Category: Lewa

9 października, poniedziałek

Najpierw był ciężki kawałek quiche lorraine i pomidorki koktajlowe na ławce w parku, i jeszcze smukłe jambon beurre z Maison Landemaine, który mieliśmy prawie pod domem. Płynący reblochon i roquefort, drapiąca podniebienie, mocno opalona wiejska bagietka, solone masło z Bretanii i ciemne, drobne winogrona Muscat i to wszystko rozłożone na kraciastej poszewce kołdry, butelka Cotes du Rhone, dwie szklanki.

Pain au chocolat na trzy kęsy, pomięty croissant, pudełeczko fromage blanc (cztery procent tłuszczu, idealnie), herbata i mleko z widokiem na budzącą się nieśmiale jedenastą dzielnicę. Słońce liże dachy dopiero koło godziny 9, ale i wtedy trzeba mieć szalik i parasol. Bretońskie naleśniki w Breizh Cafe, kocham tę gryczaną koronkę, z płynącym jajkiem, gotowaną szynką, comte i kęsem masła topiącym się powoli na ciepłym brzegu. Sałata.

Kouign-amann, znów Bretania, do której chyba przynależę (chłodek, wiatr, sól w maśle i karmelu, naleśniki, jabłka – francuska Norwegia, poproszę za rok!), cudo jakiego jeszcze w ustach nie miałam, chrupiące cukrem i pełne masła, kupione na targu na Bastylii i po kęsie zjedzone w długiej deszczowej kolejce do Centre Pompidou (jeszcze Hockney, okazało się, że abstrakcja to dla mnie abstrakcja, ale portrety (par!), szkice, zdjęcia – miód). Na kolację wołowy tatar z frytkami, młode listki sałat z mocnym winegretem, kieliszek rosé.

Połówka bagietki z masłem i konfiturą, croissant listkujący się jak książka, kubek kawy, bochen chleba z miso (to już do plecaka). Montmartre pod prąd, nieznośnie tłoczny, nie wiem czemu zawsze tam jeżdżę, ale pewnie nie przestanę. Mrożona herbata, gardło i palce w KB, spacery po raz setny tymi samymi kątami, na obiad ciemne Buvette i wreszcie warzywo – sałatka z buraczków z siekanymi migdałami, cierpkim winegretem i łychą creme fraiche oraz dwa dymiące wulkany w ceramicznych naczynkach – hachis permentiere i brandade z porem, oba pełne puree i uszczelniające szpary w szaliku. I jeszcze tylko kilka sztabek comte do plecaka, kostka masła (zabrali nam na lotnisku, chociaż tak walczyłam!) i dom, gdzie czekał stęskniony pies i mój brat, który dostał się właśnie na doktorat do Gandawy (łączy nas moja droga genialne rodzeństwo) i ugotował nam (ale nie z tej okazji) pachnący tadżin z kurczaka z oliwkami i kuskusem. Odkąd w Warszawie jest Aromat i Krem, można tęsknić mniej, ale masło we Francji jest tańsze i to jest skandal i podwójny smutek, że jednak zabrali.

 

Dziś pierwszy raz pożałowałam, że nie wzięłam rękawiczek, ale rozgrzał mnie Kornel Filipowicz i jego kochana, dumna prowincja. „Poczułem, że mam w klatce piersiowej dziurę na wylot, coś w rodzaju otworów, jakie się widuje w rzeźbach Moore’a i pomyślałem, że przez ten otwór ktoś patrzący na mnie w tej chwili mógłby zobaczyć wyraźnie kawałek wnętrza mojego mieszkania ładnie wysprzątanego, z meblami, książkami, kolorowymi obrazami, a w tle nawet łąkę, rzekę, las, a może i niebo z obłokami?”.

 

k.

25 września, poniedziałek

Piąty dzień jesieni: gołe kostki i nadgarstki, na pierwsze śniadanie lato – mango zmiksowane z masłem orzechowym, na drugie wrzesień – rumiana malinówka w kieszeni (futerka, które kupiłam sobie wczoraj, kocham się w nim ale i nie mogę tego ewenementu przeżyć; styl do którego ewidentnie dążę, to „przedszkolak, którego ubierał tata” – im bardziej coś nie pasuje, tym bardziej pasuje plus nieuczesanie). Im więcej czasu spędzam pod kocem, tym bardziej jestem całkiem w porządku sobą. W kuchni wreszcie się dzieje: mujaddara z Food52 (ale przyprawiona jak w książce „Lubię”, cynamonem i kuminem), z kleksem miętowego jogurtu i grubą kołdrą smażonej cebulki, miękkie tacos z duszonym w pomidorach i kuminie batatem, złotymi boczniakami, sosem z awokado i czerwonym coleslawem z kolendrą (pierwszy raz od dawna zajrzałam do „My new roots” i przypomniałam sobie nasze przemiłe spotkanie nad pieczoną dynią na czarnym ryżu, polaną mandarynkowym tahini, daniem, którego nigdy nie zrobię, bo w tym celu musiałabym pamiętać o wcześniejszym namoczeniu ryżu), orzechowa szarlotka Waleckiej (przykra – nie wiem jakim cudem, ale piana wpłynęła między jabłka i całość smakowała jak mydło), wreszcie wczorajszą nocą wołowy gulasz Jamiego Olivera z dynią, marchewką, ziemniakami i połową butelki czerwonego wina z Apulii i z Lidla jednocześnie.

 

Z przeżyć szwędaczych: na sam koniec jesieni odkryliśmy dwie najlepsze chyba do tej pory warszawskie lodziarnie. Tłusty Kotek na Hożej karmi taką pistacją, że robi się słabo (gęsta i harda, prawie się nie topi i prawie nie jest słodka, a do tego chrupie orzechami pistacjowymi), a Na końcu tęczy przy placu Zbawiciela doprowadziło nas wczoraj do śmietanowych spazmów gałkami wielkimi jak pięść: mascarpone z czarną porzeczką, twaróg z krakersami i dla Marcka testowy solony karmel (czyli lodowy papierek lakmusowy). Szliśmy z rożkami w rękach wyludnioną niedzielnie Marszałkowską i wzdychaliśmy. Oby Kotka i Tęczy nie wykończyła zima, gdyż chcę powtórki.

 

Z marzeń na ten tydzień: polenta z fasolą i cavolo nero oraz pasztet wątróbkowy z kaparami z Florentine. A w sobotę fruniemy do Paryża, leżeć pod tamtejszym kocem z czwartym sezonem „Przyjaciół”, jeść bagietki z masłem i szynką, maczać porwane croissanty w konfiturze mlecznej, grzać ręce belgijskimi goframi faszerowanymi czekoladą, spacerować po liściach, no i uświadomić Marcka, dlaczego tak lubię to miasto, chociaż już wcale nie jestem pewna, czy jeszcze tak lubię. Au revoir!

 

k.

18 września, poniedziałek, leje

Mam wrażenie, że jesień jest zawsze, tylko na chwilę przerywa ją skwar lata. No więc teraz życie wróciło na właściwe sobie bure tory i najmilej wieść je w domowych pieleszach. Coraz mniej chce nam się jeść na mieście, bo rzadko kiedy można jeść na mieście z psem, ale to jeszcze bym przeżyła, gdyby nie fakt, że mało która knajpa potrafi mi ostatnio sprawić przyjemność. Może to wina pogody, ale jedyne na co mam ochotę, to rzeczy, które da się zalać ciepłym mlekiem, rzeczy które da się zalać szałwiowym masłem, rzeczy które je się z dobrym chlebem i śliwki. Mało która knajpa spełnia takie wymagania, jedynie mój dom. Top 3 rozkoszy, jakie wydała kuchnia na Podskarbińskiej w ostatnim tygodniu to: żytni tost obficie załadowany kupionymi na Szembeku (nowy ulubiony bazar) kurkami w maśle i tymianku; bakłażanowa zapiekanka z ricottą z przepisy Rachel Roddy (ta), którą robiłam osiem godzin, nasączając wonią tłuszczu całe mieszkanie, ale było warto; crumble ze śliwkami Nigela Slatera, z mąką migdałową i orkiszową (z „Tender” nr 2)(a te śliwki podgotowane z gałązką rozmarynu, brązowym cukrem i plastrem masła), które zjedliśmy z gęstą jak masło creme fraiche, które przywiozła z Brukseli Monia. Na wczorajszą kolację do łóżka gorący ryż na mleku (i „Jumanji”), a dziś, na chorobowym, kanapki z jajkiem i krupnik z warzyw z działki. W życiu piecucha to są wartości najwyższe.

