Category: Prawa

23 kwietnia jak maj, poniedziałek

ten kwiecień to okamgnienie, ale wyjątkowo ładne. prędka wiosna i buchające bzy w okolicach dwudziestego dnia miesiąca to chyba niezbywalny dowód na globalne ocieplenie. kraków w ostatnich tygodniach jest wspaniały, przeżywam ostre wzmożenie na jego temat, i tak co roku. zapach świata przed deszczem, zapach świata po deszczu, w ogóle- zapach świata.

 

na czym mija czas, oprócz czasochłonnej terapii- na wycieczkach o świcie na giełdę kwiatową pod kierownictwem madzi (kupiłam sobie eukaliptus i paproć, która wygląda jak nać włoskiej pietruszki). na długich dniach ciepła i podglądaniu jesionu, który wyciąga co dzień bardziej zielone ręce w stronę naszych okien. na kolejnych pętlach wokół plant, które przypominają dżunglę i co chwila pachną czymś nowym. na rankach, popołudniach i wieczorach pod lipą przy żonglerce (od kilku dni już widać, że to będzie lipa). wieczorem można podglądać panią cukierniczkę pracującą w oknie cukierni po drugiej stronie ulicy, pachnie wtedy masłem i cukrem. na pierwszych burzach. na zachwytach tłustym szpalerem bzów przy ulicy retoryka. na częstych wędrówkach przez ulicę studencką, garncarską, wenecję (moja ulubiona), aż na zwierzyniec po drugiej stronie alei krasińskiego, albo w drugą stronę, przez batorego, łobzowską, szlakiem aż na stary kleparz- w pojedynkę, z matko albo z basią i małym guciem. na czytaniu w ogrodzie przy muzeum mehoffera, gdzie kwitną na biało drzewa owocowe, na ławce pod wyrośniętym białym bzem. na wycieczkach w beskid sądecki i nad jezioro rożnowskie. na jedzeniu- szparagów (to codziennie), serów i kiszonego czosnku niedźwiedziego (boski) w żonglerce, ziemniaków pieczonych z czosnkiem niedźwiedzim, ricotty i mozzarelli, niepokojących ilości zielonych liści, sals ze świeżych naci i ziół, lodów z placu szczepańskiego, ryb nad jeziorem, z pierwszym zachodem słońca; rukoli i sałat podlanych winem musującym, ale według pomysłu molly z jej pierwszej książki- z pistacjami i gorzką czekoladą, ale pomysł! pyszne z prosecco. i na piciu- głównie ziół, zjawiskowej prosy (żonglerka) i affogato. i na nieśmiałej myśli, że wraca we mnie życie- bo znowu chce mi się pisać, myśleć, biegać i pić.

 

w weekend znów przeczytałam „five quarters” rachel, piękna, piękna książka. dziś wieczorem lecimy do włoch, lądujemy w pizie, planujemy zajechać do rzymu jak najbardziej okrężnymi drogami (w końcu wszystkie i tak prowadzą do rzymu), a wracamy z neapolu. nie mogę doczekać się ostatniego tomu ferrante i paru innych rzeczy.

 

a.

9 kwietnia, poniedziałek

gałązka forsycji ze starego kleparza zakwitła po świętach, wbrew zapewnieniom pani z zielenią (swoją drogą co za czasy, płacić za ramiona drzew…). wraz z płonącą na parapecie forsycją przyszła wiosna. rano czytanie przy otwartym oknie, nieustające zdziwienie, że znów śpiewają ptaki i że świat ma zapach. piję kawę i oglądam słońce łażące po ścianach i kredensie, równie nieustająco (nieustająco oglądam i nieustająco łażące). jesień do społu z zimą to niepotrzebne okaleczenie.

 

w tym roku po raz pierwszy wyprawiłam święta, choć to chyba oświadczenie trochę na wyrost, bo trudno mi powiedzieć czy sposób obowiązujący od lat w mojej rodzinie- a właściwie jego brak- to jeszcze obchodzenie świąt. ale był bukszpan i rzeżucha, jaja i żurek, chleb i masło, pierwsza wiązka szparagów (z cypru, według informacji na tasiemce) z sosem gribiche (bon appetit), ćwikła i chrzan, ziemniaki pieczone z ziołami i czarnymi oliwkami ze słoikiem domowego aioli, szarlotka i laskowe ciasto nigela, kawa i musujące wino. wiatr, ulewy, chłód, pierwsze ciepło. i rola, w której jednak czuję się dobrze i bezpiecznie- lubię być gospodynią.

 

i ja jem sporo stir-frajów, głównie takich a la „fried rice”, gdzie w roli ryżu występują różne „fried grains”- ryż czarny lub brązowy, komosa albo biała kasza gryczana, z grubymi paluchami imbiru, całymi pęczkami dymki, zielonymi liśćmi (szpinak, jarmuż toskański, boćwina, czosnek niedźwiedzi), jajkiem i nerkowcami, z kimchi, które dostałam w prezencie od mojego ucznia-kucharza. tata z kolei podarował mi torbę wędzonych pstrągów- część zjadłam w sałatce z ciecierzycą, natkami, dymką i jajami na twardo, z pozostałych zrobiłam w sobotę wspaniałe brandade (smoked trout brandade, przepis z bon appetit), które zjedliśmy z entuzjazmem i z młodymi liśćmi z winegretem z dijon, śmietaną i piętką taleggio (strasznie mi ostatnio smakuje). śniadania- omlety z czosnkiem niedźwiedzim albo pokrzywą, grzanki z labneh i z tahiną, koktajle i soki z warzyw, jaja na miękko z pesto, komosa z duszonymi z gryczanym miodem renetami, które nie zmieściły się do szarlotki. wczoraj, po całej niedzieli włóczęgi po krakowie (wisła, stare dębniki, zwierzyniec, planty), na obiad sery (WSPANIALE I POLSKIE) i musujące wino w żonglerce, na podwieczorek galette complete z psa pianisty, na kolację- „kariera artura ui” w teatrze słowackiego (michał majnicz w głównej roli, poza tym nic interesującego).

 

poza tym kolejne miski sałat. wyniosłam z domu rodzinnego głęboką nieufność do nowalijek, pierwsze ogórki i pomidory kupuję w lipcu, rzodkiewki w okolicach czerwca. o ile cypryjskie czy włoskie szparagi albo ziemniaki nie budzą we mnie sprzeciwu- tam przynajmniej świeci słońce, i to nie od dziś, podobnie jak importowane zimą z włoch różne cykorie- w końcu liście zimowe- to rodzime warzywa na przednówku są jednak podejrzane. z tego co mi wiadomo, wzrastanie w egipskich ciemnościach służy głównie belgijskiej cykorii, a niespecjalnie hojne temperatury jarmużowi i kapustom. ufam właściwie dwóm gospodarstwom- podkrakowskiemu jedynie i rodzinnemu moich rodziców. a jako że u rodziców grządki jeszcze nagie (góry), jeżdżę po zakupy do jedynie i jem to, co już im urosło- czyli nieśmiałe pęczki musztardowca, rukoli, pokrzywy i mizuny, dymkę i cebulki przypominające te z kalabrii, drobną boćwinę, zioła, buraki chioggia i kwiaty do sałatek, plus czosnek niedźwiedzi z targu pietruszkowego i sporo awokado. cierpliwie czekam na resztę i wychodzę jednak z założenia, że wszystko w swoim czasie. jest to zresztą to, co w jedzeniu ostatnio interesuje mnie najbardziej. zmienia się też sposób, w jaki robię zakupy- dotąd listę sprawunków dyktowała druga lista, ta z przepisami, z których miałam zamiar gotować; teraz znoszę do domu pojawiające się kolejno warzywa, upolowane zioła albo zimowych jeszcze weteranów zastanawiając się po drodze, co z nich zrobię. więcej też wokół tego wszystkiego myślę.

