Category: Lewa

9 kwietnia, poniedziałek

Po mojej stronie cisza, bo żytko powoli rośnie gdzie indziej. Kiedy stał się kwiecień? Pierwszy ciepły weekend spędziliśmy na puściutkim Helu, w piasku drobnym i białym jak semolina, z psem opierającym pyszczek o kolana, butelką piwa w dłoni, przy kartach (przeciwko ludzkości, dawno mnie tak nie bolały dołeczki w policzkach). Mimo że wiatr od morza szedł jeszcze chłodny, to w Warszawie zastaliśmy lato (dziś już gołe kostki, buty bez skarpetek, rower), ale po drodze minęły święta, więc za pamięci odnotowuję: pascha zdobyła Dolny Śląsk (nie mogło być inaczej, kilogram sera śmietankowego ze Strzałkowa ma właściwości magiczne), mazurek różany nadal smaczny, pierwsze zaproszenia na nasz ślub rozdane. Mają pieczęć lakową z wzorem gałązki rozmarynu, akwarelowe malwy i każdą literkę napisaną ręką mojej prywatnej Pollyanny Uli.

 

W talerzach mamy ostatnio kuchnie świata. Marcin gotuje sporo prostej Azji – wieprzowina z zielonym pieprzem, fasolką i liśćmi bazylii w kokosowym curry, stir fraje z orzeszkami ziemnymi i chili, kleisty ryż z mango na niedzielne śniadanie – to wszystko efektem miesiąca odkryć, bo okazuje się, że na Grochowie, tuż koło nas, jest sklep irański i fromażeria, dalej, na Saskiej Kępie, przyzwoicie wyposażony francuski, między innymi w comté, st. felicien, którego nazwę pamiętam głównie dlatego, że tak miało na imię jasnowłose dziecię, którym opiekowałam się w Szwajcarii – i które w wieku trzech lat jadło te serki jak jabłka; herbatki tisane, kanistry kremów balsamicznych z figami, orzechami laskowymi, jabłkiem, bagietki, wino. Wreszcie, w małym boksie galerii na Szembeku, Azja. W temacie Francji – soupe au pistou Davida Lebovitza z fasolą borlotti, sporą garścią tartego parmezanu i pajdą chleba. W temacie sera – tacos z chili sin carne, pieczonym batatem, rzodkiewką, śmietaną i cheddarem. Na ostatniej stronie zimy kremowa fasolowa z pieczoną papryką i salami w ramach chorizo (z tego przepisu), z połową kostki masła, kremówką i złotą grzanką na talerzyku obok. Ale to już przeszłość, teraz lody (pierwsze w Sopocie, w jasnym i pięknym mieszkaniu Kasi), wszystko co chrupie (ta sałatka z czerwonej kapusty i ciecierzycy z orzechowym dressingiem nie przestaje mnie zachwycać, wzbogacona o pieczone bataty, smażonego bakłażana lub paprykę i ogórka oraz dodatkową garść orzeszków ziemnych przejęła moje zeszłotygodniowe obiady), granola lub jogurt z lemon curdem, który wypiera ciepłe śniadania. Oczekiwanie na pierwszego szparaga i prawdziwy owoc.

 

Nie wiem co się ze mną stało, ale w ciągu ostatniego miesiąca zjadłam ze dwa kilogramy surowej czerwonej papryki, kilkanaście bukietów rzodkiewek i furę zielonych ogórków, nie ma posiłku bez wściekłej ilości sałaty z winegretem, polubiłam się też z wędzonym tofu – tylko musi być twardziutkie – a ostatnio ugotowałam nawet, chyba pierwszy raz w życiu, budyń. Zwykły, waniliowy, z żółtkiem i masłem. Życia się zmieniają. Nie zmienia się za to stosunek do fine diningu, który jest niejako obowiązkiem zawodowym – w czwartek w Bez Tytułu na prasowej kolacji było wszystko – ośmiorniczka, płaszczka, kaczka, przegrzebek – bez zarzutu i bez emocji, chleb z solonym masłem z gałką muszkatołową i orzechami laskowymi znów wygrał z każdym wielkim talerzem upstrzonym kropkami z sosu.

