Category: Lewa

21 lutego, środa

Razem z mrozem przyszedł do nas w gości głód. Nie taki z Caparrosa, bo jesteśmy jednak uprzywilejowani, taki prostacki i naglący, który każe zjeść po kolacji kanapkę z majonezem i kiełbaską z Mazur, który wlewa we mnie dodatkowe chochle zupy buraczkowej z koprem i fasolą, który zmusił do zjedzenia całego pudełka Ferrero Rocher, kula po kuli, do wtóru stukotu klawiszy. Rozpędu nabierałam w Tłusty Czwartek i w Rzymie, na Fine Dining Weeku i nad bochnami „żytniego 66%” Hamelmana, który teraz jest także moim ulubionym i który smakuje jak niebo, gdy (miałaś rację) go posmarować creme fraiche i dołożyć łyżeczkę konfitury z czarnych porzeczek.

 

W zeszły poniedziałek zjedliśmy kolację w podziemiach Pałacu Sobańskich, w samym sercu kuchni Roberta Skubisza. Oni wszyscy, tancerze z obręczami do układania kaszy, tańczyli ten swój kuchenny balet nad płytami i blatami, a my na stole mieliśmy kolejno: chleb, masło (z truflą i bez trufli), wino; komosę z ogórkiem, kalarepą, szpinakiem i szczawikiem zajęczym; jajko sous-vide ze słodkim jak wiosna zielonym groszkiem; ślimaki (których nie jadłam, bo mają konsystencję grzyba skrzyżowanego z małżą i to jest dla mnie przeżycie skrajne), zupę kukurydzianą z mlekiem, troć z pastelami z buraka, marchewki i rzodkwi, wołowinę z ziemniakiem truflowym, dynią piżmową i sosem winnym; dyniowe risotto z bursztynem, szałwią i migdałami, a w końcu sferę, z jaką zawsze kojarzył mi się Amber Room, od czasu tej pierwszej, sprzed 3 lat (czekoladowa kula, w środku czekoladowe ciastko z masłem orzechowym, pudrowy czekoladowy „styropian”, gorący sos z białej czekolady, który topi wszystko, wsiąka i płynie, a to wszystko, o dziwo, niezasładzające tylko rozkoszne) – tym razem beza, marakuja z imbirem, dużo kremówki, kokos, wiśnia. Zawsze zapominam, że ta restauracja istnieje, a potem sobie myślę, że jako jedna z niewielu nie przekracza pewnych modnych granic, przez które do wielu miejsc już nie zaglądam.

 

No dobra, kogo ja chcę oszukać, nigdzie nie zaglądam. W sferze marzeń: Bibenda i jej nowe urodzinowe menu (gnudi, skrei, fasola z masłem). W sferze planów: portugalska restauracja na Poznańskiej, która nazywa się idiotycznie (East Go West), a serwuje autentyczne jedzenie dla chłopa małorolnego, a nie żadne tam spolszczone wizje – tosty z sardynkami, zupę z ziemniakami, „collard greens”, smażonym chorizo i oliwą, solonego dorsza z ziemniakami i jajkiem, a na deser to, czego nie lubisz.

 

A, wiem gdzie zaglądam, do kina: „Niemiłość” wbiła mnie w fotel i zdruzgotała, bo lubię chyba kino społeczne, a zwłaszcza takie, które nie dzieje się na zasikanej klatce schodowej albo w zapijaczonej rodzinie, bo to już było sto razy. „I tak cię kocham” nudnawe i przewidywalne, jak każda komedia, co mi w ogóle przyszło do głowy, żeby iść na komedię do kina? „Trzy billboardy” – zgadzam się, nie do przeżywania, a ta scena z sarną powinna zostać spuszczona do klozetu. I do książek też zaglądam, „Exodusowi” i Orbitowskiemu wyznaję oto teraz publicznie miłość, każdą jego książkę czytam od świtu do nocy, nie przerywając nawet podczas spaceru z metra do pracy i z tramwaju do domu; na półce czekają teraz „Szkice piórkiem”, bo nigdy tego nie miałam w rękach, a wiem, że powinnam, kolejny tom opowiadań Kornela Filipowicza, Alain de Botton, tomiszcze „Patrioci” Sany Krasikov. Gdy akurat mamy czas leżeć bez ruchu, to włączamy sobie „Downton Abbey” i zagryzamy śliwkami w czekoladzie.

 

Z końcem lutego staję się strasznie naiwna w temacie wiosny. Z krzaków już ćwierka, przed siódmą jest jasno i przed siedemnastą też, słońce można spijać jak syrop, ale futerko Chałki dalej nasiąka zapachem wędzonki, wydobywającym się z grochowskich pieców, a ja mam zatoki w ogniu. Ale o tym już pisać nie będę, bo i tak mam szczęście.

 

Całuję Cię bido w obolałą jaźń,

 

k.

 

 

 

 

9 lutego, piątek

Wczoraj Rzym, rozpięty płaszcz, szalik wepchnięty w torbę, grzywka rozdmuchana po całej twarzy (w końcu Wietrzne Miasto), dziś jasny mróz i cała jestem zaciśniętą piąstką, bo chciałabym już gołe chodniki, wiosenne buty, rower, móc jeść jabłka na świeżym powietrzu i móc oddychać czym innym, niż strzępkami smogowego kożucha. Jak to zwykle bywa na wycieczkach zorganizowanych, człowiek nie jest sobie sterem i co z tego, że Michelin, hotel ze złota i basen z lapisu, jak trzy razy dziennie makaron i tiramisu, bo karczoch wzbudza strach, a krem z ciecierzycy co najmniej zdziwienie.

