Category: Lewa

29 marca, leje

Nie wiem, jak kogoś może nie nudzić szorowanie ciała szczotką, dlatego z rozkoszą wypróbuję Twój sposób. W ogóle wydaje mi się, że jedyne ablucje, do jakich jestem stworzona, to chlapanie twarzy zimną wodą, mydło jajeczne (przywiozłam sobie ze Szwecji, wspaniałe) i tłusty krem na policzki. Wtedy jestem rumiana jak Pyza na polskich dróżkach i od razu lepiej mi się je śniadanie i lepiej śpi. Płynnie przejdę więc do kolejnej kwestii – oczywiście, że tak. Pisząc, zastanawiam się zawsze, czy już wyrosłam z egzaltacji, albo czy kogoś znowu naśladuję – bo nie wiem jak Ty, ale ja uważam, że słowa, które człowiek pisze, są sałatką ze słów, które człowiek przeczytał i nie sposób, no nie sposób być sobie samym oderwanym. Więc przy każdym akapicie dumam nad szczerością swoją i słów. Czy nadmierną – chyba nie, w końcu to tylko życia część i pryzmat, ten mój stół z nagłówka.

 

Od soboty budzi mnie snop światła słonecznego. Najpierw powoli wspina się po zasłonkach, potem po pościeli i ścianie. Dni zaczynają się więc chwilę wcześniej i jest czas, tak jak wczoraj, wyjść na rześki spacer po paczkę kawy – rude słońce, puste ulice – lub tak jak dziś, upiec na śniadanie jagodowe scones. Lubię je za nieporadność, wyglądają trochę jak bardzo stare skały, a dzisiejsze dodatkowo zabarwiły nam na fioletowo palce i usta. Najlepiej smakowały z solonym masłem i dżemem z czarnej porzeczki, ale przy każdym kęsie marzyłam o tym, aby w Polsce ktoś produkował clotted cream.

 

Na obiad warsztaty z Piotrem Kucharskim (jadłaś jego chleb we Wrocławiu?) – sałatka z czarnej soczewicy ze smażoną gruszką, topinamburem (PFE, wyjęłam), czerwoną cebulą i smażonym halloumi, śliczne plasterki kolorowych buraków i szynki parmeńskiej, ułożone na śmietanie rozkręconej z kozim serem, posypane granatem, polane oliwą – mogłabym mieć sukienkę w taki deseń, zupa ziemniaczana z białą czekoladą (zdziwieniu nie było końca, a to przecież tłuszcz i cukier, na miłość boską) i kaszanką, w uwielbieniu do której pozostałam odosobniona, więc zjadłam dwa kawałki, spora garść fascynującego popcornu z kaszy gryczanej i ciasto migdałowe z gruszkami. Na koniec zasadziliśmy jeszcze w małych doniczkach groszek, rzeżuchę, rzodkiewki i kolendrę, a potem lunął pachnący deszcz.

 

Każda minuta spędzona w zamkniętym pomieszczeniu wydaje mi się pozbawiona sensu. Pracuję nad tym.

 

k.

27 marca, ciepło

W momencie gdy wczoraj wyszłam z domu (po śmietanę) w lekkim płaszczu narzuconym na bluzę i gdy potem czytałam na ławce w parku pełnym dzieci na rolkach, na słońcu, na chwilę, właśnie w tym momencie przyszła chyba wiosna. Trzy godziny spaceru po Saskiej Kępie, lody jagodowe, pączki na drzewach, pikujące główki kwiatów i całkiem już dorodne krokusy w różance w Parku Skaryszewskim – to znaki dymne.

 

W sobotę natomiast, oprócz tego, że była zima, to przyjechała mama poprzesadzać nam kwiaty. Przywiozła ze sobą puławianki, rumiane i obsypane makiem maślane bułeczki, które przez całe dzieciństwo jadłam z masłem i szynką, oraz maślane cebularze z makiem (masło masło masło), lubelski przysmak, który nauczyłam się doceniać dopiero, gdy wyjechałam z miasta, w którym ludzie jedzą takie rzeczy w trolejbusach. Po śniadaniu złożonym z masła dokonałyśmy wspólnie remanentu i przesadzki. Wszystkie bluszcze, fikusy i inne dzieciaczki mają się teraz ładnie zachowywać, bo jeśli nie urosną im nowe liście w takim słońcu i nowych domach, to ja chyba zakończę swoją ogrodniczą karierę. Pestka z awokado trwa niewzruszona, no zobaczymy.

 

W piątek wywołałam zdjęcia z Rzymu i jakoś tak wyszło, że kulinarnie byliśmy w ten weekend we Włoszech. Kiełbaski z czarną soczewicą i rukolą, dużo lepkiego pomidorowego sosu na winie, ser do podgryzania. Linguettine z sosem pomidorowym (za radą Krakowskiego Makaroniarza chlusnęłam doń wódki), z jędrnymi zielonymi oliwkami i kołderką parmezanu. Cudowne, wilgotne, prawie że marcepanowe ciasto Donny Hay (przepis na przykład tu) z ricottą i skórką otartą z cytryny – marzyłam o nim od wieków, a okazją do upieczenia była przymusowa bezglutenowość mamy. W dwa dni zjedliśmy cały okrąg, bez krztyny wyrzutów sumienia. Te, w kontekście kulinarnym, prawie mi się ostatnio nie zdarzają. Wszystko wolno, to mniej się chce.

 

69670034

 

k.

 

20 marca, poniedziałek

Bardzo jestem ostatnimi czasy niewyspana, dlatego mój organizm głośniej niż zwykle (codzienny szept o jogurt z lemon curdem się nie liczy) woła o cukier. Ostatnio zjadłam więc:

– grubiutkie pierogi z twarogiem u pani Tamary w Skamiejce, na każdym czapa z tłustej śmietany i truskawka z konfitury; to był nasz pierwszy dzień w nowych okularach i na przystawkę obejrzeliśmy sobie nasze (bez)ślubne zdjęcia

– grubiutkie naleśniki orkiszowe z twarogiem i skórką otartą z cytryny, które usmażyłam dobę po pierogach; doszłam do wniosku, że więcej warte jest szczęście bijące od spełnionego marzenia (naleśniki) niż poczucie zdrowego odżywiania się (warzywa)

– prawie na pewno pół okręgu klasycznego sernika bez smaków innych niż twaróg (w pracy, w domu, wszędzie)

– grube kromki bułki drożdżowej z solonym masłem, comté i powidłami z renklody (dziś)

– owsiankę Nigela z chyba II tomu Dzienników, z samej tylko kaszy, z łyżką kremówki i czarną porzeczką (podczas którejś z licznych marcowych ulew)

– miskę ricotty wyprodukowanej przez mojego brata, ze wszystkim, co znalazłam w domu, a więc z jagodami, czerwoną pomarańczą, miodem wrzosowym, prażonymi płatkami kokosa i migdałów, a suszonymi – róży.

A ze smaków niesłodkich przytrafił kurczak pieczony z klementynkami, musztardą i fenkułem na mamine urodziny, wycierana bagietką poducha labneh z karmelizowaną cebulą, czarną soczewicą i prażonymi orzechami laskowymi na warsztatach z Dominiką Wójciak (idzie trzecia książka, którą tez polubię), zupa koperkowa z kremówką i ziemniakami w wyjątkowo niedelikatny pogodowo dzień, kurczak tikka masala, w którego robieniu mistrzem jest Marcin, a którego zjedliśmy z jabłkowym chutneyem przywiezionym przeze mnie z jabłkowego raju pod Malmö. Croissant z comté i jajo na miękko. Nowy faworyt śniadaniowy, jeszcze tylko żebym gdzieś w tym mieście znalazła jadalne rogale…

 

k.

