Category: Prawa

11 grudnia, wtorek

od ostatniego śladu mojej tu obecności:

 

-rachel roddy ogłosiła nową książkę, 50 rozdziałów o makaronie, bardzo mnie ta nowina pobudziła.

nową książkę zapowiada też emiko davies, historia i pretekst które za nią stoją urocze- opowiastka o jej toskańskim teściu, który od lat pięćdziesiątych wita nowy rok tortellini al sugo, tanim spumante i partyjką tomboli, który to zwyczaj podchwyciła cała okolica- jakie to ładne. tyję od takich opowieści, to jest właśnie kręgosłup życia. sama emiko bierze mnie jednak niespecjalnie, wszystko u niej ładne i miłe, ale brakuje w tym pestki, a mi w życiu idzie właśnie o pestkę.

-molly wizenberg w końcu, po roku bezgłosu, napisała tekst na orangette. aj jak ona potrafi to robić i jak było tego brak.

-w bbc4 czytano rano listy sylvii plath (z ameryki do anglii), zajmujące, a my słuchaliśmy w samochodzie dziennika herlinga-grudzińskiego z ostatnich lat jego życia (radiowa dwójka).

-dwukrotnie byliśmy w en plato, czuję się tam zupełnie u siebie, a pan kelner pamięta, że chcemy „napoletanę, ale z di bufalą zamiast wędzonej provoli, margheritę di bufalę, ale z dodatkiem salami (słodkiego i pikantnego), niegazowaną wodę, ale nie z lodówki, zimne chino i kieliszek chardonnay z sycylii”, to bardzo miłe. a teraz w dodatku przez cały sezon cytrusowy można kupić tam sycylijskie pomarańcze, grejpfruty, mandarynki i cytryny.

-zrobił na mnie wrażenie wywiad o bezdzietności w „wysokich obcasach” sprzed weekendu, który moim zdaniem jest rozmową o życiu w ogóle, kawał niedzieli dyskutowałam o niej z basią i schowałam go na kiedyś.

-widzieliśmy „pod osłoną nieba” bertolucciego, piliśmy cynar. zanotowałam sobie, że puenta filmu i puenta rozmowy z teodorczykiem (jak wyżej) jest o tym samym w gruncie rzeczy i w gruncie życia- że w gruncie rzeczy w życiu idzie tylko o grunt życia, a ja bardzo nie chciałabym tracić go z oczu, rozmieniać się na drobne, wspierać się o rekwizyty, patrz pestka.

-dowiedziałam się, że w ubiegły piątek obchodzono w mediolanie dzień świętego ambrożego i jedzono na potęgę pannetone, nie znałam tego święt(k)a.

-byłam na polonistyce uj-otu na grodzkiej na debacie o dwóch polskach- polsce herberta i polsce miłosza z chwinem i franaszkiem w roli głównej, byłam tym wydarzeniem dziwnie podekscytowana. jakąś dziwaczną przyjemność sprawia mi siedzenie w ławce w sali, gdzie w ławkach obok stala, fiut i cały kwiat krakowskiej polonistyki, o którym czytałam całe nastoletnie lata, taki sentyment zostaje. myślę sobie, że zawsze bardzo lubiłam być odbiorcą (kultury), to daje mi radość i zaopatrza w sens życia. nigdy chyba za to nie chciałam być „twórcą”, to nie mój temperament.

-widzieliśmy sześć odcinków „genialnej przyjaciółki” i jestem kompletnie odurzona, dobry boże, jak to niesie, jakie to piękne i ogromne. mała lenuccia prześliczna, michele solara o aparycji miłosza skrzyżowanego z markiem hłasko, lila jak kot, ogromna, ogromna przyjemność. a ja od trzech miesięcy uczę się włoskiego i mam ambicję, by mówić po włosku.

-jadłam risotto z brukselką, soczewicę casteluccio według rachel roddy, pieczoną kapustę, pieczoną w całości głowę kalafiora z fetą ubitą z creme fraiche i skórką otartą z cytryny, leek vinaigette, cykorie pieczone w prosciutto cotto i kremówce, cytrynową zupę z soczewicy z kolendrą (heidi swanson), gryczane galettes, dużo orzechów, dużo serca.

-przeszłam (mam nadzieję, boję się trybu dokonanego) przez piekielny krąg fizycznego bólu. za każdym razem jestem oszołomiona, że ciało może tak boleć, później pamięć o tym się zaciera, potem znów się dziwię, i tak w koło macieja.

-kupiliśmy smerka, jest krępy i przytulny, choć jeszcze nie mruga, bo nie znaleźliśmy czasu by opleść go lampkami. pomyślałam wczoraj, że święta są mi właściwie zupełnie obojętne i jeśli coś mnie cieszy, to to żywe drzewko w domu, i może jeszcze szansa na makowiec i kolędy preisnera (trwałe uczucie).

 

w krakowie festiwal boska komedia, od ubiegłej soboty do przyszłej niedzieli co dzień jestem w teatrze. w niedzielę zespół teatru starego po ponad rocznym rozstaniu, radość. demirski może nie w olimpijskiej formie i może „ale to już było” (dodatkowo jako widz czułam się na przemian to ganiona i zawstydzana, to łechtana, że oto „o, a ja taka wcale nie jestem, ha”- ten zabieg udany. koniec końców z teatru i tak wyszłam z migającą niespokojnie w głowie sygnalizacją świetlną że jaka właściwie jestem ja, czy i ja straciłam proporcje, czy umiem jeszcze myśleć i mówić o sobie z rozsądkiem), za to ta banda tak, ogromnie lubię na nich patrzeć. lubię myśleć, że to mój zespół, czuję się z nimi związana, tęskniłam.

wczoraj w słowackim do północy „trzy siostry” teatru z lublina- ciekawa, inteligentna, momentami porywająca inscenizacja, mówimy o nich i czytamy. wracaliśmy potem do domu przez planty, które mówiły o teatrze, to ładne i krzepi.

dziś kleczewska z teatrem śląskim, mocno się na jej temat z matko nie zgadzamy.

jutro znów czechow.

 

a.

 

 

 

 

 

26 listopada,poniedziałek

dziś będzie tryptyk (utknęłam na terapii i mam morze czasu, będę pisać).

 

wpierw itinerary, co ze mną ostatnio etc.

 

1.w ubiegłą sobotę z niedzielą mieszkałam w pięknym starym domu w górach sowich. nad górami siwy dym jak nad krakowem, co uszczupla radość życia, za to w domu bardzo pięknie- szarlotka z domową konfiturą z róży (mama), zlew kuchenny, o jakim marzę, kredens pełen herbaty, chrupiące podłogi i schody. matko cały wieczór łuskał włoskie orzechy, ja zrobiłam scenę, co mi się ostatnio zdarza, i do dziś wszystkich przepraszam. mam w głowie jeszcze przydomowe ogródki z ostańcami dalii, śnieguliczką, szyszkami i epilogowymi różami- kolory jak w malarstwie holenderskim, pod polskim listopadowym niebem, unia europejska.

2.w piątkowy wieczór urządziliśmy sobie pierwsze święto dziękczynienia we wrocławskiej napie, wszystko jak lubię- opalona brukselka z parmezanem, pieczone ziemniaki z aioli, burrata i dynia i piegi z orzechów laskowych, chorizo w morzu czerwonym sosu z chorizo, dorada, cannolo, espresso. piliśmy valpolicellę, bo wyczytałam ostatnio że było to ulubione wino audena i byłam ciekawa, a potem gewurztraminera, który już mi jednak przeszedł, wydaje mi się za słodki. a propos- zdecydowaliśmy ostatnio z matko (niezależnie od siebie), że 1.wszystko zdaje nam się ostatnio zbyt słodkie i 2.chyba niespecjalnie lubimy słodycze (mój ulubiony deser- kawa, affogato, jabłko i ser, latem placek z owocami, raz na jakiś czas dobre tiramisu, poza tym ricotta z miodem, i właściwie tyle). ja mam nawet większy kłopot, bo doszłam ostatnio do wniosku, że właściwie nie interesuje mnie już pieczenie i nie bardzo lubię to robić (HA HA). wczoraj zresztą rozmawiałam o tym z bunią, która poczyniła wyznanie, że nie lubi gotować, za to piec czy lepić pierogi już tak- więc ja zupełnie na odwrót. najbardziej zajmuje mnie gotowanie, zestawianie, układanie, poznanie, przetwarzanie, dokopywanie się do podstawy i esencji smaku. ergo- najwyższy czas zmienić swoje myślenie i narrację o sobie (po raz kolejny, i znowu, i wolta- ach życie. łapanie siebie zajmuje mi obiektywnie dużo czasu i wysiłku, ale nie tracę nadziei, że kiedyś się do siebie dokopię. a może wcale nie, i może to jest właśnie życie, i może nie mam (nie znam) na nie innego sposobu).

3.w ubiegłą niedzielę „makbet” dudy-gracz we wrocławskim capitolu, na tyle atrakcyjny, że dalej czasami o nim myślę. przy okazji wniosek, że szekspir w tłumaczeniu barańczaka sporo traci i dlaczego właściwie nikt się nim dziś nie zajmie od nowa, zasługuje na to.

4.w czwartek podwieczorek na dwa kieliszki z janem peszkiem w roli głównej, który już w pierwszym zdaniu wywiadu zadeklarował, że najważniejsze w życiu jest umiłowanie życia (to jak nigella w rozmowie z de bottonem, który podesłała mi agnieszka- pełna zgoda). na dodatek dobre wina (amfora, dla mnie podejście magiczne) i zjawiskowa kozia bryndza z gospodarstwa w łomnicy.

5.poza tymi niewątpliwie atrakcyjnymi miejscami otarłam się też o otchłań fizycznego bólu i gęstej mgły mózgowej, złe dni. moja przypadłość przypomina chorobę afektywną dwubiegunową, przy czym objawy są nie natury mentalnej, a organicznej. od olimpijskiej formy i fizycznej manii, przez spokojne i niezłe dni, aż do niskich kręgów piekła. srałby to pies.

 

część druga: wczoraj skończyłam czytać herberta, z duszą na ramieniu. zawsze przecież niby wiem, że bohater biografii nie żyje, a potem i tak co chwilę martwię się, że umrze.

bardzo wzbogacający czas, chce mi się czytać całą masę różnych rzeczy, na które wcześniej nie miałam ochoty albo zupełnie mnie nie zajmowały. moja główna konstatacja po tej obszernej lekturze jest taka, że sercem stoję jednak przy miłoszu. pociąga mnie  jego rozumienie ojczyzny i polskości, życia, metafizyki, jego wolty i istota, jego demony i furie, jego kłopoty z tożsamością, jego brwi jak bór. jest we mnie za to duża niezgoda na radykalizm i mitomanię herberta, a w późniejszych latach jego życia na pogardę i patos, którymi faszerował siebie i swoje teksty, wszystko to dość paskudne. franaszek musi go bardzo kochać, mnie nie stać w swoich sądach na taką wyrozumiałość i dyplomację. przy okazji jestem mocno zaniepokojona, bo do tej pory wydawało mi się, że pewien rodzaj inteligencji, oczytania, smak bronią jednak przed taką goryczą, ślepotą i złością w starości, przed zupełną utratą proporcji, ale chyba wcale nie (i co w takim razie chroni). jednak poza tym- wiele wierszy zachwycających, nikt też nie pisał takich listów jak herbert, ogromna, ogromna przyjemność. w środę na uniwersytecie jagiellońskim spotkanie z franaszkiem i chwinem o herbercie z miłoszem właśnie, potem trochę odzipnę (nad tokarczuk i może jakąś fabułą), a później wrócę do biografii miłosza, bo lata temu przeczytałam ją wybiórczo i bez sensu. zadanie domowe (tymczasem zdjęłam z regału korespondencję herberta z hartwig i międzyrzeckim i zaczęłam czytać w tramwaju, listy jak golf na zimę).