 

Z przeżyć: przede wszystkim spacer (uciekłam z autokaru pełnego wycieczki) przez Testaccio, Zatybrze i centrum, skok na Il Fornaio po cannolo, te ich malutkie, pachnące cytryną pączki unurzane w cukrze i sfogliatelle (oraz plaster focacci z prosciutto i mozzarellą dla Marcka) (gdyby nie te zakupy, musiałabym zjeść na deser brownie z kleksami z budyniu, którym próbowano nas nakarmić w restauracji z rekomendacją Michelin, nie próbuję tego zrozumieć). Warsztaty z turlania po widelcach cavatelli w Eataly. Dziesięciodaniowe menu degustacyjne w All’oro (też Michelin), które mnie zachwyciło: makaroniki z humusem, pianki z parmezanem i truflą, ciasteczka z masłem i anchovies, fantastyczna REDUKCJA CARBONARY ukryta w skorupce jajka i kruche grissini do zanurzenia się w tej jajeczno-guancialowej toni, ogony wołowe z pomidorami tak idealnie kwaskowato-słodkimi, jak to tylko we Włoszech, tortellini z mascarpone i śmietaną w winnym sosie, kojące jak poduszki, na których mogłabym złożyć głowę i zasnąć, bo gdy dojadaliśmy deser, była północ. Hotelowe śniadanie niewarte uwagi, ale komnata, w której spałam, cała z marmuru i złota, z widokiem na Rzym, pełna włączników światła, które nigdy nie włączały tego, czego się spodziewałam (w łazience – balkon, przy łóżku – przedpokój, przy biurku – łazienkę). Śniadanie niewarte uwagi, jak to we Włoszech, ale kto by dbał o śniadanie, gdy jadł w nocy bezową sferę z gorzkim jak czort kawowym biszkoptem, kremem, pudrem, cytrynowe makaroniki, jabłkowe kule błyszczące od galaretki i ozdobione malutkim, marcepanowym listkiem.

 

Przywiozłam sobie znad basenu gałązkę oliwki z zamiarem ukorzenienia, paczkę fasoli borlotti, polentę i miękkie buty ze złotymi skrzydełkami, które z powodzeniem mogłabym włożyć na bal przebierańców jako wcielenie Bambi. Lub na ślub. Wczoraj dzień czterech pączków, a dziś podobno pizzy, więc na kolację wariacja w temacie – torta di ceci z gorgonzolą. Amen.

 

 

k.

31 stycznia, środa

Poranki: plié, chassé, assemblé, szpagaty, brzuszki, nadzieja (na podniesienie kiedyś może nogi tak wysoko, jak trzeba, na pokaz, który ma być wiosną, naprawdę), mroźne słońce w okienku dziedzińca; dom za dnia – podłoga błyszczy, w gazecie dobre rozmowy, na blacie dwa żytnie bochenki, całkiem zgrabne jak na półroczną przerwę (no, półtora, bo śniadanie – grube płatki belgijskiego sera, solone masło, jajko na miękko, herbata z wiśniami). W garnku metr sześcienny złotego rosołu, bywa, że jem go tydzień, codziennie, jak kolejne dawki lekarstwa. Za oknem gruby, lekki śnieg, jakby ktoś porwał chleb.

 

 

Popisy: najlepsze ze wszystkich dotychczasowych szwedzkie supełki (Linda Lomelino, ale dodałam kardamonowy cukier, w każdym razie dwie kostki masła na 80 deko mąki), migdałowe ciastka ze skórką cytrynową (Rachel Roddy dla Guardiana), domowe digestive z mąki orkiszowej z chrupiacą warstwą gorzkiej czekolady i solą morską (Walecka), czekoladowe, mokre babeczki z wiśniami spod Włocławka rocznik 2016 (dla chłopca); też ów fenkuł i pomarańcze, sok strumieniami, na choroby, w lepkich, podduszonych z oliwą półksiężycach fenkułu tłuste kawałki dorsza, sok z cytryny („Two kitchens”), chleb, majonez; żoliborskie naleśniki z ricottą i jagodowym sosem z kokosem u Toli, Pawła i Gugu; dhal z soczewicy, ze śmietaną i kolendrą, gęsta zupa z czarną fasolą i orkiszem, kawałek cheddara zamiast kromki chleba; bardzo wiele serków homogenizowanych waniliowych (z krówką w fartuchu), ale zapalenie zatok ma swoje prawa.

 

Praca: monument z ciasta drożdżowego wielkości małego jamnika, kostka masła, jemy wszyscy na obiad, niektórzy stoją przy zlewie, inni mruczą przy stole, zbierając palcem kruszonkę; pasztet z wątróbek (łyżeczką z kokilki) na maślanej grzance, miód, gruba sól, tymianek; zbliżający się sezon na Fine Dining, dziś pierwszy odcinek: Casa Pablo, najbardziej nie mogę się doczekać krokiecików z beszamelem; w poniedziałek i wtorek Rzym – dwanaście stopni i słońce, moje usta liczą na karnawał (te pączuszki, cenci, maritozzo – które wydaje się być włoskim odpowiednikiem semli, wszyscy jesteśmy jednym światem), suppli, karczochy.

 

Tête-à-tête: onigiri z wieprzowiną z miso, udon z kaczką, smażony kurczak w lepkim sosie imbirowym, makrela z chrupiącą skórką, sałatka z rzodkwi, miska edamame z solą, wieprzowina w panko, omlet i miękka cebula z bonito posadzone na ryżu, dwa jasne piwa – Sato gotuje na Ochocie naprawdę dobrze, jeszcze nigdy kuchnia japońska nie smakowała tak przyjaźnie.

 

Lipiec: cydr, solone masło i karmel, biało-szare domy, ostrygi, słony wiatr, gryczane naleśniki; mamy bilety do Paryża, mieszkanie w Nantes (z widokiem na targ) i mały, biały domek na półwyspie Quiberon. Niech no tylko weźmiemy ślub.

 

Dziś: kino (boję się zawodu przy „Tamtych nocach…”, ale wyrosłam też już chyba ze stawania w kontrze do rzeczy popularnych dla samego faktu stawania w kontrze), jutro: macanie francuskich koronek u Natalii Siebuły, w piątek: praca na randce, nad talerzem cassoulet z fasoli z estragonowym pesto i zwojem tagliatelle z truflą. Wychodzimy z zimowego snu.

 

k.

 

 

16 stycznia, noc

Trzeci już dzień z rzędu jestem nieprzytomnie zakichana, a moje zatoki płoną, może więc dlatego zapomniałam o Twoich urodzinach. Wygląda jednak na to, że dostałaś z okazji ich obchodów prawie wszystko, co mogłabyś sobie wymarzyć, składam więc pocałunek na czole i winszuję Ci na uboczu (już zajrzałaś).

