Category: Prawa

16 listopada, czwartek, półmetek miesiąca

z jednej strony jestem rada, że czas przebiega jakiś maraton, a my przekroczyliśmy tym samym połowę listopada, ale z drugiej jest to jednak mocno niepokojące. zaczynam rozumieć tych wszystkich artystów i poetów grzmiących z wysokości, że życie to błysk. moje ostatnio błyska dość intensywnie.

 

w zeszłym tygodniu miałam w domu chłopca po zabiegu stomatologicznym i zmuszeni byliśmy przejść na dietę, którą często tu zachwalasz, tę o konsystencji półpłynnej, przeznaczoną dla ludzi bezzębnych. rozumiem, że to może być kojące, ale we mnie budzi jednak głównie frustrację. po trzech dniach jedzenia zup kremów, puddingów z kasz, koktajli i puree ziemniaczanego byłam przede wszystkich zirytowana, a nasze rozmowy kręciły się głównie wokół litanii „zjadłbym/abym pizzę/ser/rogala marcińskiego/chili con carne/hot doga/chipsy/cokolwiek”. chyba oboje jesteśmy gryzoniami. przy okazji donoszę, że to puree ziemniaczane heidi swanson z oliwą czosnkową i wariacją na temat dukkah jest zabójcze.

 

w niedzielę pojechaliśmy do gliwic, poznać małego gucia i uściskać jego rodziców. po drodze odebraliśmy z katowickiego byfyja zamówione rogale świętomarcińskie, które jedliśmy wszyscy razem (minus gutek) dokładnie rok temu i które bardzo nam wtedy smakowały (teraz też), i potem pół dnia skubaliśmy te rogale, piliśmy herbatę i wino (wino to chyba najbardziej ja), gucio marszczył czoło i kwilił mi na rękach, bardzo to było dla mnie wzruszające. odjechaliśmy wieczorem, ja z prezentem (więcej rogali i pierogi ruskie marcina), i mimo powodowanych rogalami deklaracji, że nic już dziś nie zjem, w samochodzie zmieniliśmy jednak zdanie i zawróciliśmy do chorzowa, do manana bistro, o którym słyszałam już dawno temu. ciekawa karta, smaczna troć i dziczyzna, i właściwie tyle. później droga do krakowa w ulewie i mgłach.

 

wczoraj były drugie urodziny nolio i w związku z tą okazją kolacja-niespodzianka dla wielbicieli. i czuję się w obowiązku oświadczyć, że pomimo faktu, że przybytek ten robi moją ulubioną pizzę, to jednak obiektywnie nie jest to jakaś nadzwyczajna ani frapująca restauracja, co głęboko mnie zasmuca. wczoraj przerost formy, niedostatek treści.

 

sezon na roiboos z mlekiem, zatkany nos i alarmy smogowe. rozstęp w sercu i w życiu po przeczytanym franzenie, który w mojej opinii jest wyjątkowo inteligentny i jest jednym z nielicznych współczesnych prozaików, którym naprawdę o coś chodzi. czytam teraz książkę o giedroyciu magdaleny grochowskiej („do polski ze snu”) i jest to bardzo zajmujące i pouczające. i jednak przygnębiające, że pomimo tylu lat i tylu wolt- w polsce, w polskim kościele katolickim, polskim sposobie w sensie globalnym- niewiele się zmienia.

 

a.

6 listopada, znowu poniedziałek

to może najpierw aktualności i w odpowiedzi do:

nie przysłuchuję się annie gacek od jej początków, więc jak widzisz moja alergia cechuje się niecodzienną konsekwencją. pozostając w temacie- trzy sprawy. raz- trójkę włączam już tylko na markomanię, i zastanawiałam się ostatnio, czy u podstaw tego rozwodu leży powszechny u nas ostatnio cyrk na kółkach, i chyba jednak nie- odeszłam od tego radia już wcześniej, to od dawna nie jest mój język. dwa- słucham właściwie wyłącznie bbc 4 i nie mogę się nadziwić temu radiu bez reklam, bez muzyki, bez krzyków, bez spoufalania się i pieprzenia trzy po trzy. to jest radio dla ludzi o temperamencie starego dziada, czyli dla mnie. na przykład dzisiaj- cały ranek o la boga wokół królowej i rajów podatkowych, wieczorem rozmowa z kennethem lonerganem i program o książkach, za dnia „the food programme” i audycja o josephie conradzie. jest to wszystko dla mnie bardzo zajmujące. i trzy- jestem fanką porannego radioturnieju na antenie radiowej dwójki („dwójka na piątkę”), jeśli mogę to włączam rano polskie radio tylko na ten moment. z reguły jestem załamana (sobą!) jak mało pamiętam ze spraw, o których się uczyłam lub czytałam, jest mi wstyd i sporządzam sobie listę światów do odświeżenia.