 

9 marca, czwartek

Codziennie to samo: na śniadanie jogurt z jagodowym kompotem i łyżką granoli (dużo, dużo kokosowych płatków), na obiad sałata z parmezanem, oliwą i jajem na twardo, do tego grzanka, bo chleb wydaje się nie kończyć. Swoją drogą pora na zmianę, Vermont wydaje mi się już za tępy, chcę czegoś mięsistego, czyżby to była pora na Tartine?

 

Kolacje wpadają znienacka – wczoraj z okazji Dnia Kobiet zostałam zabrana do Bibendy, gdzie pożarliśmy tatara z woła marynowanego w wódce i przykrytego salsą z mango i fenkułu, obok była jeszcze dymka i słodkawa focaccia, pyszne to było niemożliwie. Na drugim talerzu spała na soczewicy kiełbaska z marynowaną śliwką, czerwoną cebulą i przeciekawą w tym miesiącu musztardą, a na główne wmaszerował orszak – ozór na podusi z sosu fistaszkowego z miso i mandarynką (święty jezu, to było niezwykłe), przykryty jeszcze kolendrą, kiwi i fenkułem (zima trwa), zagryzaliśmy go klasycznymi ziemniaczkami z aioli oraz rumianym od masła porem z groszkiem i miętą. Niestety okazało się, że jednak nie przepadam za ozorem (jem go przecież swoim językiem, no jakieś to… nie), ale przyznam, że stęsniłam się za Bibendą. Na wszystko patrzył rozkoszny bukiet zmajstrowany przez Przyrodę.

 

Przypomniałam sobie jeszcze, że w zeszły piątek spróbowałam wreszcie słynnej w całej Warszawie pizzy w Ciao a Tutti i zostałam przez nią zdobyta – moim zdaniem dużo lepsza niż w Mące i Wodzie, raczej pozycje klasyczne, ale mi to w niczym nie przeszkadza. Nie jeśli mam salciccię.

 

 

k.

6 marca, poniedziałek, leje

Kochana, to o „please rather than impress” to ja już wiem od dawna, pamiętam jak rozmawiałyśmy o nowo zjedzonych restauracjach i Ty mówiłaś, że Ciebie nic nie zaskakuje, ja tego chyba nigdy nie szukałam. Praca często wpędza mnie do miejsc, gdzie właśnie te kropki, redukcje, przegrzebki, kaczki i topinambury, a na deser pianki w zamszu, a przez cały posiłek ręka mi ucieka do koszyka z chlebem, a potem do talerzyka z masłem. Tak więc ogłaszam, że argument o pozostaniu w Warszawie dla uciech kulinarnych, które proponuje, obalił się sam, tym bardziej po sobotnim śniadaniu, na które poszliśmy do Stora. Swego czasu byłam zakochana w ich kanapkach z dziurawego chleba, grubych od pastrami i chrupiących kapustą kiszoną – teraz są cienkie, niemrawe. Jako że mój własny Vermont dojrzewał w lodówce, postawiłam na owsiankę, do której godzinę (!) później uroniłam gorzkie łzy. Płatki rozmoczone w mikrofali, rozciapane z bananem (co to w ogóle za smutny pomysł), posypane suszoną morwą na podobieństwo wyschniętych bobków. Kawę (po godzinie dwadzieścia) wzięłam już na wynos i wyszłam na wiatr, żeby mi podeschły policzki przed dalszymi przygodami. TAK SIĘ NIE ROBI, TO JEST SKANDAL I KTOŚ W TYM MIEŚCIE POWINIEN SERWOWAĆ PORZĄDNĄ OWSIANKĘ I MOŻE TO POWINNAM BYĆ JA.

 

Na pocieszenie – w zeszłym tygodniu odwiedziłam wreszcie Krem i Boże, jak było dobrze. Croque Monsieur złoty od emmentalera, przełożony jak należy beszamelem, a także niebieskim serem i orzechami włoskimi sprawił, że mało nie spłynęłam ze stołka. Madame z sadzonym jajem i gotowaną szynką równie rozkoszna, a na deser kule kremu mascarpone, kawałki podsmażonych w cynamonie jabłek i kruszonka. Dziś powtórka – wezmę bagietę z pasztetem, bo uwielbiam.

 

Z melodii domowych – na niedzielną kolację lawendowy kurczak Rachel Khoo z pieczonymi ziemniakami i miska sałaty z mocno musztardowym winegretem i szczypiorkiem, butelka nowozelandzkiego wina i powietrze pachnące bułkami cynamonowymi Clausa Meyera. Kiedy byłam w Kopenhadze, spojrzały na mnie z jego piekarni i weszłam, mimo brzucha pełnego owsianki (życia, a jakże) z Grød. Papierową paczuszkę rozbroiłam dopiero późnym popołudniem. Lało tak jak dziś, ale pod moim parasolem było sucho, przytulnie i ciepła kawa. Przepis na te bułki znalazłam jakieś dwa miesiące temu, a wczoraj z łóżka zerwałam się z myślą, że to ostatni dzwonek. Ciasto wyszło z miski, próbowało też uciec z piekarnika, przewalając się i prężąc. Zupełnie nas zahipnotyzowały, co nie dziwi, biorąc pod uwagę ile w tym przepisie jest masła. Poszarpaliśmy dwie do kolejnego odcinka „Chef’s table”, a kolejną zjadłam na śniadanie, do czarnej kawy i ulewnej szarości. Chcę być bohaterką skandynawskiego kryminału.

 

puss

k.

 

2 marca, czwartek

Ledwo był poniedziałek i planowałam opisać kulinarne przygody minionego weekendu, aż tu nagle zrobił się czwartek i za pasem kolejne wolne dni. Dzisiaj zastało mnie w pościeli, w luksusowych objęciach domowego biura. Gnieciony ze śmietankowym jogurtem twaróg, truskawki (dostałam pięknie opakowany słoik, ukryty był w czeluściach redakcyjnej szafki na worki na śmieci; takie mamy ostatnio z Ulą zabawy, które urozmaicają znój), miód, prażone orzechy laskowe. W piecu rośnie pod żarówką ciasto na bliny gryczane, przede mną jeszcze chwila pracy, ale poprzedni weekend przedstawiał się następująco:

 

-na hotelowe śniadanie chodziłam z własnym chlebem, bo było niejadalne; to jakiś rekord

-sauny i zimne prysznice wytopiły ze mnie życie, ale warto było, chociażby po to, żeby walnąć się potem w szlafroku na wysokie łoże, jeść chipsy, jabłka oraz batony granolowe (wzięłam je w końcu od Molly i okazały się bardzo dobre, ja do swoich wcisnęłam gorzką i mleczną czekoladę oraz suszone morele) i oglądać „Przyjaciół”, których jak się okazuje powtarzają w weekendy na TVN Siedem

-wybraliśmy już sobie przynajmniej dwie mazurskie skrytki na koniec maja (chociaż ja bym wolała na zawsze); pod koniec lutego jeziora skute jeszcze lodem, łyse drzewa, ale światło już inne i zapach powietrza też

-zjadłam knedle ze śliwkami swojego życia, ale naprawdę – wiem, że powtarzam coś podobnego co drugi wpis, ale tym razem naprawdę; w Oberży Pod Psem w Kadzidłowie kulają je leciutkie jak obłoczki, podsmażają na maśle, kładą na tłustej, wiejskiej śmietanie, a potem jeszcze prószą złotą bułką tartą i cukrem pudrem… jadłam i mruczałam, myśląc jednocześnie o tym, jak dobre muszą mieć pierogi z jagodami albo zupełnie normalne śniadanie (chleb własny, twaróg i masło od sąsiadów, jajka od sąsiadek, pomidory z grządki, miód, no wiesz); na pierwsze danie była jeszcze kwaśnica (zemdlałabyś, gdybyś tylko lubiła grzyby), mocna i ciemna, kwaśna i taka leśna, że aż wykręcało język, a w niej trzy zgrabne pierożki z soczewicą oraz ławica prawdziwków, a Marcin zjadł jeszcze wereszczaki purpurowe od buraczanego soku, z porządnie uprażoną kaszą gryczaną i wspaniałymi ogórkami kiszonymi; do picia dzbanuszek świeżej mięty z miodem gryczanym i ciepły kompot wiśniowy; w kącie stała choinka, kot bez ogona wił się pod nogami.