 

przepadłam w ferrante (nie wiem, czy jest w tej sadze coś interesującego dla chłopaków, ale ja jestem przygnieciona szczerością relacji między tymi wpierw dziewczynkami, a potem dziewczynami- miłość i niechęć, przywiązanie, podziw i zazdrość, oddanie i zawłaszczanie, wzajemność i jej brak, uciekanie i powroty, moim zdaniem na tym zasadza się dziewczyńska przyjaźń; momentami porażające). wariuję już od niej i od neaoplu w krakowie. czekam na biografię herberta. cieszy mnie każdy dzień, kiedy nie boli.

 

a.

 

 

 

 

18 marca, niedziela

po mojej stronie cisza, bo wydobywają się ze mnie ostatnio głównie onomatopeje wyrażające różne szczeble bólu i wrażeń cielesnych oraz takich natury nieurologicznej, a to niespecjalnie ciekawe. choć dzieją się ze mną sprawy przedziwne, w życiu nie dałabym nikomu wiary w takie rewelacje. jest to wszystko bardzo czasochłonne i wyczerpujące. marzec ukradły mi herxy, o których istnieniu miesiąc temu nie miałam pojęcia, a teraz, skoro już je znam, to zamierzam chociaż wykorzystywać je w rozgrywkach w scrabble.

 

nie pomaga mi też łachudrowaty klimat umiarkowany, który, jak wszystko w tym kraju, nie zna umiaru. albo słoneczna niedziela pod niebem i siedemnaście stopni na plusie i rozbudzone nadzieje, albo taka z zamiecią śnieżną, jedenastoma stopniami na minusie i ogniem w kominku. ostatnio stoję (twardo) na stanowisku, że życie w ojczyźnie to straszna strata czasu.

 

jem to, co rozsądne, ale nie jest to dla mnie specjalnie przykre. co tydzień nie wolno mi czegoś innego, ale i z tym nieźle sobie radzę. sporo na ten temat myślę, ale o tym innym razem.

 

duży entuzjazm na temat magazynu „pismo”, co o nim myślisz? dawno nie zdarzyło mi się czytać gazety od okładki do okładki, w dodatku z dużym zacięciem i z poczuciem, że mnie od tego przybywa. alleluja. chyba jeszcze większy entuzjazm na temat „the food programme” radia bbc, dzisiejsza audycja z nathanem myhrvoldem o przeszłości i przyszłości chleba pasjonująca. boże jedyny, jak ja lubię, gdy ktoś w końcu nie plecie oczywistości na bardziej lub mniej oczywisty temat (pewnie stąd po części sympatia do „pisma”). miewam dość poważne reakcje alergiczne na oczywistości, od razu wszystko mi mdleje i krew mnie zalewa. inne ulubione ostatnio odcinki „the food programme” to ten o aperitifach, pionierskich włoskich knajpach na londyńskim soho, o gorzkim smaku albo o strączkach.

czytam ferrante, jeszcze nie wiem, co o tym myślę. wstrząsnął mną wywiad z jackiem leociakiem w „świątecznej”, jestem załamana. dla równowagi poczytam sobie do snu dziennik osieckiej i może wypiję inkę.

 

a.

4 marca, niedziela

życie nagle zrobiło się małe. przychodnie, laboratoria, szpital, gabinet, w którym spędzam dziesięć i pół godziny każdego tygodnia (do odwołania). codzienność wspierająca się o nowe filarki. plany i podróże, które trzeba przesunąć na trochę później. boleści, które szturmują nagle i nigdy nie wiadomo z której strony. to wszystko jest dla mnie niełatwe, frustrujące i nowe. najtrudniejsze jest chyba przyjęcie do wiadomości, że choruję i że to potrwa. że pewnych rzeczy mi nie wolno albo odwrotnie, właśnie że coś powinnam, choć jestem temu niechętna. jak widać mój programowy fatalizm jednak znajduje uzasadnienie w tak zwanej rzeczywistości (taki jak ten rebeki ze „stu lat samotności”, tej, która jadła ziemię ze smutku. swoją drogą zamierzam przeczytać od nowa marqueza, ciekawi mnie, czy „sto lat samotności”, „jesień patriarchy” albo „miłość w czasach zarazy” robi wrażenie tylko na pesjonarkach, czy może na większych dziewczynach też)- bo jednak często towarzyszy mi myśl i jakiś zgrzyt sumienia, czy można bezkarnie miło żyć, skoro za drzwiami wiadomo co się wyprawia. duża lekcja.

 

w dodatku przez jakiś czas (do odwołania) nie mogę jeść ani pić bardzo wielu rzeczy, które jednak dotąd bardzo jadłam i bardzo piłam. w ich miejsce pokaźne ilości witaminy c (plus kroplówki), magnezu (plus kroplówki), witaminy d i innych witamin. piję jakieś dziwne oleje, jem siemię lniane, piję zioła, wyjadam drugi słój kapusty kiszonej (od taty). w ogóle mam wrażenie, że pół doby tylko coś łykam i wypijam. żeby było jeszcze bardziej atrakcyjnie mój chłopiec do końca marca może jeść jedynie produkty w kolorze śniegu albo bladości. niestety, dość często nasze zalecenia dietetyczne wzajemnie się wykluczają, wobec czego gotowanie czy wybór restauracji przypomina nagle grę w scrabble. wygląda na to, że przez miesiąc będę prowadziła podwójną kuchnię- dla matko puree ziemniaczane, ryż, białe kasze, owsianki, chleb i makaron, dla mnie warzywa, curry, ryby, kiszonki i bardziej złożone zboża.

pierwszy szok minął i znoszę to wcale nieźle. wczoraj, przygotowując się do zakupów na hali targowej (teraz muszę przygotowywać się nawet do zakupów na bazarku), pomyślałam nawet, że to całkiem interesujące i pouczające. mamy w tym roku prawdziwy wielki post. z plusów- zaprzyjaźniłam się na dobre z heidi swanson, nie rozstaję się z „plenty more”, zamierzam w końcu skorzystać z przepisów, które wiecznie odkładałam na później albo które wydawały mi się „za zdrowe”, mam bardzo ładną cerę, a przez mieszankę ziół, którą muszę pić trzy razy dziennie, już naprawdę nic innego nie jest dla mnie za gorzkie.