 

wreszcie punkt trzeci- stołowy.

 

mianowicie postanowiłam obchodzić święto dziękczynienia, bo uważam je za bardzo piękne (zgłosiłam też pod rodzinne głosowanie wniosek o zaniechanie „obchodów” gwiazdki, bo takie w mojej rodzinie właściwie nie występują, ale nikt nie podjął tematu). myślę, że wdzięczność jest w życiu kluczową kwestią, a myślenie o niej dobrze robi na proporcje. rozumiem też, dlaczego thanksgiving nie ma szansy powodzenia w polsce, ceremonie wdzięczności, radości i pokory to nie nasza specjalność. włosi za to mam wrażenie obchodzą święto dziękczynienia na okrągło, szczególnie wieczorami i przy każdym zajściu do baru (pochwała życia, wspólnotowość, duma z plonów ich ziemi, duma z tej ziemi w ogóle, etc.). w związku ze wszystkim powyższym w piątek wydałam pierwszą kolację dziękczynną, jedliśmy gratin z brukselki z pancettą (z bon appetit, jakie to dobre) w tłustej śmietance, puree z pieczonego selera z orzechami laskowymi, czerwoną kapustę z gruszkami, marynowane buraczki, ser puzzone, którego nie znałam i który wcisnął mi mirco (cosi cosi), wino.

 

w sobotę pół dnia dusiłam ragu z dziczyzny myśląc o umbrii, efekt więcej niż zadowalający. oprócz spraw fundamentalnych (czerwone wino, bulion, mleko, sofritto, trochę passaty, pancetta, rozmaryn, listek laurowy) dodałam do sosu skórkę parmezanu i marsalę, mięso zamarynowałam na noc w czerwonym winie z czosnkiem i szałwią. zjedliśmy prawie cały garnek ze świeżym papardelle i kopczykiem parmezanu. byliśmy szczęśliwi.

wczoraj na obiad ulubione brandade z wędzonego pstrąga, jestem apostołką brandade. brandade mimo nieszczególnego oblicza jest w moim odczuciu jakoś luksusowe, radosne, odświętne. w roli aktorów drugoplanowych- grzanki, czarna, pieprzna rzepa, ogórki kiszone, francuskie korniszony, rukola i rukiew wodna z oliwą i cytryną, pancetta. czego więcej, i po co.

tej jesieni potrafię zjeść tęgie ilości kapusty, nic mi tak nie smakuje. pieczona, duszona, kiszona, kimchi, surowa (najchętniej włoska), sok z kwaszonej kapusty. ulubiona to dalej pieczona z „winegretem” z orzechów włoskich, okruchów chleba, czosnku, oliwy, miodu, parmezanu.

w lodówce mam jeszcze zupę ogórkową z koperkiem, w kuchni moczy się ciecierzyca na humus, w pergaminie w lodówce kawałek comte i włoski caprino, pierwsze pomarańcze z sycylii.

 

z nadzieją na lepszy tydzień-

a.

 

 

15 listopada, czwartek

okazuje się, że z herbertem mamy wspólne nie tylko zadarte nosy i policzki jak na drożdżach, ale smakują nam te same rzeczy. na przykład taki jadłospis posłany żonie z olevano romano w lacjum- „rosół z jarzynami i parmezanem i risotto z jajkiem i szynką”, a także „ratatouille- oberżyny, zucchini, pomidory, cebula- w oliwie to wszystko- pycha”. franaszek odnotowuje dodatkowo, że herbert chętnie gotował też barszcz i że najbardziej przepadał za kuchnią francuską i prowansalską. bardzo jestem rada. poeci niezahaczeni w codzienności zawsze wydawali mi się podejrzani i niepełni.

 

a propos jadłospisów i życia codziennego. w sobotę poszliśmy odebrać z le rond odłożony krążek sera mont d’or (śliczny, z niepasteryzowanego mleka, sosnowy i mleczny), więc na obiad było święto. jesteśmy pionierami sezonu, bo z kolei w tym tygodniu oglądam kolejne parujące krążki na profilach licznych brytyjskich restauracji o zacięciu francuskim i starozachodnioeuropejskim. upiekłam go z białym winem i pieprzem i zjedliśmy go jak pan bóg przykazał- z ziemniakami, chlebem i dojrzewającą wędliną, a także z talerzem zielonych liści, marynowanych buraczków i kiszonych ogórków. pyszna zabawa, wyjątkowo przepadam za takimi party, lubię jeść rękami. zahacza mnie to też jakoś w cywilizacji, do której jednak tęsknię i do której się poczuwam. w ogóle europa w buzi- ser, chleb, wino, jarzyny, podstawy, czystość smaku- to interesuje mnie ostatnio w jedzeniu najbardziej, w jedzeniu i w ogóle.

 

w niedzielę byliśmy na śląsku z wizytą u borkowskich, na rogalach marcińskich i gęsinie.

w poniedziałek jedliśmy dynię  (acorn, nie wiem, jak ona ma na imię po polsku) pieczoną w maśle i miodzie kasztanowym, z chrupką szałwią, orzechami laskowymi i burratą. wczoraj na kolację upiekłam kalafiora romanesco, oblałam go potem masłem z anchois, rodzynkami, szafranem, chili, czosnkiem i usmażonymi okruchami chleba- ku chwale sycylii. poza tym jemy w koło gorgonzolę dolcelatte, matko z gruszkami, ja z jabłkami, orzechy, cierpki miód z kasztanów. obejrzeliśmy w sąsiedztwie takich talerzyków ostatnią partię „house of cards”, oglądamy „bodyguarda”, a w poniedziałek zorganizowaliśmy sobie seans „rzymu”, i piliśmy do niego i do dolcelatte polskiego „szampana” z winnicy miłosz- grempler sekt- który sprawiliśmy sobie z okazji stulecia wolnej polski w krakowskim standardzie. całkiem to udane- ziołowe, ostre, kryształowe.

 

na okazję święta narodowego wraca do mnie jeszcze myśl, że i ja należę do tej grupy rodaków, o której rozpisują się ostatnio gazety- ofiar zaniedbań ze strony szkoły i domu rodzinnego, gdzie nikt nie mówił ze mną o polsce, obywatelskości, historii. jest to prawda i to gdzieś kłuje i zasmuca, nie wyrobiono we mnie wielu nawyków, a tego co wiem nauczyłam się sama, lekcje historii czy wos-u w moich gimnazjum i liceum były komedią (która często w ogóle się nie odbywała). ale dziś przynajmniej wiem, jakie to istotne, na ilu sprawach to waży. nawet biografia herberta to istotna lektura w tym kierunku, dużo do myślenia, giedroyc magdaleny grochowskiej był ważny. może coś ze mnie jeszcze będzie.

 

a.

8 listopada, czwartek

z profilu przypominam herberta. drugi tom biografii otwiera fotografia w oparciu o którą można by zakładać ewentualne (bliskie) pokrewieństwo: zadarty nos, krągłe jabłka policzków i znikające w ich cieniu drobne oczy, czasami dwa podbródki, im dalej w las tym częściej. jego student z kalifornii zapisał, że herbert „miał szeroką twarz młodej płomykówki, małej sowy”- to ładne, chyba spojrzę na siebie (sobie w twarz) inaczej, przychylniej.

jeszcze w nawiązaniu do- natknęłam się u franaszka na kłodzkie wiosny poetyckie, które odbywały się w kłodzku i okolicznych zdrojach w latach 60. i 70., a o których nigdy nie słyszałam, a należy podkreślić, że jestem kłodzczanką (urodzoną w lesznie, wyprowadzoną w las i do krakowa, ale jednak najdłuższą dotąd część życia przeżyłam w tym miasteczku). kto tam u nas nie bywał- oprócz herberta błoński, grochowiak, przyboś, jastrun, ważyk, głowiński, wojaczek, białoszewski… od razu wysmarowałam maila do pani izabeli, mojej licealnej polonistki i wychowawcy, że dlaczego na boga nikt nas o tym nie uczył (także na fakultecie humanistycznym). bardzo jestem podekscytowana.

 

ostatnio mozolne dokopywanie się do siebie, dni nieuzasadnionego właściwie niczym konkretnym niepokoju i wewnętrznego dygotu, słabości i eskapizmu. co pomaga- czytanie tekstów wymagających skupienia, podglądanie ludzi, którzy mi się podobają (to zwykle skromni ludzie o skromnym, ładnym życiu), pisanie, gotowanie, ciche, samotne ranki częstych ostatnio dni świątecznych lub okołoświątecznych.

we wszystkich świętych pojechaliśmy najpierw na cmentarz podgórski, na koniec na salwator, a pośrodku do miłosza na skałkę. bardzo brzydko leży, w nieładnym, nieprzytulnym marmurze, bez kwiatów, naprzeciwko paulinów, niepozornie i jakoś bez echa. co innego wincenty pol czy wyspiański, jakoś nie umiem tego zrozumieć.

 

co na stole, przy którym ostatnio długo i często siedzimy: brukselka pieczona w „gravy” z tłustej śmietanki (42%), anchois, cząbru i czosnku, chleb i salami. cała głowa upieczonego kalafiora, natarta masłem, oliwą i grubą solą, zjedzona z sosem z tahiny i z rodzynkami. jesienne pęczotto w kolorze wina, a la ducksoup- w środku mascarpone, parmezan, dużo masła, czerwone wino, na wierzchu ugrillowane radicchio i jeszcze gorgonzola mascarpone- bardzo piękne i pyszne. dyniowe gnocchi z masłem szałwiowym. żytni chleb i jaja na miękko. w sobotę przed dwoma tygodniami- po debacie o rynku książki, a przed spotkaniem z bernardem pivot- piknik przy własnym stole: cienkie plastry rosbefu zjadane z musztardą dijońską, remulada z selera, aioli, chleb, zielone liście ziół i sałat. częste sałaty z radicchio- z jabłkami, z pieczonymi burakami, z gruszkami, z orzechami włoskimi albo laskowymi… kolejne garnki boćwiny duszonej z masłem i anchois albo z czosnkiem i oliwą, lubię ją rano z jajkami. wielki pęk rukwi wodnej z targu pietruszkowego- zjadłam cały sama, z jajami na półtwardo, z awokado i wędzoną makrelą. niezmiennie wybitne affogato z gałką lodów pistacjowych w mące i wodzie, bardzo pyszne lody o smaku jabłko z mascarpone.

 

czekam na kolejny świąteczny weekend, mam wiele smacznego w planach.

 

a.

 

 

25 października, czwartek

lubię mechanizm „donoszenia się” do dzienników, tego kokoszenia się w sobie. najpierw przez jakiś czas o nich nie myślę, potem nagle zaczynam, chodzę wokoło  przez jakąś chwilę, łaszę się do myśli o nich jak kot przybłęda, a później po prostu do nich idę, z ciepłem w brzuchu, z ochotą w głowie.

