Category: Lewa

5 grudnia, sobota

Twój chleb z Tartine, pszenny, a pyszny i kwaskowy jak żytni, solone masło, mój twaróg od babci z bazarku na Wilanowskiej, szałwia na maśle, miód i powidła śliwkowe studzienne i mirabelkowe lubelskie, ricotta, prażone orzechy włoskie, stravecchio, pieczone winogrona z rozmarynem, tłuste mleko.

 

Jezu, ten chrupiący, okrągły, lekko lepiący się do palców chleb z pięknymi dziurami przebił wszystkie Ed Redy, Massolity i Ramen Girle – nikt tak piecucha nie nakarmi, jak drugi piecuch. I jeszcze jutro Pieniny, z termosem i kruchym ciastem ze śliwkami i rozmarynem. Może nie tego się spodziewaliśmy, planując we wrześniu grudniowy weekend, ale takie marcowe Mikołajki też mnie biorą. (Nieatrakcyjny) Gosling podrywa Rachel Adams, Matko zmywa naczynia, a mnie się kiwa głowa, z błogości. Idę Ci pokroić śliwki.

 

k.

4 grudnia, Barbórka

Boże, co ja jadłam! Na robocie, oczywiście.

Surowy tuńczyk w moim ulubionym kolorze marsali, krewetki w leciutkiej tempurze, zupa z kaczką, czekoladowe ciasto z łyżką gęstego kremu karmelowego z miso (dużo miso ostatnio). Ale to wszystko nieważne, bo w pewnym momencie poprosiliśmy z Tomkiem, jak łakome dzieci, o trochę demiglasu do spróbowania… Pan przyniósł cztery miseczki, a w nich: puree ze skorzonery, kasztany (!!tak mi się marzyły kasztany, że sobie nie wyobrażasz! I były jak ze snów, ubite z masłem, lekko ciepłe, słodkie i otulające duszę miłośnika pulp, którym jestem), no i sosy, warzywny i wołowy, gotowane chyba przez tydzień na pieczonych warzywach, kościach i mięsie, z winem, masłem i ziołami, gęste i lepkie, zostające na ustach, kapiące po palcach. Zanurzyliśmy w tym łyżki i zaklęliśmy szpetnie ze wzruszenia, święty jezu. Ładunek erotyczny w demiglasie solidny, masło nośnikiem szczęścia.

 

To jest jedna z rzeczy, za które kocham swoją pracę – mogę wejść do knajpy i dostać miskę sekretu, co w karcie niedostępny, jeść to jak ćpun, wylizywać łyżkę i omdlewać. Taplam się w egzaltacji z okazji piątku jak widzisz, opis spaceru przez różowy zmrok nad Jeziorkiem Kamionkowskim sobie daruję, bo wyszłoby to nieznośne.

 

Ukręciłam masło śledziowe na wieczorek barbórkowy u Barbary, jedno zwykłe, a drugie z koperkiem, musztardą gorczycową, szczyptą cukru i szalotką. Błogość nadal absolutna. Czy to zasługa śliwkowego wina, kasztanów czy odrobiny pomyślunku – nie wiem.

 

Do jutra, śniadanie jemy razem. 

 

k.

3 grudnia, czwartek

Uroczyście obiecuję, że już nigdy nie powiem złego słowa o wytrawnych owsiankach – właśnie zjadłam taką z miso, z przepisu Heidi („Near & Far”, str. 167). Ciężki szok, takie to było pyszne! Jako że chyba nie masz książki, to Ci opowiem: na łyżeczce masła prażyłam płatki, aż zaczęły porządnie pachnieć, zalałam wodą i gotowałam kilka minut. Wymieszałam z łyżeczką pasty miso – nie pytaj mnie jakiej, koloru złamanej zupy pomidorowej), dołożyłam łyżkę śmietany, rzodkiewkę pociętą w słupki, dymkę i czarny sezam. Zjadłam kręcąc głową, kęsami jak mysz (więc zupełnie jak nie ja), żeby starczyło na jak najwięcej minut. O, panienko, to będzie obok ramenu moja ulubiona japońska miseczka.

 

Oprócz tego przepisu mam założonych u Heidi jeszcze kilka, chociaż bardziej w Far niż Near, zwłaszcza w rozdziale francuskim (lettuce hearts with melted butter, co za rozrzewniające słowa) czy włoskim (fiagoli oczywiście). Nie przepadam za książkami kucharskimi, w których jest dużo napojów (chociażby to było vin de pamplemousse) i poszatkowanej surowizny, to nas moja droga różni, ale głęboko wierzę, że osiągniemy w ten weekend radosny konsensus. Teraz dojrzałam, że do mojej owsianki powinnam jeszcze dodać uprażone orzechy włoskie – a więc jutro powtórka.