 

Czytam „Moją dumną prowincję” Kornela Filipowicza i jest to rzecz piękna, tak bardzo, że robię to powoli. W kolejce same oczekiwania: na książkę Pablopavo, który mnie niezmiennie wzrusza gdy leci w radiu, a ja myję naczynia (wiem że to czyja inna, ale czy ktoś jeszcze płacze jak bober przy tej piosence, w której „już nie ma sąsiadki, co plotła makatki”?), nową Elizabeth Strout, nowego Witkowskiego i Yanagiharę. Chałce wypadają mleczaki i poznała słodki smak snu w otwartej walizce, na mojej sukience z trzeciego w tym roku wesela. Aksamitne uszy muskające łydki, mokre całuski przed siódmą rano, dodatkowa godzina codziennego spaceru, samochód pachnący kostką szpikową – to nowa, wspaniała rutyna.

 

k.

4 września, poniedziałek

Zapomniany już sierpień był miesiącem fine diningu. Nie jest to mój ulubiony rodzaj kulinarnych doświadczeń, gdyż nad kwiaty i pudry w talerzu przedkładam porządną panierkę, masełko i błogość płynącą z tarzania się w glutenie, ale przeżyłam dania warte zanotowania, a już zwłaszcza w takim dzienniku.

 

Po pierwsze – Kopenhaga, gdzie trafiliśmy na pożegnalny wakacyjny weekend. Drużyna Restaurant Weeka zabrała mnie ze sobą do ślicznej jak film Wesa Andersona kultowej podobno restauracji 108, gdzie na stół wjechały młode cukinie w niepokojącym płynie smakującym jak kompot z suszu, miski kwiatowych sałat na kwaśnym jak czort puree z zieleniny oraz na szczęście cudowny, ciepły chleb w stylu francuskim i kilka miseczek z ubitym masłem. Dania główne zagrały lepiej – jędrna biała ryba z siekaną sałatką z młodej kukurydzy i wieprzowy brzuszek utaplany w demiglasie z agrestem, bzem i wędzonym masłem, a do zagryzienia majstersztyk – łuk ulepiony z cieniutkich plasterków kwaśnego jabłka, upudrowany porzeczką, ale nadal wygrywał z tym wszystkim chleb z masłem. A desery… Myślę, że mogłabyś się bardzo wzruszyć: rabarbarowy – lody, krem, skorupka, puder, sok, wszystko aż świdrujące w sam początek języka, i deser las: sorbet z czarnej porzeczki, pączki sosny i domowe mleko z młodych, lekko uprażonych orzechów laskowych. Wylizywaliśmy to mleko palcami, do ostatnich kropli, ze wspólnych misek.

 

Drugi uroczysty obiad zjedliśmy w Barr, czyli tam, gdzie jeszcze niedawno była Noma i to już było przeżycie. Z karty zamówiliśmy wszystko po dwa razy, ale było nas tyle, że pamiętam tylko kęsy: sznycla z kaparowym masłem, groszkiem, tartym chrzanem i bitą kwaśną śmietaną, młode ziemniaki z kozim masłem i lubczykiem, pieczone kurczę z sałatką z kukurydzy, kurek i holenderskim sosem jus, no i puszyste masło, kubeczek smalcu i chleb. Wafle z południowej Jutlandii, z malinami i miseczką tłustej śmietany z kapką oleju lnianego i lody sosnowe z jagodami. Na deser spacer po korytarzach Nomy, patrzeć na te wszystkie pudełeczka, książki, fartuchy z nazwiskami, tablice z rozpisanymi smakami, twarze z filmów – to było coś.

 

W ten krótki weekend zjedliśmy więcej różności, niż przez minione dwa tygodnie w Norwegii, gdzie jednak rządził makaron, płatki owsiane i ryż. Lepiej niż fine dining wspominam jednak kąski uliczne: fish&chips z jędrnym dorszem, grubymi, parzącymi w palce frytkami i sosem tatarskim czy pączka w cukrze nadzianego creme brule, oba dalekie od subtelności.

 

(Ostatni fine, jaki nas spotkał, to warszawska Nolita – wędzone serca pomidorów, pomidorowy tatar i domowy ocet truskawkowy; tatar z tuńczyka z kalarepą i lodami z yuzu, fantastyczny kulbin z gałką puree z wasabi i prażynką z ziołami, francuska cielęcina, od której jęknęłam, skąpana w grzybach, oprószona truflą, chrupiąca ziemniakami allumette wreszcie waniliowa pianka z pistacjami i maliną, a na koniec mała eksplozja marakui z okrągłej praliny – czysta rozkosz, nie tylko na talerzu, bo od dobry wieczór od kamerdynera otwierającego drzwi, przez pachnące zagranicą mydło w pięknej łazience, po nienaganną obsługę, która uszanowała naszą bidę z nędzą i dopasowała do posiłku wino w przyjemnej cenie)

 

Kopenhaga to najpiękniejsze kubki, czarki, talerze, tkane serwetki i bieżniki, miski, filiżanki do espresso i dzbanki do kawy. Najmilsze mieszkania do podglądania przez okna nocą, najpiękniej pachnące bułki z cynamonem, no i wreszcie owsianka w Grød, którą z lubością pożarłam na jedno ze śniadań (z kompotem jagodowym, prażonymi orzechami laskowymi i dulce de leche) (czy Matko toleruje owsiankę? Marcek krzywi się na nią bardzo, bardzo brzydko, zjadł tylko słodkie z wierzchu). Ale chyba wyrosłam z chęci mieszkania tam – miasto, choć piękne, jednak jak każde inne. Chcę domku w lesie, zwłaszcza dziś, kiedy mży i wieje, a mój mały pies jest smutny, gdy wychodzimy rano do pracy. Schować się, piec ciasto (wczoraj przez trzy godziny robiłam bougatsę: pachnący pomarańczami krem, złote od masła płatki filo, cynamon i cukier puder, na nosie, na stole, trzy talerzyki, mój, Marcka i Uli), gotować zupę i żeby już była głęboka jesień.

 

k.

 

 

 

28 sierpnia, chłodek

Klasyk – kiedy połechcze mnie pajda z masłem, mogę pisać peany, a gdy dzieje się coś prawdziwego, nie umiem tego ubrać w słowa. Z norweskich lasów wróciliśmy tydzień temu, ale adaptacja trwa nadal. Pies przyzwyczaił się do nas na nowo, roślinki trochę strzeliły w górę dzięki regularnemu pojeniu przez Monię, Warszawa jakby gładsza (i już nawet nie marzę tak rozpaczliwie o przeprowadzce do Kopenhagi), a w pracy świat się nie zawalił – to miło, ale też miałko.