 

dziś kilka spraw.

punkt pierwszy- polska, myśl powyborcza. uważam, że ta część narodu niezadowolona z obecnego stanu rzeczy (a więc i ja) powinna zmienić narrację i przestać ratować kraj, który ratunku- jak pokazały wyniki wyborów- nie potrzebuje. zaniechać nawracania ludzi, którzy nawrócenia i ratunku nie chcą, bo zdają się być zadowoleni. rodacy po raz kolejny wybrali (jestem przeciwko narodom, chcę być z kotliny kłodzkiej, z umbrii, z basenu morza śródziemnego, ze starej europy i z wysp brytyjskich) i trudno traktować tę tendencję jako kolejny wypadek przy pracy. nie ma o co rozdzierać szat, każdy dostał to, co chciał- klasa średnia i duże miasta mają swojego trzaskowskiego, jaśkowiaka i prawie majchrowskiego, ci prawdziwsi niż ja polacy mają swoje pół polski, psl ma jakieś magiczne zdolności i nie pierwszy raz powstaje jak feniks z popiołów, prawdziwa demokracja; i tylko ja mam kłopot, to ja potrzebuję ratunku, nie polska. nie mam poczucia, że gdzieś przynależę, mentalnie jestem wyjęta z tego, co się tu wydarza i myśli (na przykład o żarówkach energooszczędnych). nie wiem jak innych, ale mnie ten wyraźny podział polski na dwie połowy skłania do jednego wniosku- mianowicie że trzeba ją ciachnąć na pół wzdłuż tej linii i wrócić do rzeczpospolitej obojga narodów, z tym że nie polskiego i litewskiego, a polskiego i polskiego, polskiego zachodniopolskiego i polskiego wschodniopolskiego, i niech sobie każdy wybierze, gdzie chce żyć, ja najwyżej będę jeździła do kazimierza i na roztocze „za granicę”. to jest poważna propozycja.

 

sprawa druga- to jest mój ulubiony tydzień w roku w krakowie, festiwal conrada. jeden z nielicznych festiwali literackich w polsce bez michała nogasia, co bardzo sobie cenię. festiwal niezmiennie mądry, wymagający, rozsądny. festiwal słuchaczy z długopisami, notesami, robiących notatki, ale też zadania domowe, swetry na drutach etc. festiwal uwagi i spokoju. festiwal (prób) dochodzenia do sedna. festiwal retorycznych bombonierek ze strony publiczności, jak na poniedziałkowej debacie o elitach w polsce i nie tylko (gdula, bielik-robson, markowski, szpakowska i słuchacz, który nabił im wszystkim guza imponującą retorycznie litanią). festiwal z termosem herbaty z miodem, z kanapkami (salami veneto, musztarda dijońska, korniszony), z jabłkami. festiwal także publiczności w sile wieku- samotnych widzów, małżeństw i całych grup koleżeńskich robiących notatki, zadających pytania i prowadzących dyskusje, co bywa irytujące, ale jest przede wszystkim bardzo ładne, spotykam te panie i panów od poniedziałku, już się do siebie uśmiechamy. myśli mi się o wielu sprawach, rosnę, uwielbiam to.

 

po trzecie- w ubiegły czwartek w żonglerce można było napić się win od braci andert z braćmi andert. przepadałam za winami, teraz przepadam też za braćmi. pokazali mi, że można zajadać wino ziołami- słodką nacią kopru włoskiego, majerankiem, szałwią, rozmarynem z ich ogrodu uprawianego według zasad biodynamiki- i to było bardzo, bardzo piękne. jadłam domowe kiełbasy i wędliny z produkowaną przez nich musztardą, usmażoną na smalcu gęsinę i jagnięcinę, ale to wszystko- choć pyszne- było nieistotne, ważne były palce pachnące szałwią i rozmarynem, buzia pełna wina, prawda, cywilizacja, sprawy podstawowe. życie jest wspaniałe i dużo prostsze niż nam się wszystkim zdaje, tak myślę.

 

po czwarte jadłospis. jemy „winegret” z orzechów włoskich, anchois i oliwy z radicchio, gruszkami, rzodkiewkami i ostatnią pewnie zieleniną, francuskie sery, zosiny chleb z pieczoną renetą i gotowaną samopszą (to w sobotę na późny obiad). pieczoną kapustę włoską z sosem z okruchów chleba, orzechów włoskich i parmezanu (wspaniałe). upieczoną fasolę z szałwią, czosnkiem i oliwą, dziś z ricottą, jutro z aioli i z wkładką z jarmużu toskańskiego. fasolę borlotti z ostatnim pomidorem, anchois i estragonem, i wątłe plastry specku z gruszkami i orzechami włoskimi (to dziś na kolację). smakiem jesieni jest gorycz- jak pieczona kapusta, jak brukselka, łapczywie pita kawa, orzechy włoskie, cykorie, jak cantal vieux i sędziwy comte, jak cierpkie, ciężkie wino, pełne tytoniu i śliwek, jak miód kasztanowy, musztarda, rumianek. wyjątkowo za tym wszystkim przepadam.

 

i jeszcze o czym mówimy przy stole, co mnie osadza i syci: o zabiegach narracyjnych franaszka (spory; przed snem czytamy często ramię w ramię tę samą biografię, tylko ja drugi tom), o domenico starnone i pisaniu życia, ale czule i ze skromnością, o pawle hertzu, o nekrologu hertza autorstwa kota jeleńskiego który wisi w „kulturze” na stronie jej archiwum, o moim horoskopie, o jedzeniu i niejedzeniu mięsa, o różnicach między epitetami organiczny, naturalny, biodynamiczny, o elitach i bielik-robson, o wojciechu jagielskim i pewnie też o polsce.

 

w dzień często przystaję przy oknie i patrzę jak łysieje jesion. machina ruszyła.

 

a.

 

 

17 października, środa

w sobotę przed tygodniem umówiłam się z agnieszką na wspólnie siekanie, warzenie i zjadanie minestrone. okazało się, że to i jej ulubiona zupa, wielka minestra, „zupa jak hymn” (to gosposia krystyny jandy). wcześniej zabrałam agnieszkę na zamówioną wycieczkę na stary kleparz, po wrażenia, warzywa i sery. wrażenia obrodziły z nawiązką- podczas przystanku na wino na krzesełku krakowskiego standardu i mojego wywodziku na temat uroku i duszki kleparza (że eklektyzm- wysokie i niskie, codzienne i nie, nowe ze starym etc.) najpierw trzy razy przeszedł koło nas makłowicz, następnie przysiadł się (a właściwie „przystał się”, bo wszyscy staliśmy) andrzej franaszek, któremu kilka dni wcześniej wyznawałam uczucie w przestrzeni internetowej, więc miałam okazję zrobić to po raz kolejny, tym razem w przestrzeni międzyludzkiej, a w końcu zaczepili nas przysłuchujący się państwo znad stoliczka za moimi plecami, że oni też nie przepadają za makaronem w minestrone i że dziękują, że- naszą debatą na temat przepisu, z którego powinnyśmy minestrone ugotować- przypomniałyśmy im o tej wspaniałej zupie. życzyliśmy sobie nawzajem smacznego, w uśmiechach. to był późny sobotni ranek, pierwszy z całej serii październikowych upałów, miałam na nogach sandałki, piłam wino na drugie śniadanie i byłam ze wszystkiego bardzo zadowolona. konkurs na przepis wygrała rachel roddy.

 

a później jedliśmy francuskie sery (stary cantal, miękki kozi i pont l’eveque na który zdecydowałyśmy się przez wzgląd na houellebecqua), chleb, orzechy i gruszki, i piliśmy cynar. przez sporą część popołudnia gotowałyśmy fasolę i siekałyśmy jarzyny w drobną kostkę, mówiąc o inteligencji i poetyczności rachel roddy, o książce agnieszki i tessy, o wyrastaniu z houellebecqua i wrastaniu w aubyna, o pisarstwie anglosaskim i anglosaskim sposobie opowiadania w ogóle, o tym, że „kiedyś było seksi nie umieć żyć” i o tym co nam smakuje w warszawie, i jeszcze o tym jak nie potrafimy zapraszać się do stołów. następnie, wciąż mówiąc, jedliśmy zupę, a potem, na deser, ciasto biarritz, przywiezione przez agnieszkę z lukullusa. miły to był dzień- mówiłam o sprawach, o których chcę mówić, jadłam rzeczy, które chcę jeść, piłam wino, które lubię (zweigelt rose) pić.

 

inne sprawy, które dały radość i przyjemność- wielki garnek caponaty, małe le grand aioli, zupa szczawiowa. w piątek mieliśmy gości na kolacji i upiekłam nam furę bakłażanów, usmażyłam „czipsy” z pit, jedliśmy też pieczoną dynię z labneh, szałwią, orzechami laskowymi, miodem kasztanowym i palonym masłem. na deser- pieczone z marsalą śliwki i winogrona według nigela, które jedliśmy ze zrumienionymi kromkami chleba i salvą cremasco. w sobotę wieczorem piknik przy stole- butelka portugalskiego chardonnay, rzodkiewki, masło, grzanki i anchois, gruszki i brie noir, „surówka” gilla mellera, z którą nosiłam się od dawna- pokrojony w zapałki korzeń selera, winne jabłko, drobne czarne winogrona z ogrodu pana z hali targowej, oliwa, uprażone orzechy laskowe, parmezan i miód- hymn październikowy. a w niedzielę żonglerka i szymon, który najpierw poczęstował nas kromkami z pastą z włoskiego bacalau i z ukiszonymi kurkami, później niebieskimi serami, bo „wspaniale smakują z timorasso”, do którego z kolei ja żywię uczucie; w końcu kiszonym czarnym czosnkiem, i jeszcze jednym winem, i dojrzewającą szynką z podlasia. ilekroć tam jestem to mam poczucie jakiejś wspólnoty i czuję się mniej wyabstrahowana ze społeczeństwa, że i bo jeszcze kogoś oprócz mnie rozpala suszony dorsz, anchois na chlebie, karczochy i cynar.

 

przy teatrze słowackiego kolejna transza róż, trzymają się dziarsko. od kilku tygodni przynoszę też do domu „ostatnie pomidory”, a później znów spotykam panią krysię ze skrzynką pełną kolorowych malców. poza tym scenografia przełomu października- złote planty, na stole w słoiku chryzantemy, na straganach kapusta.

w ramach ucieczek od herberta czytam „psikus” starnone, który jest w finale bookera razem z naszą olgą. czytam i zachodzę w głowę, na jakiej zasadzie można właściwie porównywać te dwie książki. komparatystyka od dłuższego czasu w ogóle wydaje mi się dość wydumana.

w ramach zbliżeń do herberta czytam tom o panie cogito- chyba pierwsze raz świadomie i od deski do deski- i dziś doczytałam się do „co myśli pan cogito o piekle”. przypomniała mi się dorota, z którą przyjaźniłam się w gimnazjum, recytowała ten wiersz na szkolnych i pozaszkolnych konkursach recytatorskich, ja wtedy mówiłam wojaczka i miłosza, ach młodości. „kto ma lepszą sztukę, ma lepszy rząd-to jasne”.

tydzień temu, przy okazji rocznicy nobla, zanotowałam sobie na jakiejś kartce, że chciałabym być jak miłosz w „darze”- dziś to wciąż aktualne. myślę, że zamiast modlić się przed snem do anioła bożego stróża naszego powinniśmy raczej codziennie przeczytać ten wiersz i nad sobą podumać, to przywraca proporcje.

już dwukrotnie odsłuchałam wywiad z hararim w audycji „start the week” (bbc 4), robiąc przy okazji notatki, napiszę o tym kiedyś coś więcej, bo jakoś we mnie utknęło i trochę mi się myśli na ten temat i przy okazji.

zrobił mi się tu dziś mały korowód „rzeczy dających do myślenia”, ale co tam, pochód zamknie tekst z „guardiana” o wieku zazdrości (kopiowanie odnośnika do artykułu nie powiodło się czwarty raz, więc przepisuję tytuł- „the age of envy: how to be happy when everyone else’s life looks perfect”), który jakoś zrobił na mnie wrażenie i przestraszył. od tej pory ilekroć chcę zakomunikować coś na zewnątrz, zastanawiam się po dwa razy. tu wracamy do sedna wszystkiego: pogłębionej refleksji. to zakon, do którego niezmiennie aspiruję ja i moja siostra, z różnym skutkiem, ale to temat zawsze (a nawet coraz intensywniej) obecny w naszych rozmowach. proporcje, refleksja, myślenie- takiej trójcy świętej potrzebujemy na xxi wiek.