 

Cieszę się na tyle spraw, że aż mi nieswojo: wylegiwanie się w ogrodzie moich rodziców i na działce rodziców Marcina, truskawki ze śmietaną, pomidory z brzoskwiniami, obiady złożone z gotowanych jarzyn w bułce tartej i jajek sadzonych, na noszenie mojej nowej lnianej sukienki, w której wyglądam jak matka, na życie na kocu. Jak tylko wybuchną liście, to uwierzę w ten czerwiec, ale dziś jeszcze nie wierzę, że to już, że ja.

 

k.

 

5 marca, poniedziałek

„An almost used-up luxury” – przeczytałam dziś w internecie, że to podobno mają w swoich kuchniach szczęśliwi ludzie. Oliwa truflowa i pasta z tegoż grzyba nietknięta. Pistacji pełen worek, włoska polenta nie odpakowana od miesiąca, sztabka marcepanu od trzech. Ale jednak jestem szczęśliwa, bo jem ostatnio dużo prostych kanapek, trzy dni w tygodniu na śniadanie orkisz z granatem, różanym jogurtem i płatkami migdałów, zupę pomidorową, do której passatę podsmażam na ćwiartce kostki masła. Pieczone w oliwie drobne kostki ziemniaków z jajkiem sadzonym i majonezem, takie patatas marzec. Jabłka z masłem orzechowym i waniliowe serki. Na wszystko przyjdzie czas, ale te trufle to chyba jednak komuś oddam.

 

Wart odnotowania jest fakt, że ostatki tłustej zimy przyszło nam spędzić w Salzburgu, gdzie jechaliśmy sto godzin, grając w Masterminda i jedząc kanapki z serem, po to by godnie towarzyszyć Uli w przejściu przez granicę trzydziestu lat życia. Najpierw była sama niespodzianka, rozdziawiona buzia i dużo uścisków, a potem kajzera (czy ta nędzna bułka ma coś wspólnego z jakimkolwiek cesarzem?) z leberkäse („zapiekany pasztet wątrobiany”, jezu, google), musztardą i marynowaną papryką i wędrówka pod zaśnieżoną górę, do schroniska. Na kolację dostaliśmy wyjątkowo smaczną lazanię z grubą pierzyną sera, a potem jeszcze pani przyniosła nam na srebrnej tacy knedle chlebowe ze szpinakiem, ciężkie kule z koroną z prażonej cebulki, utaplane w maśle. Trochę szkoda, że sezon na ciężkie i w maśle nieśmiało zmierza ku końcowi, bo mam ochotę przerobić w ten sposób własny bochen, ale znając polską wiosnę, to jeszcze nie raz będziemy wycierać buty z błota. Co się odwlecze, to zjem. Następnego ranka wyszliśmy na biel, wsiedliśmy na sanki i ruszyliśmy w dół najpiękniejszą trasą, jaką widział świat (czyli tą samą, co wieczorem). Nie wiem, jak inni dorośli to robią, że panują nad emocjami, ale mnie się to rzadko udaje, a już na pewno nie wtedy, gdy strzygę piętami świeży śnieg, wywracam się na zakrętach i sunę w upstrzony sosenkami biały bezkres jak jakiś górski łobuz. Kwikom nie było więc końca, a wisienką na torcie tej podniety był gigantyczny kaiserschmarrn, który zjadłam u podnóża góry, zanurzając kolejne chrupkie kęsy w musie jabłkowym i śliwkowym i popijając mlekiem z kartonu. Na odchodne Ula spakowała nam prowiant, jak zawsze na medal – oprócz ładnie wypakowanych kanapek dostaliśmy kawał wspaniałego tortu czekoladowego z masłem orzechowym i dżemem ze śliwek z Gubina, który zjedliśmy w jednym z pociągów za pomocą wspólnej łyżeczki. To już postanowione, za rok prawdziwe ferie i wreszcie nauczę się jeździć na nartach. Kto wie, może potem zaszaleję i zrobię prawo jazdy!

 

Jestem całkiem zadowolona z efektów Gali Oscarowej, chociaż oczywiście jej nie oglądałam, bo niemożliwością jest dla mnie szczęśliwie przetrwać noc bez snu, to już wiem. „Kształt wody” urzekł mnie zupełnie już w zeszłym tygodniu (może również dlatego, że podczas seansu jadłam oburącz wielką, oblepioną kruszonką, drożdżówkę z serem z Lukullusa), naiwny, słodki i dziwny, jak skrzyżowanie Amelii z Avatarem. No i te wszystkie nagie piersi na ekranie, takie dorodne! Z kolei w miniony weekend obejrzałam „Florida Project” – strasznie głośny i kolorowy, nie mogłam przestać uciekać myślami w kierunku obiadu – i „Jestem najlepsza. Ja, Tonya” z którego wyszłam z kina taka zła, taka roztupana i zachwycona. „Lady Bird” jeszcze przed nami, czekam jak na najlepszy deser.