 

Tęsknię za lasem, prostotą krajobrazu, architektury, posiłków. Kawa i ciasto czekoladowe na powitanie w Ytre Enebakk, ryż z ciecierzycą tikka masala z blaszanej miseczki na drodze wśród owiec, makaron z polskimi pomidorami z działki i parmezanem, przy kominku w chatce, herbatniki i solone migdały w niekończącej się podróży, do zagryzania kart książek. Wielkie grzyby, śpiące pod mchem. Świeży, bo tylko chwilę nieżywy rdzawiec, wyłowiony przez chłopaków z fiordu, usmażony na maśle z cytryną. No i wreszcie jagodowe oceany, przez które brodziliśmy na każdym spacerze. Każdy nieobrany z kulek krzaczek był wyrzutem sumienia, całe garście lądowały więc najpierw w buzi (podobno w Norwegii nie ma bąblowicy), a co zostało, w owsiance, gotowanej co rano na drżącej kuchence w trawie, z widokiem na jezioro, fiord, huk potoku. Kawa z tłustym mlekiem, gruby dres, zimny nos. Duże porcje w ciepłych rękach, niezliczone termosy herbaty, rosa na rzęsach i poduszce. Las miękki i pachnący jak świeża pościel, kryształki wody na igłach, krople w powietrzu, jak złota łuna. Lodowata woda z rzeki, od której dzwoniły zęby, gdy się człowiek szorował. Trochę tęskniłam za czystymi rękami, ciepłą wodą i masłem, ale napewno nie za kanikułą, w której nadal prażyła się ojczyzna. Na północy było jeszcze chłodniej, cały Hedmark wyglądał trochę jak sad. Łąki porostów, kłębiastych i waniliowych jak kalafiory, dywany borówek i te pokręcone, karłowate drzewka, na których oczy same daremnie szukały jabłek, srebrne brzózki, mżawka, ostre szczyty gór, które raniły dłonie, ciągle i ciągle silny wiatr. W nagrodę – cynamonowa drożdżowa bułeczka z rodzynkami z piekarni, karton mleka na pół, ostatnie lokalne truskawki kupione ze straganiku pod wodospadem. W tym okruchu zimy w lecie zasypialiśmy szybciej, niż przychodziła noc.

 

A potem, w drewnianej hytte w środkowej Norwegii, pod głową wypchanego łosia, przed kominkiem i w wełnianym swetrze, zostałam załzawioną narzeczoną.

 

k.

3 sierpnia, skwar

Długo to nie trwało: mamy psa.

Chałka ma cztery miesiące, biały pędzelek na ogonie i wzięła się tydzień temu z fundacji opiekującej się kundelkami. Jej hobby to lizanie naszych stóp, biegi przez wysoką trawę i spanie z głową pod praniem. Za nami pełne ekscytacji spacery, pierwsza wizyta u weterynarza (ani pisku), niejedna w sklepie zoologicznym (wór skórkowych kości starczy jej ząbkom na jakiś tydzień), pierwsze szramy na dłoniach i ślady na nogach łóżka. Po krótkim okresie nieśmiałości rozwinęła już swoje psie skrzydła, zjadając wczoraj szczotkę do butów, długopis oraz ostatnią uschniętą piwonię. Pierwsze koty za płoty, że tak powiem.

 

W temacie jedzenia: liczne pospieszne panzanelle, kolejna blacha śnieżnobiałego sernika z koroną owoców leśnych, nocne owsianki z malinami i masłem orzechowym. Na wczorajsze urodziny: śniadaniowa tradycyjna kanapka z pastą jajeczną w Krawcu, dwie miski z Raju w Niebie, na lepkim ryżu chrupkie warzywa, mango i melon, tofu, sos. W ramach cukierków do szkoły – blok matcha z pieczonymi migdałami do pracy mojej i Marcina, w ramach prezentu od zakładu – pudełeczko z pękatą burratą, włoskie masło, bochen dobrego chleba. Sami swoi. Niezwykłe to były urodziny – bez przyjęcia, bez świeczek i toastu – upał uśpił mnie wśród na wpół zapakowanych toreb i plecaków tuż po dziesiątej wieczorem. Marcek to jest jednak królem cierpliwości.

 

Mam wielką nadzieję, że to mój ostatni skwar tego roku. Nasze auto już czeka, zapakowane po dach nieprzemakalnymi ubraniami, ciepłymi swetrami i paczkami makaronu, jest też strój kąpielowy, scrabble, latarki czołówki i kilka tysięcy stron książek. Chałka jedzie nocować do cioci Moniki, my ruszamy wieczorem do Wrocławia, a jutro na północ. Bez odbioru,

 

k.

25 lipca, leje

Śniło mi się, że mam psa. Był żółty i lubił stać na parapecie, patrzeć na inne psy. Gdy się go głaskało, na dłoni zostawała kałuża mojego szamponu na wzmocnienie włosów, żółta i pachnąca. Jakoś na samym początku tej chłodnej wiosny obiecaliśmy sobie takie towarzystwo i od tamtej pory oglądam się za każdym, nadaję mu imię i rys charakterologiczny. Ale przed nami wyjazd jeden, drugi, potem trzeci, może mamy za małe mieszkanie albo za dużo pracy poza domem. Jeszcze chwila, ale już się śni.

 

Na liście swoich osobistych kulinarnych (nie tyle marzeń co) ciekawostek odhaczam kolację u Amaro – zjedliśmy jego popisy z okazji istnienia sekcji kulinarnej na festiwalu Transatlantyk. Nie jestem fanką fine diningu rozciągniętego w czasie na pięć godzin, subtelność tego rodzaju jedzenia jest do zniesienia tylko w wersji skondensowanej (tak jak, co odkryłam ostatnio tonąc w malinowym zmierzchu nad Wisłą, musicale są do zniesienia tylko w wersji improwizowanej, dzięki Ci Boże za Klub Komediowy), więc wyszliśmy raczej głodni i rozbawieni, ale muszę przyznać że pomidorowy chłodnik z garścią poziomek, mięsem węgorza i cytrynową werbeną zapamiętam na długo, w przeciwieństwie do deseru – pan Basiura zapowiedział sernik, a dostaliśmy po trójkącie galaretki z czarnego bzu w kałuży kwaśnego jak czort soku z agrestu. Dlaczego! Dużo bardziej smakował mi ostatni dzień w moim rodzinnym domu – sobota wstała mglista, wciągnęłam tylko na grzbiet sweter i już po szóstej byłyśmy z mamą na targu. Po kwiaty, pomidory, borówki, żółtą odmianę ziemniaków, których w Warszawie uświadczyć się nie da, bochenek chleba, maślane cebularze w sam raz do obłożenia plasterkami masła, najlepszy twaróg na sernik (wysoki i bez spodu, bez mąki, z kremówką i warstwą jagód na wierzchu, pyszny, gdybym miała do końca życia tylko jednym się zasładzać, to sernikiem) i małą, puszystą bułeczkę z serem i rodzynkami, z piekarni w Kazimierzu Dolnym, którą jadam od dzieciństwa i którą zjadłam, zaspana, w samochodzie.

 

Widziałam już pierwszą w tym roku nitkę babiego lata, a przecież to właściwe nawet się jeszcze nie zaczęło. Oprócz wczorajszego dnia ani razu nie było mi naprawdę gorąco. Cała nadzieja w początku sierpnia – nie pamiętam, żeby w moje urodziny kiedykolwiek padał zimny deszcz. Na straganach już śliwki, pierwsze dynie. Tymczasem wakacje ciągle jeszcze przed nami – w pokoju rośnie stosik zapasów na norweskie lasy. Jeszcze nie wiem, co będę czytać – pewnie trochę skandynawskich kryminałów, które rodzą we mnie przyzwolenie na jesień oraz apetyt na chleb z serem, kawę i swetry, ale może też tę całą niepokojącą Atwood? Dwa tygodnie bezczasu, co za rozkosz.

 

k.

10 lipca, poniedziałek

Zaraz połowa lipca, a ja ostatnio wiedziałam na czym stoję chyba w maju. Są takie dni, które widzę tylko w kalendarzu.

 

Czasami stoimy na podwórku w rezydencji ambasadora, w samym środku złotego snu nastolatka – otaczają nas pryzmy burgerów, stojaki z czipsami, aleje pizzy, lodówki coca-coli, stoisko Starbucksa. Kucharze wtykają nam w ręce talerze żeberek w sosie barbecue, płynie na majonezowej fali coleslaw, chwytamy kolejne plastikowe kubki z kalifornijskim winem. Wije się wstęga gości, gra orkiestra wojskowa, ktoś śpiewa hymn, a ktoś inny kroi wielki tort w kolorach flagi, z wiśniami i kremem – niedobry, nadgryzamy cupcakes z masłem orzechowym i konfiturą, trufle, kolejne kawałki pizzy pepperoni. W basenie pływają balony, modlę się, żeby do niego nie wpaść, rozkołysana na swoich brokatowych obcasach, troszeczkę pijana absurdem i rozproszona przez te wszystkie drogie garnitury i twarze znane z wiadomości w telewizji (które oglądałam regularnie chyba tylko wtedy, gdy następowały po wieczorynce). Po zmroku wybuchają fajerwerki, po fajerwerkach wracamy na Grochów, do naszego pełnego treści mieszkania bez balkonu.