 

a. w sandałkach

 

27 września, czwartek

jadłospis:

– w zeszłą środę zaprosiłam bunię do napy na kolację z okazji urodzin. przez dwie i pół godziny siedziałyśmy przy stole okrytym białym obrusem i byłam bardzo zadowolona- z tego obrusu, z tego, że mam siostrę, z ciepłego wieczoru, z jadłospisu. wypiłyśmy butelkę wybitnego w naszej opinii gewurztraminera (pierwszy raz czekam, chodzę i wracam do restauracji na wino, coś musi być na rzeczy)- słonawego i bursztynowego. zjadłyśmy: pływające we własnym sosie chorizo i chleb z tym sosem, różową doradę, stek z tuńczyka, który smakował oceanem, co w centrum wrocławia jest jednak osobliwością, pieczoną rzymską sałatę podlaną octem z sherry (so brandon pettit), due cannoli i jeszcze po espresso

-w ramach tych samych (jak wyżej) obchodów wylądowałam w sobotę z rodziną we wrocławskiej taszce, miłe objawienie. na przykład kwiatostany brokułów w tempurze z romesco i krokiety z dorsza z majonezem. mleczny dorsz bacalhau, a do dorsza miska smażonych na miejscu czipsów ziemniaczanych- bardzo to ładny gest

-w niedzielę poszliśmy do żonglerki na pidżama party, które wyglądało tak, że zmieniająca objętość grupa ludzi przez większą część dnia stała bądź siedziała w piżamach (szlafrokach, pluszowych kombinezonach) na chodniku przed barem, piła wino i radowała się światem. w menu- wino, ostrygi, kanapki z grasicą i kaparami, kanapki z pieczonymi karczochami i masłem jałowcowym (a masła grubo na dwa palce), narodowe sery, cierpki miód z sardynii, oliwki, chleb, więcej wina. bardzo to szanuję, tak trzeba się bawić

-cukinia duszona w hojnej ilości oliwy, czosnku i anchois, z miętą i nacią pietruszki, a także jeden obiad odtwarzany ze zdjęcia chyba londyńskiej rawduck- cukinia, kasza gryczana, prażone orzechy laskowe, ricotta i nać kopru (choć u mnie włoski, bo mam grubą kitę ściętą fenkułom z jedynie)

-pasta z pieczonego bakłażana, tahiny, orzechów włoskich i gęstego jogurtu. w tym tygodniu jadłam ją trzy razy na śniadanie, z jajem na półtwardo, kiszonymi ogórkami, kimchi, bakłażanem i pieprznym musztardowcem. i w ogóle pieczone bakłażany- bardzo mi w tym wrześniu smakują

-peperonata rachel roddy- łał. maślana, rubensowska, szklista. mocno zbudowana. nie dowierzałam, że ta potrawka może dostarczać wrażeń, w dodatku nie kocham papryki. pierwsze przykazanie: zawsze wierzyć rachel roddy

-z antonówek od rodziców zrobiłam (pół-)mus i jem na śniadanie z kaszami, śmietaną i cynamonem, mocno zasmucona jesiennym obliczem tych misek

-spory słoik „zielonego sosu” z naci pietruszki, szczawiu, mięty, szałwii ze studzienki. plus czosnek, anchois, kiszone cytryny, chili, kapary, oliwa

 

czytelnik:

-przeczytałam zapiski iwaszkiewicza i sandora marai z ich włóczęg po europie, sercem jestem przy iwasze. najładniej po europie włóczył się jednak herbert. gdybym była polonistką albo choćby nauczycielką geografii, to z pomocą map i zdjęć chciałabym mówić o tych podróżach, a także o pizzy albo kuchni prowansji. nie wiedziałam, że wieszczyk był takim łasuchem- w listach pisze o omlecie z truflami, który „śnił mu się całą noc, a także rano”, spekuluje, że to czy tamto wino musi być dobre z ostrygami, co raz powraca bouillabaisse. dlaczego o tym nie mówi się w szkole! wieszcz, który zajada się truflami czy jarzynami prowansji, jaki to ma potencjał pedagogiczny. moje ulubione zdjęcie miłosza to to, na którym wieszczysko na stołku wśród kwiecia i chaszczy w jednej ręce trzyma nadgryzioną kanapkę, a w drugiej szklankę z herbatą, weszło mi w głowę lata temu, znam je i pamiętam o nim. herbert rozumiał to, czego nie rozumieliśmy (z przyczyn obiektywnych, które rozumiem) i dalej nie rozumiemy (czego akurat nie zrozumieć nie potrafię) w polsce- mianowicie że rozbudowana kultura życia codziennego to podstawa. nam jej brak (mamy za to rozbudowaną kulturę życia niecodzienniego, rozbudowaną i dość monotonną, opierającą się na spacerze do kościoła, a następnie na jedzeniu i piciu na umór, bez ruchu), ergo brak nam podstawy, ergo- może to jest powód, dla którego czuję się tak wyabstrahowana z życia wśród rodaków. myślę też, że „podstawa” jest tu słowem podstawowym (przypomnę dla porządku, że skarżę się na kraj, w którym spora część dzieci i dorosłych wciąż nie je śniadania, gdzie posiłki nie mają ani stałej pory, ani nawet często miejsca, gdzie ignoruje się kalendarz wegetacji warzyw i owoców, gdzie jakość produktu nie jest wartością ani tematem refleksji, gdzie dylemat „mieć czy być” nie jest żadnym dylematem, gdzie ilość zawsze wygra z jakością, gdzie niechętnie wydajemy pieniądze na targach i restauracjach, za to radośnie w media marktach i drogeriach, gdzie tradycja pojawia się głównie na sztandarach, ołtarzach i w telewizji, natomiast zniknęła z codzienności, gdzie znajomość ojczyzny jest wątła, gdzie alkohol jest niebezpiecznym narzędziem i z niebezpieczeństwem się kojarzy, gdzie nie potrafimy zachować się przy stole, gdzie nikomu nie śnią się omlety, gdzie nie uważa się, że zasługuje się na coś dobrego, którego mieszkańcy w podróżach krajowych i zagranicznych zamiast miejsc rdzennych wybiorą makdonalda, znajomą sieciówkę i znajome składniki ETC.)

-w autobusie skończyłam rozmowy agnieszki z tessą capponi, ładne, od tej pory mam ochotę na minestrone, a w międzyczasie podobno ożenił się houellebecq

-zachwyca mnie sposób rozumowania pawła bravo, zaczęłam nawet regularnie kupować „tygodnik powszechny”, bo chcę go sobie mieć. to jedyny food writing po polsku, który we mnie osiada i z którym się noszę. pierwszy człon tytułu mojej pracy magisterskiej brzmiał „writing food, writing life”- i bravo właśnie to robi. czekam na środy tak jak na genewy- z pieśnią na ustach

-poza tym herbert, hartwig

 

lista zakupów:

-skupuję bukieciki szałwii- myję je, suszę i mrożę w pęczkach z myślą o pieczonej w oliwie fasoli

-ostatnio duża ochota na oliwki kalamata, co tydzień przynoszę z kleparza pojemnik i zjadam sama

-ricotta od mirco, do ostatnich pomidorów

-poza tym śliwki na placek, pomidory i papryka na peperonatę, bakłażany na caponatę, fenkuły, cortlandy, zielona herbata z jaśminem, imbir, orzechy laskowe, rukiew wodna, wino w krakowskim standardzie

 

a.

 

16 września, niedziela

miało nie być nas w domu. matko miał być w chinach, a ja na wsi. ale w międzyczasie nad chinami wezbrał supertajfun, a nad studzienką superdeszcz, i dzięki tym superokolicznościom przyrody jemy jajka na miękko z grzankami z zimnym masłem i anchois, placek ze śliwkami (dan lepard), placki z marchewki (nigel slater, „tender”) i musztardowiec z winegretem, schyłkowe pomidory, fasolę mamut w odcieniu oberżyny, która podczas gotowania zmienia kolor na zielony. przyglądamy się też paryżeniu i jesieńnieniu krakowa. pierwsze gwałtowne ulewy, pierwsze złoto. szczególnie parysko jest moim zdaniem na ulicy smoleńsk i na koletek, a także gdy wraca się z parku bednarskiego mostem w stronę krakowskiej, wokoło gołębio, rudo, rdzawo. wieczorne przebieżki w pierwszych potarganych liściach, ich rzewny zapach. o zmierzchu zarumienione niebo przez szczuplejące drzewa. nie ma odwrotu.

 

tydzień miłych przesyłek. najpierw paczuszka od kolorowej joanny, z wypożyczoną książką o zajmującej nas ostatnio złudzie, i z prezentem- piękną fotografią jeziora trazymeńskiego otwierającego od zachodu umbrię, którą obie kochamy. a w czwartek dotarła książka od agnieszki, jej rozmowa z tessą podpisana przez obie panie. czuję się umilona i zadbana, bardzo żałuję, że przesyłki wyszły z mody i zwyczaju.

 

tydzień temu nad naszymi głowami spadła kometa, często o niej myślę. także o mostach, domach, sadach i łąkach kotliny jeleniogórskiej, którymi się przejedliśmy, choć ja chcę więcej. basia narobiła ładnych zdjęć, zamierzam je „wywołać”. narobiliśmy też sobie ambarasu, nadziei, mętliku w głowach, pierwszych kroków. dużo słów, więcej wątpliwości, jedna większa sprzeczka, kilka niezgód. płynie mi to wszystko przez głowę, przyglądam się sobie i kartkom z notatkami. coś mi się w środku uruchomiło. niech płynie.

 

w ubiegłą sobotę jadłam obiad w przedziwnym miejscu, do którego skierowała nas magda- francuskim bistro w szczerej wsi doliny bobru, gdzie gotuje francuz czy francuz z domieszką marokańską. w menu głównie zupa cebulowa, trochę ryb i polędwica wieprzowa z mniej więcej piętnastoma sosami do wyboru, nie przesadzam.

w czwartek pizza, maestro hrabia zgodził się położyć ostre (ja) i słodkie (matko) salami na di bufalę- zjedliśmy trzy.

także w czwartek po sprawunkach usiadłam na kieliszek furmintu na krzesełku przy budce krakowskiego standardu i często o nim myślę- wino jak wrześniowy sad: tęgie, nabrzmiałe, duszne.

 

a.