 

W temacie „Stu lat” – ona jadła też wapno ze ścian, pamiętasz? Czytałam to dawno temu, na plaży w Hiszpanii, żując swoją zakładkę zrobioną z kartki w kratkę (obecna: saszetka szamponu pszenicznego marki Vianek, w „Romansie prowincjonalnym”) i chciałam tej ziemi i wapna spróbować. Zwalam to na niedostatki (umysłowe lub biochemiczne) wieku szczenięcego.

 

W temacie szczeniąt – wreszcie jest w domu ktoś, kto je ze mną poranną owsiankę. W mojej misce tahini, kardamon, granat i jeszcze garść sezamu, w Chałki pieczone jabłko i twaróg. Odtłuszczony. Ewenement.

 

k.

21 lutego, środa

Razem z mrozem przyszedł do nas w gości głód. Nie taki z Caparrosa, bo jesteśmy jednak uprzywilejowani, taki prostacki i naglący, który każe zjeść po kolacji kanapkę z majonezem i kiełbaską z Mazur, który wlewa we mnie dodatkowe chochle zupy buraczkowej z koprem i fasolą, który zmusił do zjedzenia całego pudełka Ferrero Rocher, kula po kuli, do wtóru stukotu klawiszy. Rozpędu nabierałam w Tłusty Czwartek i w Rzymie, na Fine Dining Weeku i nad bochnami „żytniego 66%” Hamelmana, który teraz jest także moim ulubionym i który smakuje jak niebo, gdy (miałaś rację) go posmarować creme fraiche i dołożyć łyżeczkę konfitury z czarnych porzeczek.

 

W zeszły poniedziałek zjedliśmy kolację w podziemiach Pałacu Sobańskich, w samym sercu kuchni Roberta Skubisza. Oni wszyscy, tancerze z obręczami do układania kaszy, tańczyli ten swój kuchenny balet nad płytami i blatami, a my na stole mieliśmy kolejno: chleb, masło (z truflą i bez trufli), wino; komosę z ogórkiem, kalarepą, szpinakiem i szczawikiem zajęczym; jajko sous-vide ze słodkim jak wiosna zielonym groszkiem; ślimaki (których nie jadłam, bo mają konsystencję grzyba skrzyżowanego z małżą i to jest dla mnie przeżycie skrajne), zupę kukurydzianą z mlekiem, troć z pastelami z buraka, marchewki i rzodkwi, wołowinę z ziemniakiem truflowym, dynią piżmową i sosem winnym; dyniowe risotto z bursztynem, szałwią i migdałami, a w końcu sferę, z jaką zawsze kojarzył mi się Amber Room, od czasu tej pierwszej, sprzed 3 lat (czekoladowa kula, w środku czekoladowe ciastko z masłem orzechowym, pudrowy czekoladowy „styropian”, gorący sos z białej czekolady, który topi wszystko, wsiąka i płynie, a to wszystko, o dziwo, niezasładzające tylko rozkoszne) – tym razem beza, marakuja z imbirem, dużo kremówki, kokos, wiśnia. Zawsze zapominam, że ta restauracja istnieje, a potem sobie myślę, że jako jedna z niewielu nie przekracza pewnych modnych granic, przez które do wielu miejsc już nie zaglądam.

 

No dobra, kogo ja chcę oszukać, nigdzie nie zaglądam. W sferze marzeń: Bibenda i jej nowe urodzinowe menu (gnudi, skrei, fasola z masłem). W sferze planów: portugalska restauracja na Poznańskiej, która nazywa się idiotycznie (East Go West), a serwuje autentyczne jedzenie dla chłopa małorolnego, a nie żadne tam spolszczone wizje – tosty z sardynkami, zupę z ziemniakami, „collard greens”, smażonym chorizo i oliwą, solonego dorsza z ziemniakami i jajkiem, a na deser to, czego nie lubisz.