 

w czwartkowy ranek moja przyjaciółka basia urodziła pięknego synka i jestem tym wszystkim bardzo przejęta, bardziej, niż zakładałam. wszystko się we mnie wichrzy i odczuwam bardzo wiele wielkich uczuć.

 

u nas też nowe książki, matko wrócił w środę do domu z paczką z antykwariatu- i mam teraz „silny wstrząs” franzena, biografię iwaszkiewicza, olczak-ronikier, „pingpongistę” józefa hena, „wakacje” uzdańskiego, dzienniki gombrowicza.  z innych źródeł przyszły brakujące tomy pana samochodzika, kolejny tom dziennika jana józefa szczepańskiego, drugi „życiorysta” rudnickiego, „ja, geniusz” suchanow i pewnie coś jeszcze. wyposażenie na ciemną porę roku (mam ostatnio takie spostrzeżenie, że w polsce mamy właściwie tylko dwie pory roku- ciemną i jasną), które jednak wzbudza pewien niepokój, bo kiedy ja to niby wszystko przeczytam. a w torbie i plecaku- wciąż „purity” franzena (KTÓREGO KOCHAM) i „pedant w kuchni” barnesa- na swój sposób urocze, ale wolałabym mieć to chyba po angielsku. mam ostatnio dość żywe zapędy w kierunku kręgosłupa jedzeniopisania o rodowodzie brytyjskim, i u barnesa to wszystko jest.

 

oglądam teraz do wieczornych machinacji pielęgnacyjnych „nigella bites” sprzed stu lat i to jest chyba najlepsza seria, choć najmniej atrakcyjna pod względem jadłospisu. młoda nigella jest niedościgle wdzięczna i rozbrajająca, ręcznik spada. podoba mi się w długich włosach.

 

w sobotni wieczór w podróży z łodzi do krakowa odsłuchiwałam płyty sprzed lat, między innymi debiutancką płytę wilków (1992), która ostatnio została chyba odświeżona, bo doklejono do niej spory ogon koncertowych nagrań, i pragnę wyrazić pogląd, że w polskiej muzyce lat dziewięćdziesiątych niewiele było bardziej seksownych spraw niż głos młodego gawlińskiego, i będę tego broniła. te piosenki z koncertów są wspaniałe. w ogóle mam słabość do polskich piosenek z upadku lat osiemdziesiątych i narodzin dziewięćdziesiątych. one się oczywiście starzeją, ale mi to nie przeszkadza.

 

prasówka- recenzja nowej książki nigelli (guardian), której (książki) nie mam, ale z której (recenzji) tonem się nie zgadzam, bo ton i argumenty były może zasadne kilka lat temu, ale dziś już jednak coraz częściej trącą myszką. niepotrzebna i nieładna napaść. dalej: tekst mikołejko w świątecznej sprzed tygodnia, „czy protestantyzm uratowałby polskę przed zaborami”, a ja poszłabym jeszcze dalej i spytała czy protestantyzm uratowałby polskę przed polską; jestem załamana. dyskusja o krytyce literackiej i festiwalach literackich na fejsbukowym profilu kurzojadów, bardzo ciekawe. na pocieszenie- wspaniałe teksty gabrielle hamilton (tej od nowojorskiej prune) o domowych przyjęciach, ostatnio ten- ‚the art of the dinner party’.

 

w buzi- byłam na kujawach, więc kurczak i ziemniaki, i dużo kawy w jakiejś drodze. a najchętniej to na okrągło jadłabym cykorię i piła czerwone wino. dziś na kolację- miska kaszy gryczanej z masłem, szklanka maślanki i awokado.

 

w smutkach- jednak ojczyzna, cały czas myślę o tym, że przecież tak niedawno czytałam „małą apokalipsę” i że w głowie mi się to nie mieści. za małą mam też głowę na afery z kevinem spacey, strzelaniny w stanach zjednoczonych, prognozy na przyszłość. i może dobrze, że to wszystko się w nas nie mieści, bo to w ogóle nie powinno mieć miejsca.

 

nieporządek w korespondencji i nieporządek w domu. nie mam butów na zimę ani nawet na jesień. nie mam cierpliwości do zimy i do jesieni. nie lubię chodzić w pełnych butach. post-kujawska melancholia.

 

a.

 

 

1 listopada, środa, wszystkich świętych

tydzień (z okładem) tłusty od rozmów i spotkań, ze mną w roli słuchacza lub w jednej z głównych ról. blisko dwa tygodnie temu- złoty ojców, zamek w korzkwi, mgły, wędrówka doliną, rodzice. po drugie- festiwal conrada: kochany, mądry, ważny i poważny, tak mi bez niego smutno. na tę okazję całą niedzielną noc śniła mi się armia polonistów, którym przewodził michał paweł markowski. ze zdarzeń interesujących- debata zagranicznych krytyków literackich, arlie russell hochschild o amerykańskim południu, klementyna suchanow i duch gombrowicza (to nawet dwukrotnie), siri hustvedt. kraków wyraźnie szlachetnieje przez ten jeden październikowy tydzień, dobrze mu to robi.

i wreszcie- cały zastęp miłych gości z różnych krańców polski- we wtorek agnieszka od świetnych wywiadów, w piątek ania, w weekend bunia i ulubione gajosy.

