Category: Lewa

6 listopada, poniedziałek, widziałam słońce

Za nami złoty weekend, pełen wszystkiego, co sprawia, że jesień to moja ulubiona pora roku. Latem jest za gorąco, żeby było przytulnie. Spacer w chłodzie, psie nauki na terenie praskiego centrum kultury (mamy pierwszą przyjaciółkę, nazywa się Lusia i wygląda jak bochenek żytniego chleba, a w dotyku jest jak drożdżowe), kawa, kakao i ciasto marchewkowe u Krawca, nowa szeleszcząca pościel w kolorze brudnej zieleni, do tego brudny róż (paryski, jak mówi moja mama), szafir, miód i szmaragdowa narzuta, obraz pod tytulem łóżko zakończony, doskonały. Cynamonowe ślimaki z rodzynkami (nie wiem jak mogłam przeżyć tyle lat bez robota kuchennego, 150 g masła wgniótł w ciasto w trymiga, a ja stałam i patrzyłam, a potem jeszcze podziwiałam jak trze kilogram marchewki w półtorej minuty) i zimne mleko, praca domowa z haftu, nowe książki (Patrick Melrose), dużo czasu w mojej ulubionej piżamie w malwy, bakłażan w lepkim sosie teriyaki z dymką, chili i fistaszkami, chmurka ryżu, kino: „Pewnego razu w listopadzie” Jakimowskiego (strasznie mocny, wymiętolił mnie doszczętnie, a psie obrazy sprawiły, że gnaliśmy z powrotem do Chałki jak na skrzydłach, tulić ją i tarmosić), lody: Na końcu tęczy, mascarpone z jeżyną, kokos z czekoladą, pistacja. Jeśli chodzi o tą ostatnią, właśnie zamówiłam pół kilo, plus migdały i nową flaszkę wody różanej – do redakcji przyszła książka „Słodkie” i jak wszyscy jestem w niej ciężko zakochana.

 

Nie wiem czy słuchasz, bo chyba masz alergię (he he), ale dzisiejszy Aksamit Anny Gacek wyjątkowo ładny, wyśpiewuje przekleństwa niewinności. Tak ładny, że nie mogę wyjść z kuchni, mimo że tyłek drętwieje mi na zydelku, ale mam też widok na bawiącego się psa, sznur światełek (tak, już) i wstążki bluszczu oraz ten cały szereg utensylijnych wisielców, który tak lubisz. Za mną spacer po liściach ze smyczą w dłoni i paczką przysmaków w kieszeni, miska sałatki (David Lebovitz) z francuskiej soczewicy gotowanej z tymiankiem, chrupiącej włoszczyzną i orzechami włoskimi, posypanej pietruszką i fetą, ciepłej i mokrej od winegretu, który z braku octu winnego podlałam czerwonym winem, z korzyścią dla całości. Na deser petit yaourt. Smutków brak, chociaż się rozglądam.

 

k.

2 listopada, czwartek

Śniadanie: rozmoknięta skóra z chleba, tajemnicza plamka spod wiaty przystankowej, kasztan – to Chałka. Jej mokre całuski od momentu zmiany czasu budzą nas jeszcze wcześniej, ale to nie szkodzi, o ile pozwala mi potem pomiętosić ciepłe uszko, a pozwala na to zawsze, gdy akurat z pasją dziamie kość szpikową na środku naszej kanapy. A więc śniadanie: piwońska grahamka z anonimowym masłem, twarogiem strzałkowskim i znalezionym w redakcyjnej kuchni miodem spadziowym z pasieki Jeronimo Martins, tuż po balecie, który wymęczył (mnie i moje chrupiące lewe kolano)(i moje mięśnie brzucha, teraz nie mogę ich elegancko wciągać żeby prezentować się jak dama) jak dawno nie, czuję wszystkie swoje odcinki i po raz kolejny obiecuję sobie robić w domu deskę (a potem przypominam sobie, że wtedy Chałka wrzuca mi na plecy swoją gumową kość i pcha język do ucha). Ósma rano w czwartek to moja ulubiona godzina, zaraz po dziewiątej w sobotę. Wyjść z domu – to jest najtrudniejsze z codziennych zadań, potem jakoś leci, czasem nawet pięknie. Na przykład dziś, gdy na kolację zjem naleśniki w barze Prasowym i polecę na Muranów na drugie już zajęcia z haftu organizowane przez Zwykłe Życie. Tydzień temu były pupki i biusty, w planach zieleń, kosmos, abstrakcja, własny tamborek i dużo prezentów świątecznych.