 

No i proszę, omamiło mnie umami. Dziś w pracy: dekorowanie pierników.

 

k.

2 grudnia, środa

Moja droga, zrób mi takiej kapusty jak przyjadę, albo soczewicy jak z okładki „Kitchen Diaries I”, przyznam że czuję miętę do kiełbasy. Czasem idę na nią do Bibendy, zawsze na soczewicy, zwykle z musztardą, a ostatnio z chrzanem – jadłyśmy ją podczas drugiego spotkania, obsługiwał nas mój ulubiony warszawski kelner szelma. A czasem zajeżdżam na bazar na Olkuskiej i kupuję dwa rachityczne merquezy od rzeźnika. Jezu, jak mi się chce mięsa – po dzisiejszym dniu przynajmniej wiem dlaczego.

 

No bo przed śniadaniem pół godziny kiwania się na krześle w szpitalnej izbie przyjęć, pół szklanki krwi w dwóch fiolkach, spacer do domu na pospieszne przeżucie żyta (na mleku, z tahiną i gruszką, coś w tym nie grało – może brak czynnika chrupiącego).

 

Z kolei przed kolacją (miska zupy miso z jajem, jarmużem, groszkiem i dymką) spacer po wyniki. I już tradycyjnie, witaj anemio! No naprawdę, widzę to jako ścienną gazetkę szkolną, dzieci rysują hemoglobinę, przebierają się za szpinak i steki.

 

Dużo ostatnio jem czekolady i rozmawiam przez telefon. Satysfakcja z obu czynności połowiczna.

 

Jestem sobą znużona.

 

k.

1 grudnia, wreszcie

Po pierwsze, kocham się w skórce cytrynowej i nie wiem jak mogłam tak długo żyć bez obieraczki julienne. Zjadłam dziś na obiad fasolę po Twojemu, bulion szałwia cytryna, i było to doskonałe. W zapachu cytryn kochał się atrakcyjny Maciek Ogorzałka, ale literackiej miłości do fasoli nie pamiętam, a Ty?

 

Na śniadanie znów galettes – ciasto nieco przefermentowało przez dobę w lodówce i wyszły mi piękne jak rzadko – usmażyć cienkiego naleśnika to jest naprawdę wielka sztuka. W środku tym razem twaróg i dżem porzeczkowy od babci, czyli sentymenty i komforty – jak przystało na chore, słaniające się anemicznie dziecię, którym dziś jestem. Przeczytałam do tego śniadania bardzo irytującą rozmowę z Tomaszem Organkiem, ze Świątecznej Wyborczej. Mam nadzieję, że nigdy nie zostanę takim pretensjonalnym dziennikarzem, który pyta „broda na drwala, menela czy lewacka” albo „czy pana nie krępuje wypowiadanie takich zdań – człowiek musi dojrzeć i zrozumieć samego siebie, wiedzieć kim chce być i kim mógłby”.

 

Po drugie, na kolację będzie potrawka z jarmużu i ziemniaków, z masłem orzechowym i mlekiem kokosowym, z przepisu Liski (tu). Nakarmiła mnie tym kiedyś Tola, a ja dziś nakarmię Monikę, która przyjdzie mnie nauczać/torturować liczebnikami pokroju quatre-vingts dix-neuf. Przyniesie kilo francuskiej mąki i książkę Heidi, o której rozmawiałyśmy – powiem potem, czy ładna.

 

Po trzecie, mam już dla Ciebie prezent świąteczny.

 

k.

30 listopada, nadal poniedziałek

Na chorobę popijam chłodną herbatkę z kwiatów bzu i patrzę, czy ktoś tu od wczoraj zajrzał, ale to co chciałam odnotować, to półtora kawałka zachwycającego tortu, który przyniósł nam do redakcji na urodziny posłaniec z cukierni Czekoladowy (która notabene jest jedynym sensem istnienia miasta Lublin, dobrze, że się otworzyła i w Warszawie). Bo gdy go jadłam i po kolei do kęsa (chyba o tym rozmawiałyśmy, o sztuce kompozycji kęsa na sztućcu) szły warstwy: ciężki od creme de cassis czekoladowy biszkopt, galaretka z przetartej porzeczki, trzy kolory i intensywności czekoladowego musu i wieńcząca całość gruba kołderka z czekolady ciemnej i gęstej… otóż gdy to wszystko nabierałam na łyżkę (widelczyków zawsze niedobór, zresztą ja wolę jeść rzeczy łyżką), przypomniały mi się nasze burzliwe deliberacje nad definicją tortu. Kiedyś zjem z Tobą na pół ten archetypiczny migdałowy u Dziwisza, a tymczasem już drugi raz w przeciągu tygodnia przeżyłam serię rozkosznych deserowych mikroskurczy.