 

obfitość gości, więc obfitość na stole. we wtorek była wydana przeze mnie kolacja i pieczone z szałwią ziemniaki z salami z nursji i z aioli, chleb, marynowane buraki z pistacjami i ricotta salata (którą przywiozłam jeszcze z bolonii), sałaty z figami i pieczone półksiężyce dyni na plamie palonego masła, z labneh, orzechami laskowymi i chrupką szałwią (niedawno widziałam zdjęcie takiego talerza na instagramowym profilu londyńskiej the towpath cafe i nie mogło mi to wyjść z głowy). na deser- toskańskie cantucci z orzechami włoskimi i figami, gruszki, boskoop i francuskie sery (le rond- fantastyczny comte, morbier, kremowy kozi), a agnieszka przywiozła nam z lukullusa maślane kruche półksiężyce (pyszne z serem, nawiasem mówiąc). w piątek było głównie wino. w sobotę na śniadanie gryczane naleśniki, a obiad zjedliśmy w karakterze. wieczorem kilka szklaneczek aperolu, paczka czipsów cacio e pepe, oliwki, sery. a w niedzielę wyprawiłam śniadanie z akcentem arabskim- chmura labneh z oliwą, za`atarem, sumakiem i prażonymi orzechami, razowa pita, sałata z figami, daktylami i kolendrą, jaja z porami, z kolendrą i masłem z harissą, pieczona dynia (tu powtórka z wtorku), mascarpone z octem balsamicznym i rodzynkami (nigel slater), bochenek chleba i prosecco. uważam, że to rozsądnie zbilansowana dieta na jesień.

 

 

z innych przyjemności, bardziej jednostkowych- zupa śliwkowa, gęsta i korzenna, którą jadłam na śniadanie cały zeszły tydzień. makaron z jogurtem greckim, groszkiem, bazylią, fetą i smażonymi piniolami z „jerusalem”. słoik marchewek w occie, które zamarynowałam w lipcu i które podgryzam do kanapek. jajka z renetami, które mogę jeść codziennie.  świeży majeranek, do wszystkiego. sok z kiszonej kapusty (butelka dziennie). a dziś znów ziemniaki, aioli i salami (wspaniałe, choć jest w tym coś nieprzyzwoitego) i jeszcze miska cykorii z olejem z orzechów włoskich i orzechami.

 

dziś dzień wszystkich świętych, cały z muzyką ciszy pana marka, i w dużej mierze niewolny od pracy. od tygodnia „głosy” preisnera, wieczorem spacer na cmentarz rakowicki

 

w następnym odcinku będzie o polsce, bo kotłuje mi się w głowie parę spraw za sprawą rozmowy ze stasiukiem w „świątecznej”, i o książkach. dziś muszę iść spać, jutro znowu pociąg i znowu droga- najpierw wrocław, później kujawy.

 

a. która jeździła koleją

 

 

18 października, złota środa

nie myślałam, że w tym roku będę jeszcze jadła śniadanie pod niebem i suszyła włosy na słońcu. prawdziwy „nieśmiertelnik żółty- październik”, tuwim pewnie pisał swoje „wspomnienie” w taki właśnie czas (bądź o takim czasie). pięknie jedzie się teraz przez polskę- wszędzie złoto- złote drzewa, pola, lasy, słońce, ranki, wieczory, łąki i zupa jabłkowa mojej mamy (pyszna, z lanymi kluskami, później jeszcze gęsta śmietana, tłusta kremówka i cynamon).

 

w sobotę siedziałam pół dnia na wielkiej płachcie pod rudymi brzozami, jedną smukłą sosną (z tych nadmorskich) i dziką czereśnią, w kapeluszu od słońca, z dłońmi zajętymi pracą i myślałam, bez tych wszystkich codziennych wątpliwości, że świat jest wspaniały, że życie wspaniałe, a wykopki mogłyby być codziennie. dzień minął na odcinaniu botwiny i wąsów burakom, naci pietruszce i marchwi, gęstych włosów selerowi, przeglądaniu i myciu tych naci i włosów. w międzyczasie ostatni w tym roku zbiór malin, tata przyniósł wiadomość o śmierci anny szałapak (za którą właściwie nie przepadałam, ale wieść niespodziewana, w piątek jechałam do domu w towarzystwie jej i piosenek ze „sztukmistrza w lublinie”, śpiewałyśmy razem o uciszaniu serc), przerwa na pachnące dymem kiełbaski, wieczorna przechadzka z psami i ze słońcem zachodzącym nad płaskim policzkiem szczelińca. ten żółty nieśmiertelnik dalej trwa, tylko co z tego- już kraków, mojej pracy nie sposób wynieść pod niebo, nie mam nawet balkonu. pozostają rwane przechadzki i bieganie w liściach (i słuchanie na przykład rozmowy z urszulą zajączkowską- to w radiowej dwójce- która dostała w tym roku nagrodę kościelskich i którą widziałam rok temu na festiwalu conrada, gdzie razem z łubieńskim opowiadała nam przyrodę w zadziwiający sposób, bezpośredni, trochę naiwny i czuły, jak w to wierzę).