 

Tydzień zniknął nie wiem kiedy. Pamiętam wtorek, kiedy to masłem, serem i orzechami żegnaliśmy naczelną, opróżniając kolejne butelki wina i tańcząc do północy. Potem zniknął prąd, więc zniknęliśmy i my. Zakwasy mam nawet w mięśniach gładkich, do tego popękane kolana i tęsknotę za stałością.

 

Idziemy dziś do kina na „Ukryte działania”, na wszelki wypadek się nie nastawiam. Ostatnie odkrycie (stare, wiem): „Top of the lake”. Pal sześć zbrodnie, ale to jezioro, nad którym niesie się mgła i ptasie wrzaski, deszcz i mokre pola, chrupiący pod butami las. Tak bym chciała…

 

k.

24 lutego, piątek

Londyn nieźle przeczołgał moje rzepki, ale wspaniale było rozpiąć płaszcz – poniedziałek zastał nas pierwszym dniem wiosny, światłem w powietrzu, radością rozsadzającą tuż po wygramoleniu się z samolotu. Zamiast schować się do metra i hotelu, przebiegłyśmy przez pół miasta, najpierw na wspaniały ramen (Bone Daddies, na oknie obok pałeczek i sezamu w młynku można było znaleźć śliniaki i gumki do włosów, żeby sobie ich nie utaplać w rosole, geniusze!) (pierwszy raz jadłam tak intensywnego w smaku kurczaka, a w zupie, oprócz wszystkiego, pływała jeszcze niesforna kula smażonej bułki panko z chrupiącą, siekaną skórką z tejże kury, jakąś tajemniczą zieleniną i chili; jeśli chodzi o zagadnienie panierki, jestem wielką fanką, więc smakowało), potem do sklepu Anthropologie, z którego wyszłyśmy, każda dzierżąc w objęciach różowy nakrapiany talerz z kamionki ze złotą krawędzią. A potem do teatru – znasz mój stosunek do tej dziedziny rozrywki, trochę bym chciała, a trochę się boję i nie umiem. Szklana Menażeria Tennessee Williamsa trochę zachwyciła, ale trochę jednak nie zrozumiałam. W każdym razie w przerwie sprzedawano lody, zbierając zamówienia po rzędach, a połowa widzów podczas sztuki piła wino. Będę kontynuować ten romans.

 

Wtorek zastał nas już deszczem, tym rozkoszniej jadło się więc owsiankę w 26 grains. Moja świecąca od masła i chrupiąca prażonymi orzechami laskowymi, miała jeszcze sukienkę z cynamonowego cukru palmowego i siekane jabłko, a w misce Uli był kardamon, gruszka, syrop klonowy, jogurt kokosowy i czekoladowe crumble. Powiem to na głos – naprawdę tak chcę spędzać dni, gotując owsiankę i wymyślając, czym ją tym razem ozdobię. Chcę tym karmić ludzkość, nawracać i koić. Na dobry początek tej drogi kupiłam sobie spurtle – nietłumaczalny chyba przyrząd, któremu w języku polskim najbliżej chyba do warząchwi, ale jest drewnianym fletem, który ma czynić owsiankę kremową i jeszcze wspanialszą, niż by wskazywała na to sama jej istota. Wspomina o niej z pewnością Nigel. Będę trzeć jak szalona i dam znać.

 

Pozostałe zachwyty koncentrowały się raczej na radosnym fakcie bycia w dobrym towarzystwie i fantastycznym mieście, które pod koniec jednak nieco zmęczyło (rzepki). Przeszłyśmy się Brick Lane, zahaczając o księgarnie i trafiając w końcu do maleńkiego baru Cereal Killer, który ma ściany z płatków śniadaniowych z całego świata. Zjadłyśmy na pół miskę chrupiących kratek, grudek i listków zalanych zimnym mlekiem migdałowym i było to nadzwyczaj dobre, tak dobre, że znów powiem coś na głos – uwielbiam, uwielbiam po stokroć płatki kukurydziane z mlekiem. Na śniadanie, na kolację i na pocieszenie. Obiad zastał nas na przypadkowej ławce z powodów budżetowych i czasowych – zrobiłyśmy przegląd dóbr dostępnych w gigantycznych delikatesach Marks&Spencer i zarówno sałatki (komosa ryżowa, fasolka mung, zielony groszek, migdały, pistacje, zioła, limonka, chili, miód, oliwa) jak i kanapki (chrzanowy majonez, szpinak i rostbef bardziej kruchy niż w niejednej warszawskiej restauracji) przyniosły nam sporo radości. Częściowo była ona u mnie wywołana faktem, że pierwszy raz w takiej sytuacji odpuściłam sobie gonitwę za kęsem. Tak oto trójkątne kanapki z miękkiego chleba wyzwoliły mnie z kajdan przesadnego foodizmu.

 

A dziś pakujemy bochenek chleba, kawał comte, chipsy, cegłę Toblerone z solonymi migdałami, batony zbożowe z morelami, kokosem i czekoladą, karton mleka oraz butelkę wina i jedziemy na Mazury leżeć bez ruchu i grzać się w saunie. Niech już zastanie nas marzec.

 

k.

 

(gnieciony koper włoski to przecież, że nie biedne warzywo, lecz gniecione ZIARNA kopru włoskiego, omamił mnie afekt do klopsa)

 

20 lutego, poniedziałek

Na wczorajszą kolację festiwal miękkich faktur – meatballs z parmezanem, pietruszką i gniecionym koprem włoskim, upieczone i wytaplane w sosie pomidorowym zagęszczonym skórką chleba z tej kromki, która poszła, namoczona w maślance, do mięsa. Udana sztuczka! Po łyżce wazowej tego parującego cudu rozlałam do dwóch talerzy z polentą (gotowaną w mleku, umalowaną dwiema garściami parmezanu i łyżką masła).

 

Na przedwczorajszą kolację festiwal kolorów – wspominana ostatnio przez Food52 sałatka z czerwonej kapusty, marchewki i ciecierzycy, z dymką, kolendrą i ostrym sosem z masła orzechowego. Na talerzach dołożyłam jeszcze po garści fistaszków i tak ją sobie chrupaliśmy przez dwa dni w oczekiwaniu na jakieś nowe, zielone, świeże i pachnące życiem, a nie ziemią lub lodówką.

 

Usprawiedliwię swoje narzekania na przednówek: fenkułu i jarmużu w bukietach nie widziałam na bazarkach dobry miesiąc, czerwone pomarańcze są tylko w Biedronce, kwaśne jak czort. Z brukselką i kapustą przetworzoną i pachnącą jak klatka schodowa mi w tym roku wyjątkowo nie po drodze. Jedyny ratunek w Azji i włoskich pocieszaczach uniwersalnych, jak wyżej.

 

A dziś lecę na chwilę do Londynu – pospacerować w rozpiętym płaszczu, przeprowadzić wywiad z autorką „Sirocco” i zjeść owsiankę w 26 grains oraz kto wie, co jeszcze. Dziś też wraca z Paryża Monia i jej walizka z chlebem z miso, serami i kto wie, czym jeszcze. Gdy to zjemy, będzie marzec i najbrzydsze za nami.