 

Czasami dni są pełne treści, nie pracy – jak miniony weekend, z pierwszą w sezonie wyprawą na Wiatrak – po najpiękniejsze w świecie pomidory z Janowa, ostatnie piwonie, jagody, morele – i pierwszą w ogóle wyprawą na Plac Szembeka – odkryliśmy tym samym Azję w środku Pragi, obwieszoną kablami, krzykliwą, kolorową. Nie dość, że można tam kupić absolutnie wszystko, to jeszcze na drzwiach sklepu mięsnego wisi rymowanka (zapomniałam zanotować, a była taka soczysta!), a na głównym placu najdłuższa kolejka wije się do ormiańskiej piekarni, przed którą staruszki zajadają chaczapuri z serem i wołowiną, polecając sobie nawzajem stragany i debatując na temat słuszności krojenia arbuza. Chaczapuri zjedliśmy i my, drugi placek chowając do torby dla Piotrka gwatemalskiego i jego dziewczyny Uli – bo w weekendowych planach zmieścił się tym razem nawet piknik w parku Skaryszewskim. Punktem wyjścia było kimchi, którego nadmiar miałam w lodówce, a punktem kulminacyjnym hot dogi, do których Piotrek kupił jagnięce kiełbaski u rzeźnika, a ja upiekłam maślane bułki z czarnym sezamem, zamarynowałam plasterki kalarepy i ukręciłam majonezowy sos ze srirachą. I niech się schowają Pogromcy Meatów! Na deser zrobiłam blok niby czekoladowy, ale matcha, na który przepis dała mi Marianna i który będzie w jej klującej się książce. Wrzuciłam do środka pieczone migdały i suszone wiśnie i było to, jak można się spodziewać, rozkoszne.

 

I w takie dni, ukołysani winem śliwkowym i mlekiem w proszku wracamy sobie powoli przez te jeziora i zagajniki Skaryszaka, których niektórzy lewobrzeżni warszawiacy nie widzieli na oczy i wcale im nie współczuję. To nic, że jest ładna pogoda – zawsze można sobie uciąć umysłową drzemkę i zebrać siły na atrakcje wieczoru, a mianowicie koncert Marsalisa i Ellinga na Mińskiej, trzy minuty od domu. Kiedyś sobie myślałam, że będę mieszkać w centrum świata, a tymczasem to centrum się jakby przesunęło.

 

Większość weekendów tego lata to jednak będą podróże – tydzień temu byliśmy w Oławie (skrót: wesele, disco polo, nerwoból, wielce malownicza wizyta w szpitalu – cisza trzeciej w nocy, wielkie ciemne okna, jarzeniowe lampy i ja na starutkiej plecionej leżance, w brokatowych pantofelkach i sukience z kokardą, szumiąca i spływająca po dwóch zastrzykach) i przywieźliśmy kilka toreb zieleniny i warzyw. Łatwo przyszło, łatwo poszło: słoik pesto (do pomidorów, na tosty, do makaronu – znów nie zdążyłam z niego zrobić nic godnego przechwałki na blogu kulinarnym), ucierane ciasto ze wszystkimi owocami lipca, garnek zupy botwinkowej na młodziutkiej włoszczyźnie, poziomki jedna po drugiej do buzi (ich urok tkwi w niedosycie, twierdzę, nikt bowiem chyba nigdy na świecie nie miał za dużo poziomek), w wazony cztery bukiety, w tym z cynii i róż. Pęk szałwii jeszcze wczoraj Marcin przerobił na przybranie do kurczęcia, którego nogę zjedliśmy trzęsącymi się rękami koło północy, bo tak to pachniało, a do tego po młodym ziemniaku, który piekł się w maśle tuż obok. Zjadłam już nawet chałwę, którą dostaliśmy od dziadzia Marcka, a to wszystko dlatego, że dziś siedzę w domu i piszę artykuł o tejże właśnie chałwie. Za oknem upalna burza, w szklance zimna kawa z porzeczkami (nie pytaj, mamy jedną foremkę na kostki lodu), nadal jestem w piżamie, a już zaraz siedemnasta. Uwielbiam.

 

k.

 

30 czerwca, piątek

Nadaję z Sopotu, gdzie po siedmiogodzinnej podróży autokarem dotarliśmy wczoraj całą redakcją, żeby sobie pokorzystać z życia w pachnących okolicznościach przyrody. Jakieś dwieście metrów ode mnie deszcz leje się na morze, a potem para unosi się do nieba i tak w koło Macieju. Niepogoda jest tu najlepszą porą roku, od razu przypominają mi się taka jedna książeczka z dzieciństwa, której tytułu za nic nie mogę teraz odnaleźć – rodzina na wydmach, deszcz i na obiad kurczak z majerankiem i mizeria, chłopcu utyka głowa między szczebelkami na balkonie – a może to nie była książka, tylko my, mali? Mam szopę godną Zbigniewa Wodeckiego, milion pijanych włosków, i jak zawsze na Pomorzu, lekki wodny haj, bo po głowie telepie się Odija („Spróbujmy objąć morze i czas – nie starczy nam ramion. W przeciwieństwie do mózgu, który mieści się w dłoni, czas i morze nie mieszczą się w mózgu.” – tak to kocham, że dla tego niewiersza mogłabym przeprowadzić się nad morze, żeby przypominać go sobie właśnie w niepogodę).

 

W brzuchu nic ciekawego – hotelowe śniadania potrafią pozytywnie zaskoczyć chyba tylko w Skandynawii, regionie, który szanuje frukost. Wczorajszą kolację mieliśmy za to zupełnie w klimacie midsommar – sznury lampek, świeże kwiaty, poduszki i wilgoć bijąca z nadmorskich zarośli, jakie okalają Bulaj, a przede wszystkim uśmiechy, które turlały się po stole przez cały wieczór, były jednak lepsze, niż to, co na talerzach – zapamiętałam tylko dorsza w sepii i maśle oraz kopytka. Nienajlepiej. A teraz pakuję manatki i biegnę – najpierw na obiad do Sztuczki, a potem na pociąg do Wrocławia. Trzeba odwiedzić działkę i odhaczyć pierwsze w tym roku wesele. Ahoj!

k.

27 czerwca, wtorek

Gdybym była potrawą, byłabym polentą. Albo kaszą manną, puree, no ciapą jak się patrzy. Nie wydaje mi się, żeby to obrazowało mój charakter, bo jednak sporo się awanturuję (Marcek świadkiem), ale jest to jednak moja najulubieńsza życiowa konsystencja. Wynurzenia te biorą się z faktu, że na wczorajszą kolację i na dzisiejszy obiad zjedliśmy właśnie, korzystając z tego, że powietrze ostre, polentę – raz z malinówką przesmażoną na maśle z młodym czosnkiem, a raz z bobem, szparagami, wyłuskanym świeżym groszkiem, bazylią i koperkiem. Od razu po zapisaniu poprzedniej kartki spłynęła na mnie błogosławiona wena i ugotowałam między innymi młodą marchewkową zupę (dobre sobie, łyżka stała na sztorc) z czarną fasolą, piekącą i rumianą cebulą oraz kolendrą („Jedz” Nigela), wsadziłam do pieca, wyjęłam i zawiozłam do Tolów, na zapoznanie z bobasem, pierwszy w tym roku krążek wspominanego już osiemset razy orzechowego ciasta z morelami, lawendą i cytrynowym lukrem, a natchniona tą wizytą dzień później machnęłam orkiszowe kładzione kluski z bobem, groszkiem, miętą, fetą i odrobiną twarogu, skórką z cytryny no i masłem dla poślizgu… Na dziś wróżę curry z młodych warzyw, bo czeka na mnie w domu wiązka kolendry i piękny, złoty kalafior spod Hali Mirowskiej. No chyba, że Marcek sprzeda fragment nieprzydatnego dobytku, z którego powoli i skutecznie odchudzamy kąty mieszkania, i będziemy mieli za co iść do restauracji – marzą mi się chinkali albo ta słodka i pełna mięsa brioszka z Pogromców Meatów… Widziałam też gdzieś na zdjęciach te wasze (czy też ogólnie krakowskie) lody z Dionizetti i strasznie mnie podekscytowały, bo wyjedliśmy już Haagen Dazs, a ja zdążyłam wpaść w cug. W każdym razie pewnie będzie też deser.