 

Trzeci już dzień z rzędu nie działa mi zmysł powonienia. Ostatni posiłek jaki pamiętam to obiad w Łubinowym Wzgórzu, w którym w czerwcu weźmiemy ślub. To było przeżycie na szczęście z gatunku bezpiecznych, bo lubelskie resorty spa chorują na tendencję do popisów, zwłaszcza, gdy na drzwiach mają nalepkę Gault&Millau. A tu tak, jakby miła babunia dążyła do elegancji – dużo masełka i śmietany, pęczak, jarzębina i gąska, królik w winie, confit z koźlęciny z salsą z ogórków kiszonych (pistacji, kolendry, limonki), halibut w palonym maśle z mirabelką i rumianym kalafiorem. Przerostu formy nad treścią nie odnotowano i chociaż może faktycznie mają za dużo przecieranym mebli udających starą Francję, to bardzo się na to przyjęcie cieszę, bo będzie czerwiec, naprawdę kiedyś będzie czerwiec. No i na moje wypracowanie pod tytułem „Co lubię jeść latem” państwo niezwykle się ucieszyli, więc się dogadamy.

 

Trzeci już dzień z rzędu marzę o drożdżówce z serem z Lukullusa albo od Gessler, misce ciepłego puddingu ryżowego z masłem i cynamonem (jak w Szwecji), domowych frytkach z keczupem. Jest earl grey z sokiem malinowym i żytnie tosty z solonym masłem i marmoladą z sycylijskich pomarańczy. W temacie żyta: buzuje mi nowy zakwas, pora zarumienić chlebowe życie.

 

Z ciekawostek: mój pies odkrył smak twarogu i automatycznie też miłość, jakim go darzy. Jeszcze będziemy jeść z jednego garnka, tak jak w nowej Bator dwie tłuste ryby przypadały na dziewczynę i kota.

 

k.

2 stycznia, dwa tysiące osiemnasty

Jakoś tak ostatnio bywa, że w wolne dni nie tykam telefonu, a już tym bardziej komputera, stąd milczenie, po co zresztą mówić, jak nie ma specjalnie o czym – nieśmiało mi pisać o znużeniach i złostkach. Święta na szczęście takie same, jak co roku, bez specjalnych uniesień, bo akurat tej całej kapustno-barszczowej tradycji kulinarnej wielką fanką nie jestem: na podium indyk z wątróbkowym nadzieniem, cytrynowe ciasto z lukrem, bułka drożdżowa z plastrem pasztetu i ćwikłą, sernik z ricottą i kołdrą żurawiny oraz, o dziwo, karp – nie wiem, jak babcia to zrobiła, ale ze smakiem zjadłam trzy soczyste kawałki. Nadal dojadam okruszki – kostki piszingera z masą czekoladową, orzechami i żurawiną, pierniki ze skrzyneczki na najwyżej półce w kuchni, nałęczowskie śliwki w czekoladzie, które przyniósł Mikołaj. Wśród najmilszych prezentów: „Two Kitchens” Rachel Roddy (kocham, wertuję, gotuję, alleluja – czy jej pierwsza książka, która stoi u ciebie na parapecie też jest tak wspaniale napisana?) i kostka solonego masła z Belgii, od mojego brata, który życzył mi na święta wreszcie wyprowadzić się z tego zanurzonego w błocie kraju. Gdy już objechaliśmy wszystkie porty, dobrze było potkwić w tym pozbawionym dat tygodniu, wyspacerowywać kilometry z puszystą na zimę jak miś Chałką, odsmażać białe mięso indyka z oliwkami, papryką i płatkami migdałów na modłę Nigelli Lawson, parować pastrami, którego kawał dostał ode mnie na urodziny Marcin (majonez, pikle, chleb, musztarda), oglądać Black Mirror, planować, rozmawiać, rozmyślać, leżeć i spać.

 

Gdy wy tańczyliście w Tarczynie, my wędrowaliśmy egzotyczną Olszynką Grochowską, piekliśmy pizzę (moja ulubiona tegoroczna kombinacja: ricotta, prosciutto cotto, pomidory koktajlowe, parmezan, bazylia – słodkie i miękkie sprawy) i karmiliśmy psa wołowym sushi z dorszem, które miało odwrócić jego uwagę od fajerwerków i tegoż dokonało. W Nowy Rok tradycyjnie i na szczęście soczewica (od Rachel, z marchewką i gałązką selera naciowego, listkiem laurowym, oliwą), rukola, słodkie jak cukier pomidorki z soloną ricottą, pieczone radicchio z tymiankiem i balsamico, smażone jajko, po toście na głowę. Bardzo kocham mój mały dom.

 

Postanowień na 2017 nie było, ale planowałam przeczytać 52 książki (wyszło 45, stawkę zamknęła królicza Bator – czytałam z zainteresowaniem – oraz nowy i sławny tomik opowiadań „Instrukcja dla pań sprzątających” – trochę genialne, a trochę męczące) i zrobić szpagat (zabrakło 5 centymetrów). Przerzucam je więc na rok bieżący. Poza tym w styczniu chcę się odwrócić od mięsa, bo mnie brzydzi, a dalej – ćwiczyć brzuch, żeby być zrównoważoną baletnicą; uczyć się szwedzkiego, nie brać dokładek, pływać, nie gubić rzeczy (dysk przenośny, karta do aparatu, pismo od ZUS-u, sztyft do podkreślania brwi – to jest bilans zgub na 13:52) i głowy w emocjonalnym szale, szalu, nie kupować ubrań, odpisywać na maile, używać książek kucharskich, wziąć ślub i nie oszaleć. Poproszę. Całuję!

 

k.

7 grudnia, kropi

O czym może napisać na dziennikach stołowych ktoś, kto z uporem gotuje niespektakularnie i w dodatku migają mu tylko poniedziałki i piątki, podczas gdy o siódmej rano coraz ciemniej? Może o minionym weekendzie.

 

Każde kolejne zakupy na Szembeku wypadają nam mądrzej i sprawniej. Już nie kupujemy wszystkiego, tylko: humus, czarne oliwki i jogurt grecki gęsty jak zimowe chmury w libańskiej budce, bukiety tymianku, szałwii i rozmarynu we włoskiej, twaróg wiejski i masło ze Strzałkowa (jedyne dziesięć złotych kostka, jemy w płateczkach, jak foie gras) w nabiałowej. Dwa kilo jabłek mutsu, trzy sztuki renety i oblane rumieńcem złote gruszki, kiszonki u pana, który strasznie wrzeszczy, a ostatnio wpadło mu do beczki z kapustą moje dwadzieścia złotych (i to był ten moment, od którego mogłoby zacząć się opowiadanie). Na koniec gruby kawał rostbefu (w kolejce same staruszeczki w burych beretkach, szepczące poufale „wie pani napiekłam już pasztetów na święta ale zapomniałam obłożyć słoninką”) na wtorkowy Dzień Steka. Obsmażam go porządnie, a potem dopiekam z ziołami. Jemy w grubych plastrach, z tą samą bagietką, pieczarkami i majonezem, co i w poście niżej.