 

7 września, piątek

ostatnie weekendy sierpnia na południowo-zachodnich krańcach polski, które- i tu moje obserwacje i doświadczenia- niespecjalnie interesują mieszkańców małopolski i wschodnich województw. znam nawet takich, którzy sugerują że to już nie jest polska, a ja- im dłużej mieszkam w krakowie, im dłużej pochodzę z kotliny kłodzkiej i im dłużej jeżdżę w jeleniogórską- zaczynam się z nimi zgadzać. przedziałek polski na polski wschód i zachód to mój konik. jest to oczywiście podział tendencyjny, niemniej dużo w tym ułożeniu prawd, specyfik i racji. znam całkiem nieźle i prawy, i lewy policzek kraju, pochodzę z dołu i z góry strony zachodniej, od pięciu prawie lat mieszkam pod stronie wschodniej, w dodatku z chłopcem z podkarpacia, więc czuję się upoważniona do zabierania głosu na ten temat. inna sprawa, że rodaków nieszczególnie to interesuje, co mnie jednak zawsze dziwi. jeśli wierzę w patriotyzm- oprócz czułości do języka, jedzenia kapusty kiszonej i kaszy gryczanej, sympatii do czarnej porzeczki i nawłoci- to właśnie w taki, który przejawia się znajomością swojej ojczyzny, tej małej i dużej. nie bardzo rozumiem jak można się tym nie interesować, nie wykonywać aktywności poznawczych w tym kierunku, a potem jeszcze najchętniej zabierać głos „o polsce”. a druga strona medalu- patrząc na rodaków nie jestem specjalnie zdziwiona ich postawami i opiniami, w końcu trudno czuć się związanym z krajem, którego się nie zna. więcej o tym w innym odcinku.

 

trzy tygodnie temu byłam u rodziców i w przerwie od zbierania pomidorów i ogórków (wyjątkowo przyjemne czynności, jak ja to lubię), obrywania i szypułkowania agrestu, przebierania i obierania jabłek na ocet i spacerów pojechaliśmy na niedaleką wycieczkę do pałacu sarny, który leżu u stóp drogi na nową rudę od strony (wszystkich trzech) ścinawek. była to ładna unia polsko-włoska: pod nosem, a z upalem jak zachodni, w ciepłej pałacowej kaplicy jak ciepłe kaplice i kościoły włoch, ze struną światła lejącą się przez okna i jaskółkami pod malowanym sklepieniem, z espresso i tiramisu w pałacowej kawiarni wychodzącej na polskie góry. jadłam tiramisu, piłam kawę, prowadziłam samochód i zastanawiałam się bez ustanku, czy aby właśnie na pewno polskie. czy kotlina kłodzka to jest dla mnie polska? gdzie właściwie jest polska? co to znaczy polska, co ja mam z nią wspólnego, z którą polską mam? myślałam o tym, że znam i kocham wiele polskich krain, kilka mnie przygnębia. w niewielu nie byłam, właściwie słabo znam jedynie lubuskie i pomorskie- nienadmorskie. często mam poczucie, że czuję się w ojczyźnie egzotycznie, obco, znajomo, blisko, daleko, do twarzy lub nie. jestem stąd, stąd nie, tu tak, tam nie, nie ma w tym żadnego logicznego ani geograficznego porządku, uwarunkowań rodzinnych ani przekonań. myślę jeszcze o tym, co mówiła przed dwoma tygodniami w miedziance olga tokarczuk- o typologii, która dzieli ludzi na tych z równin i tych z krajobrazów wyżynnych, o odmiennościach między nimi, o różnicach w patrzeniu, myśleniu, odczuwaniu. bardzo mnie to ostatnio zajmuje, zamierzam podeprzeć się o lektury na ten temat (na każdy z tych tematów), tylko ja wolno czytam, a przede mną wiele przyjemnych książek (które też mnie przecież zajmują), więc pewnie nastąpi to za jakiś ruski rok.

 

a przed dwoma tygodniami festiwal w miedziance, sobotę z niedzielą przesiedziałam w kościele, często na posadzce albo przy ołtarzu. mój boże, gdyby po to chodziło się do kościoła- po olgę, po zarembę bielawskiego, po mikołajewskiego- to skłonna byłabym zachodzić tam co tydzień. przez okno wlewało się słońce albo siwizna nieba. piękny wykład mikołajewskiego o poezji, reportażu i człowieczeństwie, oklaski jakie dostał- grzmiące i pożywne, poszłyśmy później z bunią wyznać mu uczucie, nomen omen pod kościelnym krzyżem.

magda i paweł i ich kochany dom po drugiej stronie jeleniej góry. dom pachnący konfiturami i pieczonymi jabłkami, dom jak u herberta- „dom nad porami roku / dom dzieci zwierząt i jabłek”, mój ulubiony wiersz z nastolęctwa. dom w deszczu, dom z łuną rozpalonego słońca, dom z tłustym księżycem wiszącym nad tarasem, z małym wozem na jasnym niebie. dom, w którym na śniadanie pod owocującą winoroślą naleśniki z twarogiem i domowy jogurt i słoiki konfitur, a na podwieczorek knedle ze śliwkami z sadu, dużo bułki tartej. dom z tarasem wychodzącym w grudniu na nowy i stary rok, a przez cały rok w międzyczasie na karkonosze, pola i tę dziwną polskę. taras, na którym czyta się w noc, pod śpiworem i z latarką, z dłonią sięgającą po butelkę wina, z pawłem wołającym z ogrodu „agata patrz jaki księżyc”, i rzeczywiście, ostatnia pełnia lata. dom, w którym rozmawia się o swoim marzeniu o domu.

 

miało być jeszcze o talerzach. w drodze do doliny bobru zjedliśmy obiad we wrocławskiej napie i znów byłam szczęśliwa. świetna bruschetta z burratą i pomidorami (a wychodzę z założenia, że wcale niełatwo złożyć bruschettę, która ma ręce, nogi i kilka pięterek smaku), piękna różowa dorada z czosnkiem i oliwą i pieczony kalafior, cannoli i espresso. podtrzymuję wrażenia sprzed dwóch miesięcy- smaczne, rzetelne, codzienne jedzenie, ciekawe i ładne. w drodze z doliny bobru pojechaliśmy na pizzę do vaffanapoli i wyszliśmy bez wrażeń, a ja na dodatek zirytowana, bo nie lubię  mydlenia oczu. w sobotę jedliśmy obiadokolację w karakterze, ale ja najbardziej pamiętam wina, a w dodatku karta win brzmi tam jak literatura. w niedzielę pojechaliśmy do podgórskiego parku z blachą gorącego placka śliwkowego według dana leparda, a na kolację była fasola szparagowa z masłem z czosnkiem i anchois, jajka na półtwardo i kapary, kawałek pecorino z pieprzem i musujące wino. we wtorek upiekłam ratatuję, dziś zjadłam na obiad małe cukinie uduszone z sałatą rzymską w dużej ilości oliwy z czosnkiem, szałwią i miętą, jadłam je z oliwkami i mozzarellą. jeszcze lato.

w środę były urodziny matko i podgryzaliśmy czipsy o smaku guinessa i takie z octem winnym, truskawki, taleggio i gruszki i łuskaliśmy pierwsze orzechy włoskie, to podobno wymarzona kolacja. kupiłam w prezencie różową prosę od franza weningera, pyszne, naturalne wino musujące na języku jak czarne porzeczki. zaczynam rozumieć o co chodzi ludziom od wina- apetyt naprawdę rośnie w miarę- w tym wypadku- picia.

a wczoraj  po miesięcznej przerwie otworzyło się en plato, z nowym piecem i starą radością.

 

a jutro bardzo rano znów jedziemy w dolinę bobru, z basią i marcinem, łapać za ogon marzenia i mrzonki.

 

a.

 

 

1 września, sobota, abstrakcja

chcę sobie zapisać wczorajszy wieczór i noc, bo przyniosły dużo radości, pytań, poczucia sensu, pytań o sens, zaczętych zdań, dużych deklaracji. przyjechali basia i marcin z jasnym guciem, który śmieje się w głos i wyznacza nam wszystkim jakieś nowe oprawy. na stole- coppa i (podobno) ostatnie polskie brzoskwinie, papryki pieczone przez dwie godziny w żeliwnym garnku pod przykrywką, z główką czosnku, oliwą i rozmarynem, które ułożyłam na półmisku tłustego jogurtu; zielone, żółte, pomarańczowe i bawole pomidory na tonnato z piegami kaparów, bochen chleba basi i bochen chleba zosi, ten pszenno-żytni z gotowanym żytem, nowy ulubiony. taleggio i figi, salva cremasco i drobne ciemne winogrona i pierwsza tego końca lata gruszka i orzechy włoskie, pecorino z pieprzem. cynar z cavą, węgierskie rose i białe wino z sycylii.

w nocy śniła mi się bardzo wyraźnie ogromna kuchnia, w której basia piekła szarlotkę, a ja siedziałam na podłodze z jej płowym synkiem w towarzystwie czterech psów, i ta sama basia (z którą mamy teraz włosy tej samej długości, po niekonsultowanych wizytach u fryzjera), obudziła mnie rano całusem w czoło i szeptem że zbieramy się, musimy jechać, to było przedziwne i myśli mi się o tym cały dzień, z dużą czułością.

 

wszystko mi się dzisiaj w życiu podoba.

 

a.

30 sierpnia, czwartek, dzień, w którym upadł olej kokosowy (wedle doniesień dziennikarzy „guardiana”)

zmierzch spada o ósmej wieczorem. jeszcze sierpień, ale ja już mam poczucie kresu (barnesizm), już marznę. jeden z najsmutniejszych pejzaży- łysina pól, siano w snopach, złoto, które przeminęło, patyna świata. mimo wielu spraw dużej urody (na przykład nawłoć, jabłka, czarne winogrona, jarzębina) sprawia mi to wszystko jednak fizyczny ból. smutki jak skurcz, jak nadgryziony język, jak rzęsa w oku- nagłe, dotkliwe. co roku to samo, benefis kresu, rewia pajęczyn, chłodu, przebrzmień. ktoś powinien poszukać na nie szczepionki.

 

tłusty sierpień, wspaniały. noszę w sobie bardzo dużo spraw i wrażeń, ale mam dziś niedużo czasu, więc dziś jedynie kilka spraw codziennych i doczesnych.

na przykład co mam na talerzu. najczęściej łąkę z pomidorów, z anchois, szalotką, kaparami (mirco), oliwą. albo pomidory z awokado i kolendrą i kukurydzą oberwaną z kolby, brunatną od kilku chwil na patelni- często z limonką, wędzoną papryką i fistaszkami. często sałatkę zwaną grecką, bo nagle okazało się, że bardzo ją lubię, ale tylko wtedy, gdy mam ogórki od rodziców, pomidory od pani krysi, oliwki i fetę z kleparza, kawałek szalotki i miętę. świeżego jasia pieczonego w oliwie, pomidorach, z szałwią, czosnkiem- to co tydzień. fasolę szparagową w pomidorach z oregano, albo w pomidorach z oliwą, tahiną, kolendrą i nerkowcami. sierpień pod kruszonką. o talerzach niedomowych opowiem następnym razem.

 

na przykład na co mam ochotę. na cynar spritz, ratatuję, placek ze śliwkami, tonnato, domowy majonez i jajka, camemberta, wiersz hartwig o jesieni, wycieczkę i na to wino z barawino, które pan sprzedawca opowiedział mi jako „wino jak monica bellucci w ‚malenie’ „, a ja wpadłam w zachwyt.

 

na przykład czego słucham- podcastu o pszenicy i chlebie (który ma już chyba z trzydzieści odcinków), wywiadu z fabrizią lanzą, audycji o sporze herberta z miłoszem (dwójka), poranków w bbc 4, anglosaskich podcastów o tokarczuk.

 

i co czytam- w przerwach od herberta- iwaszkiewicza „rachunki włóczęgi”, bardzo to sympatyczne, i jeszcze „blackberry-picking” seamusa heaney, i „two kitchens” rachel.

 

a.