 

A poza doczesnością – nadmiar mimowolnych kontaktów towarzyskich, przerost tego i owego ego, wzajemna adoracja, autoadoracja, wszystko zmierza ku gorszemu, wiesz jak jest. W czwartek Sopot, w piątek Wrocław, w niedzielę dom, a potem lipiec pełen atrakcji mniej lub bardziej lokalnych. Daj Boże wolną sobotę.

 

k.

 

22 czerwca, ostatni dzień szkoły

Nie wiadomo, co gotować, tu się zgodzę. Te wszystkie warzywno-owocowe wystawy codziennie przepływają mi przed oczami, a i tak kończę łącząc na talerzu ledwo tylko podmalowane masłem nowalijki (Czy one nadal są młode? Czy już w kwiecie wieku?) Nie ma dnia bez pomidora (z mozzarellą, z kawałkiem comte, z małosolnym, ba – nie ma talerza bez pomidora) ani bez truskawek wyjadanych prosto z durszlaka (jak to się mówi w naszym domu, jak szczur nad zlewem). No nie mam głowy, nie starcza mi pamięci operacyjnej na te wszystkie zawodowe fikołki, więc jak już parkuję rower, to w głowie mi tylko fasolka z bułką tartą, makaron z truskawkami, lody (Haagen Danz to nasza ostatnia miłość, czekoladowe mnie opętały). Jem, a potem leżę i czytam. Nie sprzątam, lub sprzątam przy okazji – idąc, zetrę, takie tam – nawet mi się nie chce o tym rozmawiać, ale wierzę, że to nie przede mną się tłumaczysz, złotko. Każda ma zresztą swój problem – Ty nie usiądziesz, a ja chcę robić, jeść, widzieć, czytać wszystko naraz i w związku z tym najczęściej jem co drugi dzień to samo i ląduję na kanapie z książką zamiast prowadzić kulturalne życie pozapracowe (te wszystkie festiwale, na których mnie nie ma, te koncerty, w których nie uczestniczę, wydarzenia kulturalne, którymi tętni moje miasto, od których uciekam jak najdalej za rzekę, ah).

 

Tak więc udało mi się ostatnio ugotować dwie rzeczy, ale tylko dlatego, że dziki kłąb zielonego doszczętnie opanował lodówkę: zieloną minestrone (wrzuciłam trochę z „Jedz” Nigela, a trochę z tego, co mi w duszy grało) oraz sałatkę z komosy ze szparagami, bobem, groszkiem, słonecznikiem, koperkiem i fetą, którą Marcek zjadł dla równowagi z wielkim pętem kiełbasy, a ja zagryzłam nijak nie pasującym, choć pasującym, comte. Czyżbym się stała człowiekiem śmietnikiem? W temacie ciast Marcek nudzi tylko o słone ciastka z czekoladą, a ja bym nic, tylko ucierane z owocami. Wróżę naszemu domowi w tym roku kilka placków Yotama z morelami i lawendą, bo nowe przepisy rzadko kiedy należycie zapadają mi w pamięć. Na powitanie Uli zrobiłam polecany przez Ciebie placek z rabarbarem i cukrem kokosowym – rozwalał się niemiłosiernie i trochę mnie zawiódł, ale dom zjadł z przyjemnością. Może ja po prostu nie umiem gotować?

 

Marzę sobie trochę, żeby ktoś mi robił to wszystko, co widzę w internecie (może w tym tkwi problem, w nadmiarze), a także o jednej rzeczy – testaroli, które postanowiłam w Ruinie spróbować mimo przyznaniem im przez Ciebie trójki, z grubo gniecionym zielonym pesto, mascarpone i parmezanem i od których miałam motyle w brzuchu. Oprócz tego w ostatnich dniach zjedliśmy jeszcze wegański ramen z Saskiej Kępy (faktycznie pyszny, chociaż nudziło mi się w buzi bez jajeczka), sernik, croissanta i bułkę z czekoladą w poznańskim Piece of Cake (10 złotych za ciastko francuskie to jest złodziejstwo w biały dzień uważam), a także Marcisiowej roboty hot-dogi z kiełbaską z grilla i kimchi (i majonezem), w mlecznej bułce w piekarni w Kaszczorze, bo w tamtych okolicach spędziliśmy miniony długi weekend (bukiet maków i chabrów, rumianki, kłosy we włosach, deszcz i ślimaki wielkie jak piersi z kurczaka, scrabble, radyjko, kuchenka na tarasie, a na niej kawiarka i garnuszek mleka, badminton, polowy prysznic, wciągająca powieść „Matki”, czytana w pięciu warstwach odzieży, pod kołdrą i dwoma kocami, powrót w upale, bukiet między siedzeniami).

 

Nie wiem, ja chyba jestem człowiekiem jesieni i wiosny, wtedy chce mi się w piernatach myśleć nad książkami. Teraz nawet nie wiem, co gdzie zapisałam, pamiętam tylko zestaw przepisów Nigela z labneh, pie z rabarbarem i truskawkami od Smitten Kitchen i jakąś malowniczą polentę z groszkiem, rzodkiewką i burratą. Może kiedyś?

 

Wionie ode mnie nudą i chaosem, a to literkom nie służy. Bez odbioru,

 

k.

14 czerwca, środa

Ja, moja droga, mam podobnie. W odmętach roboty w ogóle nie zauważyłam, kiedy ten czerwiec się zaczął i połowicznie przeleciał, a dziś w dodatku, po chłoście mżawką (przeklinam czasem tę moją namiętność do roweru), jestem mu wroga.

 

W dodatku prawie nie gotuję, po prostu łączę obok siebie różne rzeczy na moim talerzu. Młode ziemniaki, masło, koper, jajka sadzone. Pomidory, ogórki małosolne, cebulka, feta, wypijam sok z dna miseczki. Róże kalafiora (z masłem) w misce, mimo że zawsze planuję go upiec albo chociaż przyprawić. Truskawki ze śmietaną, truskawki na toście z ricottą (piąteczka), truskawki w śniadaniowym smoothie (jeszcze z morelą i bananem dla gęstości, a na to łyżka jogurtu porzeczkowego z Mlecznej Drogi i masła orzechowego z kokosem), truskawki niemyte prosto z reklamówki, wreszcie jest odmiana Konfitura, zdradziła mi szeptem pani, faktycznie dobre. Lody (śliwka z fiołkiem, masło orzechowe z bananem, gruszka z wanilią, czekoladowe Haagen Danz). Kanapki z comté, pomidorem, ogórkiem małosolnym i górą sałaty, którą nam z zielonogórskiego ogrodu przywiozła Ula (ta Ula, nie ta nowa). No właśnie, bo miniony weekend upłynął nam razem, ale bez większych uniesień kulinarnych, niestety. Na śniadanie nieśmiertelne syrniki (z Mamushki) z siekanymi truskawkami, śmietanką z miodem i cukrem pudrem, potem dwa bochny całkiem udanego chleba (i rzeczone kanapki), na kolację czipsy solone na trawie parku Skaryszewskiego i wegański ramen z Saskiej Kępy – całkiem, całkiem! A następnego dnia Nocny Market, który bardziej nas zirytował, niż nakarmił. To kolejne miejsce, któremu się wydaje, że młody Warszawiak zje wszystko i za każde pieniądze, acz frytki z batata i japoński szarpany burger w pampuchu całkiem mnie porwały. Z kolei poniedziałkowe popołudnie spędziliśmy w Mące i Wodzie, dzieląc się raviolo z ricottą i żółtkiem i obracając każde swoją pizzę (ta z buratą, mrrr). Wyszliśmy zadowoleni, ale chyba nie o to mi chodziło. Dawno nie przeżyłam żadnego smakowitego wstrząsu, może jutro?