 

Ale dziś czwartek, w lodówce garnek krupniku z marchewką, pęczakiem i poszarpanym mięsem indyka (what am I, five), a w sercu sernik… Nie mogę ostatnio znaleźć ciasta, które sprawiłoby mi przyjemność większą niż lekką. Najświeższa próba zakończona niepowodzeniem: placek z prażonych orzechów laskowych z Tender II, z kawą i lukrecją (to już ode mnie), który taki piękny zobaczyłam u Marty Karcz na instagramie – nie. Najświeższa próba zakończona sukcesem: gruszka w cieście drożdżowym u Żony Krawca. Na brzuszku cukrowa skorupka, duży kubek kawy z mlekiem, sobota rano.

 

To już pojutrze, do zobaczenia!

 

k.

1 grudnia, śnieg

Nie wiem, gdzie poszedł listopad. Wiem, gdzie byliśmy my:

 

w pachnącym drewnem domu moich rodziców w Gołębiu, gdzie Chałka tarzała się w błocie, a kuny zjadły nam samochodowe kable, dzięki czemu mogliśmy dzień dłużej siedzieć we troje pod kocem i oglądać ciągiem drugi sezon „Stranger Things” (już za chwilę „The Crown”, ale póki co wsiąkliśmy w „Mr Robot”);

 

w pachnącym pomarańczami domu na Grochowie, gdzie wszędzie prężą się światełka; ugotowałam w tym miesiącu niezliczone rondelki owsianki (ostatnio przeczę samej sobie i gotuję krótko, w posolonym tłustym mleku, jem z orzechami włoskimi i w systemie zupy jarzynowej – najpierw rzadkie, potem gęste, z lubością), kaszy kukurydzianej (z konfiturą pomarańczową i pistacjami), garnki kapuśniaku i pomidorówki z makaronem, generalnie zmieniam się w emeryta, ale honor domu ratuje Marcek, który leci po kolei po przepisach z Jamiego Olivera i zakochał się w sosie teriyaki. Z wyczynów: dawno nie wyszedł mi taki stek, jak przedwczoraj, krzepki kawał rostbefu zjedliśmy z bagietką, smażonymi na maśle pieczarkami z tymiankiem i majonezem, a komu było mało, mógł sobie jeszcze posmarować bułkę pasztetem z wątróbek z orzechami włoskimi i grubą warstwą palonego masła z szałwią z „Florentine”, kończąc wątek włoski, wczoraj zrobiłam dwie transze tiramisu – jedno klasyczne, a drugie jaśminowe z matchą, przepyszne!

 

nad piekarnikiem, próbując kilku po kolei słodkości z nowej książki Yotama. Każda z nich trochę mnie zawiodła – fistaszkowe herbatniki lepiły się niemiłosiernie i smakowały głównie jakby prażoną mąką (Tobie chyba by podeszły), ciasteczka anzac rozlazły na patelni, cytrynowe ciasto z makiem zzakalczyło, a żurawinowe ciastka w które wtłoczyłam piętnaście deko migdałów, skórkę z całej pomarańczy i tabliczkę białej czekolady, smakowały smutnym niczym.

 

we Wleniu, gdzie upadał złoty mit Polnej Zdrój, naszej kandydatki na wesele. Dawno nie miałam w gardle kuli łez na widok jedzenia. Nie przyznałam się, że jestem Kukbukiem, może to dlatego? A może to te słynne wysokie oczekiwania?

 

w kontakcie, gdzie zjadłam najlepszy chyba jak dotąd ichniejszy humus – z jogurtem, pikantnym masłem, koperkiem i grubą warstwą smażonych okruchów z chleba żytniego. Popiłam to dyniowym mlekiem z cynamonem i ostatecznie zdecydowałam, że dynia na słodko to koszmar;

 

w pracy, gdzie Tomek machnął dwie blachy bułeczek cynamonowych, ukręcił kilka garnków puree ziemniaczanego z masłem i śmietanką oraz upiekł trzy tarty tatin – obrosłam w policzki i ciasno mi w spodniach, znaczy zima;

 

w książkach – nowa japońska Joanna Bator wciągnęła mnie na amen, toteż kończę ten liścik i jadę do domu czytać. Mam chętkę na tofu.

 

k.

 

6 listopada, poniedziałek, widziałam słońce

Za nami złoty weekend, pełen wszystkiego, co sprawia, że jesień to moja ulubiona pora roku. Latem jest za gorąco, żeby było przytulnie. Spacer w chłodzie, psie nauki na terenie praskiego centrum kultury (mamy pierwszą przyjaciółkę, nazywa się Lusia i wygląda jak bochenek żytniego chleba, a w dotyku jest jak drożdżowe), kawa, kakao i ciasto marchewkowe u Krawca, nowa szeleszcząca pościel w kolorze brudnej zieleni, do tego brudny róż (paryski, jak mówi moja mama), szafir, miód i szmaragdowa narzuta, obraz pod tytulem łóżko zakończony, doskonały. Cynamonowe ślimaki z rodzynkami (nie wiem jak mogłam przeżyć tyle lat bez robota kuchennego, 150 g masła wgniótł w ciasto w trymiga, a ja stałam i patrzyłam, a potem jeszcze podziwiałam jak trze kilogram marchewki w półtorej minuty) i zimne mleko, praca domowa z haftu, nowe książki (Patrick Melrose), dużo czasu w mojej ulubionej piżamie w malwy, bakłażan w lepkim sosie teriyaki z dymką, chili i fistaszkami, chmurka ryżu, kino: „Pewnego razu w listopadzie” Jakimowskiego (strasznie mocny, wymiętolił mnie doszczętnie, a psie obrazy sprawiły, że gnaliśmy z powrotem do Chałki jak na skrzydłach, tulić ją i tarmosić), lody: Na końcu tęczy, mascarpone z jeżyną, kokos z czekoladą, pistacja. Jeśli chodzi o tą ostatnią, właśnie zamówiłam pół kilo, plus migdały i nową flaszkę wody różanej – do redakcji przyszła książka „Słodkie” i jak wszyscy jestem w niej ciężko zakochana.