 

k.

14 lutego, rano i szaro

Codziennie jest Dzień Świstaka, przysięgam. Dni nie różnią od siebie specjalnie nawet posiłkami – zacumowałam w bezpiecznej przystani zup mlecznych i kaszy gryczanej z makrelą, tłustym twarogiem ze Strzałkowa i pieczonymi burakami. Niewiele da się ugotować, kiedy w domu nic nie ma, bo na bazarku nic nie ma – ostatnio w czterech sklepach po kolei nie znalazłam natki pietruszki. No więc odmawiam. Tyle z cieni.

 

Blaski:

-sernikowe kanapki Waleckiej, które przygotowałam w ramach testów do nowego numeru. Zwarte czekoladowe ciastka (z kawą i połową szklanki kakao) na kolejny dzień rozkosznie namiękły wokół ciężkiej kuli masy serowej – wysoce zadowalający twaróg Delfiko, do tego sześć jajek i dwa słoiki kremowego masła orzechowego, upieczone w keksówce i nabierane łyżką do lodów. Chrupało to jeszcze fistaszkami i zwaliło z nóg dwa biura, chociaż Marcin twierdzi, że po połowie kanapki ma palpitacje serca z przetłuszczenia.

-Restaurant Week w Kieliszkach na Próżnej – w jeden taki identyczny jak wszystkie dzień poszliśmy „do pracy”, spróbować pięciodaniowego menu, które wystąpi za tydzień na festiwalu. Nie obyło się bez okruszka pretęchy, ale i tak bałam się, że znów przytłoczy mnie delikatność fine diningu, który najczęściej nie ma smaku (vide dorsz sous vide na puree z dyni, którego ugotował dla mnie na koszmarnie nudnej gali polsko-francuskiej rady biznesu gwiazdkowy szef Pierre Gaignare (też nie znam, ale robili mu dużo zdjęć) i który smakował jak nic wetknięte w zawartość słoika Gerber). Na kolację wystąpiły: pieczona na złoto, utaplana w masełku słodka jak cukierek marchewka w emulsji (olaboga) z trybuli i z sosem rokitnikowym, chmura pasztetowej z foie gras, kromką grillowanej brioszki i dżemem z suszonej moreli – cudo, przecudo, tatar z majonezem i chlebem Tartine (Kieliszki tak dobrze robią ten tatar, nie wiem jaki jest Twój stosunek do surowego mięsa, ale jeśli pozytywny – polecam gorąco), zagrodowy kurczak marynowany w solance i upieczony, już nie pamiętam na czym leżał, ale był doskonały, oraz kostka krówki z orzechami laskowymi, słonym ciastkiem, sosem karmelowym, lodami waniliowymi i wytrawną czekoladową kruszonką. Jeszcze nie widziałam, żeby fine dining był tak komfortowy, jak tam.

(Wracając do Gali – polegała z grubsza na tym, że francuscy krawaciarze przemawiali, a my z Monią powoli wyjadałyśmy zawartość koszyka z chlebem, smarując każdy kęs masłem demi-sel i piłyśmy wino, omawiając sprawy bieżące, przyszłe i przeszłe, bo siedziałyśmy na końcu wielkiej sali i wszystkie dania docierały do nas z koszmarnym opóźnieniem. Z jasnych punktów – lekko wędzony tatar z alpejskiej wołowiny sezonowanej 28 dni i rose, które w przepięknym kieliszku podano do antraktu (beza z buraka, espuma z koziego sera, pomocy). Każdy jego łyk smakował tak, jakby luty nigdy nie istniał.

-upiekłam wreszcie rosewater biscuits z przepisu Heidi Swanson, są niewiarygodne i myślę, że mogłabyś je docenić. Mocno kruche, pełnoziarniste (u mnie orkisz i trochę pszenicy), upstrzone czarnym sezamem, suszonymi płatkami róży i kawałkami prażonych pekanów… To zabawne, ale bukiet róż w prezencie uważam za nudę, a bukiet róż w jedzeniu za luksus i nagrodę.

-ja i Yotam – on był, ale platonicznie. Zawsze przerażała mnie lista składników, więc gotować zaczęłam dopiero niedawno, kiedy się zorientowałam, że to prawie wszystko przyprawy, które mam w domu. Zrobiłam też porowe placki – święty jezu, co za podusie. W planach jeszcze batatowe i chyba powrót do gniecionej soczewicy. Ona wygląda jak to, co mamy dziś na chodnikach. Plus jeden.

 

Kultura:

-czytam Niziurskiego, którego wyjęłam z biblioteczki teściów razem z Jackiem Londonem – stare książki, podobnie jak stara muzyka, niosą promyczki nadziei, że skoro są takie stare, to było już wiele lutych burych jak błoto i zawsze po nich (mniej więcej) następowała wiosna.

-widziałam „Jackie” i okazała się nudna jak czort, a szkoda. Widziałam też „Służącą” i jestem zachwycona.

-podróż do Wrocławia i z powrotem upłynęła nam w słońcu i przy najmilszych melodiach i głosach z Trójki. Niosło to poczucie wewnętrznej stabilizacji.

 

Koniec. Idę świętować Walentynki zupą mleczną.

 

k.

 

 

 

31 stycznia, wtorek

Jestem dumna z Twoich placków, a Ty bądź dumna z tego, że polubiłam się z Yotamem. Pod jego znakiem upłynęła nam końcówka tamtego tygodnia – skropioną oliwą gniecioną soczewicę z tahini i kuminem jedliśmy z kleksem jogurtu z chili, natką w zastępstwie kolendry, jajem na półtwardo i omdlałymi od solnego masażu krążkami czerwonej cebulki. Do wytarcia talerza chleb. W piątek z kolei święto makaronu – pasta fresca oblepiona sosem na bazie śmietanki i palonego masła z szałwią, orzechami włoskimi, skórką i sokiem z cytryny, pietruszką, pieprzem i parmezanem. Osiągnęłam pełnię, której braku bałam się po powrocie z Rzymu. W ramach gotowania z książek kucharskich, które nie mieszczą się już na żadnej powierzchni płaskiej, a ciągle ich przybywa (w czwartek jedziemy po nowy regał), z „Warzywa” Dominiki Wójciak ugotowałam jeszcze kalafiorowe curry z mlekiem kokosowym i nerkowcami, miłe i delikatne, ale kalafior to jednak nie jest mój ulubiony kolega. W ramach gotowania ze wspomnień – na szybki obiad przed miałkim „La la land” prostota – puree z zielonego groszku, czosnku, masła, estragonu (latem byłaby mięta) i odrobiny kwaśnej śmietany, a obok smażony łosoś i piętka z masłem. Tłuszczyk naszym życiem.

 

W kwestii śniadań znów słodko. Na pajdach Vermonta po wielokroć Twoja kombinacja – masło, ricotta, oliwa, płatki soli, miód. Serce mi się tłucze w piersi, gdy to jem. Wiesz jak. Albo miseczka jogurtu greckiego, w nim mgławica z ciepłych jagód (dziś trafiła mi się nawet jeżyna i trochę porzeczek), prażone płatki owsiane i kokosowe, siekane migdały, chia (ale nie w postaci skrzeku, tylko chrupiących drobinek), ćwiartka banana, miód, cynamon. Piękne, jak nic o tej porze roku. Z marzenia o cannolo, które towarzyszyło mi na sobotnim balecie, powstało z kolei morze ricotty z miodem, skórką i sokiem z cytryny, uprażonymi i posiekanymi migdałami i wiórkami gorzkiej czekolady. Objęłam je naleśnikami, które posypałam jeszcze cukrem pudrem i cynamonem, a całość można by nazwać apostle’s fingers i powstało z przepisu Emiko z Food52. Jadłam je jeszcze wczoraj, tuż przed seansem „Sztuki kochania”, na który wybraliśmy się całą redakcją – to chyba najlepszy film, na jakim byłam w kinie od czasów „Ostatniej rodziny”.