 

przemarsz wierszy jesiennych- „mittelbergheim” miłosza, herbert („późnojesienny wiersz pana cogito przeznaczony dla kobiecych pism”) i ostatnio ulubione- „napiętnowanie jesieni” hartwig (wspaniałe!) i powrotna piosenka z gór, „z wiatrem” baczyńskiego (ładnie wyśpiewana przez turnaua). szukam w nich i w sobie zgody na woltę klimatu umiarkowanego, która już za rogiem. ostatnio znów czytam sporo poezji i zastanawiam się, dlaczego przedostatnio przestałam. może to reakcja na dokuczliwą reakcję alergiczną na nowości wydawnicze, którą ostatnio u siebie obserwuję- wszędzie te same książki, które jaśnieją przez moment, a o których za moment nikt nie pamięta, choć każda z nich jest „wielką powieścią”; podawane w popowy sposób, który budzi mój sprzeciw, opowiadane i recenzowane przez osoby, które jednak nie powinny tego robić, bo najczęściej nie mają nic do powiedzenia. to zniechęca. tym chętniej chodzę do małego oddziału miejskiej biblioteki za rogiem.

 

jutro znowu do lasu, do ojcowa, a w dodatku będę spała w zamku niewielkim jak okruszek.

 

a.

 

 

12 października, czwartek, chrupka jesień

okna sali, gdzie w czwartki o ósmej rano mam jogę, wychodzą na teatr słowackiego, podrdzewiałe kasztanowce i pęk czerwonych, jesiennych róż. okna są ogromne, jak to w kamienicy, a pod każdym ruchem każdego ciała skrzypi leciwy parkiet. dziś przez te złote kasztanowce i złotego słowackiego świeciło słońce, grał hejnał, liście chrupały pod butami. podobno jakiś orkan czy huragan znad wysp brytyjskich przywiał do nas pogodę, która w dodatku ma trwać. to dobrze, bo jutro jadę do studzienki na wykopki, a w sobotę ma być ognisko.

 

jem właściwie sama nie wiem co, pracy po pachy, połykam coś w międzyczasie. muszę się lepiej zorganizować, wraz z jesienią wraca postanowienie o zapasie bulionu w lodówce i garnku czegoś, co można odgrzać w dwie minuty. rano najchętniej jem jajka z jabłkami, październik to jednak miesiąc pysznych renet i cortlandów. a wczoraj późnym wieczorem poszliśmy na pizzę do nolio, to niezmiennie jedna z największych przyjemności, bez względu na porę roku. aha, i lubię ostatnio gin- przypomniałam sobie o słojach ginu rabarbarowego, który zrobiłam pod koniec sierpnia, i to jest bardzo smaczne.

 

więcej mam do powiedzenia o książkach. na przykład że mnie z kolei zupełnie nie porywa filipowicz, przeczytałam cztery opowiadania i wspomnieniową książeczkę „byliśmy u kornela”, którą przyniosłam z biblioteki, i na tym chyba poprzestanę.  z rzeczy do podczytywania- to „drugie zapiski na pudełku od zapałek” umberto eco, którym urosła siwa broda i zmarszczki na buzi- przedwcześnie się moim zdaniem zestarzały- i dziennik jana józefa szczepańskiego (trzeci tom, a z lat 1964-1972), codzienny i zwyczajny, lubię go rano do kawy. ponadto utknęłam w „szopce” papużanki i w wańku, i nie umiem się zdecydować, czy doczytać te książki do końca, czy machnąć ręką. wczoraj dostałam od matko franzena i barnesa, w obliczu franzena i barnesa papużanka z wańkiem dużo tracą.

 

wstaję z kurami, bo boję się korków w krakowie. nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam wyspana, ale to moja wina, chyba po prostu nie umiem i nie lubię się wysypiać.

 

a.