 

Nie wiem czy słuchasz, bo chyba masz alergię (he he), ale dzisiejszy Aksamit Anny Gacek wyjątkowo ładny, wyśpiewuje przekleństwa niewinności. Tak ładny, że nie mogę wyjść z kuchni, mimo że tyłek drętwieje mi na zydelku, ale mam też widok na bawiącego się psa, sznur światełek (tak, już) i wstążki bluszczu oraz ten cały szereg utensylijnych wisielców, który tak lubisz. Za mną spacer po liściach ze smyczą w dłoni i paczką przysmaków w kieszeni, miska sałatki (David Lebovitz) z francuskiej soczewicy gotowanej z tymiankiem, chrupiącej włoszczyzną i orzechami włoskimi, posypanej pietruszką i fetą, ciepłej i mokrej od winegretu, który z braku octu winnego podlałam czerwonym winem, z korzyścią dla całości. Na deser petit yaourt. Smutków brak, chociaż się rozglądam.

 

k.

2 listopada, czwartek

Śniadanie: rozmoknięta skóra z chleba, tajemnicza plamka spod wiaty przystankowej, kasztan – to Chałka. Jej mokre całuski od momentu zmiany czasu budzą nas jeszcze wcześniej, ale to nie szkodzi, o ile pozwala mi potem pomiętosić ciepłe uszko, a pozwala na to zawsze, gdy akurat z pasją dziamie kość szpikową na środku naszej kanapy. A więc śniadanie: piwońska grahamka z anonimowym masłem, twarogiem strzałkowskim i znalezionym w redakcyjnej kuchni miodem spadziowym z pasieki Jeronimo Martins, tuż po balecie, który wymęczył (mnie i moje chrupiące lewe kolano)(i moje mięśnie brzucha, teraz nie mogę ich elegancko wciągać żeby prezentować się jak dama) jak dawno nie, czuję wszystkie swoje odcinki i po raz kolejny obiecuję sobie robić w domu deskę (a potem przypominam sobie, że wtedy Chałka wrzuca mi na plecy swoją gumową kość i pcha język do ucha). Ósma rano w czwartek to moja ulubiona godzina, zaraz po dziewiątej w sobotę. Wyjść z domu – to jest najtrudniejsze z codziennych zadań, potem jakoś leci, czasem nawet pięknie. Na przykład dziś, gdy na kolację zjem naleśniki w barze Prasowym i polecę na Muranów na drugie już zajęcia z haftu organizowane przez Zwykłe Życie. Tydzień temu były pupki i biusty, w planach zieleń, kosmos, abstrakcja, własny tamborek i dużo prezentów świątecznych.

 

Wczoraj: leniwy dzień w pościeli (to już się robi nudne, ale każdy ma prawo do zanudzania), chleb bananowy Waleckiej z posiekaną czekoladą, jabłka z masłem orzechowym na przegryzkę do serialu, pieczone w bladym od mascarpone sosie pomidorowym połówki mikrych bakłażanów, kulki mozzarelli, miska ciepłego kuskusu z oliwą cytrynową. Ostatnio nie wymuszam na sobie absolutnie żadnych ambicjonalnych popisów i jem rozkosznie jak leniwy prostak, którym zawsze podskórnie byłam – więcej niż trzy smaki na talerzu to już tłok (ulubione śniadanie: owsianka z płatkami kokosa; ulubiony obiad: polenta z sosem pomidorowym, ulubiony deser: jogurt z łyżką jagód ze słoika). Jak na życzenie przyszła więc do redakcji nowa książka Jamiego Olivera i po pierwszym kartkowaniu mam chyba z dziesięć zakładek. Niewymuszony kuchenny minimalizm jak ta lala, w dodatku sprytny, bo do puddingu Jamie wali cały słoik marmolady pomarańczowej (która mi zbywa, bo czasem tylko kładę ją na chleb z serem), a w ciastkach zamyka mielone suszone jabłka (których tony pobieram od babci i zapominam jeść). Pięć składników, dobra oliwa, tłusta śmietana, no i dobre puszki, słoiki, paczki i mrożonki, czyli podstawa, na której opiera się moje kulinarne poczucie bezpieczeństwa. Nie wstyd, tylko życie, przynajmniej na Grochowie.

 

Jutro: wielki dzień. Odbieram robota planetarnego, którego pomogła mi wybrać Liska (cmok!) i robię absurdalnie maślane drożdżowe.

 

k.

30 października, wietrzny poniedziałek

Tańczą liście, śmieci wokół kubłów i uszy mojego psa, najcieplejszy golf i wygrzebany w szmateksie wełniany płaszcz francuskiej licealistki Grzegorz przewiewa na wylot, a przecież arktyczne powietrze dopiero idzie! Nie wiem co to będzie, ale jakoś się nie boję – październik minął błyskiem, gorzej nie będzie. Podsumowanie przedstawia się jak poniżej.

 

Trzy weekendy temu Węgorzewo – spacery z płaczącym z kieszeni kociątkiem, które całe mokre wypełzło na moje i ulczyne buty ze sterty liści; od pani w aptece dostałyśmy kartonik mleka Klara i strzykawkę do karmienia, od straży miejskiej telefon i adres budki ratunkowej, brnęłyśmy przez rzeki błota, właziłyśmy na drzewa, pokonywałyśmy płoty, a ta piszcząca kulka wspinała się po szaliku i wysysała mleko z zagłębienia dłoni; wszystko skończyło się dobrze. Jedzenie przy okazji: pieczona dynia, kasza jaglana, ciastka imbirowe, krakersy serowe Smitten Kitchen, bardzo dużo orzechów, herbaty i wina.

 

Dwa weekendy temu łóżko na Grochowie – niekończący się maraton Friends, opowiadania Strout, felietony Masłowskiej, ciężka foremka zwykłego makaronu z ragu bolońskim i mozzarellą, chrupkie końce rurek, potrzeba węglowodania.

 

Weekend ten najświeższy – wycieczka do Wrocławia na parapetówkę (taką prawdziwą o zapachu tynku, z siedzeniem na podłodze i myciem rąk w bidecie, mój wkład: wiadome ciasto śliwkowe), pad thai i pampucha z szarpaną wieprzowiną, sosem majonezowym i orzeszkami w Ośmiu Miskach (na szczęście nie słabną) oraz śniadanie w pięknym acz nędznym Dinette. Z całego stołu talerzyków najlepszy był ten z drożdżowym rogalem z wiśniami i czekoladą.