 

co na talerzu- dziś rano gryczane galette z moim nowym ulubionym twarogiem (nie powinnam), ze słoikiem czarnej porzeczki od mamy (to ja). wczoraj na obiad placki z pora yotama (samograj, przepis z „plenty”, wyrzuciłam z nich natkę pietruszki, kurkumę, kolendrę i chili, bo matko), z cykorią z orzechami włoskimi i olejem z orzechów włoskich. w ubiegłym tygodniu- brokuły pieczone w curry, z ziołami i fistaszkami, na kałuży tahiny (heidi swanson), kolendrowa zupa z soczewicy (heidi), zupa z porem (dostałam torbę grządkowych od rodziców), fasolą i pieczonym kalafiorem z brązowym ryżem, jedzona z prażonymi laskowymi i śmietanką kokosową (heidi, mówiłam, a poza tym jest biała. w oryginale kalafior nie jest pieczony, a jedynie wrzucony do zupy, ale stwierdziłam, że to będzie mdłe i go opiekłam), sporo niepalonej kaszy gryczanej, cykorie z cytrusami, dużo awokado, miski sałatek z siekaną brukselką i jarmużem, humus, grejpfruty i orzechy. w ubiegłą sobotę pęczak a la risotto z pieczoną brukselką i skórką zdjętą z dwóch cytryn („plenty more”, pyszne, jeszcze p.b.e [przed białą erą]), w niedzielę poszliśmy do fariny na ryby- smaczna zupa rybna i cały okoń pieczony z nacią pietruszki i czosnkiem, do tego szpinak z rodzynkami. kefiry (klimeko, jako jeden nielicznych nie w składzie mleka w proszku. wraz z nowym rokiem wypowiedziałam wojnę mleku w proszku w moim nabiale) i kapusta kiszona. dziś pstrąg w karakterze, taki z oliwą z fermentowanym czosnkiem i bundzem, wyjątkowo niezły. po dwóch tygodniach z inką znów piję kawę. z przyczyn ode mnie niezależnych niespecjalnie mogę pić mleko, w związku z tym w zeszłym tygodniu zrobiłam słoik mleka z (prażonych) pestek dyni (bardzo dobre!), dziś moczę migdały na kolejny słoik. uwaga na marginesie- uważam roślinne mleko w kartonie za wyjątkowe gnojowisko, czego tam nie ma w składzie- maltodekstryna, skrobia, cukier, soja, gumy, karagen, jakieś szyfry; samobój. jak widać daję szansę organizmowi żeby się wykazał.

 

jeśli nie ma mnie w domu albo akurat nie walczę ze sobą w przybytkach okołozdrowotnych to jestem w kinie. wiele dobrych historii, nie pamiętam takiego sezonu. w zeszłą sobotę spłakałam się na filmie o demokracji (nowy spielberg), w niedzielę piękna „nić widmo”, duża przyjemność. wczoraj urocza „lady bird”, wzruszenie za szczenięcą dziewczyńskością. razem z „tamtymi dniami, tamtymi nocami” i dziennikiem osieckiej tworzy triduum tęsknot za młodością i za czasami kiedy było dużo czasu, jakoś jest mi to ostatnio potrzebne. a dziś na drugie śniadanie „ja, tonya”- i znowu dobre. dziękuję ci, kino i arsie.

 

a teraz muszę iść spać (21:45), bo przed trzecią rano wstajemy na galę oscarową. będziemy jeść włoskie sery, orzechy i gorzką cykorię, a rano zaparzę nam inkę, to jeszcze razem możemy.

 

a.

19 lutego, poniedziałek

dwa tygodnie nieprzytomnego bólu. związane z tym strachy, grube pokłady czasu marnowane na telefony, badania i szukanie ratunku. chodzę spać w godzinach, o których nigdy nie usypiałam, wstaję w porach, o których zawsze byłam już na nogach. czas siniaków w zagłębieniach łokci, poczekalni, irytacji. niewiedza, jak będzie jutro. niewiedza, jak będzie w ogóle. dawno nie byłam od siebie tak daleko. organizm, który nagle jest ciałem obcym. niespecjalnie dobrze to znoszę.

 

w przerwie od bólowania udało mi się obejrzeć kilka filmów. „trzy billboardy”, które rozbiły wczoraj bank na bafcie- bardzo sprawny film, choć raczej  do nagradzania niż przeżywania. ja jednak chodzę do kina po przeżywanie. w tym celu poszliśmy na „niemiłość” zwiagincewa, niestety bez rezultatów. wolę, gdy zwiagincew jest biblijny i ogromny, kino z zacięciem społecznym mnie nie wzrusza. w któryś domowy wieczór obejrzeliśmy „dalidę”, po licznych namowach ze strony buni, i często gra mi teraz w domu ta ścieżka dźwiękowa. choć film to zmarnowany potencjał, matko ma rację, powinien był się za to zabrać sorrentino. a ostatnio, jako prawdopodobnie ostatnia dziewczyna na ziemi bez doświadczenia w tej dziedzinie, widziałam „pamiętnik” i chyba nieszczególnie mi się podobał.

 

tydzień temu byliśmy na (późnym) wieczorku łukasza modelskiego i pawła bravo w ramach opery rara, i to były himalaje retoryczne do późnej nocy. boże, daj więcej.

 

przy łóżku mam nową część dziennika osieckiej (lata 1954-55), arcyciekawe i równie nie do wiary jak tom poprzedni.

 

w weekend byłam w polanicy, doglądać mamy po operacji. nie myślałam, że mój parszywy horoskop będzie rzutował także na moich bliskich. uzdrowisko białe i senne, mróz, scrabble i mocno niecodzienne warunki rodzinne.

 

niespecjalnie pamiętam, co jem. teraz cytrynową zupę z soczewicy heidi swanson z kolendrą i brązowy ryż z jabłkami i cynamonem. kanapki z ulubioną ricottą, kanapki z kiszoną kapustą, cheddarem i jajami na twardo. soczewicę. cykorie z grejpfrutami. wczoraj wspaniała kalafiorowa i pstrąg z oliwą z fermentowanym czosnkiem w karakterze. w zeszły weekend chili i szarlotka waleckiej. dużo ogórków kiszonych i dużo kefiru.

 

a.