7 października, sobota

w ubiegłym tygodniu dwukrotnie w muzeum manggha- najpierw w sobotę na wystawie zdjęć wojciecha plewińskiego (duże wrażenie), we wtorek na wieczorku wspominkowym o julii hartwig, w deszczu i wietrze. w czwartek nobel dla ishiguro, zadowolenie. wczoraj przyznano pokojową nagrodę nobla i jednak rozczarowanie, bo miałam nadzieję, że komisja noblowska doceni i uhonoruje jednak doktora bartolo z lampedusy, prawdopodobnie ostatniego chrześcijanina na tym kontynencie. nie rozumiem zupełnie, dlaczego uhonorowany został barack obama, a pietro bartolo nie. mam z tym problem. dziś rano wracałam pociągiem z wrocławia, przez całą polskę i aż do krakowskiej niecki- w słońcu, a potem kraków pod burym niebem. dni pędzą nie wiadomo dokąd, coraz prędsze wieczory, ciemne ranki. złe wiadomości, dobre wiadomości, niepomyślne diagnozy, silne wiatry.

 

i duży apetyt. jedliśmy już słynne krakowskiego hot dogi z food trucka the dog, entuzjastyczne przyjęcie. maślana bułka, kiełbaski, marynowane w oliwie warzywa, na moim dodatkowo ser, matko oprócz kiełbaski miał w bułce pulled porka. zjadłam w tym tygodniu strasznie dużo jajek sadzonych, pewnie brakuje mi czegoś ważnego w krwiobiegu. nie mogę najeść się zielonej fasoli szparagowej i placków ze śliwkami- w tym tygodniu z przepisu nigela slatera z jego rubryki w guardianie. wczoraj we wrocławiu na śniadanie jadłam humus w kontakcie, na obiad-ciastka w nanana/u (zupełnie, ale tak zupełnie mi one nie smakują), których nie zjadłam, wypiłam za to dwie kawy. na świąteczną kolację- podwójny jubileusz dobruni, w rozszerzonym gronie kazimiersko-sylwestrowym- warsztat i nowe menu, które brzmi całkiem nieźle, natomiast smakuje całkiem źle. na pocieszenie kilka butelek niezłego wina, przegryzki w taszce i parę wybuchów śmiechu. dziś soczewica z tahiną i kolendrą z „plenty more”. a jutro planuję przez pół dnia dusić i odparowywać sos boloński, który zjemy ze świeżym tagliatelle.

 

październik.

 

a.

 

29 września, piątek

wczoraj „triumf woli” w starym- wspaniałe, wspaniałe, wspaniałe. co to jest za banda- zbuntowana, triumfująca, zawadiacka i przypuszczam, że poważnie chora na głowę- wspaniała! wszyscy moi ulubieńcy w jednym spektaklu: majnicz, krzyżowski, zawadzki i chrząstowski, plus dorota segda, anna radwan, marcin czarnik. kilka razy spłakałam się ze śmiechu, a na końcu, przy „bisie” i wykrzykiwaniu hymnu związkowego- ze wzruszenia i emocji, zresztą popłakiwała i widownia, i scena. mam od wczoraj nowy ulubiony zespół muzyczny- majnicz na perkusji, krzyżowski na basie, zawadzki na gitarze elektrycznej, a przy mikrofonie czarnik albo chrząstowski. świetna zabawa.

 

w tym tygodniu w ogóle więcej strawy dla ducha niż dla brzucha. w niedzielę widzieliśmy w prawie pustej sali kinowej arsu „the square”, bardzo wdzięczne. nie wiem, czy już to oglądaliście, ale podobno i tytułowa wystawa z kwadratem, i wszystko, co „wisi” w muzeum, i do pewnego stopnia scena na bankiecie- to autentyki, co z jakiegoś powodu robi na mnie wrażenie.

wciąż podczytuję dzienniki julii hartwig- za mną „zawsze powroty”, teraz czytam „dziennik amerykański”, na stole mam jeszcze dwa inne tomy. nie lubię nie mieć przy łóżku żadnego dziennika. szczęśliwie matko zaczął znosić do domu tomy jana józefa szczepańskiego- tłuste i liczne- to pewnie zajęcie na całą długą zimę.

przeczytałam na wakacjach osławione „dziedzictwo”, które patrzy teraz z witryny każdej księgarni, i po raz kolejny obiecałam sobie, że przestanę kupować nowości powieściowe, bo to nie ma sensu.

w środę słuchałam do biegania rozmowy kiesielewskiego z wiesławem uchańskim (radiowa dwójka), bardzo zajmujące.

a dziś wiadomość o śmierci wiesława michnikowskiego- mikołajewski napisał, że umiera dzieciństwo; moje na pewno. pisze do mnie z wakacji mama, że na tę przykrą okazję oglądają z tatą jego skecze, ja zastanawiam się, gdzie są moje (taty) kasety z kabaretem starszych panów, i chyba jednak w samochodzie (ulubione „bez ciebie”, „jeżeli kochać” i oczywiście pożegnanie pomidorów- „minął sierpień, minął wrzesień, znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal…” [o jeremi!]).