 

Czy Ty też, jak byłaś mała, kładłaś sobie na buzię ciepłe naleśniki?

 

k.

25 stycznia, świt

 

Moja buzia niezmiennie pachnie śliwkami od Ministerstwa, a dłonie orzechami laskowymi. Dobrze, że smaruję je tylko przed snem, bo inaczej we wszystko wtykałabym orzechy. Trochę wam zazdroszczę stałości, jaką oferuje Nolio (czy nie?), bo Mąka i Woda potrafi zawieść dotkliwie, a mi nadal jest brak w Warszawie włoskiego jedzenia z wioch i z zakamarków książek kucharskich. Może ktoś coś wie?

 

Lalaland w planach i nadziejach. Teraz lękam się jeszcze bardziej, ale ilość nominacji, jakie dostał ten film, była pierwszym ostrzeżeniem. Jakoś się tak składa, że filmy z afisza z dopiskami „Najlepszy!” rzadko kiedy są najlepsze. Zauważyłaś, że teraz wszystko jest „Najlepsze!”? Co druga książka, scenariusz. Bez tego nikt nie uwierzy?

 

Z niewielu nowin: chciałam wczoraj włożyć ręce w ricottę, ale w sklepie nie było, wobec czego powstał kolejny bocheneczek cream cheese poundcake, tym razem ze skórką cytrynową. Zwykłe, żółte ciasto, po kawałku zjedliśmy jeszcze ciepłe, resztę widziałabym z łyżką ricotty i malin (takich do herbaty, od babci), albo z lemon curdem, ale nie zobaczę, bo rozdziobią je kruki wrony z mojej redakcji i z pracy Marcka. No i dobrze, pora wymyślić sobie coś nowego. Tęsknota za cytrusem trwa. Tymczasem dziś na śniadanie będzie chyba różany twaróg ze śmietanką i malinami albo może dużo, dużo mleka.

 

Dzisiaj śniła mi się fasola borlotti. Zanim zanurzyłam dłoń (miała być do pasta e fiagoli), sen uleciał.

 

k.

23 stycznia, poniedziałek

Mądre słowa przytaczasz moja droga, zdejmują z pleców ciężar tych wszystkich talerzy makaronu, pizzy z fior di latte i pokładów słodkiej, tłustej ricotty, które jadłam od zeszłej środy do soboty. Rzym w styczniu zachwyca pogodą (czternaście stopni i słońce, rude słońce od rana do popołudnia), rozpieszcza żywym zapachem powietrza i odgłosami (nasze zimno pachnie rozkładem i słychać tylko ponure wronie „kra”, a tam trele…). Ale od początku.

 

No więc na początku zatrzęsła się ziemia, czego (trochę niestety) nie mieliśmy okazji poczuć pod stopami, a co utrudniło dojazd z lotniska do centrum. Potem znów zatrzęsła się ziemia, kiedy wbiliśmy zęby w kwadraty pizzy ciętej z metra: margherity, caprese i takiej z brokułami i salccicią (jak ja kocham), a potem w cannolo (mojego życia) z Il Fornaio – rurka wysmarowana była od środka gorzką czekoladą, cukier puder siadał mi na kolanach, nosie i w płucach pewnie też, ale nic nie było ważne, oprócz każdego kęsa. Wróciliśmy tam potem po castagnole, malutkie, obtoczone w cukrze pączki ze zwartego, jajecznego ciasta pachnącego pomarańczami, ciastka pistacjowe gęste od zielonej pasty i sfogliatelle, ciężki od budyniowego kremu warstwowy i chrupiący „ogon homara”. I jeszcze jedno cannolo. Jedzone na puściutkiej plaży w Ostii tuż po obiedzie złożonym z prosciutto, pecorino, pomidorów i oliwek, smakowało jak nic na świecie…

 

W siestę przemierzaliśmy słoneczne kilometry uliczkami, bulwarami, placami i parkami, a gdy ta szła spać, zaczynaliśmy wciągać bucatini i odsłaniać delikatne warstwy lazanii, kąsać po listkach karczochy (ala romana, duszone z czosnkiem lub ala giuda, smażone na chrupko), otwierać suppli (brat olbrzym arancini), wiosłować w polencie z sosem pomidorowym, mięsem z żeberek i salccicią (jak ja kocham), w wanience fasoli też z salccicią (tak kocham), a potem w szklaneczce z tiramisu. Spłukiwaliśmy to domowym winem i szliśmy do domu wzdłuż ciemnych murów Trastevere, żeby rano nie chcieć śniadania, a dzień zacząć kolejnym cannolo. Niczego nie żałuję.

 

Po pamiątki wizyta w czteropiętrowym Eataly – dwa śliczne karczochy, wiaderko drżącej od śmietany burraty (zjedliśmy ją jak lody, łyżeczką, przed kolacją), pęk sycylijskiego oregano, piękna jak worek klejnotów fasola, cegła parmezanu i trójkąt pecorino z miodem, zapakowana próżniowo pancetta, speck i prosciutto, butla limoncello. Cztery pomarańcze i jedna prosto z drzewa.

 

Z plusów powrotu – mogę spędzać poranki, wieczory i weekendy skąpana w ulubionej rutynie, w pościeli, a dzisiaj w dodatku o siódmej rano było już zupełnie jasno. Ze znaków zapytania – nie wiem, co teraz czytać – skończyłam Ferrante, pochłonęła mnie w sposób rozkoszny. Z minusów – burość.

 

Grazie mille,

 

k.

13 stycznia, piątek

Cośmy wczoraj zjedli, Chryste!

 

Zanim zacznę się podniecać zbożem, słowo wstępu – obiecywałam sobie, że koniec, ale nie – mam nową książkę kucharską. Tym razem jednak nie przytargałam jej z redakcji, tylko kupiłam sobie sama, świadomie. Zwie się „26 grains” i zaczyna owsiankami z masłem i brązowym cukrem, płynie przez ryżowe brejki z różnych stron świata, owsiane placki z batatem i kolorowe miski freekeh (to akurat mam w domu), a kończy lawendowym parfait i różaną kruszonką. Niestety znalazłam w niej słowo „hygge”, ale przełknęłam bez żalu, bo oto na wczorajszą kolację mieliśmy gęstą żytnią owsiankę gotowaną w bulionie i jasnym piwie, a potem zapieczoną z cheddarem. Dekorację stanowiła marynowana czerwona cebula, łyżka musztardy dijon, chrupiące jajko i ogórek kiszony. Było to absolutnie wspaniałe, idealnie rozegrane i smakowało nawet sceptycznemu co do burych płatków Marckowi. Widzę całkiem szerokie poletko do popisu w kwestii umajenia kolejnej transzy.

 

Boże, jak ja kocham ciapy.

 

k.

12 stycznia, czwartek

Sen zimowy trwa – dziś, kiedy spaliśmy, dopadało ze 40 centymetrów świeżego śniegu. Wielowarstwowa cebula, którą się stałam, żywi się soczewicą (klasyczna włoska w zupie, dal z fistaszkami i śmietaną albo taka z sofritto, pękiem rozmarynu i smażonymi na maśle pieczarkami), zupami (zwykła pomidorówka bez rosołu, półkula mozzarelli porwana palcami i rozpuszczona na kształt mgławicy) i twarogiem z miodem (bo biały). W naszym codziennym menu jest też czekolada, tak widocznie musi być o tej porze roku.