 

 

16 sierpnia, półmetek, czwartek

sierpień jak z schulza- gęsty, miodowy, parny, co na wsi podniesione jest jeszcze o jedną potęgę  (potęgę doznań i zachwytu).

tydzień z herbertem pod pachą, z zakładką z polaroidowej fotografii na której morze i skały wybrzeża amalfi. franaszek mógłby napisać biografię dla przykładu beaty kozidrak, a pewnie i tak przeczytałabym ją z zachwytem. kochać i bohatera biografii, i biografa- gratka.

 

malownicze, apolińskie roztocze, poprzecinane lasami i rzeką wieprz. litania dojrzałego lata: zapach siana, sosen, tataraku, lasy pachnące jak sauna. rozgwieżdżone niebo, od którego staje serce, jak namalowane. lipa parzona z miodem. różowe zmierzchy, pomarańcza słońca w upalne popołudnia. dopołudnia pod wierzbami nad wieprzem, dopołudnie w kajaku. sierpniowy zielnik- kosmosy, łąki nawłoci, dalie i cynie, przygarbione jabłonie i grusze i śliwy. łydki nierówne od siniaków, zadrapań, ugryzień owadów. bezustanne wtórowanie miłoszowi- że tak, szczęście jest dostępne.

 

szczebrzeszyński festiwal literatury i języka, ale i festiwal myśli i przeżyć. dni ludzi czytających i zasłuchanych- na leżakach i kocach nad rzeką, pod namiotami przy scenach, nad śniadaniami i obiadami. dobre dni, duże przeżycie. dość niezwykła inicjatywa- otwarta, demokratyczna, mądra. mała, choć przecież wielka. nieśpieszna, bezpieczna, życzliwa. z myśliwskim, który przechadza się z rożkiem lodów w słomianym kapeluszu wśród zaczytanych ludzi. ze stasiukiem i myśliwskim oraz z tokarczuk i rylskim w pierwszych rzędach podczas rozmów z kolejno rylskim i myśliwskim. wreszcie nad brzegiem wieprza, pod tymi drzewami.

 

bardzo kochałam jeździć tam codziennie ze wsi za zwierzyńcem. słuchać listów wisły do herberta i w drugą stronę leżąc na kocu nad rzeką. słuchać, czytać, czekać, myśleć i robić niespokojne notatki od nadmiaru myśli. w środową rozświerszczoną noc leżeć pod śpiworem między dwoma jesionami, patrzeć na gwiazdy i słuchać mikołaja trzaski dmuchającego w swój saksofon, akompaniującego czytającemu swoje teksty mikołajowi grynbergowi, bardzo to było piękne. słuchać mateusza, który czytał i mówił mi „komedę”. przeżywać jakieś wzmożenie przy oldze tokarczuk, którą widziałam przecież nie pierwszy raz, a która teraz zrobiła na mnie wielkie wrażenie, właściwie cały czas o niej myślę. mówiliśmy potem, że to chyba jedyny w polsce głos z góry, jedyny rozpoznawalny pisarz, który dysponuje autorytetem i własnym głosem, który ma sprawę, która go obchodzi, a na dodatek jest to sprawa nas wszystkich. słuchać z przyjemnością, ale i z przerażeniem urszuli zajączkowskiej, obiecać sobie, żeby przeczytać jej esej. dziękować bogu za taką zajączkowską, za kogoś, kto potrafi tak mówić, tak uważać, tak nastraszyć, tak zapalić, tak wprawić w zdumienie. przytakiwać stasiukowi, grzmiącemu z gorzkim uśmieszkiem, że „innego życia nie będzie, że zaraz umrzesz i trzeba się kurwa tego wszystkiego nachapać”, tak, tak tak tak. przecież wiem, tak. zachwycać się eustachym rylskim, zastanawiać się potem z matko, dlaczego on u licha nie pisze felietonów czy dziennika, być blisko jego poglądów na temat zahaczonego w genach pesymizmu czy bezsensu istnienia, na który jednak pokrzepieniem i wsparciem jest piękno, choćby sierpniowe chwasty na łąkach.

 

to wszystko jest dla mnie bardzo ważne. obcowanie z żywą myślą, zapalanie się do życia i różnych spraw poprzez to obcowanie ciał i ducha, próby rozumienia, wreszcie wymiana myśli. uważam, że takie spotkania autorskie są kluczowe, że czytanie tak, to raz, ale że trzeba słuchać, że żywa myśl ożywia, że mówienie o czytaniu i pisaniu pomaga. mnie i mi na pewno tak. to jedno z moich ulubionych uczuć na całym świecie- gdy ktoś powie mi coś mądrego, co mnie uruchamia.

 

na talerzu interesuje mnie ostatnio najbardziej czystość smaku i czystość w ogóle. w ubiegłym tygodniu pięć razy zjadłam u guciów łupcie- czyli gołąbki z kaszą gryczaną od serca podlane tłoczonym na zimno olejem rzepakowym (lub lnianym, lub konopnym) z okolic, do łupci ukiszone ogórki i cukinia, i to było wielkie. przypieczona kapusta, chrupka gryka, kilka suszonych grzybków, nieco cierpki, piekący w nos i podniebienie olej rzepakowy, jak ziemia, jak dym. prawdopodobnie mogłabym je jeść z ochotą przez kolejne dwa tygodnie, nie zapomnę tej radości. gdy nie jadłam łupci, to jadłam reczczoniaka ze śmietaną albo zabielaną zupę jarzynową z pokrzywą. na śniadanie- naleśniki z twarogiem i jagodami i śmietaną, pieczone na blasze starego pieca podpłomyki z masłem i miodem. piłam zsiadłe mleko i parzone zioła. byłam szczęśliwa.

czystość smaku i czystość w ogóle to też wina w żonglerce, wczoraj piliśmy rose, a potem dużo pomarańczowego z winnicy andert, o słodki boże. w sam raz na matki boskiej zielnej, mówił wczoraj szymon napełniając nam kolejne kieliszki (jeden potem stłukłam), bo to naturalnie robione wino rezonujące od ziół, polności, jabłek. pochwała świata i natury.

w domu czysta monodieta pomidorowa, z czystych pomidorów pani krysi. pomidory z jogurtem, tahiną i za’atarem, pomidory z mozzarellą, pomidory duszone z ziołami i warzywami, zupa z trzech kilogramów malinówek, pomidory jedzone jak jabłka, z grubą solą i pieprzem, pomidory z oliwą albo oliwa z pomidorami, i tak od czterech dni. jeden wyjątek od reguły- jaja na miękko, tost, zimne masło i anchois, ale to też jest smak absolutny i definitywny.

 

w ramach wisienki na torcie (torcie życia)- zdjęcia joanny i notatki jej męża (tu) z i o castellucio, umbrii, włoszech i włochach w ogóle, tyję od nich od wtorku, jest to wspaniały przyrost mnie samej. myślę, że na tym polega podstawowa różnica między włochami i polakami- oni rzeczywiście zdają się „wiedzieć po co żyją”, my zupełnie nie, nas życie w ogóle chyba niespecjalnie interesuje, z wyjątkiem może życia wiecznego, a i to nielicznych. joanna i mateusz też wiedzą po co żyją i potrafią żyć jak mało kto, jestem ich wielką miłośniczką, co powtarzam przy każdej okazji i mam na to świadków. poczucie i emocje porównywalne mało z czym- gdy pokazujesz ludziom, do których ci blisko, „swoje” miejsce, a oni w zamian pokazują, nazywają i tłumaczą ci je w sposób, którego ty nie posiadasz, do którego ty nie masz dostępu. jeśli jakiś bóg stworzył po coś człowiekowi drugiego człowieka- to właśnie po to.

 

zamykam ten ekshibicjonistyczny straganik, idę zjeść jabłko, załatwić kilka spraw, popracować, zjeść pomidory, wieczorem pójść z kochanym chłopakiem na pizzę, rano uciec na wieś. „szczęście jest dostępne”.

 

a.

 

 

 

już sierpień, czwarty, sobota

życie w tym roku słono kosztuje. paliwo, masło, leczenie, czynsz, wino i ser- to też, ale wydaje mi się, że więcej płacę za wnioski i lekcje życia, które od życia dostaję. te zawsze kosztują wiele serca, ale ostatnio też niemało pieniędzy, co zawsze jest dotkliwe, choć zdaje się, że serce mam w gorszej kondycji. wiadomo- rozczarowania są słone, złudzenia zawsze jednak wiedną. o tych spersonalizowanych mówić nie chcę, ale smutek po dwóch brzegach długo mi pewnie nie minie. mój od lat festiwal, który od lat trzech nie domaga, oprawiany przez telewizję tvn, odwiedzany przez inną publiczność, ostatnio niedokochany, od którego już nie rosnę. to bolesne. na domiar złego zniknęły ulubione obiady domowe, a wraz z nimi pierogi po lubelsku, pierogi z wiśniami i kasza gryczana ze skwarkami, które jadłam od dzieciństwa, a w miejsce apteki i spożywczego na rynku jest teraz lewiatan. boleśnie i gwałtownie się na to wszystko nie zgadzam. nie zmienił się żar, który rok w rok leje się w kazimierzu z nieba na bruk i na mnie- mam ogorzałe obojczyki i buzię w piegi, i to tylko od chodzenia z sadowej na krakowską i z krakowskiej na sadową. to jest mój czas w roku- jest mi ciepło, nie ubieram się, jest mi jasno.

 

niezmienna przyjemność płynie chociaż z jechania przez świętokrzyskie i lubelszczyznę- czy to w jakieś tam, czy w któreś z powrotem. myślę zawsze o tych okolicach, że to rdzenna polska, polska od zawsze, z roślinnością i pejzażami z książek, obrazów i filmów, obcymi i egzotycznymi dla mnie, dziewczyny z dolnego śląska. mam taką ambicję i potrzebę, żeby chociaż raz w roku jechać przez te pustkowia albo sady, najchętniej dojrzałym latem, i żeby w tej drodze do zatrzymywać się na kanapki nad sanem i patrzeć na maleńki prom samochodowy kursujący między brzegami (a kanapki na pszennym chlebie zofki z gotowaną krzycą i płaskurką albo samopszą, jeny, już naprawdę wszystko jedno co między kromkami tego chleba), a w drodze z jeść jabłka i śliwki i słuchać z moim chłopcem rozmowy osiatyńskiego z mikołajewskim (z archiwum tok fm) o włoszech, ja po raz któryś, on po raz pierwszy, ale oboje z jednakowym zachwytem. będę to sobie pamiętać.

 

poza tym prowadzę zaawansowane badania nad eleną ferrante (którą kocham). przeczytałam „córkę” i zachłyśnięcie tą pisarką nie mija. mówiłam do buni, gdy siedziałyśmy ostatnio u rodziców w malinach i porzeczkach, że ona wie, ona po prostu wie, wszystko. matko naopowiadał mi jakiś czas temu o koncepcjach, według których książki eleny pisze jej mąż, domenico starnone, i o teoriach odwrotnych, że to ferrante pisze książki mężowi. przeczytałam w ostatnich dniach „sznurówki” starnonego i na razie się nie zgadzam. zamierzam przeczytać jeszcze „psikus” i wtedy się dopowiem.