 

k.

 

30 listopada, poniedziałek

Przez pół nocy szukałam przepisu na galettes (de sarrasin, wspaniałe słowo, wymów sobie!), w końcu poszłam za proporcjami Davida Lebovitza (tu), ale pół szklanki mleka wymieniłam na cydr. Śniłam o nich, a rano, mimo że ciemność była zupełna, wstałam i usmażyłam. Wiesz, jak się smaży naleśniki w ciepłej kuchni oplątanej światełkami choinkowymi i z tegorocznym Karpiem w radio? Wiesz. A obok jabłko na solonym maśle, podlane wanilią i posypane cynamonem.

 

Złożyłam galettes w trójkąty, wyłożyłam jabłka, polałam słonym karmelem z tubki, kupionym w Breizh Cafe w Paryżu – będę Ci za to miejsce wdzięczna dozgonnie – bura miseczka ze szczypiącym w język cydrem i oczekiwanie na galette bretonne, z jajem, grzybami i serem wspominam jako jeden z najlepszych momentów tej podróży, a samego naleśnika, chrupiącą koronkę, i drugiego, z lodami gryczanymi, takimże miodem i ciepłą gruszką, jako jeden z ważniejszych zachwytów kulinarnych. Karmel błogo się rozlał, dołożyłam łychę jogurtu greckiego i posiekane, prażone migdały. Wzruszające, zwłaszcza w poniedziałek.

 

Tubka z karmelem albo kremem kasztanowym, fiolka z kwiatem soli, szałwia w kalendarzu. W ten sposób dam radę, gdzie się nie znajdę. Nawet w Warsie, gdzie teraz siedzisz z Bunią i jabłkami. Mam nadzieję, że jest łaskawie. Więc śniadanie we Wrocławiu czy już w domu?

 

k.

29 listopada, niedziela

No muszę, bo nie wytrzymam. Ale patrz sama: brzask. Wstaje słońce, idzie po zdjęciach na ścianie, za oknem nisko latają i głośno wrzeszczą ptaki, a ja siedzę przy stole i w jasnoróżowej misce mam orkisz na mleku, z wodą różaną i miodem. Wsypałam uprażone migdałowe płatki i wszystkie wypłynęły, tworząc wzór, który chętnie przyjęłabym na sukience czy bluzce. To jest tak rozkoszne, że chciałabym łyżkę za łyżką jeść bezgłośnie, żeby nie zburzyć harmonii.

 

„Moment of intense wellbeing”

 

k.

28 listopada, ciemno

Co to był za wymarzony dzień, nie wyobrażasz sobie!
Rano jajo pieczone na jarmużu, z łososiem wędzonym od ulubionej pani z bazarku na Wilanowskiej (wielkie błotne jezioro, a w nim brudne namioty – jakby to powiedział Filip Springer, bombardowanie brudem), z ostatnimi pomidorkami koktajlowymi od ulubionej pani z Wiatraka, na to śmietana i świeżo tarta gałka, obok bagieta, kawa i Obcasy – sobota jak malowana.

 

Potem wielka misja, te pięć lanczy dla dziennikarza, o których Ci mówiłam i które wystąpią jutro przed obiektywem, a więc: brukselka z pecorino i orzechami włoskimi (jednak Cię posłuchałam i ją upiekłam, pocięta w piórka nie straciła wdzięku), do tego będzie jajo i grzanka. Dalej, zupa z orkiszem, jarmużem, fasolką i łychą pesto, bulion mrugał pięć godzin i jest pyszny. Najmilsza memu sercu gryczana z wędzoną makrelą, pieczonymi buraczkami, prażonymi pestkami dyni i koperkiem – chyba ją podleję olejem lnianym, co? Łosoś, komosa z fenkułem i koperkiem, łycha sosu z musztardy gorczycowej, kopru i miodu. I gulasz cielęcy na cydrze, z tymiankiem i szalotkami różowymi jak moje policzki, plus dyniowe puree z szałwią, masła nie szczędziłam: ma błyszczeć.

