktoś uratuje kino, to będą to włosi. nie sposób nie pomyśleć o czasach, gdy lato trwało w nieskończoność i na wszystko był czas, i gdy człowiek miał możliwość nie robić w ogóle niczego, bo nie było internetu, komputerów i smartfonów. w niedzielę churchill- wspaniałe! wspaniałe, wspaniałe, wspaniałe. w styczniu obejrzeliśmy też „working girl” i „the big chill”- ten ostatni szczególnie miły, werandy południowej karoliny, ścieżka dźwiękowa, wszystko ładne.

 

wracając ostatnio z zakupów na kleparzu doszłam do wniosku, że oprócz warzyw najbardziej na świecie kocham ser. stary kleparz to raj na ziemi- mirco i sery włoskie, sklep z serami holenderskimi, nowa budka z zagrodowymi serami polskimi, kawałek dalej le rond i francja. tracę tam rozum i mnóstwo pieniędzy. czytanie o serach to z kolei moje comfort reading- na przykład dziś o robioli, której smak przypomina podobno „kombinację jaśminu i przepoconych skarpetek”(hm), i do której pasuje chleb toskański i marmolada z pomarańczy. jutro w takim razie idę po robiolę.

 

jem to samo co cały czas, czyli cykorie, pomarańcze, fenkuły, ser i pizzę, a jeśli nie to soupe au pistou, kaszę gryczaną ze śmietaną i twarogiem (to na śniadanie), w sobotę ragu bolońskie, zimowe panzanelle, grejpfruty, kanapki z cheddarem, jajem na twardo i kiszoną kapustą, z marynowanymi marchewkami, negroni albo prosecco z martini i skórką pomarańczy. zjadłam całą tartę z creme fraiche i jabłkami, od mimi thorisson. w ubiegłym tygodniu postanowiłam podnieść swoje kwalifikacje w gotowaniu fasoli i ostatecznie upiekłam w piekarniku dwa gary- jeden według wskazówek marcelli hazan, drugi według przepisu heidi swanson z „near and far”- i zdaje się, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo. jakie to dobre!

 

ostatni crush– londyńska river cafe, obejrzałam i wysłuchałam wszystkich dostępnych w internecie i archiwum bbc wywiadów z ruth rodgers. i jeszcze zimowe menu restauracji palatino (też londyn).

 

koniec.

 

a.

 

 

 

 

 

 

15 stycznia, poniedziałek

wczoraj skończyłam dwadzieścia dziewięć lat i jestem trochę przejęta. z tej okazji (urodzin) od piątku robiłam to, co sprawia mi jedną z większych przyjemności, to znaczy jadłam głównie pizzę, chleb i affogato, było wspaniale. w piątkowy wieczór nolio (pizza nduja z dołożoną ricottą zajmuje drugie miejsce na podium, zaraz po aglio). w sobotnie popołudnie en plato i zjawiskowa pizza z wędzoną mozzarellą, escarolą, kaparami, oliwkami i anchois- łał; na deser canolo na pół. w sobotni ranek w drodze po chleb do zaczynu zaszliśmy do salwatorskiej kawiarni żonglerka, gdzie przydarzyły nam się same miłe rzeczy. dobra kawa i kanapki, za które masz ochotę wyściskać pana za barem- na świeżym chlebie zosi (nie sądziłam, że dożyję tego dnia), z przejrzałym, słodkawym serem ze zmarszczką pleśni z rancza frontiera, pieczonym batatem, awokado, pestkami dyni i garścią kolendry, z pytaniem „czy chcecie jajko na miękko i oliwę”? to kawiarnia, gdzie wspomniany już pan, na moją prośbę o jakąś korzenną herbatę, pyta, czy chciałabym do niej mleko. alleluja!

 

w dzień jubileuszu rano złoto i trufle- bo bochen chleba z zaczynu, z oliwkami i orzechami włoskimi, solone masło, miód i orzechy. brie z truflami, który sprawiłam sobie w le rond w prezencie, nie mam słów; oliwa truflowa kupiona w gubbio. tłusty biały ser, konfitury z czarnej porzeczki. przy toaście- prosecco z wodą różaną i odrobiną soku z granata. i kolacja w euskadi, które jest wspaniałe, o czym ostatnio trochę zapomnieliśmy. chorizo, chleb, oliwa. mały burger z baskijską wieprzowiną, domowe czipsy. wątróbka królicza w sosie śmietanowym na zgrillowanej brioszce. pyszne patatas bravas z aioli i z salsą z pomidorów (od piątku głosiłam światu, że na urodziny chcę tylko pizzę i ziemniaki z majonezem). ulubiona tortilla z dorszem i szpinakiem. pieczone pory z romesco. więcej chleba. więcej wina. karkówka z jakiegoś cudu, oliwa, tymianek. talerzyk maleńkich rybek usmażonych w cieście na głębokim tłuszczu, aioli, ćwiartka cytryny. przeżycie z rzędu tych wyższych. na deser, już w domu, affogato z lodami od włochów, i „pożegnanie z afryką” (płakałam). od dziś do kolejnych urodzin powinnam być na diecie.

 

koziorożec

 

11 stycznia, czwartek

cykoria z pomarańczami z sycylii. fenkuł z pomarańczami z sycylii. radicchio z pomarańczami z sycylii. cykoria, fenkuł i radicchio z pomarańczami z sycylii. ta sałatka stanowi obecnie jakieś trzy czwarte mojej diety codziennej. jak dotąd rekord to pomarańcze i cykorie na śniadanie, obiad i kolację. pomarańcze, fenkuł i cykorie to punkty stałe, a ze zmiennych- awokado, orzechy włoskie, ciecierzyca, czasami feta albo pecorino, zawsze olej orzechowy- mam w szafce z olejami i octami (moja ulubiona) taki z orzechów włoskich, laskowych albo z prażonych pistacjowych.