 

wciąż jem głównie pomidory z gęstym jogurtem i tahiną, raz w za’atarem, raz z sumakiem. jak dotąd najbardziej smakują mi zielone i takie ni to żółte, ni pomarańczowe, pani stasia z hali targowej sprzedaje je jako „ananasowe”. w kazimierzu najadłam się chłodników za całe lato, ulubiony to ten w vincencie, w kolorze lodów malinowych, podawany z gałką lodów z czarnej porzeczki, chrupiący od ogórków i szczypioru, wielki powrót. w domu makaron, sos z malinówek a la rachel roddy, stravecchio. pijemy prosecco z cynarem, który przyjechał z bunią z włoch, wzdychając jedno przez drugie, że jakie do dobre, jakie dobre. dziś piknik w parku na podgórzu i pan bagnat w zosinej bagietce, drzewa, cień, zjadły mnie mrówki, niech jedzą, tylko niech to się nie kończy.

 

jutro zjemy burratę, dwie brzoskwinie, kilka plasterków coppy, chleb, pomidory z talerzyka na parapecie, spakujemy herberta i franaszka i kanapki „na drogę” i wyjedziemy na roztocze.

 

a.

 

27 lipca, piątek

nie może mi wyjść z głowy klementyna suchanow, która grzmiała w „świątecznej” sprzed tygodnia, że tęskni za czystością, jakkolwiek patetycznie to brzmi. sztuki, języka, życia codziennego. od dłuższego czasu borykam się z tym samym brakiem, miałkość wokół mnie wykańcza. zajęłam się reorganizacją życia na stopie codziennej, sporo mi się zdaje, jestem nagle bardzo z sobą zaprzyjaźniona. gnębi mnie jedynie to, że nie umiem przejąć się tym, co wydarza się w ojczyźnie. jakbym była nie stąd, nie z nich. to nie mój język, nie moi rodacy, nie moja forma. sprzed roku pamiętam tępą złość i poczucie dyskomfortu, z tego roku nie zapamiętam niczego. od dawna nie mam już złudzeń na ten temat. z natury jestem sceptykiem, niełatwo mi się zapalić. a poza tym- nie ma ognia na taką głupotę.

 

kilka dni lipca na wsi u rodziców. hortensje jak bezy z witryn cukierni, moje ulubione jeżówki, nad którymi kołują motyle. wysmukłe kapelusze kopru na grządkach, urodzaj w ogórkach. w ogóle urodzaj wszystkiego- przygarbiony agrest, czarne porzeczki w kiściach jak winogrona, w tym lipcu nawet słodkie jak winogrona, co akurat mi niekoniecznie się podoba;  jabłonie jak siostry pękatych bożonarodzeniowych choinek ciężkich od bombek, orzech włoski prognozujący tłuste zbiory jesienią. praca pod niebem, czytanie pod niebem, a z nieba dobry, czekany żar. jeszcze złoto na polach. zastanawiałam się jaki jest sens opowiadania co roku tego samego zachwytu, relacjonowania tych samych prawideł, które mi rok w rok wydają się jednak tak bardzo ważne? czasami myślę, że to jedyny sens w ogóle, że „w życiu” to jedno ma znaczenie.

 

na talerzu- dużo jabłek, jeszcze genewy i papierówki, choć zmierzchające, już pirosy. brokuł gałązkowy z masłem z anchois i kulka mozzarelli, proporcje od diany henry, ale oglądane raz po raz na brytyjskich i włoskich instagramach. lipcowe pomidory- te kanciaste, piegowate, w szramach albo grubawe, na które się tyle czeka- w kałuży tłustego jogurtu z tahiną i przyprószone za’atarem- zobaczyłam je u męża olii hercules i od tej pory jem bez ustanku. ogórki małosolne, chleb z masłem. jeszcze jeden placek z morelami i lawendą yotama o. żonglerka, wina, wina, wina, trochę sera. u rodziców kolacje z grządki, w krakowie jednak nic tak nie smakuje. pierwsza młoda fasola, upieczona z pomidorami, oliwą, czosnkiem i bukiecikiem szałwii, zjedzona z ricottą i z zieloną salsą ze wszystkich ziół znalezionych w lodówce, z kaparami i sardelami. w en plato południe włoch- pizza z anchois, oliwkami, czosnkiem i kaparami albo taka z mozzarellą i provolą, bazylią i żółtymi pomidorkami słodkimi jak landrynki. kilka talerzy szopskiej sałatki, z ogórkami od taty. kasza gryczana, twaróg.

 

poza tym wszystkim miłym zle dni, bez sił i bezsilne, obolałe i obojętne, bez treści. na ten temat już też nie mam złudzeń.

 

jutro jedziemy do kazimierza na dwa brzegi, tradycji zadość.

 

a.

 

14 lipca, święto francji, sobota

w jakim kierunku ostatnio powiewa moje serce:

 

1.paul mccartney. marek niedźwiecki zagrał paula w któryś czwartek przed miesiącem i od tej pory jesteśmy nierozłączni. matko pokazał mi przed tygodniem carpool karaoke z udziałem paula i od tej pory jesteśmy nierozłączni jeszcze bardziej. wiele można zarzucić brytyjczykom, ale swoich idoli traktują poważnie, i mi się to podoba.

2.genewy, moje ulubione jabłka. z rumieńcem pod skórką, a rumieniec jak brzask albo palce po drylowaniu wiśni.

3.a palce po drylowaniu wiśni na zupę wiśniową, częste w lipcu śniadanie- cynamon, wanilia, goździki, śmietanka.

4.wrocławska napa- jedliśmy tam obiad przed dwoma tygodniami wśród buź, z którymi co roku zaczyna się sierpień i kończy grudzień, i żałuję, że nie ma napy w krakowie. tak jak lubię- miłe wino, dużo warzyw, dużo ryb, duży obrus. wszystko razem trochę londyńskie, co lubię przecież ogromnie. burrata z groszkiem cukrowym i ziołami, smażone chorizo, sałaty, stek z tuńczyka, canolo, pyszny tost francuski z brioszki. ładne.

5.wzmożona inklinacja do kwiatów cukinii- przy okazji waszej ślubnej domówki poszliśmy na obiad do ale wino, albo te na dzisiejszy obiad, z ricottą i anchois.

6.targ pietruszkowy we wczesny sobotni ranek, gdy piję espresso i czytam felieton pawła bravo w „tygodniku powszechnym”, z torby na zakupy wychylają się zielone ramiona i wąsy (młode fenkuły z wielką nacią, fasolnik, toskański jarmuż lacinato, brokuł gałązkowy, kwiaty cukinii, bób w strąkach, zioła- kocham was, gospodarstwo jedynie), dzieci biegają za gołębiami i jedzą bułki z jagodami i poziomki, a ja myślę o włoszech.

7.musujące rose od martini z ginem.

8.usmażona na oliwie gruba kromka chleba z młodym groszkiem, bobem, miętą, skórką zdjętą z cytryny, pieprzem i z ricottą albo fetą z kleparza- częsty obiad w letnie dni.

9.pierwsze pomidory- z ricottą, z anchois, z oliwą, z fetą, z pesto, z pomidorami.

10.ten wywiad z franzenem, czytałam już dwa razy, częstokroć przerywając z ekscytacji i poczucia związku. nawet go sobie wydrukowałam i chcę go sobie mieć.

11.krempna w lipcu, opaleni borkowscy, niezmiennie jasny gucik, dobre okolice nasycone lipcem. leczo na ganku, kanapki na ganku, śliwki pod kruszonką na ganku, i gin rabarbarowy, i pęk hortensji, i kaszanka z dukli, i wiele kaw.

12.teksty okońskiego o piłce nożnej w „tygodniku powszechnym”, czytam wszystkie od początku mundialu, czytam też artykuły w „guardianie”. nie wiedziałam, że interesuje mnie piłka nożna.

13.w bbc dyskusja o zaleceniach żywieniowych forsowanych przez ich NHS, które zarówno tam, jak i tu, u nas, wymagają rewizji i rewolucji. ważna, potrzebna, u nas obawiam się jednak nierealna.

14.sos tonnato, o którym zapomniałam i o którym przypomniała mi bibenda, i którego teraz nie mogę przestać jeść. z zieloną fasolą szparagową (jak w bibendzie), z pistacjami i z którąś nacią, z jajkami, z warzywami.

15.pizza w en plato- wczoraj z anchois, oliwkami, kaparami, czosnkiem, parmezanem, chili.

16.zosia, jej zaczyn i jej chleb- od pszennego z ugotowanym orkiszem staje serce, szczególnie w samochodzie, w niedzielny ranek, w drodze w beskid niski. i jeszcze zosine jagodzianki, przerost jagód nad bułką.

17.coppa, brzoskwinie, fasola szparagowa, orzechy laskowe, feta.

18.dzisiejsze pierwsze danie, przy którym myśli się o rzymie- łuskanie bobu i zagryzanie jego drobnych, niedojrzałych oczek stravecchio i salva cremasco (co za ser!).

19.tydzień, w którym bliskie ci osoby- bunia, ole, pewna joanna- są we włoszech i można ich podglądać, indagować, molestować, gapić się, wspominać.

20.jan kulma w przypomnianym przez „świąteczną” reportażu przed dwoma chyba tygodniami- że trzeba „szukać radości, które nie potrzebują uznania”. TRZEBA SZUKAĆ RADOŚCI, KTÓRE NIE POTRZEBUJĄ UZNANIA. recepta na życie w czasach, które mamy, i na życie w ogóle.

21.trochę a propos- porządki w instagramach i fejsbukach, przestałam patrzeć na ludzi, którzy mnie drażnią, których uważam za niemądrych, o których w ogóle niczego nie uważam albo którym niezdrowo zazdroszczę, i to jest z kolei zdrowe.

22.edmund fetting, osiecka i komeda w ciemną noc na autostradzie w drodze domu. i jeszcze turnau do społu z moczulskim („czas błękitu”), to chyba trzy razy.

23.marek bieńczyk, który jako młody marek podobno kilkakrotnie przeczytał wszystkie książki o ani z zielonego wzgórza, a w dodatku twierdzi, że było to dla niego przeżycie formujące. przybijam piątkę panu markowi.

24.i wspomnienie-anegdota o julii hartwig, którą przed momentem przypomniał sobie jarosław mikołajewski na swoim koncie na fejsbuku. julia, jedwab, ogon wołowy. rzym, miasto wybitne.

 

mojego serca nie poniosło w stronę „jedynej historii” barnesa, jednak jakaś luka, niedostatek czegoś. letnie uczucia na letni lipiec.

 

a.

 

28 czerwca, czwartek

dla porządku, bo to jednak dziennik stołowy:

pizza w en plato, która ostatnio sięga wyżyn, i ja za jej pomocą takoż. brzegi zjadane do ostatniego kęsa to jednak sporadyczna sytuacja, typowa może tylko dla neapolu.

conchiglioni z młodym groszkiem, bazylią i tłustym jogurtem ze smażonymi w chili orzechami pinii, przepis z „jerusalem”, oboje  przepadamy za nim bardziej niż bardzo.

pieczona makrela, z brzuchem pękatym od ziół, czosnku i cytryny, z salsą z agrestu, a la nigel slater.

kanapki z twarogiem i malinówkami, które mają smak, szczypior.

cztery miski żółtych czereśni od pani zdzisi z półpiętra niżej.

ostatnia scafata w tym roku, niedosyt.

kolacja w ubiegły piątek- sałata z czereśni, liści i specku z winegretem z kremówką (owocowy tom „tender”), bób i młody groszek z miętą i skórką cytryny na pierzynie ricotty, grzanki.

w niedzielę- pieczone młode ziemniaki, cierpkie czarne oliwki, creme fraiche, estragon.

morelowe ciasto yotama z lawendą, to, które lubimy obie, a to nieczęste.

soupe au piostou zielone od lata i pesto, moja ulubiona zupa.

timorasso, które wypiliśmy w nolio w pierwszy dzień lata zanim rozkrzyczała się burza, złote i morskie.

a w warszawie- miły obiad w mące i wodzie. bologna i chino spritz. kwiat cukinii z kozim twarożkiem, crudo, gnudi, raviolo, dwa affogato z lodami pistacjowymi. przyjemne kanapki w supperlardo, o którym ostatnio głośno- szczególnie ta ze smażonym kurczakiem. wieczór w ale wino, ciepły, choć po burzy, radosny i jak przed laty, gdy poznawałam chłopaka, który zwykle siedzi naprzeciwko mnie. chłodnik i wspaniała szczawiowa, kwiaty cukinii, które kocham, i foie gras creme brulee, szparagi z orzechami laskowymi i smażonym jajkiem, przyjemne wino. radość jedzenia, radość siedzenia, radość lata i bycia.