 

A, wiem gdzie zaglądam, do kina: „Niemiłość” wbiła mnie w fotel i zdruzgotała, bo lubię chyba kino społeczne, a zwłaszcza takie, które nie dzieje się na zasikanej klatce schodowej albo w zapijaczonej rodzinie, bo to już było sto razy. „I tak cię kocham” nudnawe i przewidywalne, jak każda komedia, co mi w ogóle przyszło do głowy, żeby iść na komedię do kina? „Trzy billboardy” – zgadzam się, nie do przeżywania, a ta scena z sarną powinna zostać spuszczona do klozetu. I do książek też zaglądam, „Exodusowi” i Orbitowskiemu wyznaję oto teraz publicznie miłość, każdą jego książkę czytam od świtu do nocy, nie przerywając nawet podczas spaceru z metra do pracy i z tramwaju do domu; na półce czekają teraz „Szkice piórkiem”, bo nigdy tego nie miałam w rękach, a wiem, że powinnam, kolejny tom opowiadań Kornela Filipowicza, Alain de Botton, tomiszcze „Patrioci” Sany Krasikov. Gdy akurat mamy czas leżeć bez ruchu, to włączamy sobie „Downton Abbey” i zagryzamy śliwkami w czekoladzie.

 

Z końcem lutego staję się strasznie naiwna w temacie wiosny. Z krzaków już ćwierka, przed siódmą jest jasno i przed siedemnastą też, słońce można spijać jak syrop, ale futerko Chałki dalej nasiąka zapachem wędzonki, wydobywającym się z grochowskich pieców, a ja mam zatoki w ogniu. Ale o tym już pisać nie będę, bo i tak mam szczęście.

 

Całuję Cię bido w obolałą jaźń,

 

k.

 

 

 

 

9 lutego, piątek

Wczoraj Rzym, rozpięty płaszcz, szalik wepchnięty w torbę, grzywka rozdmuchana po całej twarzy (w końcu Wietrzne Miasto), dziś jasny mróz i cała jestem zaciśniętą piąstką, bo chciałabym już gołe chodniki, wiosenne buty, rower, móc jeść jabłka na świeżym powietrzu i móc oddychać czym innym, niż strzępkami smogowego kożucha. Jak to zwykle bywa na wycieczkach zorganizowanych, człowiek nie jest sobie sterem i co z tego, że Michelin, hotel ze złota i basen z lapisu, jak trzy razy dziennie makaron i tiramisu, bo karczoch wzbudza strach, a krem z ciecierzycy co najmniej zdziwienie.

 

Z przeżyć: przede wszystkim spacer (uciekłam z autokaru pełnego wycieczki) przez Testaccio, Zatybrze i centrum, skok na Il Fornaio po cannolo, te ich malutkie, pachnące cytryną pączki unurzane w cukrze i sfogliatelle (oraz plaster focacci z prosciutto i mozzarellą dla Marcka) (gdyby nie te zakupy, musiałabym zjeść na deser brownie z kleksami z budyniu, którym próbowano nas nakarmić w restauracji z rekomendacją Michelin, nie próbuję tego zrozumieć). Warsztaty z turlania po widelcach cavatelli w Eataly. Dziesięciodaniowe menu degustacyjne w All’oro (też Michelin), które mnie zachwyciło: makaroniki z humusem, pianki z parmezanem i truflą, ciasteczka z masłem i anchovies, fantastyczna REDUKCJA CARBONARY ukryta w skorupce jajka i kruche grissini do zanurzenia się w tej jajeczno-guancialowej toni, ogony wołowe z pomidorami tak idealnie kwaskowato-słodkimi, jak to tylko we Włoszech, tortellini z mascarpone i śmietaną w winnym sosie, kojące jak poduszki, na których mogłabym złożyć głowę i zasnąć, bo gdy dojadaliśmy deser, była północ. Hotelowe śniadanie niewarte uwagi, ale komnata, w której spałam, cała z marmuru i złota, z widokiem na Rzym, pełna włączników światła, które nigdy nie włączały tego, czego się spodziewałam (w łazience – balkon, przy łóżku – przedpokój, przy biurku – łazienkę). Śniadanie niewarte uwagi, jak to we Włoszech, ale kto by dbał o śniadanie, gdy jadł w nocy bezową sferę z gorzkim jak czort kawowym biszkoptem, kremem, pudrem, cytrynowe makaroniki, jabłkowe kule błyszczące od galaretki i ozdobione malutkim, marcepanowym listkiem.