 

a strawa dla brzucha- u ciebie w garnkach już jesień, ja jeszcze za wszelką cenę trzymam się lata: jemy ratatuje, zieloną fasolkę szparagową duszoną w pomidorach (sos z kuminem i cynamonem), ostatnią pewnie zupę z pieczonych pomidorów (addio, pomidory), jeszcze liście i sałaty. dziś zrobiłam  nicejską potrawkę diane henry (która [diane] bardzo mi się ostatnio podoba), którą zjemy jutro z rouille i bagietką. pochłonęłam też trzy czwarte blachy placka dana leparda ze śliwkami i orzechami laskowymi (plus rozmaryn) i kubeczkiem mascarpone, a dla równowagi od poniedziałku byłam trzy razy na jodze i dwa razy biegałam.

 

jutro sobota, od początku niemrawa, bo pan marek poleciał na wakacje do ameryki. na pocieszenie- w lodówce krzepnie ciasto na gryczane naleśniki z malinami.

 

a.

 

 

24 września, niedziela

powrót z kraju, w którym powinnam się była jednak urodzić. należę do tamtego klimatu, a nie- wieczne mgły nad górami, dym nad dachami, przygarbione ramiona- od wiatru, deszczu czy chłodu- i burość, przecięte kilkoma zaledwie miesiącami słońca (a i to nie zawsze). w większym stopniu odpowiada mi też życie pod niebem, nie pod dachem. rozgoryczenie na ten temat.

 

w te wakacje miałam wszystko-morze (niejedno), góry (niejedne), jeziora, miasta i końce świata. widziałam na drzewach cytryny, granaty i kiwi, oliwki i szyszki, jabłka i orzechy włoskie. w trzecim dniu drogi przez włochy matko zapytał- „i to żydzi uważają się za naród wybrany”? dźwięczało mi to pytanie w głowie przez wszystkie następne dni. często odtwarzany w samochodzie duet turnaua z baczyńskim (krzysztofem kamilem), wiersz o tym, że „znów wędrujemy ciepłym krajem…”. bezwzględny kraj, wszystko mi się tam podoba, wszystko smakuje i chcę wszystko.

 

gdy wróciliśmy do krakowa, na alei 29 listopada samochodowy licznik pokazał równo sześć tysięcy kilometrów. zajechaliśmy właściwie wszędzie dokąd chcieliśmy dotrzeć. znad jeziora garda (tu bez wrażeń, nie rozumiem, skąd ta powszechna sympatia) wjechaliśmy w lombardię- brescia, urocze bergamo, wspaniałe jezioro como. droga do toskanii przez ligurię, którą znam i lubię. dwudniowy przystanek w toskanii- znajome miasta i miasteczka, miła pienza, której nie znałam, poza tym księżycowy krajobraz po żniwach, złote zmierzchy, winorośl, pocztówka. wspaniała dymna i leśna umbria, na którą czekałam. jej dwie twarze- jedna katedralna i oliwna, druga- zielona, ogromna i górzysta. gdy tylko wyjechaliśmy do umbrii, od razu zapach dymu i drewna, przewodnikowy stereotyp, który żyje. podobało mi się wszystko- perugia, gubbio, asyż, orvieto, todi, spello, bevagna, montefalco, dymna i dumna nursja, lasy wokół nursji, ugryzione przez trzęsienie ziemi castelluccio… ucieczka z umbrii przed deszczem do apulii i gwałtowna zmiana dekoracji- nagle gładka głowa adriatyku, gaje oliwne, oleandry, opuncje figowe, bielone murki, zapach chleba, krajobraz płaski jak kujawy. droga do kampanii, przez basilicatę (z noclegiem w materze) i suche, rosłe góry; imponująca. pocztówkowe wybrzeże amalfi, właściwie wspaniałe. neapol, a z neapolu droga do lacjum- tam campodimele, viterbo, civita di bagnoreggio- znowu umbria. na deser- emilia-romania, a później góry, wodospady, wszystko wyogromniałe.

 

nad jeziorami jadłam ryby, w ligurii- pesto genovese. w bergamo casoncelli della bergamesca- pierożki wypełnione wołowiną i ricottą, pływające w szałwiowym maśle z pancettą- i polentę. w toskanii królika, fasolę z szałwią, ragu z dzika, ribollitę, pecorino i lody. w umbrii- bułki z porchettą, czipsy truflowe, makaron z truflami, papardelle z ragu z dziczyzny i soczewicę z kiełbaskami. w apulli- orechiette, burratę, mozzarellę, oliwki i primitivo, w kampanii- makaron z sosem pomidorowym, pizzę, ryby i sfogliatelle- muszelki ciasta wypełnione ricottą i skórką pomarańczową. w lacjum je się acquacottę z liściastą cykorią i boćwiną, fasolę, parmigianę i salsiccię. w emilii-romanii jedliśmy mortadelę i makaron z ragu bolońskim. a poza tym, wszędzie i na okrągło- lody, brzoskwinie i ser, a także przemysłowe ilości cappuccino, chino, crodino i aperolu.