 

Wczoraj: leniwy dzień w pościeli (to już się robi nudne, ale każdy ma prawo do zanudzania), chleb bananowy Waleckiej z posiekaną czekoladą, jabłka z masłem orzechowym na przegryzkę do serialu, pieczone w bladym od mascarpone sosie pomidorowym połówki mikrych bakłażanów, kulki mozzarelli, miska ciepłego kuskusu z oliwą cytrynową. Ostatnio nie wymuszam na sobie absolutnie żadnych ambicjonalnych popisów i jem rozkosznie jak leniwy prostak, którym zawsze podskórnie byłam – więcej niż trzy smaki na talerzu to już tłok (ulubione śniadanie: owsianka z płatkami kokosa; ulubiony obiad: polenta z sosem pomidorowym, ulubiony deser: jogurt z łyżką jagód ze słoika). Jak na życzenie przyszła więc do redakcji nowa książka Jamiego Olivera i po pierwszym kartkowaniu mam chyba z dziesięć zakładek. Niewymuszony kuchenny minimalizm jak ta lala, w dodatku sprytny, bo do puddingu Jamie wali cały słoik marmolady pomarańczowej (która mi zbywa, bo czasem tylko kładę ją na chleb z serem), a w ciastkach zamyka mielone suszone jabłka (których tony pobieram od babci i zapominam jeść). Pięć składników, dobra oliwa, tłusta śmietana, no i dobre puszki, słoiki, paczki i mrożonki, czyli podstawa, na której opiera się moje kulinarne poczucie bezpieczeństwa. Nie wstyd, tylko życie, przynajmniej na Grochowie.

 

Jutro: wielki dzień. Odbieram robota planetarnego, którego pomogła mi wybrać Liska (cmok!) i robię absurdalnie maślane drożdżowe.

 

k.

30 października, wietrzny poniedziałek

Tańczą liście, śmieci wokół kubłów i uszy mojego psa, najcieplejszy golf i wygrzebany w szmateksie wełniany płaszcz francuskiej licealistki Grzegorz przewiewa na wylot, a przecież arktyczne powietrze dopiero idzie! Nie wiem co to będzie, ale jakoś się nie boję – październik minął błyskiem, gorzej nie będzie. Podsumowanie przedstawia się jak poniżej.

 

Trzy weekendy temu Węgorzewo – spacery z płaczącym z kieszeni kociątkiem, które całe mokre wypełzło na moje i ulczyne buty ze sterty liści; od pani w aptece dostałyśmy kartonik mleka Klara i strzykawkę do karmienia, od straży miejskiej telefon i adres budki ratunkowej, brnęłyśmy przez rzeki błota, właziłyśmy na drzewa, pokonywałyśmy płoty, a ta piszcząca kulka wspinała się po szaliku i wysysała mleko z zagłębienia dłoni; wszystko skończyło się dobrze. Jedzenie przy okazji: pieczona dynia, kasza jaglana, ciastka imbirowe, krakersy serowe Smitten Kitchen, bardzo dużo orzechów, herbaty i wina.

 

Dwa weekendy temu łóżko na Grochowie – niekończący się maraton Friends, opowiadania Strout, felietony Masłowskiej, ciężka foremka zwykłego makaronu z ragu bolońskim i mozzarellą, chrupkie końce rurek, potrzeba węglowodania.

 

Weekend ten najświeższy – wycieczka do Wrocławia na parapetówkę (taką prawdziwą o zapachu tynku, z siedzeniem na podłodze i myciem rąk w bidecie, mój wkład: wiadome ciasto śliwkowe), pad thai i pampucha z szarpaną wieprzowiną, sosem majonezowym i orzeszkami w Ośmiu Miskach (na szczęście nie słabną) oraz śniadanie w pięknym acz nędznym Dinette. Z całego stołu talerzyków najlepszy był ten z drożdżowym rogalem z wiśniami i czekoladą.