 

Upiekłam wczoraj te ciastka Nigela z syropem klonowym i prażonymi orzechami laskowymi, ale trochę mnie zawiodły – zbyt kruche, preferuję konstystencję, która angażuje żuchwę. Następne triple ginger cookies (myślisz, że mielony anyż gwiazdkowy mogę zamienić na mielony korzeń lukrecji? przywiozłam sobie kiedyś z Kopenhagi i do tej pory jadłam tylko na owsiance) albo ciasteczka z wodą różaną i czarnym sezamem. Muszę tylko zebrać się w sobie i rozpocząć poszukiwania niewoskowanych cytryn. W tym mieście jest wszystko, ale trzeba w tym celu zejść ze stałego szlaku – jeśli przepis wymaga odwiedzenia przynajmniej trzech sklepów, których nie ma w mojej okolicy, raczej go nie wypróbuję o tej porze roku. Nawet ziołowy pan przestał przyjeżdżać na bazarek koło metra Wilanowska i nie sposób kupić kolendry do dalu. Nie żeby mnie to jakoś bardzo martwiło – i tak najbardziej lubię chleb z serem i mleko.

 

Ziew,

 

k.

9 stycznia, poniedziałek rano

Przytulne są te dni i pełne rumieńców, których nabywamy na godzinnych spacerach po mroźnych parkach i podczas następujących po nich posiłków. W piątek – park Skaryszewski i butter chicken oraz serek paneer w przyprawach w Curry House na Bielanach, a potem luksusowe lukullusowe faworki i ciastka z kajmakiem u Toli i Pawła – z fordziem wszystkie dzielnice są teraz blisko. W sobotę – Pole Mokotowskie, a potem kawa i pączek z lawendą w MOD – w porze kolacji kuchnia chińska w malutkim mieszkaniu mojego brata: bakłażan w lepkim sosie rybnym, grube, słodko-słone kostki karmelizowanego boczku, kurczak z pieprzem syczuańskim, fistaszkami i kolendrą oraz gruba pierzynka ryżu. Niedziela – znów pole, tym razem z sankami, a po sankach gorące mleko i ciastka z czekoladą i solą. Książki, „Fantastyczny pan Lis”, Twin Peaks (jak już wiemy, kto zabił, zupełnie się to stało nieoglądalne). Kuchnia ciepła od chleba – Twój orkiszowiec z ziarnami fantastyczny, łączy w sobie to, za co toleruję chleby o prostokątnym przekroju – mięsisty, wilgotny miąższ i chrupką skórkę (pewnie od warstwy masła na blaszce i kołdry oliwy na brzuszku, he he).

 

Z książkami kucharskimi mi ostatnio nie po drodze. Gotuję bez zaskakiwania samej siebie, czasem nawet nie udaję, że potrzeba mi w obiedzie czegoś więcej niż kaszy gryczanej i sadzonego jajka albo sałaty rzymskiej, oliwy i wiórek parmezanu. Na śniadanie chleb z masłem i gruyerem, kasza kukurydziana z jagodami i lemon curdem, orkisz z wodą różaną, granatem, jogurtem i miodem. Więcej niż trzy smaki w buzi to już bałagan. Gdyby istniała książka kucharska, która zawierałaby wszystkie przepisy naprawdę i szczerze proste (bo dopiski „simple” na książkach, które znam, to często tłuste przekłamanie), to chętnie bym z niej gotowała – albo inaczej, nie zapominała o nich.

 

Było tak pięknie, a teraz trzeba iść do pracy. Rozmarzyłam się za daleko, oby to było bezbolesne. Zimo, chociaż ty trwaj!

 

k.

30 grudnia, chyba piątek

Mam urlop od wszystkiego, co ziemskie, stąd milczenie – przez wstręt do telefonu, internetu i cywilizacji. Dni tego międzyświątecznego zawieszenia płyną leniwie, w pościeli, z rozlecianym egzemplarzem „Świata wg. Garpa”, na święta dostałam jeszcze prześliczne Botanicum (obejrzane już odkładnie) i Grzebałkowskiej „Beksińskich” (też skończeni). Odgrzewanie starych pewniaków ma swój urok, ale czuję potrzebę wsiąknięcia w grubą powieść. Dopóki żadnej nie znajdę, będę się wtapiać w kinowe fotele – wczoraj „Tancerka” (piękna), dziś „Paterson” (kapiszon zamiast bomby), czaję się na „La la land”, ten film o Wisłockiej, Olgę Hepnarovą i „Manchester by the sea”, a to tylko styczeń. Zakładowi pracy dzięki za kartę do Cinema City.

 

U nas święta rozjeżdżone, ale cała nowość tego scenariusza była wielce smakowita. Najpierw Puławy i esencjonalny barszcz z uszkami, karp, który wyjątkowo mi w tym roku smakował, tłuściutka kapusta wigilijna, racuchy, niezliczone kawałki sernika, a wieczorem, po prezentach, rozpłataliśmy indyka nadzianego wątróbką i pietruszką. W świąteczny poranek zapakowaliśmy się do samochodu mamy i ruszyliśmy do Wrocławia, podjadając po drodze szwedzkie trufelki owsiane z kakao i kawą, pierniki i babkę cytrynową, którą robi co roku mój brat, licząc na zakalec, który wszyscy uwielbiamy – mama inaczej nie umie, ale robić już nie chce. We wrocławskim domu pełnym ludzi ona, grzybowa, której w takim kremowym i cudownym wydaniu nie jadłam chyba nigdy, pierogi z ziemniakami i przysmażoną cebulką, drożdżowa bułka z plastrem pasztetu i ćwikłą (a Pogromcy Meatów myślą, że oni byli pierwsi z kanapkami w brioszce), solidne plastry domowej szynki wędzonej i nieśmiertelna sałatka jarzynowa. Im jestem starsza, tym bardziej jest ona niezastąpiona. Po świątecznej rozpuście z rozkoszą wgryzam się teraz w jabłka, pochłaniam kłęby surówek i chrupię orzeszki. Dobrze wrócić do rutyny, to akurat racja.

 

Śmierć gwiazd jakiegokolwiek pokroju nie rusza mnie natomiast ani trochę. No przepraszam bardzo, ale co dzień nie ma w ich w moim życiu, więc równie dobrze mogłyby nigdy nie istnieć inaczej niż na ekranie czy papierze. Wyjątkiem, od którego wybuchnę łzami, będzie Woody Allen i kilku pisarzy.

 

Sylwestra spędzamy jedząc pizzę, pijąc szampana i oglądając Twin Peaks. O niczym innym nie marzę. Wszyscy pomstują na 2016, a dla mnie to był rok rozkoszny, płynący w cieple i w uścisku. Zobaczymy, co dalej. Nie przepadam za liczbami nieparzystymi.

 

Aha, kupiliśmy samochód. Jest niebieski i ma logo trochę jak Wedel.

 

k.

19 grudnia, ranek

Grudzień powoli postępuje, nasza choinka dostała plasterki suszonych jabłek i teraz już jest ostatecznie piękna. Czasem nawet pamiętam, żeby ją podlewać, i od momentu zakupu myślę, gdzie by tu ją wkopać w ziemię, gdy przyjdzie jej czas.