 

Pomagała Monika, ta od francuskiego, ona jest trochę taką moją Tobą w tym mieście. Przyszła z butelką zaskakująco dobrego beaujolais, zrobiłyśmy sobie na obiad a warm pumpkin scone for a winter’s afternoon (Tender I, str. 502) i zjadłyśmy z cheddarem i orzechami włoskimi, a na deser crumble gruszkowe z pekanami i cynamonem (Tender II, str. 1006), na gryce, i zjadłyśmy z jogurtem greckim. I jestem teraz bezwzględnie contente.

 

Tęskno. Za tydzień będziemy pewnie jadły ciasto, iii!

 

k.

 

 

 

 

27 listopada, świt

Moja droga, dziękuję za życzenia i ciekawa jestem ciasta, które w ich ramach zrobimy. To ostatnie, nigelowy las z laskowych, jabłka i porzeczek ze Studzienki, zupełnie mnie roztkliwiło na sam koniec tej wizyty, jak je tak jadłyśmy z mascarpone, śmietaną i chyba czymś jeszcze? Przy jego dziennikach, popijając mlekiem.

 

Jeżycjada już dawno skończona, podobno Feblik jest całkiem przyjemny – poszukam nam. Ta Osiecka prawie nic nie je!

 

Wczoraj w Amber Room (proszona kolacja proszę ja Ciebie) zjadłam kaczkę życia – Kaczkę Życia. Nie dość, że idealnie miękka i różowa, to jeszcze zakolegowana z karmelizowaną kalarepą, ciepłą gruszką, maślanym puree z pietruszki i sosem jabłkowym z trawą żubrową, na demiglasie. A wśród tego wszystkiego był jeszcze kawior z jabłka – widzę Twoją minę – żadne tam koagulanty, ręcznie wycinane mikroskopijne kuleczki, chrupkie i cudne. Jadłam i wzdychałam, a co zabawne, to nawet nie było moje danie – koleżanka zamieniła się ze mną na talerze, widząc jakie emocje wywołał kęs próbny. Ten sandacz, który skupił Twoją uwagę w menu, zupełnie bez wyrazu. Ja nie wiem, to jakaś rybna plaga w tym mieście. Kaczkowe uniesienia spotęgował deser – o boże słodki – kula z mlecznej czekolady, a w niej kawałek ciemnego ciasta, masło orzechowe, śmietana. Wokół kamyczki z migdałowego pudru – lekkie i ginące na języku – i takie z solonego karmelu. To wszystko kelner w białych rękawiczkach zalał gorącym sosem waniliowym ze srebrnego dzbanka. Imaginuj. Gdybyś lubiła czekoladę, podekscytowałabyś się równie dziko co i ja.

 

Tymczasem całuję. Dziś na śniadanie Paryż – jajko na miękko z kwiatem soli i chleb z miso od Gontrana Cherrier. Dziś w redakcji będziemy piekli pierniki.

 

k.

25 listopada, imieniny obchodzą Erazm, Katarzyna

Zjadłam dziś tak dużo różnych kęsów, że stępiło mi się czucie – taki urok recenzowania knajp. Z tego wszystkiego najlepsze było śniadanie, bo jako rasowy piecuch, na pierwszym miejscu stawiam ukojenie… a więc szara reneta pokrojona w dwunastkę, zrumieniona na maśle razem z cynamonem, migdałami i pekanami, w to wlane roztrzepane z gałką i solą jajka. Ty to wiesz, ja piszę dla potomnych.

 

A to dużo to tak: lekko tylko tknięty ciepłem dziki łosoś na szczypiących w język imbirem warzywnych wstążkach, kokosowa zupa z grzybami i kurczakiem kukurydzianym, tenże kurczak jeszcze w wersji pieczonej z marchewkami w maśle i wiśniami z pieprzem (cudo, te wiśnie, zatęskniłam za latem) oraz  halibut z pangrattano z pastą tajską i limonką, a obok puree z batatów, raki i sos z wermutu. Bombardowanie wrażeniami, ale bardzo smaczne, trzeba przyznać.

 

Też mam babcię Henię! Gdybym miała jej przyporządkować konkretny smak, byłaby to słaniająca się na widelcu fasolka szparagowa (z działki) błyszcząca od masła, chrupiąca od bułki. Ale nie chcę, żeby dzienniki szły w stronę żerującej na emocjach blogosfery kulinarnej, więc nie napiszę już ani słowa o rzewnym dzieciństwie (tym razem).