 

Jestem bezsłowna i nie mam nic ciekawego do napisania. Zostawię tu tylko sobie za pamięci dwa kąski: lazanię z zieleniną i orzechami laskowymi Yotama czekoladowe ciasto Nigela z orzechami laskowymi, rozmarynem i rodzynkami w sherry. Cały ten rozdział jest miłością, ale pewnie go widziałaś, moje bycie na bieżąco kończy się tam, gdzie strefa komfortu.

 

k.

 

 

12 października, czwartek, leje

Mam mąkę na czole i pocięte dłonie, od twardej skórki warszawskich bagietek, których dziesięć testowaliśmy dziś w redakcji. Wszystkie były marną namiastką Francji, ale najlepiej smakowała nam ta z Saint Honoré – pełna błyszczących dziur i upudrowana. Ubiliśmy do tego wszystkiego masło z litra śmietanki (odlana maślanka smakowała jak królestwo, naprawdę), a Monika przyniosła dżem z gostomskich truskawek. Nie wyobrażam sobie lepszego scenariusza na bury czwartek i dorzucę do tego poranny balet i wolny wieczór. Z kolei tydzień temu przy tym samym stole zjadłam jedno z lepszych ciast tego roku, które w ramach testów przepisów upiekła Diana – ciężkie od syropu różanego, przykryte kołdrą z kwaśnej śmietany, wreszcie posypane pistacjami migdałowe cudo Yotama, z jego nowej książki, o której marzę jak o żadnej innej – w kwestii deserów ani na rynku wydawniczym ani w moim życiu dawno nie wydarzyło się nic równie porywającego.

 

Z ostatnich przygód na mieście: Kieliszki na Próżnej nakarmiły nas wczoraj ziemniaczanym rosti z jajem w koszuli i truflą, złotymi kapeluszami rydzów, serem i masłem, a na deser domową krówką z prażonymi orzechami laskowymi, chrupkim słonym ciastkiem i gałką lodów waniliowych. Tak rozpoczęły się jesienne obchody Restaurant Weeka. W planach jeszcze Dom Wódki, Dyletanci, Rozbrat20 (tak smutno wspominam tę drożdżówkę z malinami, którą podzieliłyśmy dawną wiosną czy jesienią, pamiętasz?) i U Tato, nowy Gruzin z Mokotowskiej.

 

Z przygód domowych: blacha ciasta pietruszkowego (z braku marchwi) z mąki migdałowej, z kokosem i pekanami, rumianego od korzennych przypraw, a po upieczeniu zalanego jeszcze gorącym masłem, miodem i maślanką (o tego). Pierwsze ciepłe kawałki zjedliśmy po długim deszczowym spacerze z Chałką, a popite mlekiem smakowały naprawdę rozkosznie, ale chyba tego nie powtórzę i nie polecę – nie wiem o co mi chodzi, ale rzadko kiedy jakiekolwiek ciasto smakuje mi dłużej, niż przez jeden dzień (za wyjątkiem sernika). Z kolei na obiad tego dnia zjedliśmy dwie podusie polenty, sos z szembeckich podgrzybków (od Liski) i uduszony z czosnkiem i skórką cytrynową tęczowy bukiet boćwiny i czarny jarmużu („wet polenta, winter greens” z niebieskiego tomu dzienników Nigela). Przez kolejne dni dojadałam ją jeszcze z prostym sosem pomidorowym, tym samym utwierdzając się w przekonaniu, że jedzenie które lubię najbardziej, to jedzenie dla ludzi bezzębnych. Przedwczoraj po raz pierwszy w życiu ugotowałam kapuśniak (z szembeckiej kapusty kiszonej, wspaniała, mogłabym jeść jak czipsy). Dramatycznie nie mam ochoty na mięso, za to codziennie na czekoladę. Poranne i popołudniowe spacery z Chałką są już po ciemku, a mimo to bardzo mi dobrze w tej porze roku, w swoich jesiennych ubraniach, książkach, piosenkach i zaplanowanych wycieczkach. Chyba już wiemy, gdzie chcemy urządzić przyjęcie ślubne. Ciekawe, czy zgadniesz.