 

doczytałam dziennik osieckiej, był gdańsk, teatrzyk bim-bom, kalina i dygat, jej warszawska miłość do witka- radosne czytanie. stylistycznie jestem jednak osiecka.

czytam listy kota jeleńskiego („listy z korsyki”).

 

smutek, że w najjaśniejszym tygodniu ciemnego z reguły roku wieczny deszcz. dnia zacznie ubywać bez doświadczenia tego, że jest/był.

 

a.

 

 

22 czerwca, drugi dzień lata, piątek

we wtorek „zapiski z wygnania” w teatrze polonia. nie sądziłam, że janda jest w stanie doprowadzić mnie do łez. od pierwszych słów duszne oczy, przy osieckiej i młynarskim strumyki łez, a dalej płakałam już regularnie do samego końca. monodram jak czołg, jak gwałtowna ulewa, ta gwałtowność i nachalność budzą nawet złość. na prawo i lewo festiwal widzów zbierających łzy z policzków, powiek, ust, szyj. i myślałam i myślę, że popis naszej reprezentacji w rosji, sine prognozy na najbliższe dni, wszystkie dobre rzeczy, jakie zjadłam w krakowie i warszawie, albo twoje wątpliwości na temat porządku usadzenia gości weselnych przy stołach, o których pisałaś mi we wtorek- myślę, że to wszystko nie ma żadnego znaczenia. żadnego.

 

a.

13 czerwca, środa

doris lessing dała światu „lato przed zmierzchem”, a świat zdaje się podarował w tym roku światu lato przed brzaskiem, bo grubo przed czasem. na straganach wszystko naraz- agrest, truskawki, jagody, fasola szparagowa, jeszcze szparagi, już bób. już hortensje, już lawenda. standardy prawdziwie włoskie, można gotować vignarolę, której zawsze zazdroszczę włochom, bo u nas jednak szparagi, groszek i bób nieczęsto spotykają się na tej samej drodze. wertuję obydwa tomy „tender” w odmiennych niż zwykle kierunkach, błąkam się między rozdziałami, które dotąd  nie leżały obok siebie. najgorsze jest chyba to, że nikt nie umie powiedzieć jak długo- choć mniej więcej- potrwa sezon na truskawki, agrest, bób czy jagody, przez co nie wiem ile mam na nie czasu i czy powinnam się śpieszyć, co trochę mnie jednak stresuje. poza tym jestem zachwycona. liczne wrażenia zmysłowe.

 

na przykład gdy tnę rukolę i nagie uda wspierają się o rozgrzane drewniane rabaty, w których moi rodzice uprawiają warzywa, liście i zioła, bardzo to lubię. krzak białego bzu wilgotny od deszczu i ranka, z którego w ubiegłą sobotę cięłam kwiaty na syrop i sok. suche albo zapłakane trawy trącające łydkę, ciało wilgotne od upału i nieruchomego południa, albo odwrotnie, jeżące się pod młodym wieczornym powietrzem. biedronka, która spada nagle na przedramię w łazienkach królewskich. nasze nowe rodzinne kocię, gigi (wszystko przez dalidę), sprężysty i elektryczny pod dłonią. ramiączko sukienki zbiegające z ramienia, stopa uciekająca z drewniaka. duszny, miodowy zapach falbaniastych lip. gdy podnosisz się na zajęciach do trikonasany, a za wielkim otwartym oknem drzewo, ptaki, światło leżakujące na murach kamienicy po drugiej stronie podwórka.

albo wczorajszy wieczór, gdy siedziałam w otwartym na oścież oknie, piłam miętę ze studzienki i czytałam „dom dzienny, dom nocny”, któremu zupełnie nie przybywa lat, bardzo piękna książka wciąż jest bardzo piękna. nad kamienicami błyskało i dudniło, ciężkie cielsko burzy przechadzało się gdzieś całkiem niedaleko, raz na jakiś czas zatańczył jesion i estragon w donicy na parapecie. wystawiłam na niego świecę w słoiku. pachniało deszczem, który najpierw nie chciał przyjść, a potem szemrał do rana.

 

zmysłowo też w buzi. truskawkowe lody od maślanki w kłodzku, od kiedy pamiętam smakujące po prostu truskawkami z tłustą śmietanką, i spacer przez kłodzki rynek, potem dwa kościoły, coraz mniejsze. placek z rabarbarem mojej mamy. pizza w vincenzo pedone- osiedle na ruczaju, piec, dwa stoliki, pachnie mąką, pracownicy jak recydywiści, sceneria neapolitańska- na niesmacznym cieście, ale z ekstatycznym wierzchem- mozzarella, peperoncino, friarielli, anchois, oliwki. affogato z lodami pistacjowymi w mące i wodzie, które było moim ulubionym daniem z twojej panieńskiej kolacji, bo bibenda jednak się zmieniła. jagody i creme fraiche. cynar w upalne południe przed żonglerką. niekończące się garnki scafaty, bo zjadam jeden i od razu robię kolejną- z mozzarellą, ricottą, fetą albo parmezanem, deszcz skórki otartej z cytryny. braised lettuces with olive oil and herbs, to też porcja za porcją. dorosłe już  głowy młodej kapusty duszonej z anchois. sobotnia kolacja- chleb, masło i anchois (ciężka choroba), szparagi i mozzarella  tłusta jak burrata, comte. botwinka z botwiny od rodziców i z jajami od kury. naleśniki z truskawkami w dzień dziecka, prezent od mamy. sałaty prosto z grządki. brązowy ryż gotowany z wanilią, truskawki, śmietana. czereśnie- w niedzielny ranek dzwonek do drzwi, sąsiadka z miską czereśni z działki, „trzeba się dzielić”. bób, oliwa, cheddar.

 

w ubiegłą niedzielę widzieliśmy jeszcze przedpremierowo  „zimną wojnę” i od tego czasu martwię się o swoje serce, bo wszystkim drga, a mi nie. „ida” też mnie nie szturchnęła i wydaje mi się, że to ten sam przypadek. okazuje się, że kamienie szlachetne to nie moja specjalność, „wojna” jest tak ładna i tak precyzyjna, że dla mnie nie wystarcza już miejsca; jest w tym coś nieludzkiego i nie jestem pewna, czy mi się to podoba. to jak picie dobrego wina, które jest pod każdym względem dobre, a jednak się o nim nie rozmawia. tomasz kot piękny.

 

największa radość ostatnich dni- kiedy bunia, której zaleciłam ferrante myśli to samo co ty i deklaruje, że od dziś chce prowadzić rozmowy tylko na takim poziomie i gdy basia, której wmusiłaś franzena nie śpi i nie mówi przez „wolność”. gdy twoje dwie ulubione dziewczyny obejmują świat w ten sam co ty sposób, gdy przydarza się wam osieckowa wspólność przeżycia. i jeszcze gdy o tym rozmawiacie i wiesz, że będziecie rozmawiać nadal, na przykład przy ognisku w lipcu.

 

a.

 

 

ostatni maj, czwartek, święto

wyprowadziliśmy się na kilka dni do kochanych borkowskich, którzy wyprowadzili się na trzy miesiące do rodzinnego letniska w krempnej. byłam pod nieustannym wrażeniem ile dźwięków równie nieustannie wydaje świat, od rana do rana, co (to wrażenie)  jest uważam żenujące. na pierwszy rzut ucha czyny czynione nam przez miasto są niemożliwe do zrekompensowania. głuchniemy, ogłuszani samochodami, tramwajami i sąsiadami, a na dokładkę sami nie słuchamy i nie słyszymy. a tam- od rana stukot strumyka, ptasie radio, modły odprawiane przez pszczoły, świerszcze czy koniki polne, co rusz przyleci jakiś szerszeń. potem, gdy dom się zbudzi, skrzypienie drewnianych podłóg i schodów, kwilenie jasnego jak kaczeńce gustlika, pochrapywanie psa, nasze śmiechy. wieczorami znów nadaje ptasie radio, znów pszczoły wznoszą modły do kwiatów, znów śpiewają trawy, a koło dziesiątej wieczorem zaczyna drzeć się derkacz i krzyczy do rana. podobnie mam wrażenie w miastach ślepniemy- od zieleni i mienienia się drzew, zmian odcieni na niebie, dzikiej róży oplatającej kolejne beskidzkie kapliczki, słońca, łąk, albo cmentarzyka w żydowskiem całego w kwitnących chabrach można zwariować, to są wrażenia trudne do wytrzymania bez jęków pełnych egzaltacji, robienia bezsensownych, bo nieoddających zdjęć, opowiadania sobie nawzajem tego czy innego zachodu słońca czy zapachu jaśminu albo sosen (a może tylko o to chodzi w życiu, żeby opowiadać sobie i i sobie nawzajem świat? bo innego sensu jednak nie dostrzegam, mimo usilnych starań). bardzo trudno żyje mi się z tą świadomością, nawet w krakowie, który ugina się w tym roku pod nadmiarem jaśminu i w którym zakwitły róże pod teatrem słowackiego, i który jest przecież niebrzydki.

 

patrzenie i słuchanie poprzeplatane zwykłym życiem w jasnym bezczasie, wydarzającym się od rana do późnej nocy na ganku drewnianego letniska. pory dnia wyznaczane przez parzenie kolejnych kawiarek albo ziół. w sobotni ranek targ w dukli, wieczorami spacer do wsi, po mleko od gospodarza, jeszcze ciepłe, w drodze powrotnej droga przecięta przez jelenia albo żmije. wycieczki po kochanej okolicy. mówienie sobie ważnych i nieważnych rzeczy, na tym ganku albo w kuchni, przy wspólnej pracy. wycieczki po okolicy, serce w konwulsjach. proste, majowe jedzenie gotowane na kuchence gazowej z dwoma palnikami- botwinka i młode ziemniaki z ziołami, kaszanka z salsą z truskawek, szalotek i mięty, naleśniki z twarogiem i truskawkami, kasza gryczana z twarogiem ze szczypiorem i koprem, i jaja sadzone, i kefir. sery, zosiny chleb i placek z rabarbarem, które przywiozłam ze sobą. bose stopy. dużo czasu, mimo poczucia bezczasu.

 

bardzo kocham beskid niski i bardzo kocham borkowskich. byłam szczęśliwa.

 

zaraz zjemy po kromce żytniego chleba z masłem i jedziemy do innego lasu, lasu zachodniopolskiego, do rodziców. upały, dobrze.

po raz bardzo kolejny zaczęłam czytać „dom dzienny, dom nocny” najsłynniejszej olgi świata, taki nastroik i takie ochoty, a na dodatek za chwilę wambierzyce, ruda i krajanów za miedzą. ciekawe co myślę o „domu” w roku dwa tysiące osiemnastym.

 

a.