 

Bo jutro jedziemy przez Poznań (życzę sobie kaczki w pyzie w Modrej Kuchni, może pyr z gzikiem w Yeżycach Kuchni, zapewne zjem też sernik lub croissanta z Piece of Cake) do Wielenia, do domku nad jeziorem, wśród pól i alergenów. Biorę słoik małosolnych, kawiarkę i radio, a także płaszcz przeciwdeszczowy, bo pogoda ma być niewdzięczna. Już widzę te niezliczone kubki kakao wypitego na werandzie i gorące młode ziemniaczki pieczone w popiele. Dopisać: masło, wino, zgrzewka mleka.

 

k.

6 czerwca, wtorek

Mimo że to było tysiąc lat temu, to jednak wypada wkleić notatki wakacyjne, bo nic innego kulinarnego ani estetycznego mnie od tamtej pory nie spotkało, same szoki i wstrząsy (od tygodnia jestem szefową, powoli zaczynam przyjmować gratulacje). Polska wiosna to jest skarb, a jej pierwsze ciepłe dni spędzamy tak:

 

w oberży, krytej strzechą; w środku wygląda trochę jak sen Van Gogha, złoty kurz podryguje w powietrzu do rytmu charczącego radyjka. Pilnuje nas pies Biała – nie wiem, jak można spojrzeć na psa i dać mu takie imię, przy mojej obsesji nazywania istot uważam, że sam w sobie przymiotnik jest co najmniej uwłaczający – śpi na kanapie przy drzwiach, ale łaskawie splata się w sobie ciaśniej, gdy wychodzę rano, w bluzie narzuconej na piżamę, poczytać (najpierw „Arkadię”, 6/10, „Fatum i furia dużo lepsza! A potem nowego Foera, nieodrywalny – nie chce czekać kolejnych 11 lat na następną jego książkę). Razem z komarami maszerujemy przez pola i las do jeziora, które nie istnieje, siadamy więc na schodkach wiejskiego spożywczaka i pochłaniamy po Magnumie z migdałami. Budzą nas wrzaski pawi, łażą po drodze – sąsiadem gospody jest park dzikich zwierząt (a wraz z nim nadmiar turystów na warszawskich rejestracjach). Przy wejściu do rzeczonego parku siedzi w gnieździe zafrasowany bocian Wojtek, któremu (jak głosi tableau) przyczepiono niegdyś GPS, żeby zobaczyć, gdzie są te całe ciepłe kraje. Boję się jego dzioba (choć oko wykol!), a potem będę się jeszcze bała krów i psów w wioskach, przez które przebiegnie trasa spaceru czy roweru. Tego jeszcze nie wiem, bo to będzie pojutrze. Śniadania jemy sami, duże kromki domowego chleba posmarowane miękkim masłem, jajecznica jak krem (usmażyć najpierw białka, unieść patelnię z gazu i dodać żółtka i kręcić, wtedy będzie kleista, powiedziała kelnerka), twaróg ze śmietaną, powidła, kakao. Obiady w towarzystwie całej Polski, niestety, ale za to w tej przepięknej niemieckiej (czy holenderskiej?) różowej porcelanie – ciepłe pierogi z jagodami w jeziorze tłustej śmietany, zupę z kapusty małosolnej (!!), pierogi z kaszą gryczaną, twarogiem i skwarkami, marzenie o knedlu, którego tym razem dla nas braknie, ale może to dobrze – w oberży nikt nie jest dla nas specjalnie życzliwy. Wydawało mi się, że w kontaktach międzyludzkich najniższym szczytem jest po prostu obojętność, a tu – pogarda i pretensja. Prędzej nauczę się robić takie knedle (jak puch, z maślaną bułką tartą i kwaśną śmietaną), niż tu wrócimy.

Suwalszczyzna wita nas pierwszymi od paru dni wiadomościami w radiu i to od razu smutnymi. Rzadko wzruszam się przy śmierciach znanych ludzi, ale gdy puszczają piosenkę pana Zbyszka nagraną z zespolem Mitch&Mitch, chlipię sobie pod okularami przeciwsłonecznymi w niebogłosy. Dobrze, że zdążyliśmy go usłyszeć na zeszłorocznym Openerze! Łzy osusza widok siedliska, w którym mamy spędzić dwa kolejne dni. Zielone Wzgórze to mało powiedziane: drewniany dom, jasne okna, szmer radia (i więcej Zbyszka, więcej chlipu), a na kolacje szczawiowa, prosty kurczak z szałwią, sałata z gruszką, orzechami włoskimi i miodowym winegretem, chłodna lemoniada z bzu. Deser to zupełne spełnienie marzeń – krucha tartaletka kipiąca majem. Następnego ranka budzi mnie rosa na kostkach, ale to za drugim razem, bo za pierwszym wschód słońca spod firanki. Biorę kubek kawy i idę na taras, płosząc koziołka z mokradeł. Brodzę dalej, przez tę właśnie rosę, do boćka miedzy hamakami, żeby spojrzeć na ten cały obrazek z dystansu. Wszystko tu jest jak z elementarza Mariana Falskiego, śniadanie też. Gorące kiełbaski z musztardą, ciepły chleb z masłem, drewniana misa z dopiero co upieczoną granolą (no dobra, tego Falski nie jadał), mleko w dzbanku. Do okien pcha się Suwalski Park Krajobrazowy.

Kolejny przystanek to Węgorzewo, gdzie rodzice Uli (mam szczęście do dziewcząt o tym imieniu) karmią nas dopiero co złowionymi płotkami, a dalej jedziemy z wielkim leszczem w reklamówce (trafi na grilla) i kartaczami w brzuchu, poprawionymi jeszcze słynnymi lodami z Bań Mazurskich (uśmiechnięta pani w kartonowej budce, trzy zmrożone omen nomen bańki, a w nich śmietankowe, kakaowe i owocowe lody i pachnące kartonem wafelki; paczkę bierzemy nawet do Węgorzewa, dla rodziców Uli; w aucie trzymam między łydkami papierową torebkę podwójnych rożków wypełnionych w sumie dziewięcioma gałkami, lody dojeżdżają w stanie niezmienionym).

Leszcz trafia na grilla już w Jezioranach, w Fajnym Miejscu (chociaż znam fajniejsze), na skraju pola dmuchawców (które wyglądają jak wata i mam wrażenie, że wywołamy pożar Warmii). Do jeziora jest rzut oka, a o zachodzie słońca można się popłakać z ładności. Poranki są swetrowo chłodne, a śniadania dostajemy w koszyku, prosto pod drzwi – gorącą owsiankę, kawę z kardamonem, kiełbaskę, domowy chleb i sałatę ze śmietaną. Na koniec wakacji otwieramy na oplecionym winoroślą tarasiku (na pół stopy, stąd zdrobnienie) cydr lodowy Chyliczki i jemy czekoladę z bakaliami i jemy książki (nowy Żulczyk wciągający, w przeciwieństwie do tego ostatniego, przez którego nie przebrnęłam). I tyle.

Mam temperament dziada, u Ciebie to kiedyś przeczytałam i bardzo to sformułowanie lubię. Ogórki małosolne, radio Mewa, lniane sukienki, marszczące się peonie, badminton, szklanka mleka na noc, kredensik z lat 50 kupiony w sklepie na Pradze (gdzie Marcin filmowo wręcz stłukł pupą kryształ), kanapki na kolację. A gdzieś obok przewroty i fikołki.

k.