 

Boże, daj sałaty, dziesięć bułek z masłem to jednak bardzo dużo.

 

k.

9 października, poniedziałek

Najpierw był ciężki kawałek quiche lorraine i pomidorki koktajlowe na ławce w parku, i jeszcze smukłe jambon beurre z Maison Landemaine, który mieliśmy prawie pod domem. Płynący reblochon i roquefort, drapiąca podniebienie, mocno opalona wiejska bagietka, solone masło z Bretanii i ciemne, drobne winogrona Muscat i to wszystko rozłożone na kraciastej poszewce kołdry, butelka Cotes du Rhone, dwie szklanki.

Pain au chocolat na trzy kęsy, pomięty croissant, pudełeczko fromage blanc (cztery procent tłuszczu, idealnie), herbata i mleko z widokiem na budzącą się nieśmiale jedenastą dzielnicę. Słońce liże dachy dopiero koło godziny 9, ale i wtedy trzeba mieć szalik i parasol. Bretońskie naleśniki w Breizh Cafe, kocham tę gryczaną koronkę, z płynącym jajkiem, gotowaną szynką, comte i kęsem masła topiącym się powoli na ciepłym brzegu. Sałata.

Kouign-amann, znów Bretania, do której chyba przynależę (chłodek, wiatr, sól w maśle i karmelu, naleśniki, jabłka – francuska Norwegia, poproszę za rok!), cudo jakiego jeszcze w ustach nie miałam, chrupiące cukrem i pełne masła, kupione na targu na Bastylii i po kęsie zjedzone w długiej deszczowej kolejce do Centre Pompidou (jeszcze Hockney, okazało się, że abstrakcja to dla mnie abstrakcja, ale portrety (par!), szkice, zdjęcia – miód). Na kolację wołowy tatar z frytkami, młode listki sałat z mocnym winegretem, kieliszek rosé.

Połówka bagietki z masłem i konfiturą, croissant listkujący się jak książka, kubek kawy, bochen chleba z miso (to już do plecaka). Montmartre pod prąd, nieznośnie tłoczny, nie wiem czemu zawsze tam jeżdżę, ale pewnie nie przestanę. Mrożona herbata, gardło i palce w KB, spacery po raz setny tymi samymi kątami, na obiad ciemne Buvette i wreszcie warzywo – sałatka z buraczków z siekanymi migdałami, cierpkim winegretem i łychą creme fraiche oraz dwa dymiące wulkany w ceramicznych naczynkach – hachis permentiere i brandade z porem, oba pełne puree i uszczelniające szpary w szaliku. I jeszcze tylko kilka sztabek comte do plecaka, kostka masła (zabrali nam na lotnisku, chociaż tak walczyłam!) i dom, gdzie czekał stęskniony pies i mój brat, który dostał się właśnie na doktorat do Gandawy (łączy nas moja droga genialne rodzeństwo) i ugotował nam (ale nie z tej okazji) pachnący tadżin z kurczaka z oliwkami i kuskusem. Odkąd w Warszawie jest Aromat i Krem, można tęsknić mniej, ale masło we Francji jest tańsze i to jest skandal i podwójny smutek, że jednak zabrali.

 

Dziś pierwszy raz pożałowałam, że nie wzięłam rękawiczek, ale rozgrzał mnie Kornel Filipowicz i jego kochana, dumna prowincja. „Poczułem, że mam w klatce piersiowej dziurę na wylot, coś w rodzaju otworów, jakie się widuje w rzeźbach Moore’a i pomyślałem, że przez ten otwór ktoś patrzący na mnie w tej chwili mógłby zobaczyć wyraźnie kawałek wnętrza mojego mieszkania ładnie wysprzątanego, z meblami, książkami, kolorowymi obrazami, a w tle nawet łąkę, rzekę, las, a może i niebo z obłokami?”.