 

 

4 lutego, niedziela

w środę na obiedzie najmilsi goście- nasza agnieszka i droga sercu tessa capponi-borawska. goszcząc takich gości ma się jednak ambicję, by postawić na stole coś ładniejszego niż zupę, choć dla mnie największym wyzwaniem było nieubieranie obiadu w nic o włoskiej proweniencji, bo najpewniej umarłabym na serce. w efekcie urodziła mi się mała prowansja.

w ramach antipasto słodko-gorzka huśtawka: wzbudzające powszechny entuzjazm smażone w oliwie daktyle medjool oprószone grubą solą (przepis z nieistniejącej już river boat cafe w seattle) oraz cierpkie radicchio i cykorie z cierpkimi orzechami włoskimi, cierpkim winegretem z olejem z orzechów włoskich i z momentami cierpkimi pomarańczami, a także usmażonymi na oleju orzechowym kęsami croissanta. do tego chleb i świetne francuskie sery (także wzbudzające powszechny entuzjazm)- mocno ekstatyczny brillat savarin affinee, jak tłusta, słonawa śmietana opakowana w cierpką skórkę; stary cantal, śnieżny tomme de savoie, który przybrałam resztką marynowanych rodzynek z dna słoika.

 

danie właściwe- bezrybna wariacja na temat bouillabaisse, na pierońsko intensywnym wywarze, który zrobiłam na oko, a z którego jestem wyjątkowo zadowolona- czosnek, cebula, anchois, kiszone cytryny, pasek skórki zdjętej z pomarańczy, sok wyciśnięty z czerwonej pomarańczy, bulion, białe wino, włoski bitter, anyż, wspaniały, wspaniały szafran z targu w dubaju, nasiona kopru włoskiego, szałwiowy, oliwny wywar, w którym piekłam fasolę, łyżka przecieru pomidorowego. wszystko razem- burza w buzi, obawiam się, że nie do powtórzenia, choć w sumie zrobiłam notatki. w tej skondensowanej francji pływała upieczona fasola duży jaś, fenkuł, w połowie ugotowany, w połowie upieczony. upiekłam też ziemniaki w mundurkach, w mleku i szafranie, bardzo interesujące. fundamenty- nie wyobrażam sobie tych wszystkich południowofrancuskich potrawek bez aioli, więc ukręciłam słoik szafranowego aioli. poza tym cierpkie oliwki, migdały, nać fenkułu, chleb. piliśmy białe wino z włoskiego tyrolu. na deser- kawa i laskowe ciasto nigela slatera. gdybym miała wytłumaczyć komuś za co kocham orzechy laskowe, to upiekłabym po prostu to ciasto. pyszne gołe, ale z polewą z espresso i creme fraiche jeszcze lepsze.

dostałam w prezencie od pań najmilsze prezenty- od agnieszki pudło faworków z lukullusa, od tessy- dżem z grejpfrutów.

 

z innych smacznych spraw- ulubiony ostatnio napój to prosecco, gin i skórka z pomarańczy. w piątek zjadłam w niepozornym wrocławskim barze mlecznym całkiem dobrą zupę szczawiową. wczoraj dojadaliśmy na obiad ziemniaki z aioli (jeden ze wspanialszych wynalazków ludzkości), i zrobiłam surówkę z radicchio z warzywnej książki deborah madison („vegetable literacy”)- poszatkowane radicchio, winegret z szalotką, musztardą i olejem z orzechów, orzechy włoskie, podsmażony chleb, jajo twardo, nać pietruszki. dziś- braised green cabbage with anchovies and garlic, food 52, pół kostki masła, polecam uwadze. okazuje się, że można podnieść zwyczajną kapustę do rangi szampana.

 

dziś przeczytałam u rachel roddy („two kitchens”) o przyjemności chwili, w której uświadamiasz sobie, że coś, co dość często ci się przydarza lub odbywa, właściwie stało się już rytuałem. święta prawda. u nas to pizza w nolio w piątkowe wieczory i kanapki w żonglerce na niedzielnie śniadanie, i pewnie setka innych spraw.

 

a.

 

 

29 stycznia, poniedziałek

dziś refleksje natury ogólnej.

 

na początek piśmienniczej.

 

wpierw wojciech nowicki i jego recenzja restauracji pod baranem sprzed dwóch piątków (krakowskie wydanie magazynu „co jest grane”). otóż moim zdaniem w ojczyźnie jest zaledwie jedna osoba predestynowana do recenzowania restauracji i jest to niestety wojciech nowicki. mówię niestety, bo tak się składa, że niespecjalnie za nim przepadam, co jednak czyni moją opinię dalece bardziej obiektywną. w dodatku podobnego zdania jest jacek dukaj, co wiem od mateusza. wspomniany tekst o baranie- majstersztyk. mój główny zarzut pod adresem recenzji restauracji w ogóle jest taki, że są one zwykle nudne, zupełnie mnie nie zajmują. z reguły recenzent, najczęściej samozwańczy, przytula do siebie jakąś nieszczególnie wyszukaną formę, a następnie w kolejnych tekstach zmienia jedynie nazwę miejsca (najczęściej dopiero co otwartego lub modnego) i litanię zjadanych dań, operując ograniczoną (acz mocno egzaltowaną) pulą przymiotników i porównań. nie nowicki. jego teksty to żonglerka, tłusty język, ironia, zakonspirowane smaczki, zawsze forma, zawsze treść, merytoryczność, brak tej powszechnej miałkości, sprawiedliwość, demokratyczność. ma swój język. sporo od niego wiem. z jednakową uwagą traktuje wystrojone restauracje restauracje i małe bary, sklepy i bazary; umie znaleźć się na modnym festiwalu kulinarnym i na gali, w polsce i za granicą (przykładem niedawny tekst z chicago). wraca do miejsc, w których już kiedyś jadł, publikuje aktualizacje opinii. bardzo często mnie ten gość wkurza, ale nie sposób mu niczego odmówić. znać, że pisarz i fachura. piątkową wyborczą kupuję właściwie tylko dla niego. nad recenzją barana śmiałam się w głos w autobusie do wrocławia, świetnie bawiąc się nad aluzjami do michała pawła markowskiego, profesury krakowskiej i krakowskiej zachowawczości.

 

dalej książki kucharskie. dostałam ostatnio w prezencie cztery. książki kucharskie kupuję rzadko, raz lub dwa razy do roku. mam ich niespecjalnie dużo i jest to świadoma polityka. wspominałam już o „vegetable book” jane grigson i donoszę, że po miesiącu entuzjazm jedynie rośnie.

mam „sweet” ottolenghiego i goh i powiem coś niepopularnego, ale nie wiem, co właściwie myślę o tej książce. rozumiem zachwyty, ale ja reaguję na nią jakoś opornie, co mnie dziwi. na pewno imponująca praca, bardzo demokratyczna i ładna, ale moje serce jest gdzie indziej.

głównie przy nowej rachel roddy, i tu odpowiadam z opóźnieniem na twoje pytanie- tak, jej pierwsza książka, o rzymie, jest równie wspaniała, mądra, czuła i ładna. chyba wolę nawet zdjęcia w tej rzymskiej opowieści. mam tam swoje ulubione teksty do których często wracam, na przykład ten o maśle albo o łuskaniu bobu i zajadaniu go pecorino, albo o piciu bąbelków do warzyw i owoców smażonych w głębokim tłuszczu. wspaniała zdolność do życia- i rachel, i włochów.