 

Jestem bezsłowna i nie mam nic ciekawego do napisania. Zostawię tu tylko sobie za pamięci dwa kąski: lazanię z zieleniną i orzechami laskowymi Yotama czekoladowe ciasto Nigela z orzechami laskowymi, rozmarynem i rodzynkami w sherry. Cały ten rozdział jest miłością, ale pewnie go widziałaś, moje bycie na bieżąco kończy się tam, gdzie strefa komfortu.

 

k.

 

 

12 października, czwartek, leje

Mam mąkę na czole i pocięte dłonie, od twardej skórki warszawskich bagietek, których dziesięć testowaliśmy dziś w redakcji. Wszystkie były marną namiastką Francji, ale najlepiej smakowała nam ta z Saint Honoré – pełna błyszczących dziur i upudrowana. Ubiliśmy do tego wszystkiego masło z litra śmietanki (odlana maślanka smakowała jak królestwo, naprawdę), a Monika przyniosła dżem z gostomskich truskawek. Nie wyobrażam sobie lepszego scenariusza na bury czwartek i dorzucę do tego poranny balet i wolny wieczór. Z kolei tydzień temu przy tym samym stole zjadłam jedno z lepszych ciast tego roku, które w ramach testów przepisów upiekła Diana – ciężkie od syropu różanego, przykryte kołdrą z kwaśnej śmietany, wreszcie posypane pistacjami migdałowe cudo Yotama, z jego nowej książki, o której marzę jak o żadnej innej – w kwestii deserów ani na rynku wydawniczym ani w moim życiu dawno nie wydarzyło się nic równie porywającego.

 

Z ostatnich przygód na mieście: Kieliszki na Próżnej nakarmiły nas wczoraj ziemniaczanym rosti z jajem w koszuli i truflą, złotymi kapeluszami rydzów, serem i masłem, a na deser domową krówką z prażonymi orzechami laskowymi, chrupkim słonym ciastkiem i gałką lodów waniliowych. Tak rozpoczęły się jesienne obchody Restaurant Weeka. W planach jeszcze Dom Wódki, Dyletanci, Rozbrat20 (tak smutno wspominam tę drożdżówkę z malinami, którą podzieliłyśmy dawną wiosną czy jesienią, pamiętasz?) i U Tato, nowy Gruzin z Mokotowskiej.

 

Z przygód domowych: blacha ciasta pietruszkowego (z braku marchwi) z mąki migdałowej, z kokosem i pekanami, rumianego od korzennych przypraw, a po upieczeniu zalanego jeszcze gorącym masłem, miodem i maślanką (o tego). Pierwsze ciepłe kawałki zjedliśmy po długim deszczowym spacerze z Chałką, a popite mlekiem smakowały naprawdę rozkosznie, ale chyba tego nie powtórzę i nie polecę – nie wiem o co mi chodzi, ale rzadko kiedy jakiekolwiek ciasto smakuje mi dłużej, niż przez jeden dzień (za wyjątkiem sernika). Z kolei na obiad tego dnia zjedliśmy dwie podusie polenty, sos z szembeckich podgrzybków (od Liski) i uduszony z czosnkiem i skórką cytrynową tęczowy bukiet boćwiny i czarny jarmużu („wet polenta, winter greens” z niebieskiego tomu dzienników Nigela). Przez kolejne dni dojadałam ją jeszcze z prostym sosem pomidorowym, tym samym utwierdzając się w przekonaniu, że jedzenie które lubię najbardziej, to jedzenie dla ludzi bezzębnych. Przedwczoraj po raz pierwszy w życiu ugotowałam kapuśniak (z szembeckiej kapusty kiszonej, wspaniała, mogłabym jeść jak czipsy). Dramatycznie nie mam ochoty na mięso, za to codziennie na czekoladę. Poranne i popołudniowe spacery z Chałką są już po ciemku, a mimo to bardzo mi dobrze w tej porze roku, w swoich jesiennych ubraniach, książkach, piosenkach i zaplanowanych wycieczkach. Chyba już wiemy, gdzie chcemy urządzić przyjęcie ślubne. Ciekawe, czy zgadniesz.

 

Boże, daj sałaty, dziesięć bułek z masłem to jednak bardzo dużo.

 

k.

9 października, poniedziałek

Najpierw był ciężki kawałek quiche lorraine i pomidorki koktajlowe na ławce w parku, i jeszcze smukłe jambon beurre z Maison Landemaine, który mieliśmy prawie pod domem. Płynący reblochon i roquefort, drapiąca podniebienie, mocno opalona wiejska bagietka, solone masło z Bretanii i ciemne, drobne winogrona Muscat i to wszystko rozłożone na kraciastej poszewce kołdry, butelka Cotes du Rhone, dwie szklanki.

Pain au chocolat na trzy kęsy, pomięty croissant, pudełeczko fromage blanc (cztery procent tłuszczu, idealnie), herbata i mleko z widokiem na budzącą się nieśmiale jedenastą dzielnicę. Słońce liże dachy dopiero koło godziny 9, ale i wtedy trzeba mieć szalik i parasol. Bretońskie naleśniki w Breizh Cafe, kocham tę gryczaną koronkę, z płynącym jajkiem, gotowaną szynką, comte i kęsem masła topiącym się powoli na ciepłym brzegu. Sałata.

Kouign-amann, znów Bretania, do której chyba przynależę (chłodek, wiatr, sól w maśle i karmelu, naleśniki, jabłka – francuska Norwegia, poproszę za rok!), cudo jakiego jeszcze w ustach nie miałam, chrupiące cukrem i pełne masła, kupione na targu na Bastylii i po kęsie zjedzone w długiej deszczowej kolejce do Centre Pompidou (jeszcze Hockney, okazało się, że abstrakcja to dla mnie abstrakcja, ale portrety (par!), szkice, zdjęcia – miód). Na kolację wołowy tatar z frytkami, młode listki sałat z mocnym winegretem, kieliszek rosé.