 

k.

25 września, poniedziałek

Piąty dzień jesieni: gołe kostki i nadgarstki, na pierwsze śniadanie lato – mango zmiksowane z masłem orzechowym, na drugie wrzesień – rumiana malinówka w kieszeni (futerka, które kupiłam sobie wczoraj, kocham się w nim ale i nie mogę tego ewenementu przeżyć; styl do którego ewidentnie dążę, to „przedszkolak, którego ubierał tata” – im bardziej coś nie pasuje, tym bardziej pasuje plus nieuczesanie). Im więcej czasu spędzam pod kocem, tym bardziej jestem całkiem w porządku sobą. W kuchni wreszcie się dzieje: mujaddara z Food52 (ale przyprawiona jak w książce „Lubię”, cynamonem i kuminem), z kleksem miętowego jogurtu i grubą kołdrą smażonej cebulki, miękkie tacos z duszonym w pomidorach i kuminie batatem, złotymi boczniakami, sosem z awokado i czerwonym coleslawem z kolendrą (pierwszy raz od dawna zajrzałam do „My new roots” i przypomniałam sobie nasze przemiłe spotkanie nad pieczoną dynią na czarnym ryżu, polaną mandarynkowym tahini, daniem, którego nigdy nie zrobię, bo w tym celu musiałabym pamiętać o wcześniejszym namoczeniu ryżu), orzechowa szarlotka Waleckiej (przykra – nie wiem jakim cudem, ale piana wpłynęła między jabłka i całość smakowała jak mydło), wreszcie wczorajszą nocą wołowy gulasz Jamiego Olivera z dynią, marchewką, ziemniakami i połową butelki czerwonego wina z Apulii i z Lidla jednocześnie.

 

Z przeżyć szwędaczych: na sam koniec jesieni odkryliśmy dwie najlepsze chyba do tej pory warszawskie lodziarnie. Tłusty Kotek na Hożej karmi taką pistacją, że robi się słabo (gęsta i harda, prawie się nie topi i prawie nie jest słodka, a do tego chrupie orzechami pistacjowymi), a Na końcu tęczy przy placu Zbawiciela doprowadziło nas wczoraj do śmietanowych spazmów gałkami wielkimi jak pięść: mascarpone z czarną porzeczką, twaróg z krakersami i dla Marcka testowy solony karmel (czyli lodowy papierek lakmusowy). Szliśmy z rożkami w rękach wyludnioną niedzielnie Marszałkowską i wzdychaliśmy. Oby Kotka i Tęczy nie wykończyła zima, gdyż chcę powtórki.

 

Z marzeń na ten tydzień: polenta z fasolą i cavolo nero oraz pasztet wątróbkowy z kaparami z Florentine. A w sobotę fruniemy do Paryża, leżeć pod tamtejszym kocem z czwartym sezonem „Przyjaciół”, jeść bagietki z masłem i szynką, maczać porwane croissanty w konfiturze mlecznej, grzać ręce belgijskimi goframi faszerowanymi czekoladą, spacerować po liściach, no i uświadomić Marcka, dlaczego tak lubię to miasto, chociaż już wcale nie jestem pewna, czy jeszcze tak lubię. Au revoir!

 

k.