 

Przywiozłam sobie znad basenu gałązkę oliwki z zamiarem ukorzenienia, paczkę fasoli borlotti, polentę i miękkie buty ze złotymi skrzydełkami, które z powodzeniem mogłabym włożyć na bal przebierańców jako wcielenie Bambi. Lub na ślub. Wczoraj dzień czterech pączków, a dziś podobno pizzy, więc na kolację wariacja w temacie – torta di ceci z gorgonzolą. Amen.

 

 

k.

31 stycznia, środa

Poranki: plié, chassé, assemblé, szpagaty, brzuszki, nadzieja (na podniesienie kiedyś może nogi tak wysoko, jak trzeba, na pokaz, który ma być wiosną, naprawdę), mroźne słońce w okienku dziedzińca; dom za dnia – podłoga błyszczy, w gazecie dobre rozmowy, na blacie dwa żytnie bochenki, całkiem zgrabne jak na półroczną przerwę (no, półtora, bo śniadanie – grube płatki belgijskiego sera, solone masło, jajko na miękko, herbata z wiśniami). W garnku metr sześcienny złotego rosołu, bywa, że jem go tydzień, codziennie, jak kolejne dawki lekarstwa. Za oknem gruby, lekki śnieg, jakby ktoś porwał chleb.

 

 

Popisy: najlepsze ze wszystkich dotychczasowych szwedzkie supełki (Linda Lomelino, ale dodałam kardamonowy cukier, w każdym razie dwie kostki masła na 80 deko mąki), migdałowe ciastka ze skórką cytrynową (Rachel Roddy dla Guardiana), domowe digestive z mąki orkiszowej z chrupiacą warstwą gorzkiej czekolady i solą morską (Walecka), czekoladowe, mokre babeczki z wiśniami spod Włocławka rocznik 2016 (dla chłopca); też ów fenkuł i pomarańcze, sok strumieniami, na choroby, w lepkich, podduszonych z oliwą półksiężycach fenkułu tłuste kawałki dorsza, sok z cytryny („Two kitchens”), chleb, majonez; żoliborskie naleśniki z ricottą i jagodowym sosem z kokosem u Toli, Pawła i Gugu; dhal z soczewicy, ze śmietaną i kolendrą, gęsta zupa z czarną fasolą i orkiszem, kawałek cheddara zamiast kromki chleba; bardzo wiele serków homogenizowanych waniliowych (z krówką w fartuchu), ale zapalenie zatok ma swoje prawa.

 

Praca: monument z ciasta drożdżowego wielkości małego jamnika, kostka masła, jemy wszyscy na obiad, niektórzy stoją przy zlewie, inni mruczą przy stole, zbierając palcem kruszonkę; pasztet z wątróbek (łyżeczką z kokilki) na maślanej grzance, miód, gruba sól, tymianek; zbliżający się sezon na Fine Dining, dziś pierwszy odcinek: Casa Pablo, najbardziej nie mogę się doczekać krokiecików z beszamelem; w poniedziałek i wtorek Rzym – dwanaście stopni i słońce, moje usta liczą na karnawał (te pączuszki, cenci, maritozzo – które wydaje się być włoskim odpowiednikiem semli, wszyscy jesteśmy jednym światem), suppli, karczochy.

 

Tête-à-tête: onigiri z wieprzowiną z miso, udon z kaczką, smażony kurczak w lepkim sosie imbirowym, makrela z chrupiącą skórką, sałatka z rzodkwi, miska edamame z solą, wieprzowina w panko, omlet i miękka cebula z bonito posadzone na ryżu, dwa jasne piwa – Sato gotuje na Ochocie naprawdę dobrze, jeszcze nigdy kuchnia japońska nie smakowała tak przyjaźnie.

 

Lipiec: cydr, solone masło i karmel, biało-szare domy, ostrygi, słony wiatr, gryczane naleśniki; mamy bilety do Paryża, mieszkanie w Nantes (z widokiem na targ) i mały, biały domek na półwyspie Quiberon. Niech no tylko weźmiemy ślub.

 

Dziś: kino (boję się zawodu przy „Tamtych nocach…”, ale wyrosłam też już chyba ze stawania w kontrze do rzeczy popularnych dla samego faktu stawania w kontrze), jutro: macanie francuskich koronek u Natalii Siebuły, w piątek: praca na randce, nad talerzem cassoulet z fasoli z estragonowym pesto i zwojem tagliatelle z truflą. Wychodzimy z zimowego snu.