Połówka bagietki z masłem i konfiturą, croissant listkujący się jak książka, kubek kawy, bochen chleba z miso (to już do plecaka). Montmartre pod prąd, nieznośnie tłoczny, nie wiem czemu zawsze tam jeżdżę, ale pewnie nie przestanę. Mrożona herbata, gardło i palce w KB, spacery po raz setny tymi samymi kątami, na obiad ciemne Buvette i wreszcie warzywo – sałatka z buraczków z siekanymi migdałami, cierpkim winegretem i łychą creme fraiche oraz dwa dymiące wulkany w ceramicznych naczynkach – hachis permentiere i brandade z porem, oba pełne puree i uszczelniające szpary w szaliku. I jeszcze tylko kilka sztabek comte do plecaka, kostka masła (zabrali nam na lotnisku, chociaż tak walczyłam!) i dom, gdzie czekał stęskniony pies i mój brat, który dostał się właśnie na doktorat do Gandawy (łączy nas moja droga genialne rodzeństwo) i ugotował nam (ale nie z tej okazji) pachnący tadżin z kurczaka z oliwkami i kuskusem. Odkąd w Warszawie jest Aromat i Krem, można tęsknić mniej, ale masło we Francji jest tańsze i to jest skandal i podwójny smutek, że jednak zabrali.

 

Dziś pierwszy raz pożałowałam, że nie wzięłam rękawiczek, ale rozgrzał mnie Kornel Filipowicz i jego kochana, dumna prowincja. „Poczułem, że mam w klatce piersiowej dziurę na wylot, coś w rodzaju otworów, jakie się widuje w rzeźbach Moore’a i pomyślałem, że przez ten otwór ktoś patrzący na mnie w tej chwili mógłby zobaczyć wyraźnie kawałek wnętrza mojego mieszkania ładnie wysprzątanego, z meblami, książkami, kolorowymi obrazami, a w tle nawet łąkę, rzekę, las, a może i niebo z obłokami?”.

 

k.

25 września, poniedziałek

Piąty dzień jesieni: gołe kostki i nadgarstki, na pierwsze śniadanie lato – mango zmiksowane z masłem orzechowym, na drugie wrzesień – rumiana malinówka w kieszeni (futerka, które kupiłam sobie wczoraj, kocham się w nim ale i nie mogę tego ewenementu przeżyć; styl do którego ewidentnie dążę, to „przedszkolak, którego ubierał tata” – im bardziej coś nie pasuje, tym bardziej pasuje plus nieuczesanie). Im więcej czasu spędzam pod kocem, tym bardziej jestem całkiem w porządku sobą. W kuchni wreszcie się dzieje: mujaddara z Food52 (ale przyprawiona jak w książce „Lubię”, cynamonem i kuminem), z kleksem miętowego jogurtu i grubą kołdrą smażonej cebulki, miękkie tacos z duszonym w pomidorach i kuminie batatem, złotymi boczniakami, sosem z awokado i czerwonym coleslawem z kolendrą (pierwszy raz od dawna zajrzałam do „My new roots” i przypomniałam sobie nasze przemiłe spotkanie nad pieczoną dynią na czarnym ryżu, polaną mandarynkowym tahini, daniem, którego nigdy nie zrobię, bo w tym celu musiałabym pamiętać o wcześniejszym namoczeniu ryżu), orzechowa szarlotka Waleckiej (przykra – nie wiem jakim cudem, ale piana wpłynęła między jabłka i całość smakowała jak mydło), wreszcie wczorajszą nocą wołowy gulasz Jamiego Olivera z dynią, marchewką, ziemniakami i połową butelki czerwonego wina z Apulii i z Lidla jednocześnie.

 

Z przeżyć szwędaczych: na sam koniec jesieni odkryliśmy dwie najlepsze chyba do tej pory warszawskie lodziarnie. Tłusty Kotek na Hożej karmi taką pistacją, że robi się słabo (gęsta i harda, prawie się nie topi i prawie nie jest słodka, a do tego chrupie orzechami pistacjowymi), a Na końcu tęczy przy placu Zbawiciela doprowadziło nas wczoraj do śmietanowych spazmów gałkami wielkimi jak pięść: mascarpone z czarną porzeczką, twaróg z krakersami i dla Marcka testowy solony karmel (czyli lodowy papierek lakmusowy). Szliśmy z rożkami w rękach wyludnioną niedzielnie Marszałkowską i wzdychaliśmy. Oby Kotka i Tęczy nie wykończyła zima, gdyż chcę powtórki.

 

Z marzeń na ten tydzień: polenta z fasolą i cavolo nero oraz pasztet wątróbkowy z kaparami z Florentine. A w sobotę fruniemy do Paryża, leżeć pod tamtejszym kocem z czwartym sezonem „Przyjaciół”, jeść bagietki z masłem i szynką, maczać porwane croissanty w konfiturze mlecznej, grzać ręce belgijskimi goframi faszerowanymi czekoladą, spacerować po liściach, no i uświadomić Marcka, dlaczego tak lubię to miasto, chociaż już wcale nie jestem pewna, czy jeszcze tak lubię. Au revoir!

 

k.

18 września, poniedziałek, leje

Mam wrażenie, że jesień jest zawsze, tylko na chwilę przerywa ją skwar lata. No więc teraz życie wróciło na właściwe sobie bure tory i najmilej wieść je w domowych pieleszach. Coraz mniej chce nam się jeść na mieście, bo rzadko kiedy można jeść na mieście z psem, ale to jeszcze bym przeżyła, gdyby nie fakt, że mało która knajpa potrafi mi ostatnio sprawić przyjemność. Może to wina pogody, ale jedyne na co mam ochotę, to rzeczy, które da się zalać ciepłym mlekiem, rzeczy które da się zalać szałwiowym masłem, rzeczy które je się z dobrym chlebem i śliwki. Mało która knajpa spełnia takie wymagania, jedynie mój dom. Top 3 rozkoszy, jakie wydała kuchnia na Podskarbińskiej w ostatnim tygodniu to: żytni tost obficie załadowany kupionymi na Szembeku (nowy ulubiony bazar) kurkami w maśle i tymianku; bakłażanowa zapiekanka z ricottą z przepisy Rachel Roddy (ta), którą robiłam osiem godzin, nasączając wonią tłuszczu całe mieszkanie, ale było warto; crumble ze śliwkami Nigela Slatera, z mąką migdałową i orkiszową (z „Tender” nr 2)(a te śliwki podgotowane z gałązką rozmarynu, brązowym cukrem i plastrem masła), które zjedliśmy z gęstą jak masło creme fraiche, które przywiozła z Brukseli Monia. Na wczorajszą kolację do łóżka gorący ryż na mleku (i „Jumanji”), a dziś, na chorobowym, kanapki z jajkiem i krupnik z warzyw z działki. W życiu piecucha to są wartości najwyższe.