 

Robię, co mogę, żeby wykorzystać jakoś fakt posiadania tony książek kucharskich (tej jesieni obrodziły jak dzikie), w związku z czym kuchnia wydała: dynię z kardamonem i czarnuszką z „Plenty more” (str. 172) na chamskim ryżu z zieloną soczewicą i laską cynamonu, obsypanym krążkami smażonej na chrupko cebuli z „Lubię” (strony nie pamiętam, książka leży daleko), na dociapkę jogurt ze srirachą. Wczoraj natomiast mieliśmy proszoną kolację. Przyszła Monia, z dwoma pięknymi krzesłami, które po drodze znalazła na śmietniku, oraz puszką ciastek z M&S, które w jednej trzeciej składają się z masła (mam nadzieję, że ich delikatesy naprawdę z nami zostaną, bo będzie przykro). Zjedliśmy poduchę parmezanowej polenty gotowanej na mleku z listkiem laurowym, z ragout grzybowym na winie i ziołach. Obłożyłam to jeszcze plastrami taleggio i zapiekłam, żeby zaczęły bąbelkować. Było to rozkoszne, będę tęsknić za polentą w święta. Na deser słynny na całą drogę mleczną, a nie wiem czy słusznie, sernik mango z Ruiny, a więc z „Lubię”. Po strzałkowski twaróg specjalnie pojechałam na Halę Mirowską i faktycznie okazał się doskonały, ale polskie mango trochę za wodniste, a całość… hm. Nie zapamiętam i nie powtórzę. Może oni tak naprawdę nie chcieli się podzielić tym sernikiem ze światem?

 

Jako że jestem osobą wysoce ciastkową, zwłaszcza ostatnio, te orzechowe Nigela też mnie zawsze bezbrzeżnie kuszą, teraz pewnie zrobię jeszcze prędzej. Oprócz tego na liście ciastek do upieczenia mam jeszcze potrójnie imbirowe i shortbready z wodą różaną i czarnym sezamem, oba od Heidi Swanson. A od muzyki świątecznej wolę muzykę zimową – Radical Face, Fleetwood Mac (to całoroczna), Arcade Fire. Jest jednak taka piosenka, która budzi we mnie dreszcz i gęsią skórkę na całym ciele – „Carol of the bells”. Tekst „Christmas is here” brzmi tu wręcz groźnie. Chciałabym to kiedyś usłyszeć w wielkim kościele, przy szopce, przestraszyć się tego na poważnie.

 

Za tydzień już będzie po świętach – trochę nie mogę w to uwierzyć. Póki co – dziś dzień urodzinowy. Zostaliśmy w domu, będziemy jeść mięso, obejrzymy „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”, niektórzy zjedzą też czipsy. Osiągalne marzenia to jednak moje ulubione.

 

k.

12 grudnia, poniedziałek

Bullerbynacja domu postępuje: od wczoraj na naszej choince wiszą najbardziej niejadalne pierniki świata. Okazało się, że nie w każdym wypieku można zastąpić białą mąkę pełnoziarnistą i przy całej mojej tolerancji na trociny (ah, te czasy, kiedy w ciągu tygodnia zjadałam przy oglądaniu seriali całą paczkę otrębowych patyczków o wątpliwym uroku granulatu dla rybek), a Marcina umiłowaniu do cukru, nie byliśmy w stanie zjeść po ludziku, nawet lukrowanym. Kolejną próbę przewiduję na przyszły tydzień, póki co moje ulubione ciastka to strong ginger snaps od Heidi („Near&far”, str. 111) – pieką w język i bardzo wciągają, zwłaszcza, gdy dorzucić do ciasta posiekane orzechy pekan. Do zachwytów cukierniczych ostatnich dni dorzucam też sernik z suską sechlońską gotowaną w whisky, który na śledzika u Basi zrobiła na twarogu ze Strzałkowa Małgosia Minta i powiem to, jako koneserka świadoma wagi tych słów – był to sernik klasy światowej.

 

Na rzeczonym śledziku w zasadzie tylko staliśmy i jedliśmy (śledzie z musztardą, koperkiem i miodem, z jalapenio, śmietaną i kolendrą, z olejem lnianym i cebulką, z kimchi; tartiflette pełne tłuszczyku z sera, masła i śmietany; kaszanka od tajnego dostawcy z Hali Mirowskiej; chleb z moim masłem śledziowym; wiele innych). Śledziowy oddech nie przeszkodził nam wygrać konkursu na najładniej przystrojoną parę – ja miałam w uszach bombki, a we włosach świerk, a Marcek przypiętą do koszuli instalację złożoną ze zdjętego z choinki mikroskopijnego wełnianego swetra i również świerku. Gdybym nie była za stara na imprezy, to by mi się bardzo podobało, a gdybym tolerowała laktozę, to wypiłabym cały garniec eggnogu, który przygotował Piotruś. Ze śledzika wyszliśmy z jedną poważną mądrością, zasłyszaną właśnie od Brusia-Klepackiego – samochód nie musi być ładny. No więc szukamy opla astry, a mi jest wszystko jedno.

 

Dwanaście dni do naszych pierwszych wspólnych świąt rozrzuconych na dwa albo i cztery domy, cztery stoły, choinki, uściski. Ale się porobiło. W życiu bym nie.

 

k.

 

 

7 grudnia, środa

Wróciłam ze Szwecją nie tylko odbitą na siatkówce, lecz także schowaną w walizce, i teraz mamy ją wszędzie w domu. Na oknie błyszczy gwiazda, w wazonie stoją te patyczki obsypane czerwonymi kulkami, które tam, w Skanii, rosną na drzewach, a my ich musieliśmy szukać po warszawskich kwiaciarniach. Na choince, jak już ją wreszcie znajdziemy, zawisną, oprócz bombek i światełek, grube filcowe sikory i wełniany sweter dziesięć na dziesięć centymetrów, który Marcin któregoś dnia przyniósł z zakupów. Upiekę towarzystwu pierniki z dziurkami i już w ogóle nie będzie się dało wyjść z domu. Tak jak wczoraj i przedwczoraj wieczorem, kiedy to siedzieliśmy w mikołajkowych skarpetach przy nowych książkach (ja – o słodyczach na fikę, plus nowiutka Walecka i polskie wydanie Smitten Kitchen), jedliśmy pepparkakor i biscotti z szafranem i migdałami, popijając to wszystko herbatą z suszonymi jabłkami od babci.

 

Szwecja w Szwecji prezentowała się absolutnie rozczulająco. W saluhall w Malmö poczęstowano nas regionalnymi serami, cudowną wędzoną szynką i kiełbaską z jelenia, kawą, którą oni opijają się bez pamięci – te duże kubki, a w nich czarna kawa z ekspresu przelewowego, zza okna wpada przez zasłonkę szare światło, na stole leży gazeta i talerzyk z kanapką z serem, na ramionach sweter, cisza; tak wszystko wygląda w filmach i chyba w rzeczywistości też (mojej dzisiejszej porannej na pewno) – i bułeczką szafranową zaplecioną tak misternie, że od razu zapragnęłam włożyć ręce w ciasto – ale najpiękniej smakowała pizza. Mąka ze zboża uprawianego i mielonego lokalnie, ciasto na pszennym zakwasie, mozzarella i creme fraiche od wesołych krów ze Skanii, a na tym wszystkim upieczona wcześniej na złoto biała, słodka kapusta, odrobina miodu i chili, ziarna rzepaku. Włosi z tymi ich pomidorami i serem automatycznie wydali mi się strasznie przewidywalni. Ta kapusta to było objawienie, a kolejne przyszły wieczorem, podczas kolacji w Kockeriet. Nie wiem co mi bardziej smakowało, czy tatar z wiśniami, burakami i pudrem (no niestety) pietruszkowym, a do tego pajda chleba gruba jak mój nadgarstek, z grudką ukwaszanego masła, czy może polędwica z jelenia z czarną porzeczką i mięsistym liściem maślanego jarmużu, w każdym razie na brzegu stołka usiadłam i płakałam z rozkoszy, a najpiękniejsze było to, że przecież u nas są dokładnie te same produkty, że my dwa bratanki i tak samo kochamy lasy i ich owoce, a z czarnej ziemi wygrzebujemy podobne buraki. Łyknęliśmy do tego sporo wina, a wśród butelek pojawiła się nawet jedna szwedzka. Globalne ocieplenie nie przestaje zaskakiwać!