 

k.

 

 

16 stycznia, noc

Trzeci już dzień z rzędu jestem nieprzytomnie zakichana, a moje zatoki płoną, może więc dlatego zapomniałam o Twoich urodzinach. Wygląda jednak na to, że dostałaś z okazji ich obchodów prawie wszystko, co mogłabyś sobie wymarzyć, składam więc pocałunek na czole i winszuję Ci na uboczu (już zajrzałaś).

 

Trzeci już dzień z rzędu nie działa mi zmysł powonienia. Ostatni posiłek jaki pamiętam to obiad w Łubinowym Wzgórzu, w którym w czerwcu weźmiemy ślub. To było przeżycie na szczęście z gatunku bezpiecznych, bo lubelskie resorty spa chorują na tendencję do popisów, zwłaszcza, gdy na drzwiach mają nalepkę Gault&Millau. A tu tak, jakby miła babunia dążyła do elegancji – dużo masełka i śmietany, pęczak, jarzębina i gąska, królik w winie, confit z koźlęciny z salsą z ogórków kiszonych (pistacji, kolendry, limonki), halibut w palonym maśle z mirabelką i rumianym kalafiorem. Przerostu formy nad treścią nie odnotowano i chociaż może faktycznie mają za dużo przecieranym mebli udających starą Francję, to bardzo się na to przyjęcie cieszę, bo będzie czerwiec, naprawdę kiedyś będzie czerwiec. No i na moje wypracowanie pod tytułem „Co lubię jeść latem” państwo niezwykle się ucieszyli, więc się dogadamy.

 

Trzeci już dzień z rzędu marzę o drożdżówce z serem z Lukullusa albo od Gessler, misce ciepłego puddingu ryżowego z masłem i cynamonem (jak w Szwecji), domowych frytkach z keczupem. Jest earl grey z sokiem malinowym i żytnie tosty z solonym masłem i marmoladą z sycylijskich pomarańczy. W temacie żyta: buzuje mi nowy zakwas, pora zarumienić chlebowe życie.

 

Z ciekawostek: mój pies odkrył smak twarogu i automatycznie też miłość, jakim go darzy. Jeszcze będziemy jeść z jednego garnka, tak jak w nowej Bator dwie tłuste ryby przypadały na dziewczynę i kota.

 

k.

2 stycznia, dwa tysiące osiemnasty

Jakoś tak ostatnio bywa, że w wolne dni nie tykam telefonu, a już tym bardziej komputera, stąd milczenie, po co zresztą mówić, jak nie ma specjalnie o czym – nieśmiało mi pisać o znużeniach i złostkach. Święta na szczęście takie same, jak co roku, bez specjalnych uniesień, bo akurat tej całej kapustno-barszczowej tradycji kulinarnej wielką fanką nie jestem: na podium indyk z wątróbkowym nadzieniem, cytrynowe ciasto z lukrem, bułka drożdżowa z plastrem pasztetu i ćwikłą, sernik z ricottą i kołdrą żurawiny oraz, o dziwo, karp – nie wiem, jak babcia to zrobiła, ale ze smakiem zjadłam trzy soczyste kawałki. Nadal dojadam okruszki – kostki piszingera z masą czekoladową, orzechami i żurawiną, pierniki ze skrzyneczki na najwyżej półce w kuchni, nałęczowskie śliwki w czekoladzie, które przyniósł Mikołaj. Wśród najmilszych prezentów: „Two Kitchens” Rachel Roddy (kocham, wertuję, gotuję, alleluja – czy jej pierwsza książka, która stoi u ciebie na parapecie też jest tak wspaniale napisana?) i kostka solonego masła z Belgii, od mojego brata, który życzył mi na święta wreszcie wyprowadzić się z tego zanurzonego w błocie kraju. Gdy już objechaliśmy wszystkie porty, dobrze było potkwić w tym pozbawionym dat tygodniu, wyspacerowywać kilometry z puszystą na zimę jak miś Chałką, odsmażać białe mięso indyka z oliwkami, papryką i płatkami migdałów na modłę Nigelli Lawson, parować pastrami, którego kawał dostał ode mnie na urodziny Marcin (majonez, pikle, chleb, musztarda), oglądać Black Mirror, planować, rozmawiać, rozmyślać, leżeć i spać.