 

Czytałam do śniadania, oho, „Dzienniki 1952” Osieckiej. Faktycznie trochę dziecinne, ale ja lubię w książkach cudze dziecinności. W każdym razie zaczęłam je w pociągu z Wrocławia i osadził się na nich nastrój tej podróży, a że są grube, to jeszcze ten nastrój trochę w powietrzu powisi. Jak kożuszek. Piję mleko.

 

k.

24 listopada, typowy wtorek

Na śniadanie biała kasza gryczana na mleku, ciepła i wcale nie biała, tylko po swojemu lekko różowa. Jak podsuszona piwonia. Chcę życie wieść na mleku.

Więcej nic chwalebnego, jutro w pracy tort: napiszę o nim.

b.

23 listopada, poniedziałek

Dziś pochwalić się mogę li jedynie śniadaniem – miałam zjeść je w mieście, żeby nie narażać uszu na huk młota pneumatycznego (ten remont wykańcza moje złote poranki) ale stwierdziłam, że nigdzie zrobią mi tak dobrze, jak ja sobie. No więc omlet Marty Greber dla któregoś z pierwszych KUKBUK-ów (przepis tu) z pecorino i szałwią, jako kołderka dla twarogu z Łukty rozgniecionego ze skórką z cytryny, odrobiną oleju lnianego i pesto z orzechów laskowych, bazylii i szałwii – ostatnią łyżką. Na to wszystko porwałam jeszcze trochę ziół i uzupełniłam prażonymi i grubo posiekanymi migdałami, dla koniecznego efektu chrupania. Gdy tylko odłożyłam widelec, panowie zaczęli kruszyć cegły.

 

Na kolację z kolei czekałam 45 minut, bo tyle mruczał na gazie ryż gotowany w mleku ze szczyptą soli. Niespiesznie się zagęszczał, ale warto było. Zjadłam z różowej miski, marząc o nieskończoności. Ciało ukojone i z lekka uśpione.

 

b.

22 listopada, wieczór

Cofam się w przeszłość, bo jest ona warta odnotowania: wczoraj na śniadanie owsianka earl grey z puree dyniowym i wszechświatem gorących pestek i orzechów, z przepisu Top with Cinnamon (link). Gwoli ścisłości, komosa i płatki żytnie, na mleku, a nie na wodzie – znasz mój stosunek do mleka. Wszechświat z kolei nieźle syczał, jak go wysypywałam na dynię – niestety gotowaną i jakąś nieprecyzyjnie przyprawioną, więc mnie zirytowała. Natomiast torebka pachnącej bergamotą herbaty wrzucona do garnka z owsianką to rzecz genialna i do powtórzenia.

I już jestem dziś. Na śniadanie ciepła gruszka w syropie z miodu od dziadzia, wanilii od mamy i bretońskiego masła solonego od Moniki, na twarożku z jogurtem i skórką cytrynową, a na tym surowa gryka (uległam Twojemu szaleństwu) i znów te same orzechy. Cudo.

 

Obiad – bakłażan na gniecionej ciecierzycy, z jogurtem („Plenty more”, str. 179). Od siebie dodałam jajo, tahinę i za’atar. Bakłażana zjadłam całego, a strawiłam nerwowo.

 

Kolacja – wielki żółty jonagold, ale już w spokoju. Co mi się rzadko zdarza w stosunku do jabłek i w stosunku do ludzi. Ochłodziło ciepłe dłonie. Nastała postjabłkowa pogoda ducha.

 

k. (b.)

19 listopada

Na kolację trzyminutowe jajko z łyżką ukręconego wczoraj wieczorem pesto. Tłukłam do niego orzechy z pewną melancholią, bo już wieczór, już trzeba uspokoić układ nerwowy (rozedrgany remontem klatki schodowej, odwiertami od ósmej rano, łupaniem przedwojennej cegły). Mimo dorodnych skorupek miały rozmiar mniej więcej taki, jak kasza pęczak. Ale jak już kłąb bazylii i szałwii oprószył ser pecorino z Sardynii (ostatki), to zrobiło mi się miło, że będę miała zielony słoiczek przez dobre kilka dni.
Wyszło pyszne jak lody.

Czytam do tego jajka, jak i do wszystkich innych czynności związanych z bezruchem, Mikołajka w oryginale. Alcest idzie do kąta za jedzenie croissanta na lekcji, odkłada jego resztkę na biurko, po czym już w kącie z kieszeni kamizeli (le veston) wyjmuje brioszkę albo pain au chocolat.

Chcę tę jego brioszkę, mogę zjeść w kącie.

 

k. (b.)