 

ale najbardziej czekałam na „bitter” jennifer mclagan.  jest to jedna z ciekawszych rzeczy, jakie czytałam. książka o ginie z tonikiem, cykoriach (zamierzam zjeść wszystko z tego rozdziału), grejpfrutach, bitterach, kawie, piołunie, piwie, orzechach włoskich, gorzkich pomarańczach, brukselce etc. wszystko dziko zajmujące, w tym sezonie jesienno-zimowym mogłabym jeść tylko gorzkie i pizzę (i koper włoski, i anchois). zostało mi kilka stron do końca tej biblijki, a gdy skończę to zamierzam przeczytać ją od nowa. a jutro wybieram się do apteki po chininę na tonik.

 

na drugim stosiku z książkami, tym nie o jedzeniu, „anglia, anglia” barnesa i giedroyć magdaleny grochowskiej (powrót po romansie z franzenem). już to mówiłam, ale powiem to znowu- dawno żadna książka nie wpędziła mnie w takie zdumienie i rozmyślenie, entuzjazm i przygnębienie. nauczyciele języka polskiego, historii i wosu powinni rzucić w cholerę podręczniki i korzystać z grochowskiej. mam wrażenie, że mądrzeję od tej książki w tempie ekspresowym. okazuje się, że nic zupełnie nie wiedziałam o herlingu-grudzińskim, listy osieckiej do giedroycia cudne, rozdział o miłoszu ulubiony.

 

w weekend dwa razy w kinie- w sobotę „tamte dni, tamte noce”- jakie to ładne, pisałam później buni, że jeśli ktoś uratuje kino, to będą to włosi. nie sposób nie pomyśleć o czasach, gdy lato trwało w nieskończoność i na wszystko był czas, i gdy człowiek miał możliwość nie robić w ogóle niczego, bo nie było internetu, komputerów i smartfonów. w niedzielę churchill- wspaniałe! wspaniałe, wspaniałe, wspaniałe. w styczniu obejrzeliśmy też „working girl” i „the big chill”- ten ostatni szczególnie miły, werandy południowej karoliny, ścieżka dźwiękowa, wszystko ładne.

 

wracając ostatnio z zakupów na kleparzu doszłam do wniosku, że oprócz warzyw najbardziej na świecie kocham ser. stary kleparz to raj na ziemi- mirco i sery włoskie, sklep z serami holenderskimi, nowa budka z zagrodowymi serami polskimi, kawałek dalej le rond i francja. tracę tam rozum i mnóstwo pieniędzy. czytanie o serach to z kolei moje comfort reading- na przykład dziś o robioli, której smak przypomina podobno „kombinację jaśminu i przepoconych skarpetek”(hm), i do której pasuje chleb toskański i marmolada z pomarańczy. jutro w takim razie idę po robiolę.

 

jem to samo co cały czas, czyli cykorie, pomarańcze, fenkuły, ser i pizzę, a jeśli nie to soupe au pistou, kaszę gryczaną ze śmietaną i twarogiem (to na śniadanie), w sobotę ragu bolońskie, zimowe panzanelle, grejpfruty, kanapki z cheddarem, jajem na twardo i kiszoną kapustą, z marynowanymi marchewkami, negroni albo prosecco z martini i skórką pomarańczy. zjadłam całą tartę z creme fraiche i jabłkami, od mimi thorisson. w ubiegłym tygodniu postanowiłam podnieść swoje kwalifikacje w gotowaniu fasoli i ostatecznie upiekłam w piekarniku dwa gary- jeden według wskazówek marcelli hazan, drugi według przepisu heidi swanson z „near and far”- i zdaje się, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo. jakie to dobre!

 

ostatni crush– londyńska river cafe, obejrzałam i wysłuchałam wszystkich dostępnych w internecie i archiwum bbc wywiadów z ruth rodgers. i jeszcze zimowe menu restauracji palatino (też londyn).

 

koniec.

 

a.

 

 

 

 

 

 

15 stycznia, poniedziałek

wczoraj skończyłam dwadzieścia dziewięć lat i jestem trochę przejęta. z tej okazji (urodzin) od piątku robiłam to, co sprawia mi jedną z większych przyjemności, to znaczy jadłam głównie pizzę, chleb i affogato, było wspaniale. w piątkowy wieczór nolio (pizza nduja z dołożoną ricottą zajmuje drugie miejsce na podium, zaraz po aglio). w sobotnie popołudnie en plato i zjawiskowa pizza z wędzoną mozzarellą, escarolą, kaparami, oliwkami i anchois- łał; na deser canolo na pół. w sobotni ranek w drodze po chleb do zaczynu zaszliśmy do salwatorskiej kawiarni żonglerka, gdzie przydarzyły nam się same miłe rzeczy. dobra kawa i kanapki, za które masz ochotę wyściskać pana za barem- na świeżym chlebie zosi (nie sądziłam, że dożyję tego dnia), z przejrzałym, słodkawym serem ze zmarszczką pleśni z rancza frontiera, pieczonym batatem, awokado, pestkami dyni i garścią kolendry, z pytaniem „czy chcecie jajko na miękko i oliwę”? to kawiarnia, gdzie wspomniany już pan, na moją prośbę o jakąś korzenną herbatę, pyta, czy chciałabym do niej mleko. alleluja!

 

w dzień jubileuszu rano złoto i trufle- bo bochen chleba z zaczynu, z oliwkami i orzechami włoskimi, solone masło, miód i orzechy. brie z truflami, który sprawiłam sobie w le rond w prezencie, nie mam słów; oliwa truflowa kupiona w gubbio. tłusty biały ser, konfitury z czarnej porzeczki. przy toaście- prosecco z wodą różaną i odrobiną soku z granata. i kolacja w euskadi, które jest wspaniałe, o czym ostatnio trochę zapomnieliśmy. chorizo, chleb, oliwa. mały burger z baskijską wieprzowiną, domowe czipsy. wątróbka królicza w sosie śmietanowym na zgrillowanej brioszce. pyszne patatas bravas z aioli i z salsą z pomidorów (od piątku głosiłam światu, że na urodziny chcę tylko pizzę i ziemniaki z majonezem). ulubiona tortilla z dorszem i szpinakiem. pieczone pory z romesco. więcej chleba. więcej wina. karkówka z jakiegoś cudu, oliwa, tymianek. talerzyk maleńkich rybek usmażonych w cieście na głębokim tłuszczu, aioli, ćwiartka cytryny. przeżycie z rzędu tych wyższych. na deser, już w domu, affogato z lodami od włochów, i „pożegnanie z afryką” (płakałam). od dziś do kolejnych urodzin powinnam być na diecie.

 

koziorożec

 

11 stycznia, czwartek

cykoria z pomarańczami z sycylii. fenkuł z pomarańczami z sycylii. radicchio z pomarańczami z sycylii. cykoria, fenkuł i radicchio z pomarańczami z sycylii. ta sałatka stanowi obecnie jakieś trzy czwarte mojej diety codziennej. jak dotąd rekord to pomarańcze i cykorie na śniadanie, obiad i kolację. pomarańcze, fenkuł i cykorie to punkty stałe, a ze zmiennych- awokado, orzechy włoskie, ciecierzyca, czasami feta albo pecorino, zawsze olej orzechowy- mam w szafce z olejami i octami (moja ulubiona) taki z orzechów włoskich, laskowych albo z prażonych pistacjowych.