 

Gdy wy tańczyliście w Tarczynie, my wędrowaliśmy egzotyczną Olszynką Grochowską, piekliśmy pizzę (moja ulubiona tegoroczna kombinacja: ricotta, prosciutto cotto, pomidory koktajlowe, parmezan, bazylia – słodkie i miękkie sprawy) i karmiliśmy psa wołowym sushi z dorszem, które miało odwrócić jego uwagę od fajerwerków i tegoż dokonało. W Nowy Rok tradycyjnie i na szczęście soczewica (od Rachel, z marchewką i gałązką selera naciowego, listkiem laurowym, oliwą), rukola, słodkie jak cukier pomidorki z soloną ricottą, pieczone radicchio z tymiankiem i balsamico, smażone jajko, po toście na głowę. Bardzo kocham mój mały dom.

 

Postanowień na 2017 nie było, ale planowałam przeczytać 52 książki (wyszło 45, stawkę zamknęła królicza Bator – czytałam z zainteresowaniem – oraz nowy i sławny tomik opowiadań „Instrukcja dla pań sprzątających” – trochę genialne, a trochę męczące) i zrobić szpagat (zabrakło 5 centymetrów). Przerzucam je więc na rok bieżący. Poza tym w styczniu chcę się odwrócić od mięsa, bo mnie brzydzi, a dalej – ćwiczyć brzuch, żeby być zrównoważoną baletnicą; uczyć się szwedzkiego, nie brać dokładek, pływać, nie gubić rzeczy (dysk przenośny, karta do aparatu, pismo od ZUS-u, sztyft do podkreślania brwi – to jest bilans zgub na 13:52) i głowy w emocjonalnym szale, szalu, nie kupować ubrań, odpisywać na maile, używać książek kucharskich, wziąć ślub i nie oszaleć. Poproszę. Całuję!

 

k.

7 grudnia, kropi

O czym może napisać na dziennikach stołowych ktoś, kto z uporem gotuje niespektakularnie i w dodatku migają mu tylko poniedziałki i piątki, podczas gdy o siódmej rano coraz ciemniej? Może o minionym weekendzie.

 

Każde kolejne zakupy na Szembeku wypadają nam mądrzej i sprawniej. Już nie kupujemy wszystkiego, tylko: humus, czarne oliwki i jogurt grecki gęsty jak zimowe chmury w libańskiej budce, bukiety tymianku, szałwii i rozmarynu we włoskiej, twaróg wiejski i masło ze Strzałkowa (jedyne dziesięć złotych kostka, jemy w płateczkach, jak foie gras) w nabiałowej. Dwa kilo jabłek mutsu, trzy sztuki renety i oblane rumieńcem złote gruszki, kiszonki u pana, który strasznie wrzeszczy, a ostatnio wpadło mu do beczki z kapustą moje dwadzieścia złotych (i to był ten moment, od którego mogłoby zacząć się opowiadanie). Na koniec gruby kawał rostbefu (w kolejce same staruszeczki w burych beretkach, szepczące poufale „wie pani napiekłam już pasztetów na święta ale zapomniałam obłożyć słoninką”) na wtorkowy Dzień Steka. Obsmażam go porządnie, a potem dopiekam z ziołami. Jemy w grubych plastrach, z tą samą bagietką, pieczarkami i majonezem, co i w poście niżej.

 

Ale dziś czwartek, w lodówce garnek krupniku z marchewką, pęczakiem i poszarpanym mięsem indyka (what am I, five), a w sercu sernik… Nie mogę ostatnio znaleźć ciasta, które sprawiłoby mi przyjemność większą niż lekką. Najświeższa próba zakończona niepowodzeniem: placek z prażonych orzechów laskowych z Tender II, z kawą i lukrecją (to już ode mnie), który taki piękny zobaczyłam u Marty Karcz na instagramie – nie. Najświeższa próba zakończona sukcesem: gruszka w cieście drożdżowym u Żony Krawca. Na brzuszku cukrowa skorupka, duży kubek kawy z mlekiem, sobota rano.

 

To już pojutrze, do zobaczenia!

 

k.