19 maja, piątek

Moje dwie ulubione szwedzkie blogerki, a zarazem jedyne blogerki, których życie z rozkoszą śledzę (czyli Sandra i Elsa) stworzyły ostatnio posty pod tytułem „Mat jag inte gillar” czyli o jedzeniu, którego nie lubią (musiałam to napisać w oryginale, żeby przećwiczyć swój biegły w 5% szwedzki). Jako blogerka, postanowiłam więc zostawić tu moją własną listę. Nie lubię:

 

arbuza – bo jest słodkim ogórkiem i nie powinien istnieć;

przetworzonej papryki – ajwar, wszelkie sosy i wszystko, co zawiera pieczoną paprykę, wywołuje u mnie głęboki smutek i ciarki, marynowana papryka to już szczyt wszystkiego

owoców morza – to niepopularne, ale there, I said it; mają nieznośną konsystencję i pachną jak weneckie kanały, które po raz pierwszy i ostatni zobaczyłam (i poczułam) na wycieczce z rodzicami w wieku lat trzynastu; w weneckich kanałach pływają martwe koty i turystyczne śmieci, a w morskich zatoczkach, domu tych owoców, zbiera się czasem paskudna żółta piana – wszystko to razem powoduje, że odmawiam krewetce, kalmarowi, a już zwłaszcza ośmiorniczce;

budyniu – jego konsystencja nie przechodzi mi przez gardło, na tej samej liście jest też kisiel; napięcie powierzchniowe sięgające zenitu, grube grudy, lepkość, fu!

fig – bo po przekrojeniu wyglądają jak jakaś ludzka, sącząca się tkanka typu jajnik, z kanalikami i zakrętami, jak ze słoja w sali od biologii, a także dlatego, że istnieje coś takiego jak fig wasp.

 

Wszelkich superfoodsów typu chia i nowomowy jedzeniowej typu espuma nawet nie wymieniam. Twoja kolej, jeśli chcesz, a ja tymczasem mówię au revoir, zamykam komputer i jadę (najpierw na galę Kukbuka, w tej błękitnej sukience, którą mi doradzałaś w przymierzalni, pić wino i jeść ser, a potem) w suwalskie chaszcze.

 

k.

17 maja, słońce

My tę „Anię” połknęliśmy w dwa dni, cudowna. Te fartuszki, pieczone w ogniu grube pajdy chleba, warkocze zakończone tasiemką, kwiaty wchodzące przez okno. Wszystko jak trzeba.

 

W tygodniu czas pędzi (chociaż nie tak szybko, jak by mógł, bo w sobotę jedziemy na mazurskie wakacje, a ja bym chciała, żeby to było już za chwilę), ale na szczęście zaczęłam już sezon rowerowy i mogę dwie godziny dziennie pedałować przez tę zieleń, która znów wybuchła niepostrzeżenie. Kasztany znów zdążyły na matury i znowu też wstydzę się rwać bzy. W niedzielę zjedliśmy miły obiad na Targu Śniadaniowym, z bardzo w ciąży Tolą i Pawłem (ja sałatkę ziemniaczaną z matjasem i lemoniadę z pigwy), a potem pojechaliśmy razem na lody do Jednorożca. Ogonek wił się na parę metrów, ale warto było czekać – orzech z Piemontu niezmiennie doskonały, sernik z porzeczką, pistacja, ricotta z figą… same sny.

 

A najlepszą kawę w mieście od niedawna podają w parku nieopodal naszego domu. Robię ją sobie sama jasnym świtem, przelewam do termicznego kubka i jadę rowerem te 500 metrów, z gazetą w koszyku. Pusto, cicho, wróble, bez.

 

Są już piwonie i polskie truskawki, po 28 złotych za kilogram. Jest stosik lektur na Mazury (dla mnie „Wzgórze psów”, „Arkadia”, „Oto jestem”, na oko jakieś dwa tysiące stron). Jest zakwas od Waleckiej. Moja droga, kochamy tę samą kobietę.

 

k.

12 maja, piątek

Tak jak Molly, nie mam ostatnio ochoty pisać o jedzeniu. Nie gotuję nic nowego, nie szperam, nie szukam i nie bywam w nowych restauracjach, bo trzy na krzyż stare od święta mi wystarczają, a na co dzień – smażone z grubą solą szparagi i niezliczone jaja sadzone; botwina z mlekiem kokosowym od Jadłonomii, pancakes z pieczonym z pomarańczą rabarbarem i różanym mascarpone, pierwszy garnek młodej kapusty z koperkiem i resztką tegoż mascarpone, szczawiowa i leniwe z baru mlecznego Rusałka, drożdżówki z serem i kruszonką z Lukullusa.

 

Z przeżyć głęboko wzruszających: krzepki pstrąg ojcowski, którego delikatnie rozebraliśmy z mięsa po obradach jury w ramach akcji KUKBUK Poleca – najwspanialsza ryba, jaką przyszło mi jeść od dawien dawna, bo z pewnego źródła i niezagłuszona innymi smakami, nie za słona, ot rybna, rześka; masło z orzechów laskowych, również przytargane z redakcji, rozkoszne, jem i od razu myślę o leszczynie, domku na drzewie, Nutelli z lepszego świata, nie wiem; do przeżyć nie zaliczę zeszłotygodniowej kolacji u Barona, bo tylko Twoja kapusta w kremówce jako tako utkwiła mi w pamięci, ale może przeżyłybyśmy tego pstrąga razem jakoś w czerwcu?

 

 

Największym kulinarnym sukcesem ostatnich dni jest sernik różany, na przykładzie którego przekonałam się, że mieszanka dowolnych serów (kilo) połączona z kremówką (pół litra), jajkami (pięć) i cukrem (3/4 szklanki), wylana na maślany spód z bułki tartej to jest mój wzór na sernik premium.

 

Dziś wieczorem chlebowe warsztaty z Walecką, a potem już tylko lato. Za tydzień Mazury, potem znów, bo festiwal Czas na ser, a potem już tylko daleka północ. Uczę się szwedzkiego. Flicka äter ost.

 

k.

4 maja, rano

Majówka pościelówka – pytałaś kiedyś, czy jeśli mówię, że leżę w pościeli, to naprawdę leżę – otóż tak, w odzieży domowej, na pryzmie poduszek (między nimi pluszowy brokuł, którego fryzura idealnie podpiera kark podczas lektury), pod kołdrą i w wełnianych skarpetkach. Tak też minął nam długi weekend. A rozpoczął się kulinarnie – ostatnim w tym sezonie Restaurant Weekiem w Na Lato. Dobrze było tam siedzieć, w oszklonej oranżerii, a jakby w parku puchnącym zielenią. Na talerzach bruschetta z wątróbką w koniakowej śmietance, okoń morski na fasoli borlotti z pesto, tortellini z kozim serem, piniolami i masłem, a potem jeszcze słonawy sernik z mango. Do nocy oglądaliśmy potem serial The Office, a niektórzy przedawkowali przy tym chipsy. Sobota minęła podobnie, jak tylko wróciłam z baletu, nasmażyłam na śniadanie małdrzyków i zjedliśmy je z pachnącą kardamonem konfiturą z rabarbaru i truskawek (nie hiszpańskich, mrożonych). A potem już było coraz lepiej: wyprawa do Puszczy Kampinoskiej (25 minut od naszego domu!); chilli con garnek z czapą ciasta kukurydzianego z cheddarem, a do tego śmietana, guacamole i fura kolendry (przepis Nigelli Lawson, ale nie będę go powtarzać, bo czapa za gruba i niewyraźna); cały ostatni sezon Mad Men, szarlotka zrobiona od niechcenia, a chyba najlepsza, jaką jadłam – z cynamonem, kardamonem i orzechami włoskimi w cieście, całym słoikiem tartych jabłek od babci i pianą; leniwe śniadanie w SAMie – tego to dawno nie grali, bo trochę się na nich obraziłam za porcje/ceny, ale bajgiel Marcka z jajem na bekonie był naprawdę rozkoszny, moje jajka po wiedeńsku, chleb z masłem i twarożek od Ziembińskiego również; Muzeum Narodowe i wystawa japońskich drzeworytów – zapomniałam, jak bardzo mi jest zawsze duszno w muzeach; lody o smaku ricotty z miodem na Bielanach; dwa razy kino – „Piękna i Bestia”, bo kocham się w Emmie, i „Klient”, który mnie podobał się bardzo, a Ty widziałaś?; wytęsknione rowerowe snucie się po mieście; sklepowe snucie się międzyświąteczne z mamą i sałatka bum bo nam bo zagryzane spring rolls w Toan Pho; onieśmielające zakupy w sklepie baletowym – mam wreszcie trykot i baletki; wielkie odzieżowe sprzątanie międzysezonowe, a na pokrzepienie ligole z masłem orzechowym; na wczorajszy obiad aloo gobi, a potem spacer po Grochowie i „Mój przyjaciel Hachiko”, bo nigdy nie oglądałam. Taki oto strumień świadomości. Do zobaczenia w Bibendzie.