18 września, poniedziałek, leje

Mam wrażenie, że jesień jest zawsze, tylko na chwilę przerywa ją skwar lata. No więc teraz życie wróciło na właściwe sobie bure tory i najmilej wieść je w domowych pieleszach. Coraz mniej chce nam się jeść na mieście, bo rzadko kiedy można jeść na mieście z psem, ale to jeszcze bym przeżyła, gdyby nie fakt, że mało która knajpa potrafi mi ostatnio sprawić przyjemność. Może to wina pogody, ale jedyne na co mam ochotę, to rzeczy, które da się zalać ciepłym mlekiem, rzeczy które da się zalać szałwiowym masłem, rzeczy które je się z dobrym chlebem i śliwki. Mało która knajpa spełnia takie wymagania, jedynie mój dom. Top 3 rozkoszy, jakie wydała kuchnia na Podskarbińskiej w ostatnim tygodniu to: żytni tost obficie załadowany kupionymi na Szembeku (nowy ulubiony bazar) kurkami w maśle i tymianku; bakłażanowa zapiekanka z ricottą z przepisy Rachel Roddy (ta), którą robiłam osiem godzin, nasączając wonią tłuszczu całe mieszkanie, ale było warto; crumble ze śliwkami Nigela Slatera, z mąką migdałową i orkiszową (z „Tender” nr 2)(a te śliwki podgotowane z gałązką rozmarynu, brązowym cukrem i plastrem masła), które zjedliśmy z gęstą jak masło creme fraiche, które przywiozła z Brukseli Monia. Na wczorajszą kolację do łóżka gorący ryż na mleku (i „Jumanji”), a dziś, na chorobowym, kanapki z jajkiem i krupnik z warzyw z działki. W życiu piecucha to są wartości najwyższe.

 

Czytam „Moją dumną prowincję” Kornela Filipowicza i jest to rzecz piękna, tak bardzo, że robię to powoli. W kolejce same oczekiwania: na książkę Pablopavo, który mnie niezmiennie wzrusza gdy leci w radiu, a ja myję naczynia (wiem że to czyja inna, ale czy ktoś jeszcze płacze jak bober przy tej piosence, w której „już nie ma sąsiadki, co plotła makatki”?), nową Elizabeth Strout, nowego Witkowskiego i Yanagiharę. Chałce wypadają mleczaki i poznała słodki smak snu w otwartej walizce, na mojej sukience z trzeciego w tym roku wesela. Aksamitne uszy muskające łydki, mokre całuski przed siódmą rano, dodatkowa godzina codziennego spaceru, samochód pachnący kostką szpikową – to nowa, wspaniała rutyna.

 

k.

4 września, poniedziałek

Zapomniany już sierpień był miesiącem fine diningu. Nie jest to mój ulubiony rodzaj kulinarnych doświadczeń, gdyż nad kwiaty i pudry w talerzu przedkładam porządną panierkę, masełko i błogość płynącą z tarzania się w glutenie, ale przeżyłam dania warte zanotowania, a już zwłaszcza w takim dzienniku.

 

Po pierwsze – Kopenhaga, gdzie trafiliśmy na pożegnalny wakacyjny weekend. Drużyna Restaurant Weeka zabrała mnie ze sobą do ślicznej jak film Wesa Andersona kultowej podobno restauracji 108, gdzie na stół wjechały młode cukinie w niepokojącym płynie smakującym jak kompot z suszu, miski kwiatowych sałat na kwaśnym jak czort puree z zieleniny oraz na szczęście cudowny, ciepły chleb w stylu francuskim i kilka miseczek z ubitym masłem. Dania główne zagrały lepiej – jędrna biała ryba z siekaną sałatką z młodej kukurydzy i wieprzowy brzuszek utaplany w demiglasie z agrestem, bzem i wędzonym masłem, a do zagryzienia majstersztyk – łuk ulepiony z cieniutkich plasterków kwaśnego jabłka, upudrowany porzeczką, ale nadal wygrywał z tym wszystkim chleb z masłem. A desery… Myślę, że mogłabyś się bardzo wzruszyć: rabarbarowy – lody, krem, skorupka, puder, sok, wszystko aż świdrujące w sam początek języka, i deser las: sorbet z czarnej porzeczki, pączki sosny i domowe mleko z młodych, lekko uprażonych orzechów laskowych. Wylizywaliśmy to mleko palcami, do ostatnich kropli, ze wspólnych misek.

 

Drugi uroczysty obiad zjedliśmy w Barr, czyli tam, gdzie jeszcze niedawno była Noma i to już było przeżycie. Z karty zamówiliśmy wszystko po dwa razy, ale było nas tyle, że pamiętam tylko kęsy: sznycla z kaparowym masłem, groszkiem, tartym chrzanem i bitą kwaśną śmietaną, młode ziemniaki z kozim masłem i lubczykiem, pieczone kurczę z sałatką z kukurydzy, kurek i holenderskim sosem jus, no i puszyste masło, kubeczek smalcu i chleb. Wafle z południowej Jutlandii, z malinami i miseczką tłustej śmietany z kapką oleju lnianego i lody sosnowe z jagodami. Na deser spacer po korytarzach Nomy, patrzeć na te wszystkie pudełeczka, książki, fartuchy z nazwiskami, tablice z rozpisanymi smakami, twarze z filmów – to było coś.