 

w przerwie od cykorii i pomarańczy- ulubiona zupa z kapusty, z pomidorami, winem, fenkułem i i kuminem (seeds). potrafi być skromna albo ekskluzywna- wtedy na stole grube podgrzane kromki chleba, oliwki, podsmażone chorizo, creme fraiche, dużo ziół, ciecierzyca.

sporo bawarek.

jabłka i sery.

w sobotę byliśmy w dopiero co otwartej nowej knajpie włoskiej (la carbonara), która przedstawia się jako rzymska osteria. z rzymu zupa z fasoli, krem z soczewicy (?), cacio e pepe i trochę pecorino, poza tym niespecjalnie rzymsko, a jedzenie też niespecjalnie specjalne, co zawsze mnie smuci. najbardziej smakowało mi chyba affogato z domowymi lodami waniliowymi, które wyprosiłam spoza karty. właściciel- włoch uroczy, a byłby jeszcze bardziej uroczy gdyby karmił makaronem z fasolą, fasolą w ogóle, anchois i cykoriami.

 

ten nowy rok goni za czymś zupełnie tak samo jak ten poprzedni, błędny rycerz. biegnie w smogu, ciemnicy i codziennych znojach.

 

a.

5 stycznia, nowy rok

ten dom nad polami to jedno z moich ulubionych miejsc do bycia. wszystko jak zawsze- w stary rok ognisko, patyki z kiełbaskami, kociołek z pieczonkami od oli i piotra, szklane butelki z cytrynówką marco. nad ogniskiem księżyc w zaawansowanej pełni, czyste niebo, gwiazdozbiory. tańce (w rytm playlisty „od zbawienia lepsza zabawa”) i jedzenie: rostbef marco- rolki z domowym majonezem- i moje do niego pikle (marchew i kalarepa) i sałatka z pieczonych ziemniaków, z marynowaną czerwoną cebulą i dymką, kaparami, zieleniną i sosem z majonezu i musztardy. labneh z oliwą i dukkah (przepis ducksoup), pasta z pieczonej dyni z tahiną i melasą z granatów(„jerusalem”), domowe chleby, maślany sernik buni, czipsy, włoskie sery i salami i coppa. bąbelki, aperol, a dla niektórych prosecco z cytrynówką. północ na tarasie. w nowy rok też wspaniałe jak zawsze: najpierw wspaniale- coraz wspanialsze!- naleśniki magdy i pawła (jesteśmy po bruderszafcie)- twaróg, skórka pomarańczowa, rodzynki, masło, masło, masło. na obiad chili, na deser wirtuozerskie tiramisu oli, chyba nie jadłam lepszego, wybitna sprawa. spacer, samotna godzina na tarasie objętym przez karkonosze, zajadłe rozgrywki w milionerów (znam wiele nowych słów). niemrawy powrót do domu, smutki, żmudność zwykłych obowiązków.

 

zdjęłam z tablicy kartkę z postanowieniami i zapałami z zeszłego roku, wygląda tak:

 

1.chleby z „tartine 3”

2.pikle

3.konfitury

4.drukować OD RAZU teksty, które zachwycają

5.pola paris

6.notować z książek, od razu, w jednym miejscu!

7.kwiaty i zioła

8.jaja w koszulce!

9.przygotowywać mięso bez nerwów

10.czytać poezję

sierpień- le grand aioli

listopad- kolacja dziękczynna

 

niektórych spraw nawet nie dotknęłam, ale patrzę na siebie z sympatią. w tym roku dorzucam punkt 11- więcej czytać po angielsku.

 

co mnie ostatnio zajęło- niegasnący zachwyt franzenem, czytam teraz jego teksty w „new yorkerze” (a propos- masz już ten głośny „polski new yorker”?). odsłuchiwane wywiady z franzenem. dziś w drodze z targu słuchałam wspomnienia o leszku aleksandrze moczulskim (dwójka), który zmarł w grudniu. krakowska brać w jednym studio- zagajewski, jan kanty, turnau. moczulski napisał teksty do kilku moich ulubionych piosenek, z którymi spędziłam sporą część tegorocznych wakacji- „linoskoczka” albo „wszystko co piękne”, ta druga- co za wiersz! dla równowagi słyszałam też rozmowę z bator- wciąż nosi koronę pretensjonalności, na swój sposób fascynujące. dostałam w święta „vegetable book” jane grigson, już rozumiem zachwyty rachel roddy i juliana barnesa. człowiek przez lata odurza się nigelem slaterem, a potem okazuje się, że to wtórne, że matką takiego pisania o warzywach jest jane.

 

dziś miły spacer bez pośpiechu, ostatnio gatunek zagrożony wymarciem. kiosk, okołorynek, stary kleparz, kawa w kaboom, planty, poczta. w siatce na zakupy białe główki rzepy z zielonymi warkoczami (na tę okazję tekst o zimowych rzepach na blogu rachel roddy, chyba sprzed roku), fioletowa cykoria, jędrny fenkuł, dwa awokado, wędzona sieja i zębacz. po grudniu jestem mięciutka jak święty mikołaj, chyba trzeba nieco zacisnąć pasa.

 

zmyłam dziś parkiety, wyszorowałam zlew, zmieniłam pościel. mogę zaczynać rok.

 

a.

 

 

30 grudnia, sobota

… i w gwiazdkę też jak zawsze. winny barszcz i krucho-drożdżowe paszteciki z kapustą, ryba (w tym roku po kawałku dorsza, halibuta i sandacza, nikt u nas nie lubi karpia) z fasolą jaś (to na szczęście, entuzjastycznie podchodzę do przekonania włochów i francuzów o przynoszącej pomyślność właściwości strączków), sałatka jarzynowa, ćwikła, jabłecznik, miodownik, bigos, korzenne i kwiatowe herbaty. las, psy, gadanie, słuchanie, wątłe próby czytelnicze.

 

te ostatnie dni grudnia zawsze wyglądają w kalendarzu jakoś fikcyjnie. z moich obserwacji wynika, że ludzie dzielą się na tych, którzy przepadają za tym schyłkowym czasem i na tych, którzy go nie lubią. ja go oficjalnie nie lubię i zazdroszczę tej drugiej stronie. rok gaśnie w tym roku wyjątkowo niełatwo, wiele trudnych spraw, nastroje pod psem. mimo wszystko będę tęskniła za siedemnastym, byłam w nim szczęśliwa.

 

dopiekam czwarty bochen chleba (jak widzisz dość intensywnie się rozwijam, w ostatnim tygodniu upiekłam odo kupy dziesięć chlebów)- jutro jak co roku jedziemy żegnać się z grudniem do tarczyna, nad pola.