 

k.

25 kwietnia, nie mam czasu

Dopiero co miały być święta, a teraz już ich nawet nie pamiętam – wiem, że mazurek różany i pascha wyszły pięknie jak co roku i że zjadłam naprawdę nieprzyzwoitą ilość ciasta. Teraz znowu trwamy w jakimś oczekiwaniu i międzyczasie, bo wiosna ciągle niewykluta. Z przeżyć:

 

– rozkosze Restaurant Weeku w Słonym – utaplana w maśle kolba kukurydzy, mleczna cielęcina z rumianymi kopytkami i duszoną w maśle marchewką, racuch z sosem waniliowym – to jest jedzenie, które ja ostatnio rozumiem, nie po drodze mi z kombinacjami; musimy tam wrócić na gzika, tatara i białą kiełbaskę, którą robią przepyszną

 

– Nocny Market, który w inauguracyjny weekend nakarmił nas słabym pho od Viet Street Food, pysznymi souvlakami (mam sentyment od czasów wczasów w Grecji), wietnamskimi naleśnikami ryżowymi z okienka To To Pho, z wieprzowiną char siu, lepkim sosem i prażonymi fistaszkami; do spróbowania następnym razem notuję sobie wasze krakowskie pastrami

 

– pierwsza w tym sezonie botwina, którą przerobiłam na garnek pąsowej zupy z koperkiem, ziemniakami i śmietaną – w domu pachniało jak w domu…

 

– parapetówka, na którą byliśmy zaproszeni w sobotni wieczór i na którą upiekłam dwie partie ciastek – takie z masłem orzechowym, bez krztyny mąki, przełożyłam je potem powidłami śliwkowymi babci Krysi, wzbudziły entuzjazm więcej niż dziki, oraz shortbready z mielonymi pistacjami, wodą różaną i suszonymi płatkami róży, z piegami czarnego sezamu na wierzchu, te z kolei ukochałam ja, zawsze łasa na orzech i kwiat

 

– obiad końca miesiąca, który upiekłam nam wczoraj w środku nocy – pokusa Janssona, czyli pieczone w kremówce ziemniaki, miękka i słodka cebula i zawartość puszeczki korzennych anchovies, którą przywiozłam z Lund; zjedliśmy każde przy swoim stole w pracy, ja z rukolą maczaną w dijon; kocham się tej wiosny w sałacie, jak nie ja.

 

Niech już maj. Pal sześć szparagi, ale żeby chociaż było ciepło.

 

k.

10 kwietnia, poniedziałek

Tak bardzo tęsknię za swoją kuchnią. Mam w nosie, że do pracy jadę rowerem 15 minut, że tuż obok lody Jednorożec (na co komu lody w kwietniopadzie) i kawiarnia Relaks, że całe pola Pola Mokotowskiego, ani nawet, że mamy rzutnik i można w niedzielny wieczór, rozkosznie polegując w półmroku sypialni, obejrzeć „American Beauty”. Na szczęście dziś już spakowaliśmy swój dobytek, pomachaliśmy kotom na do widzenia (pamiątka: jedna duża szrama i trzy małe, wiele kłaków) i wracamy na poczciwy Grochów. Nie wiem jeszcze, co ugotuję jako pierwsze, ale z kronikarskiego obowiązku nadrabiam ubiegły tydzień. A więc zjedliśmy:

 

– przemiłe gnocchi w sosie truflowym z kozim serem i sałatką z fenkułu i pomarańczy, saltimboccę na polencie oraz semifreddo migdałowe w Mercato, jako pani z Kukbuka i pan z Restaurant Weeku

– prawie całą kartę Bibendy, ale na wynos – o ile ziemniaki z aioli obroniły się doskonale, a samosy nieco zwiędły, ale usatysfakcjonowały (ten sos!), to już humus i paté smakowały kolejno jak ścierka do wycierania blatu i piana z wątrobianki, paskudne i smutne

– (ja podczas dziewczyńskiego spotkania z koleżanką Napiórską) talerz raclette w Kremie, tak bardzo ich kocham – są zawsze uśmiechnięci i weseli, mają piękne, jasne wnętrze i same pyszne, porządne klasyki; pod stopionym serem kryły się pieczone ziemniaczki, do przegryzienia korniszony i szynka dojrzewająca; to był lek na całe zło świata, nawet to, które mnie nie dotyczy; Napiórska wtrząchnęła taki sam talerz i to było piękne, jeść z człowiekiem, który nie boi się sera

– (my, wielokrotnie) prawie całą ścianę baru mlecznego Bambino i Prasowego, a więc: chrupiący schabowy, który mi się marzył już jakiś czas, a żeby było jeszcze doskonalej, podany z marchewką z groszkiem; pierogi leniwe hojnie obsypane bułką tartą z masłem, kwaśny żur z jajem, pomidorowa za dwa złote; stary człowiek we mnie kocha bary mleczne

– osiem różnych warszawskich croissantów – robiłyśmy z Monią ślepy test i bardzo nas zdziwiły rezultaty; zagryzłyśmy to potem jajem na miękko, brie i rukolą, słonym karmelem i twarożkiem waniliowym z Mlecznej Drogi.

 

Nie mogę się już doczekać trasy świątecznej. Na fotelu pasażera jest mi czasem tak dobrze, że bez względu na cel, nie chcę, żeby droga się kończyła. Czy wiosna jeszcze przed nami, czy to może już?

 

k.

 

 

 

6 kwietnia, leje

Od poniedziałku mieszkamy na Rakowcu, opiekując się przestrzennym mieszkaniem na poddaszu, w którym nie ma kuchni (oliwy, pieprzu, niczego). Są za to dwa wielkie koty, które nad ranem depczą nam po plecach, a za dnia leżą w plamach słońca na parkiecie. W związku z tym jedzenie stało się jeszcze prostsze, niż zwykle – tostujemy sobie systematycznie kromki z bochenka pszenno-żytniego chleba, jemy z masłem, popijamy winem. Na oknie wyrósł już (mój) las rzodkiewek i rzeżuchy, maleńkie żniwo ląduje na twarogu ze Strzałkowa. Skubiemy palcami wstążki prosciutto, pękate oliwki z Kalabrii i tłusty trójkąt brie z Piccoli Italii (odmienia się?), do której skierowałam swoje pierwsze kroki po wypłacie. Mamy dwa pokoje, po raz pierwszy od zawsze, więc gdy budzę się po szóstej, przez koty i słońce, włączam radio, nastawiam wodę i siadam na parapecie z książką („Wróżba” Agnety Pleijel) i widokiem na prawdziwie wielkomiejską ulicę, która wtedy jeszcze jest cicha. Nie chcę mi się rozmawiać, słuchać cudzego hałasu, nawet tego ambicjonalnego, w restauracjach. Jem też bezgłośnie – drewnianą łyżką. Na coś czekam, ale na co – nie wiem.

 

k.