 

zastanawiam się nad największym wrażeniem i w pierwszym odruchu myślę jednak o leśnej umbrii. nursja, która staje na nogi po trzęsieniu ziemi sprzed roku, castelluccio, które chwieje się na połamanych nogach. mała mieścina górująca nad wielkim, imponującym płaskowyżem na jednym ze szczytów, wiosną ponoć biało-czerwonego od kwitnącej soczewicy i maków. wrażenie amerykańskich bezdroży, silny wiatr, prosta szosa, owce i konie, tablice na budynkach informujące o zagrożeniu życia, kawa i kanapki sprzedawane ze starej przyczepy przez mężczyznę z plastikowym nosem klauna i balonem przyczepionym do przedramienia. dalej wielka zieleń, wszechobecny zapach dymu, puste drogi.

poza tym chyba jednak ogromny widok na morze, czy to z wybrzeża ligurii, czy z amalfi. całe wybrzeże amalfi- można się zżymać, że to kolonia amerykańska, ale wrażenie ogromne.

moment, gdy wysiada się z samochodu w bari po podróży z północy i serca włoch- wszędzie sorrentino. poczucie nieprawdopodobieństwa wszystkiego, co się właśnie wydarza, gwar, nieporządek, upał, zupełny folklor.

i neapol nocą- nieprawdopodobny, niezrozumiały, rozkrzyczany, w tym mieście klaksony nie milkną chyba nigdy. tak jak nie znika poczucie zagrożenia przed właściwie nie wiadomo do końca czym, ale dusza i tak nie schodzi z ramienia. goła cisza w campodimele, górskim miasteczku w środku lacjum (bohaterze książki tracey lawson), po głośnym dniu w neapolu- dalej mgły nad górami, przełęcze, chłodno.

i jeszcze „kanion” w laterzy, to na skraju apulii.

i wieczór w orvieto- złota katedra, jaskółki, wszędzie rokitnik, bezczas.

i ulubiona agroturystyka pod asyżem, do której wracaliśmy dwukrotnie- w oliwnym gaju, zawieszona nad doliną, w której majaczy assisi. zapach oliwek i sosen, rankami i wieczorami.

 

liczne wrażenia w buzi. duże ravioli wypełnione nadzieniem z chleba i parmezanu, wykąpane w szałwiowym maśle, to pierwszego wieczoru, z widokiem na gardę. późna kolacja w san gimignano, w trattori, do której zaprowadziła nas ukraińska gospodyni z naszego pensjonatu- zamówiłam królika uduszonego po toskańsku, w oliwkach, pomidorach, selerze naciowym i cebuli, z fasolą z szałwią i czosnkiem, a matko dostał jedno z lepszych ragu z dzika (a trochę ich zjedliśmy). na deser, blisko północy, były lody z lodziarni, która wygrała jakieś lodowe mistrzostwa- ulubione jogurtowe na schodkach fontanny. ribollita w gospodzie w montepulciano. smażone i nadziewane mozzarellą i anchois kwiaty cukinii  w osterii del tempo perso w ostuni- wspaniałe. jedliśmy tam też duże orechiette z pomidorami jak landrynki i z chrupiącym boczkiem, wędzoną burratę (tak) i migdałowe lody z figami.

obiad na plaży w zatoce, w da adolfo, dokąd płynie się łódką zbierającą chętnych z pomostu w positano. plaża, leżaki, restauracja pod niebem, radosny gwar, świetne jedzenie- mozzarella pieczona na liściach cytryny, mule w sosie pomidorowym (to dla matko), parmigiana, chleb, białe wino, smażone anchois, grillowany labraks w morzu oliwy z octem balsamicznym, ciastko z ricottą i pistacjami-wspaniałe, wspaniałe, wspaniałe. a późnym wieczorem tego samego dnia pizza w neapolu, w di matteo, do którego wyznawców należę (co okazało się następnego dnia, gdy próbowaliśmy pizzy w osławionym sorbillo, nie ta liga). nie mam pojęcia, co oni robią z tym ciastem, ale moje kubki smakowe reagują na nie twistem. z kolei arancini i pizza smażona w głębokim tłuszczu- dość paskudne.

dalej: amatriciana i soczewica castelluccio z salsiccią w najstarszej restauracji w umbrii, il granaro del monte w nursji, która z powodu trzęsienia ziemi działa aktualnie w wielkim namiocie naprzeciw szpitala, w dodatku działa w najlepsze- w środku jak w ulu, strażacy siedzą przy stołach ramię w ramię z mieszkańcami miasteczka, turystami i rodzinami obchodzącymi akurat czyjeś urodziny, krzyk, gwar, zapach mięsa i życia. obiad na pożegnanie umbrii, w asyżu, w trattori pallotta- pierożki z mięsem, z grzywką pecorino, oblane miodem, masłem i makiem, pyszna parmigiana, i jeszcze dzika cykoria uduszona z czosnkiem.