 

na ostatni w tym roku obiad przy naszym okrągłym stole była burrata i drobna hokkaido pieczona z rozmarynem, cykorie z pestkami granatu, sycylijskimi pomarańczami i orzechami włoskimi i resztka ciecierzycy ze wspaniałą ‚pastą’ od deborah madison- creme fraiche, prażone orzechy włoskie, czosnek i nać pietruszki, wszystko zmiksowane i w zachowaniu podobne do masła.

na ostatnie śniadanie- ryż (brązowy-okrągły, ulubiony) na mleku gotowany z laskami cynamonu i wanilią, z łyżką creme fraiche.

 

a na nowy rok życzę nam wszystkim, żebyśmy nie żyli na pamięć i z przyzwyczajenia. uwagi! i jeszcze żeby franzen napisał nową powieść.

 

a.

 

 

wigilia, studzienka

przed gwiazdką jak zawsze. smerek, który przyprowadza do domu matko, co roku wyższy. świerkowy wianek na ścianie, tym razem nawet dwa. hossa chlebowa- od wtorku wyrastało w lodówce sześć bochenków, część przyjechała ze mną pociągiem do kotliny kłodzkiej, pozostałe spędzą święta na wschodzie. pieczenie ciastek- w tym roku kruche z syropem klonowym i orzechami laskowymi od nigela slatera („kitchen diaries”, tom trzeci) i ciastka z masłem orzechowym z książki „tartine bread”, te były podarkiem dla mateusza. nasza wigilijka, tym razem okołofrancuska. a później pociąg wczesnym rankiem, wśród toreb pachnących chlebem.

 

schyłek grudnia też jak zwykle- wichury, wieje wiatrem i deszczem. ubieram się na spacery w golf, dwa swetry i wielki płaszcz. las skamle i zawodzi, nad górami sine niebo. w domu kominek, lampki na pękatym świerku.

 

życzę wam w ten nieodmienny, ograny czas jakiejś nowości przeżycia, to ważne i zdrowe. zalecam deklarację świąteczną mikołajewskiego (jego profil na fejsbuku)- najchętniej posyłałabym ją zamiast „życzę”.

 

a.

16-17 grudnia, sobota/niedziela

dopiero co piliśmy wszyscy razem gin w naszej niewielkiej kuchni i znowu jest sobota. za nami pękaty, żywy tydzień, po szyję opatulony w atrakcje i wzmożoną pracę. od niedzieli do czwartku codziennie teatr, grudzień w krakowie to jednak festiwal boska komedia. widzieliśmy kolejno „henriettę lacks”, „harper”, „ślub”, „będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi kamyk” dudy-gracz i „chłopów” garbaczewskiego, z których zrezygnowałam po pierwszej części. dwa razy w życiu zdarzyło mi się wyjść z teatru i dwa razy ze spektaklu garbaczewskiego właśnie (rok temu uciekłam z „roberta robura”). wciąż nie wiem co lubię w teatrze, ale wiem czego nie lubię i na pewno jestem w opozycji do garbaczewskiego, co za nabijanie narodu w butelkę, w dodatku za niemałe pieniądze.

 

w brzuchu zima. brandade z dorszem, wędzonym węgorzem i orzechami włoskimi z creme fraiche z naszej wspólnej kolacji w zakładce, jedzenie na mróz. w niedzielę po waszym wyjeździe upiekłam pół kilograma brukselki z orzechami włoskimi, zjedliśmy ją z suszoną kiełbasą z dzika, soczewicą (pamiątka z  castelluccio) a la rachel roddy- ze skórką otartą z pomarańczy, nacią pietruszki i oliwą- i niebywałymi serami od pana z le rond- tym razem sędziwy comte, mój ulubiony ostatnio gros lorrain, wspaniały, cierpki, ziemny, i kremowy brie z wyższej półki. wspaniałe jedzenie schyłku jesieni- cierpkość, piołuny, goryczka.

w poniedziałek rano jadłam kanapki z labneh, wędzonym trewalem (jaka to smaczna ryba!) i koperkiem. we wtorek ugotowałam sobie wielki gar drobnej białej fasoli, która cieszyła mnie aż do piątku. chociaż korzystam ze strączków w puszkach, to niestety nijak mają się one do ugotowanej fasoli czy ciecierzycy. szczególnie fasola jest wspaniała, ugotowana z liśćmi laurowymi, ziarnami pieprzu i szałwią- słodka i maślana. w tamtym tygodniu na instagramowym profilu restauracji ducksoup widziałam bardzo apetyczne zdjęcie podpisane „smoked haddock, butterbeans, leeks & soft egg” i przez trzy dni z rzędu jadłam to samo, z trewalem w miejsce łupacza.

wróciły pieczone buraki z pomarańczami, pestkami dyni i fetą. zajęłabym też pewnie wysoką pozycję w konkursie na gorączkowe spożywanie cykorii i innych cierpkich sałat. dziś na śniadanie znów sadzone jaja, labneh, masło z chili, kruszonka z croissata i orzechy pinii, takie, jakie zrobiłam nam w niedzielę. po przepracowanej sobocie ulubiona pizza w nolio.

w środę natomiast gościłam dwie przemiłe panie, z których jedna jest dramaturgiem i wykładowcą na uniwersytecie w hull pracującą nad publikacją o chlebie w kulturze, wspomnieniach i w centrum życia w ogóle. upiekłam nam chleb i przez trzy godziny jadłyśmy kromki z masłem, miodem gryczanym albo mascarpone z rodzynkami (nigel slater) i piłyśmy różaną herbatę z targu w dubaju rozmawiając o dzieciństwie, przyszłości, nietolerancji, ojczyznach, chlebie i piekarnictwie, które odchodzą w niebyt, brexicie i nigelli. przemiłe dopołudnie.

 

i jeszcze najświeższe sympatie- kanapki z cheddarem, kiszoną kapustą i jajkiem na twardo (podpatrzone u gilla mellera, ale to dobre). orzechy włoskie, które ususzyła i podarowała mi mama matko, z jarosławskiego orzecha, nie mogę się ich najeść.

we wtorek dostałam w prezencie od mojego ucznia kilogram creme fraiche i trudno o milszy prezent świąteczny. śmietana ma 40 procent tłuszczu i robi ją, póki do jedynie dla gastronomii, spółdzielnia mleczarska mlekosz. jest nieco bardziej winna niż ta francuska, ale co to właściwie za różnica. kromki z creme fraiche, wędzonym brzuszkiem łososia, marynowaną na kolanie szalotką i kaparami wspaniałe. zapiekane jajka z creme fraiche wspaniałe. creme fraiche z miodem wspaniała. w zamiarach na idący tydzień francuska tarta z jabłkami, alkoholem i creme fraiche (chyba mimi thorisson), pieczone ziemniaki z wędzonymi śliwkami i creme fraiche (chyba yotam i chyba „jerusalem”), soczewica z castelluccio z pastą z orzechów włoskich, naci pietruszki, czosnku i creme fraiche (a to deborah madison), więcej kanapek z creme fraiche. życie jest wspaniałe.