 

Czytam „Moją dumną prowincję” Kornela Filipowicza i jest to rzecz piękna, tak bardzo, że robię to powoli. W kolejce same oczekiwania: na książkę Pablopavo, który mnie niezmiennie wzrusza gdy leci w radiu, a ja myję naczynia (wiem że to czyja inna, ale czy ktoś jeszcze płacze jak bober przy tej piosence, w której „już nie ma sąsiadki, co plotła makatki”?), nową Elizabeth Strout, nowego Witkowskiego i Yanagiharę. Chałce wypadają mleczaki i poznała słodki smak snu w otwartej walizce, na mojej sukience z trzeciego w tym roku wesela. Aksamitne uszy muskające łydki, mokre całuski przed siódmą rano, dodatkowa godzina codziennego spaceru, samochód pachnący kostką szpikową – to nowa, wspaniała rutyna.

 

k.

4 września, poniedziałek

Zapomniany już sierpień był miesiącem fine diningu. Nie jest to mój ulubiony rodzaj kulinarnych doświadczeń, gdyż nad kwiaty i pudry w talerzu przedkładam porządną panierkę, masełko i błogość płynącą z tarzania się w glutenie, ale przeżyłam dania warte zanotowania, a już zwłaszcza w takim dzienniku.

 

Po pierwsze – Kopenhaga, gdzie trafiliśmy na pożegnalny wakacyjny weekend. Drużyna Restaurant Weeka zabrała mnie ze sobą do ślicznej jak film Wesa Andersona kultowej podobno restauracji 108, gdzie na stół wjechały młode cukinie w niepokojącym płynie smakującym jak kompot z suszu, miski kwiatowych sałat na kwaśnym jak czort puree z zieleniny oraz na szczęście cudowny, ciepły chleb w stylu francuskim i kilka miseczek z ubitym masłem. Dania główne zagrały lepiej – jędrna biała ryba z siekaną sałatką z młodej kukurydzy i wieprzowy brzuszek utaplany w demiglasie z agrestem, bzem i wędzonym masłem, a do zagryzienia majstersztyk – łuk ulepiony z cieniutkich plasterków kwaśnego jabłka, upudrowany porzeczką, ale nadal wygrywał z tym wszystkim chleb z masłem. A desery… Myślę, że mogłabyś się bardzo wzruszyć: rabarbarowy – lody, krem, skorupka, puder, sok, wszystko aż świdrujące w sam początek języka, i deser las: sorbet z czarnej porzeczki, pączki sosny i domowe mleko z młodych, lekko uprażonych orzechów laskowych. Wylizywaliśmy to mleko palcami, do ostatnich kropli, ze wspólnych misek.

 

Drugi uroczysty obiad zjedliśmy w Barr, czyli tam, gdzie jeszcze niedawno była Noma i to już było przeżycie. Z karty zamówiliśmy wszystko po dwa razy, ale było nas tyle, że pamiętam tylko kęsy: sznycla z kaparowym masłem, groszkiem, tartym chrzanem i bitą kwaśną śmietaną, młode ziemniaki z kozim masłem i lubczykiem, pieczone kurczę z sałatką z kukurydzy, kurek i holenderskim sosem jus, no i puszyste masło, kubeczek smalcu i chleb. Wafle z południowej Jutlandii, z malinami i miseczką tłustej śmietany z kapką oleju lnianego i lody sosnowe z jagodami. Na deser spacer po korytarzach Nomy, patrzeć na te wszystkie pudełeczka, książki, fartuchy z nazwiskami, tablice z rozpisanymi smakami, twarze z filmów – to było coś.

 

W ten krótki weekend zjedliśmy więcej różności, niż przez minione dwa tygodnie w Norwegii, gdzie jednak rządził makaron, płatki owsiane i ryż. Lepiej niż fine dining wspominam jednak kąski uliczne: fish&chips z jędrnym dorszem, grubymi, parzącymi w palce frytkami i sosem tatarskim czy pączka w cukrze nadzianego creme brule, oba dalekie od subtelności.

 

(Ostatni fine, jaki nas spotkał, to warszawska Nolita – wędzone serca pomidorów, pomidorowy tatar i domowy ocet truskawkowy; tatar z tuńczyka z kalarepą i lodami z yuzu, fantastyczny kulbin z gałką puree z wasabi i prażynką z ziołami, francuska cielęcina, od której jęknęłam, skąpana w grzybach, oprószona truflą, chrupiąca ziemniakami allumette wreszcie waniliowa pianka z pistacjami i maliną, a na koniec mała eksplozja marakui z okrągłej praliny – czysta rozkosz, nie tylko na talerzu, bo od dobry wieczór od kamerdynera otwierającego drzwi, przez pachnące zagranicą mydło w pięknej łazience, po nienaganną obsługę, która uszanowała naszą bidę z nędzą i dopasowała do posiłku wino w przyjemnej cenie)

 

Kopenhaga to najpiękniejsze kubki, czarki, talerze, tkane serwetki i bieżniki, miski, filiżanki do espresso i dzbanki do kawy. Najmilsze mieszkania do podglądania przez okna nocą, najpiękniej pachnące bułki z cynamonem, no i wreszcie owsianka w Grød, którą z lubością pożarłam na jedno ze śniadań (z kompotem jagodowym, prażonymi orzechami laskowymi i dulce de leche) (czy Matko toleruje owsiankę? Marcek krzywi się na nią bardzo, bardzo brzydko, zjadł tylko słodkie z wierzchu). Ale chyba wyrosłam z chęci mieszkania tam – miasto, choć piękne, jednak jak każde inne. Chcę domku w lesie, zwłaszcza dziś, kiedy mży i wieje, a mój mały pies jest smutny, gdy wychodzimy rano do pracy. Schować się, piec ciasto (wczoraj przez trzy godziny robiłam bougatsę: pachnący pomarańczami krem, złote od masła płatki filo, cynamon i cukier puder, na nosie, na stole, trzy talerzyki, mój, Marcka i Uli), gotować zupę i żeby już była głęboka jesień.

 

k.