i wreszcie, ostatniego wieczoru- pożegnalna kolacja w drogheria della rosa w bolonii, gdzie już samo siedzenie pod regałami książek i głośnikiem z którego dzwoni muzyka poważna jest przeżyciem, a później jest tylko lepiej- mortadela, salami i mozzarella, fettucine z sosem bolońskim, pierożki z lokalnym serem z kwiatami cukinii, ossobucco w sosie z pomidorów, selera naciowego i jarzyn, ziemniaki pieczone z romazynem, a na deser- mascarpone z brzoskwiniami. butelka lokalnego wina, wielki deszcz, i wielki smutek. od tamtego wieczoru jestem w nastroju ostro emigranckim.

 

i już. w krakowie bezustanny deszcz, wezbrana, gruba wisła. „na drzewach pierwsze kosmyki siwizny jesiennej”, to hartwig. dziś na poprawę humorów pizza w en plato (czy ja będę miała kiedyś dość?), później jeszcze krem pistacjowy. zaraz żmudny proces ubierania butów, kurtek przeciwdeszczowych i rozkładania parasoli- idziemy do kina.

 

a.

 

 

 

 

 

 

3 września, niedziela, okropnie

trochę boję się powiedzieć, że jutro jedziemy na wakacje, bo w sobotę zepsuł się nasz samochód, a po drodze nie udało się jeszcze kilka spraw. w przedpokoju las toreb, namiot, śpiwory, materac, torba z przyborami kuchennymi, torba z książkami itp. itd., z którymi jutro musimy jakimś cudem dotrzeć do kłodzka (dwie przesiadki), gdzie czeka na nas samochód zastępczy. przychodzi mi do głowy jedynie wytarta mantra, że „ćwiczenia są drogą żywota”; zaiste. poza tym deszcz, dwanaście stopni, buro, a w talerzach- ribollita ze świeżym jasiem, chleb, masło i zielone pomidory i- tu deser dla matko, dla ciebie i dla marcka- owoce pod kruszonką z dodatkiem masła orzechowego (z grochami orzechów). matko zjadł trzy czwarte brytfanki, dla mnie chyba za dużo tego dobrego. na długą drogę będą kanapki z awokado, gruszką i cheddarem.

przed nami długa włóczęga po włoszech. wyjątkowo  mam ochotę na prawdziwe wakacje, długie, ciepłe, z wodą, lodami, bez deszczu i zapachu dymu. jeszcze się w tym roku nie wygrzałam, a poza tym lubię moje letnie sukienki.

 

a.

1 września, ale jeszcze o sierpniu

świętowanie sierpnia, obchodzenie lata- pierogi z jagodami w kłodzku, zupa szczawiowa, ogórki małosolne i chleb z masłem, kruchy placek z owocami schyłku sierpnia (pół z jabłkami z domową konfiturą z płatków róż, pół z  morelami, borówkami i jeżynami), pomidory, ogórki, cukinie, ratatuja, kolby kukurdzy. jeżynobranie, ścinanie zemdlałych kwiatów, rwanie chwastów, zbieranie płatków róż (na więcej konfitury), upychanie ogórków w słoikach. nad lasami pierwsze mgły, w lesie pajęczyny i wrzosy, krajobraz przed bitwą (jesienno-zimową). wpada się raz w chłodne i wilgotne, raz w jeszcze rozgrzane i wonne powietrze, dojmująco smutne (choć ładne) doznanie. w całej polsce- nawłocie i coraz prędsze zmierzchy.

 

w świątecznej wyjątkowej urody wspomnienie donaty subbotko o januszu głowackim (to zdjęcie!), odłożyłam sobie te strony, mam otyłe teczki, w których składuję takie doznania. chyba nikt nie powiedział o człowieku niczego mądrzejszego niż ta głowacka konstatacja, że „ludzie są ludzcy”. z kolei w ostatnich dniach połknęłam w tych wszystkich pociągach i autobusach (pociągi- trzy, autobusy- dwa) „trafny wybór” rowling – taka czytanka na wakacje. a teraz „zawsze powroty”- dziennik podróży julii hartwig i przewodniki turystyczne. jeden po wschodnim wybrzeżu ameryki północnej- we wtorek dostaliśmy wizę.

 

pierwszy dzień września i od razu ulewa. wczoraj wieczorem zerwałam się z jogi, a matko z pracy, i poszliśmy obchodzić ostatni dzień sierpnia, w nowej włoskiej restauracji przy świętego tomasza, o której mam do powiedzenia tylko tyle, że podobały mi się obrusy w kratę i stoliki wychodzące na kościół i na niebo.

 

jutro rano pożegnalne naleśniki z jagodami.

 

a.