 

chciałam jeszcze podzielić się ekstatycznymi uczuciami na temat czipsów o smaku marmite, są w mojej opinii książkową definicją umami, a w dodatku pachną jak stołówka w kasynie wojskowym w kłodzku, gdzie chodziłam jako brzdąc po obiady z mamą i menażką. nie jest tajemnicą, że mieszkam z największym znanym mi entuzjastą czipsów i ich gorliwym kolekcjonerem. aktualnie mamy w szafce czipsy marmite, moje ulubione brytyjskie kettle o smaku octu balsamicznego albo dojrzałego cheddara albo bekonu i jeszcze solone z pieprzem oraz jedną paczka tyrrellls ser-marynowana cebulka (zakupy poczynione na poczet drugiego sezonu „the crown”, który jest piękny, mądry i wzruszający). mamy laysy z dubaju- o smaku labneh z miętą i drugie limonkowe z pieprzem, i czipsy z soczewicy. są chyba jeszcze jedne czipsy truflowe z umbrii, moje ulubione cacio e pepe już wyjedliśmy. i najświeższy nabytek- „creamy ranch and habanero” i czipsy krewetkowe z czosnkiem i pieprzem, które mateusz dostał w prezencie. co ty na to?

 

pierwszy zupełnie wolny dzień od dłuższego czasu. dziś rano śnieg na dachach, prognozy na święta optymistyczne.

 

a.

 

 

 

7 grudnia, czwartek

w taksówce w drodze na plażę zastanawialiśmy się we czworo nad tym, dokąd trzeba właściwie zajechać, żeby poczuć się obco i niepowszednio. ja uważam, że granicą obcości jest język- dopóki mogę porozumieć się po angielsku, nie czuję się specjalnie daleko od domu. w dubaju chyba najbardziej zaskakujące jest to, jak bardzo jest europejski i zachodni, jestem nawet trochę rozczarowana. poza tym to miasto operujące jedynie najwyższym stopniem przymiotnika- wszystko tam jest naj: największe, najdroższe, najwyższe, najlepsze. złoto, szkło, światła.

 

największe wrażenie robi nierzeczywistość tego miasta. miasto ma ciało, ale nie ma serca. wrażenie robi też zawsze lato w grudniu i jasne ranki. w czwartek lufthansa spóźniła nas na przesiadkowy lot z frankfurtu i w ramach zadośćuczynienia dostaliśmy bilety w emirates , i chyba wszyscy byliśmy zaaferowani. kolekcja płyt i playlist z muzyką brytyjską sprawiają dużo radości, a na kolację dostaliśmy smaczną duszoną wołowinę, krakersy, cheddar i niezłe wino. bardzo nie lubię latać, ale muszę przyznać, że to było przyjemne.

 

jadłam bez opamiętania, to jednak moje smakowe współrzędne geograficzne. pierwszy raz smakowały mi śniadania w hotelu, te naprawdę robiły wrażenie. w sekcji skośnookiej- congee, miso, smażony ryż i makaron, w sekcji hinduskiej- warzywne curry, samosy, pieczone ziemniaki. w sekcji brytyjskiej- owsianka, skandynawskiej- bułeczki cynamonowe w ciepłym sosie waniliowym, europejskiej- jaja i cztery rodzaje kiełbasek, wreszcie arabskiej- humus, labneh, oliwa, wspaniałe kiszonki, mutabal, oliwki, sery, zioła i przyprawy. plaster miodu, marynowane jagody. na kolacje i obiady prowadził nas nasz azizi- kuchnia libańska, turecka, wymieszana. największe przeżycie to chyba restauracja gunaydin, która słynie ponoć z jednych z lepszych steków w świecie. na pewno powinna słynąć z jagnięciny, nigdy nie jadłam takiego mięsa, maślanego, delikatnego, słodkawego. wołowina równie pyszna, podpalana na naszych oczach, następnie obłożona kromkami chałki, w które wsiąkał tłuszcz- to bardziej swawolne niż moje ulubione pieczone w maśle ziemniaki z aioli. na deser kolejne dzbanki herbaty miętowej i piekielnie słodkie ciastko z pistacjami, z lodami, które smakowały jak beza. z tarasu restauracji widok na tańczące fontanny, czterdzieste szóste urodziny zjednoczonych emiratów arabskich, radosny gwar. a tuż przed odlotem w brytyjskim pubie w hotelu jadłam wspaniałe fish and chips.

 

myślę jeszcze o tym, jak przyjemnie jest zostać gdzieś zaproszonym. nie zaprzątać sobie głowy noclegami, dojazdami ani szukaniem restauracji, nie mieć oczekiwań, przyjmować wszystko z radością i wdzięcznością. to raczej obcy mi tryb życia.

 

czytam „silny wstrząs” franzena, to jego pierwsza powieść, on od początku był franzenem. w drodze do dubaju obejrzałam „powidoki”, w drodze powrotnej- dokument o whitney houston (kocham whitney houston). ulubione ostatnio piosenki-„new york state of mind” billego joela i „hazard” richarda marxa. źle znoszę pop w literaturze, kinie i kulinariach, ale kocham go w muzyce anglosaskiej sprzed lat.

we wtorek po przylocie jadłam w bistro 11 zupę z ciecierzycą, jarmużem, włoszczyzną i salami, myślę o niej (dni kaszy gryczanej etc.)- zrobię sobie taką gdy będę miała chwilę czasu, czyli chyba najprędzej w styczniu.

 

a.

29 listopada, środa

w niedzielę zrobiłam dwa chleby, mandarynkowy curd, makaron z pulpecikami, ciasto klementynkowe i kilka szklaneczek ginu z tonikiem i z sokiem mandarynkowym. takie maratony niezmiennie cieszą po kolejnych dniach tygodnia z kaszami, pieczonymi warzywami i cykorią z pomarańczami i orzechami włoskimi- te ostatnio są podstawą mojego śródtygodniowego jadłospisu.

 

ze spraw świata zewnętrznego- sobota będzie chyba początkiem mojej separacji  z gazetą wyborczą, bo piana na ustach zbiera mi się od dawna. po którymś z październikowych wydań magazynu świątecznego niosącego światu wywiad z grażyną wolszczak i iloną łepkowską w tym tygodniu zostajemy zaopatrzeni w wywiad z piaskiem. naprawdę niełatwo to skomentować. nie mam już w ojczyźnie ani radia, ani gazety.

w niedzielę kino i ładna „cicha noc”, kamyk w brzuchu i kino rumuńskie po polsku. poza tym dość obsesyjnie odsłuchuję wywiady z julianem barnesem.

 

a jutro przez przypadek i przez uprzejmość lecę na kilka dni do dubaju. nigdy nie byłam tak daleko w świecie i jestem podekscytowana. witajcie sukienki i gołe stopy i jasny świecie.

 

a.