 

W ten krótki weekend zjedliśmy więcej różności, niż przez minione dwa tygodnie w Norwegii, gdzie jednak rządził makaron, płatki owsiane i ryż. Lepiej niż fine dining wspominam jednak kąski uliczne: fish&chips z jędrnym dorszem, grubymi, parzącymi w palce frytkami i sosem tatarskim czy pączka w cukrze nadzianego creme brule, oba dalekie od subtelności.

 

(Ostatni fine, jaki nas spotkał, to warszawska Nolita – wędzone serca pomidorów, pomidorowy tatar i domowy ocet truskawkowy; tatar z tuńczyka z kalarepą i lodami z yuzu, fantastyczny kulbin z gałką puree z wasabi i prażynką z ziołami, francuska cielęcina, od której jęknęłam, skąpana w grzybach, oprószona truflą, chrupiąca ziemniakami allumette wreszcie waniliowa pianka z pistacjami i maliną, a na koniec mała eksplozja marakui z okrągłej praliny – czysta rozkosz, nie tylko na talerzu, bo od dobry wieczór od kamerdynera otwierającego drzwi, przez pachnące zagranicą mydło w pięknej łazience, po nienaganną obsługę, która uszanowała naszą bidę z nędzą i dopasowała do posiłku wino w przyjemnej cenie)

 

Kopenhaga to najpiękniejsze kubki, czarki, talerze, tkane serwetki i bieżniki, miski, filiżanki do espresso i dzbanki do kawy. Najmilsze mieszkania do podglądania przez okna nocą, najpiękniej pachnące bułki z cynamonem, no i wreszcie owsianka w Grød, którą z lubością pożarłam na jedno ze śniadań (z kompotem jagodowym, prażonymi orzechami laskowymi i dulce de leche) (czy Matko toleruje owsiankę? Marcek krzywi się na nią bardzo, bardzo brzydko, zjadł tylko słodkie z wierzchu). Ale chyba wyrosłam z chęci mieszkania tam – miasto, choć piękne, jednak jak każde inne. Chcę domku w lesie, zwłaszcza dziś, kiedy mży i wieje, a mój mały pies jest smutny, gdy wychodzimy rano do pracy. Schować się, piec ciasto (wczoraj przez trzy godziny robiłam bougatsę: pachnący pomarańczami krem, złote od masła płatki filo, cynamon i cukier puder, na nosie, na stole, trzy talerzyki, mój, Marcka i Uli), gotować zupę i żeby już była głęboka jesień.

 

k.

 

 

 

28 sierpnia, chłodek

Klasyk – kiedy połechcze mnie pajda z masłem, mogę pisać peany, a gdy dzieje się coś prawdziwego, nie umiem tego ubrać w słowa. Z norweskich lasów wróciliśmy tydzień temu, ale adaptacja trwa nadal. Pies przyzwyczaił się do nas na nowo, roślinki trochę strzeliły w górę dzięki regularnemu pojeniu przez Monię, Warszawa jakby gładsza (i już nawet nie marzę tak rozpaczliwie o przeprowadzce do Kopenhagi), a w pracy świat się nie zawalił – to miło, ale też miałko.