 

w przerwie od cykorii i pomarańczy- ulubiona zupa z kapusty, z pomidorami, winem, fenkułem i i kuminem (seeds). potrafi być skromna albo ekskluzywna- wtedy na stole grube podgrzane kromki chleba, oliwki, podsmażone chorizo, creme fraiche, dużo ziół, ciecierzyca.

sporo bawarek.

jabłka i sery.

w sobotę byliśmy w dopiero co otwartej nowej knajpie włoskiej (la carbonara), która przedstawia się jako rzymska osteria. z rzymu zupa z fasoli, krem z soczewicy (?), cacio e pepe i trochę pecorino, poza tym niespecjalnie rzymsko, a jedzenie też niespecjalnie specjalne, co zawsze mnie smuci. najbardziej smakowało mi chyba affogato z domowymi lodami waniliowymi, które wyprosiłam spoza karty. właściciel- włoch uroczy, a byłby jeszcze bardziej uroczy gdyby karmił makaronem z fasolą, fasolą w ogóle, anchois i cykoriami.

 

ten nowy rok goni za czymś zupełnie tak samo jak ten poprzedni, błędny rycerz. biegnie w smogu, ciemnicy i codziennych znojach.

 

a.

5 stycznia, nowy rok

ten dom nad polami to jedno z moich ulubionych miejsc do bycia. wszystko jak zawsze- w stary rok ognisko, patyki z kiełbaskami, kociołek z pieczonkami od oli i piotra, szklane butelki z cytrynówką marco. nad ogniskiem księżyc w zaawansowanej pełni, czyste niebo, gwiazdozbiory. tańce (w rytm playlisty „od zbawienia lepsza zabawa”) i jedzenie: rostbef marco- rolki z domowym majonezem- i moje do niego pikle (marchew i kalarepa) i sałatka z pieczonych ziemniaków, z marynowaną czerwoną cebulą i dymką, kaparami, zieleniną i sosem z majonezu i musztardy. labneh z oliwą i dukkah (przepis ducksoup), pasta z pieczonej dyni z tahiną i melasą z granatów(„jerusalem”), domowe chleby, maślany sernik buni, czipsy, włoskie sery i salami i coppa. bąbelki, aperol, a dla niektórych prosecco z cytrynówką. północ na tarasie. w nowy rok też wspaniałe jak zawsze: najpierw wspaniale- coraz wspanialsze!- naleśniki magdy i pawła (jesteśmy po bruderszafcie)- twaróg, skórka pomarańczowa, rodzynki, masło, masło, masło. na obiad chili, na deser wirtuozerskie tiramisu oli, chyba nie jadłam lepszego, wybitna sprawa. spacer, samotna godzina na tarasie objętym przez karkonosze, zajadłe rozgrywki w milionerów (znam wiele nowych słów). niemrawy powrót do domu, smutki, żmudność zwykłych obowiązków.

 

zdjęłam z tablicy kartkę z postanowieniami i zapałami z zeszłego roku, wygląda tak:

 

1.chleby z „tartine 3”

2.pikle

3.konfitury

4.drukować OD RAZU teksty, które zachwycają

5.pola paris

6.notować z książek, od razu, w jednym miejscu!

7.kwiaty i zioła

8.jaja w koszulce!

9.przygotowywać mięso bez nerwów

10.czytać poezję

sierpień- le grand aioli

listopad- kolacja dziękczynna

 

niektórych spraw nawet nie dotknęłam, ale patrzę na siebie z sympatią. w tym roku dorzucam punkt 11- więcej czytać po angielsku.

 

co mnie ostatnio zajęło- niegasnący zachwyt franzenem, czytam teraz jego teksty w „new yorkerze” (a propos- masz już ten głośny „polski new yorker”?). odsłuchiwane wywiady z franzenem. dziś w drodze z targu słuchałam wspomnienia o leszku aleksandrze moczulskim (dwójka), który zmarł w grudniu. krakowska brać w jednym studio- zagajewski, jan kanty, turnau. moczulski napisał teksty do kilku moich ulubionych piosenek, z którymi spędziłam sporą część tegorocznych wakacji- „linoskoczka” albo „wszystko co piękne”, ta druga- co za wiersz! dla równowagi słyszałam też rozmowę z bator- wciąż nosi koronę pretensjonalności, na swój sposób fascynujące. dostałam w święta „vegetable book” jane grigson, już rozumiem zachwyty rachel roddy i juliana barnesa. człowiek przez lata odurza się nigelem slaterem, a potem okazuje się, że to wtórne, że matką takiego pisania o warzywach jest jane.

 

dziś miły spacer bez pośpiechu, ostatnio gatunek zagrożony wymarciem. kiosk, okołorynek, stary kleparz, kawa w kaboom, planty, poczta. w siatce na zakupy białe główki rzepy z zielonymi warkoczami (na tę okazję tekst o zimowych rzepach na blogu rachel roddy, chyba sprzed roku), fioletowa cykoria, jędrny fenkuł, dwa awokado, wędzona sieja i zębacz. po grudniu jestem mięciutka jak święty mikołaj, chyba trzeba nieco zacisnąć pasa.

 

zmyłam dziś parkiety, wyszorowałam zlew, zmieniłam pościel. mogę zaczynać rok.

 

a.