 

W sobotni poranek obudziłam się na trzynastym piętrze betonowego hotelu Studio z widokiem na port i latarenkę morską, pobiegłam na dach zjeść z pięknych kamionkowych naczyń jajko na miękko i słodkawy, ciężki chleb z serem i można już było ruszać na szwedzką wieś, na świąteczny jarmark w dworku z końca osiemnastego wieku, gdzie dzieci poniewierały się po wielkim stogu siana, brudząc skafandry musztardą z trzymanych w łapkach hot-dogów, ich rodzice siorbali glogg, a ja oprócz prezentów kupiłam bochen żytniego chleba z solą morską i rozmarynem, słój leśnego miodu i kiełbaski z jelenia z parmezanem (które przyniósł Mikołaj Marckowi, zamiast cukierków). Na lancz zjedliśmy tradycyjny resztkowy posiłek poświąteczny, czyli smorebrod z pieczoną szynką, z rzeżuchą i musztardą i jeszcze taki ze smażonym śledziem, marynowaną czerwoną cebulą i wielką kulą creme fraiche. Kto trawi laktozę, ten dostał jeszcze po misce puddingu ryżowego z kołderką cynamonu i sosem czereśniowym. Jak mam nie kochać kraju, który oficjalnie i publicznie zajada się ryżem na mleku, no jak!

 

Po tych wszystkich atrakcjach wywieziono nas do uroczego Lund, gdzie brukowane uliczki już dawno udekorowano światełkami. Na rynku głównym mieszkańcy rozwaleni byli na ławkach i leżankach, dzieci łaziły tym razem po wielkiej pryzmie śniegu (oprócz niej nic nie było w ten weekend białe, zimne i mokre, pogoda złoty kryształ), a mikołajowa orkiestra wygrywała dęte piosenki. Mój pokój w Grand Hotelu też wyglądał jak z bajki – na ścianach piękne tapety i stare mozaikowe kafelki, drewniany skrzypiący parkiet, żyrandol z kryształków – no nic, tylko królewska koja na Titanicu. Nie wiedziałam gdzie to wszystko w sobie pomieścić. Po spacerze pojechaliśmy jeszcze piec szafranowe bułeczki św. Łucji, dekorować pierniczki i opróżniać wielki garnek gloggu. Taksówka zawiozła nas potem z powrotem do hotelu, w każdym oknie błyszczała gwiazda, świeczki albo lampki, a w objęciach miałam ciepły i ciężki pakiecik drożdżowego ciasta i wtedy też nie wiedziałam, gdzie to wszystko pomieścić, żeby się nie rozkleić. Na otarcie łez zaproszono nas na świąteczny bufet i pod tymi wszystkimi żyrandolami dostaliśmy kolejno: talerz pięciu różnych śledzi, talerz ryb wędzonych na ciepło i zimno z buraczkami, sałatką z sardeli i jajek, sosem musztardowo-koperkowym, talerz zimnych mięs, talerz ciepłych cudów – kipiąca od śmietany pokusa Janssona, klopsiki, sos borówkowy, duszona kapusta. Taka Ikea, tylko ze złota. Na deser cukierki. Mamo, możemy tu zostać na zawsze?

 

W szarym świetle poranka przyszło mi jeszcze zjeść świeżo upieczonego gofra z kleksem kwaśnego mleka i dżemem z maliny moroszki i już.

 

W głębi duszy jestem dzieckiem z Bullerbyn, wiesz? Tylko nie mam pojęcia, co z tym zrobić.

 

k.

1 grudnia, grudnia!

Nie wiem gdzie ja się podziałam. Pewnie, że jem, ale ostatnio mało spektakularnie. Kolacyjnie raczymy się zupami – porową z koperkiem i śmietaną czy kremem z gruszki i pietruszki, ale zagryzamy jak królowie – takimi serami, że spadamy z krzeseł. Przyjechały do nas z Terra Madre, no i teraz cieszą oczy, nosy i palce. Bryła grana stravecchio, comte strugany z półkilogramowego bloku, stilton od którego łzy stają w oczach, gdy go zagryźć migdałem i grubym plasterkiem ligola. Piekarnik rozgrzewam wtedy, kiedy jestem już tak zmęczona, że bardziej się nie da i wkładam do niego ciastka owsiane z żurawiną, słodzone cukrem kokosowym (pyszna sprawa, czy Ty go przyswajasz?), chlebek bananowy z solonym karmelem (kolejny będzie od Molly, z kandyzowanym imbirem, który elektryzuje mi buzię), te same ciastka z czekoladą i solą co zawsze, a których więcej i więcej doprasza się Marcek, albo prażę sobie orzechy laskowe, które ostatnio zdetronizowały nawet migdały i które zagryzam żurawiną, bo jej nigdy dość. A tak naprawdę to bym chciała upiec kardamonowe ślimaki z cynamonem i podłączyć sobie pojnik z ciepłym mlekiem w kolorze pistacji, bo z roztrzepanym bambusową miotełką z łyżeczką matchy. Odkrycie.

 

Z przeżyć: w ubiegły czwartek gościliśmy w rezydencji ambasadora Stanów Zjednoczonych na kolacji z okazji święta dziękczynienia. Nie wiem jak to się stało, że w jednej chwili brnęliśmy przez błotną osiedlową dróżkę, a w następnej staliśmy na puchatym dywanie w wielkim, amerykańskim domu, a dłonie ściskali nam wszyscy ludzie prezydenta, na czele z ambasadorem, który przedstawił nam swojego psa (Mikołaj rasy labradoodle, przyjechał z Gdyni, chodzi do „puppy school”, a mimo to wyjadał ludziom indycze skórki z talerzy, widocznie pierwszak). Pan domu siedział potem koło mnie przez całą kolację, mimo że miał do obskoczenia 70 osób, no i tak sobie rozmawialiśmy o życiu i pracy, a na fortepianie stały jego zdjęcia z tym Clintonem i tą Clinton, Obamą i tak dalej. Było to zupełnie kosmiczne przeżycie ubarwione ścieżką dźwiękową z Titanica, która delikatnie sobie szemrała w głośnikach, jak boga kocham.

 

Do rzeczy – nakarmiono nas wszystkim, co przez ostatni miesiąc widywałam na instagramach przeróżnych amerykańskich żarłoków. Pieczony w ziołach indyk z nadzieniem chlebowym, szynka w glazurze, sos grzybowy i żurawinowy, relisz pomarańczowy z miętą i żurawiną. Węglowodany: puree ziemniaczane, południowoamerykańskie casserole ze słodkich ziemniaków z marshmallows (Marcin oszalał z radości), bułeczki, kukurydziane muffiny z żurawiną, popoversy wielkie jak grzyby atomowe. Warzywa: szpinak w morzu śmietany, kukurydziana zapiekanka z serem i jalapenio, pieczone marchewki i brukselki, słodko-kwaśna czerwona kapusta. Na deser oczywiście dynia i pekan, a więc klasyczne paje, cudownie korzenne i uroczyste. Zjedliśmy z jednego talerzyka, hojnie obłożonego bitą śmietaną z bourbonem. Kieliszek sam uzupełniał się kalifornijskim winem, delikatnie stukały widelce, i co przedziwne, nikt nie robił zdjęć. Błogość. Co ciekawe, ani razu nie padło imię Trumpa. No a potem podreptaliśmy błotnym szlakiem do tramwaju, jak dwa Kopciuszki, nadziewane indykiem i uwolnione od small talków.

 

Jutro wsiadam w samolot do Malmo. Z planu zajęć weekendowych wynika, że spędzę 48 godzin w pachnącym cynamonem raju. W poniedziałek zakładowa Wigilia, a potem można będzie kupić choinkę.

 

k.