 

Tęsknię za lasem, prostotą krajobrazu, architektury, posiłków. Kawa i ciasto czekoladowe na powitanie w Ytre Enebakk, ryż z ciecierzycą tikka masala z blaszanej miseczki na drodze wśród owiec, makaron z polskimi pomidorami z działki i parmezanem, przy kominku w chatce, herbatniki i solone migdały w niekończącej się podróży, do zagryzania kart książek. Wielkie grzyby, śpiące pod mchem. Świeży, bo tylko chwilę nieżywy rdzawiec, wyłowiony przez chłopaków z fiordu, usmażony na maśle z cytryną. No i wreszcie jagodowe oceany, przez które brodziliśmy na każdym spacerze. Każdy nieobrany z kulek krzaczek był wyrzutem sumienia, całe garście lądowały więc najpierw w buzi (podobno w Norwegii nie ma bąblowicy), a co zostało, w owsiance, gotowanej co rano na drżącej kuchence w trawie, z widokiem na jezioro, fiord, huk potoku. Kawa z tłustym mlekiem, gruby dres, zimny nos. Duże porcje w ciepłych rękach, niezliczone termosy herbaty, rosa na rzęsach i poduszce. Las miękki i pachnący jak świeża pościel, kryształki wody na igłach, krople w powietrzu, jak złota łuna. Lodowata woda z rzeki, od której dzwoniły zęby, gdy się człowiek szorował. Trochę tęskniłam za czystymi rękami, ciepłą wodą i masłem, ale napewno nie za kanikułą, w której nadal prażyła się ojczyzna. Na północy było jeszcze chłodniej, cały Hedmark wyglądał trochę jak sad. Łąki porostów, kłębiastych i waniliowych jak kalafiory, dywany borówek i te pokręcone, karłowate drzewka, na których oczy same daremnie szukały jabłek, srebrne brzózki, mżawka, ostre szczyty gór, które raniły dłonie, ciągle i ciągle silny wiatr. W nagrodę – cynamonowa drożdżowa bułeczka z rodzynkami z piekarni, karton mleka na pół, ostatnie lokalne truskawki kupione ze straganiku pod wodospadem. W tym okruchu zimy w lecie zasypialiśmy szybciej, niż przychodziła noc.

 

A potem, w drewnianej hytte w środkowej Norwegii, pod głową wypchanego łosia, przed kominkiem i w wełnianym swetrze, zostałam załzawioną narzeczoną.

 

k.

3 sierpnia, skwar

Długo to nie trwało: mamy psa.

Chałka ma cztery miesiące, biały pędzelek na ogonie i wzięła się tydzień temu z fundacji opiekującej się kundelkami. Jej hobby to lizanie naszych stóp, biegi przez wysoką trawę i spanie z głową pod praniem. Za nami pełne ekscytacji spacery, pierwsza wizyta u weterynarza (ani pisku), niejedna w sklepie zoologicznym (wór skórkowych kości starczy jej ząbkom na jakiś tydzień), pierwsze szramy na dłoniach i ślady na nogach łóżka. Po krótkim okresie nieśmiałości rozwinęła już swoje psie skrzydła, zjadając wczoraj szczotkę do butów, długopis oraz ostatnią uschniętą piwonię. Pierwsze koty za płoty, że tak powiem.

 

W temacie jedzenia: liczne pospieszne panzanelle, kolejna blacha śnieżnobiałego sernika z koroną owoców leśnych, nocne owsianki z malinami i masłem orzechowym. Na wczorajsze urodziny: śniadaniowa tradycyjna kanapka z pastą jajeczną w Krawcu, dwie miski z Raju w Niebie, na lepkim ryżu chrupkie warzywa, mango i melon, tofu, sos. W ramach cukierków do szkoły – blok matcha z pieczonymi migdałami do pracy mojej i Marcina, w ramach prezentu od zakładu – pudełeczko z pękatą burratą, włoskie masło, bochen dobrego chleba. Sami swoi. Niezwykłe to były urodziny – bez przyjęcia, bez świeczek i toastu – upał uśpił mnie wśród na wpół zapakowanych toreb i plecaków tuż po dziesiątej wieczorem. Marcek to jest jednak królem cierpliwości.

 

Mam wielką nadzieję, że to mój ostatni skwar tego roku. Nasze auto już czeka, zapakowane po dach nieprzemakalnymi ubraniami, ciepłymi swetrami i paczkami makaronu, jest też strój kąpielowy, scrabble, latarki czołówki i kilka tysięcy stron książek. Chałka jedzie nocować do cioci Moniki, my ruszamy wieczorem do Wrocławia, a jutro na północ. Bez odbioru,

 

k.