1 grudnia, śnieg

Nie wiem, gdzie poszedł listopad. Wiem, gdzie byliśmy my:

 

w pachnącym drewnem domu moich rodziców w Gołębiu, gdzie Chałka tarzała się w błocie, a kuny zjadły nam samochodowe kable, dzięki czemu mogliśmy dzień dłużej siedzieć we troje pod kocem i oglądać ciągiem drugi sezon „Stranger Things” (już za chwilę „The Crown”, ale póki co wsiąkliśmy w „Mr Robot”);

 

w pachnącym pomarańczami domu na Grochowie, gdzie wszędzie prężą się światełka; ugotowałam w tym miesiącu niezliczone rondelki owsianki (ostatnio przeczę samej sobie i gotuję krótko, w posolonym tłustym mleku, jem z orzechami włoskimi i w systemie zupy jarzynowej – najpierw rzadkie, potem gęste, z lubością), kaszy kukurydzianej (z konfiturą pomarańczową i pistacjami), garnki kapuśniaku i pomidorówki z makaronem, generalnie zmieniam się w emeryta, ale honor domu ratuje Marcek, który leci po kolei po przepisach z Jamiego Olivera i zakochał się w sosie teriyaki. Z wyczynów: dawno nie wyszedł mi taki stek, jak przedwczoraj, krzepki kawał rostbefu zjedliśmy z bagietką, smażonymi na maśle pieczarkami z tymiankiem i majonezem, a komu było mało, mógł sobie jeszcze posmarować bułkę pasztetem z wątróbek z orzechami włoskimi i grubą warstwą palonego masła z szałwią z „Florentine”, kończąc wątek włoski, wczoraj zrobiłam dwie transze tiramisu – jedno klasyczne, a drugie jaśminowe z matchą, przepyszne!

 

nad piekarnikiem, próbując kilku po kolei słodkości z nowej książki Yotama. Każda z nich trochę mnie zawiodła – fistaszkowe herbatniki lepiły się niemiłosiernie i smakowały głównie jakby prażoną mąką (Tobie chyba by podeszły), ciasteczka anzac rozlazły na patelni, cytrynowe ciasto z makiem zzakalczyło, a żurawinowe ciastka w które wtłoczyłam piętnaście deko migdałów, skórkę z całej pomarańczy i tabliczkę białej czekolady, smakowały smutnym niczym.

 

we Wleniu, gdzie upadał złoty mit Polnej Zdrój, naszej kandydatki na wesele. Dawno nie miałam w gardle kuli łez na widok jedzenia. Nie przyznałam się, że jestem Kukbukiem, może to dlatego? A może to te słynne wysokie oczekiwania?

 

w kontakcie, gdzie zjadłam najlepszy chyba jak dotąd ichniejszy humus – z jogurtem, pikantnym masłem, koperkiem i grubą warstwą smażonych okruchów z chleba żytniego. Popiłam to dyniowym mlekiem z cynamonem i ostatecznie zdecydowałam, że dynia na słodko to koszmar;

 

w pracy, gdzie Tomek machnął dwie blachy bułeczek cynamonowych, ukręcił kilka garnków puree ziemniaczanego z masłem i śmietanką oraz upiekł trzy tarty tatin – obrosłam w policzki i ciasno mi w spodniach, znaczy zima;

 

w książkach – nowa japońska Joanna Bator wciągnęła mnie na amen, toteż kończę ten liścik i jadę do domu czytać. Mam chętkę na tofu.

 

k.

 

6 listopada, poniedziałek, widziałam słońce

Za nami złoty weekend, pełen wszystkiego, co sprawia, że jesień to moja ulubiona pora roku. Latem jest za gorąco, żeby było przytulnie. Spacer w chłodzie, psie nauki na terenie praskiego centrum kultury (mamy pierwszą przyjaciółkę, nazywa się Lusia i wygląda jak bochenek żytniego chleba, a w dotyku jest jak drożdżowe), kawa, kakao i ciasto marchewkowe u Krawca, nowa szeleszcząca pościel w kolorze brudnej zieleni, do tego brudny róż (paryski, jak mówi moja mama), szafir, miód i szmaragdowa narzuta, obraz pod tytulem łóżko zakończony, doskonały. Cynamonowe ślimaki z rodzynkami (nie wiem jak mogłam przeżyć tyle lat bez robota kuchennego, 150 g masła wgniótł w ciasto w trymiga, a ja stałam i patrzyłam, a potem jeszcze podziwiałam jak trze kilogram marchewki w półtorej minuty) i zimne mleko, praca domowa z haftu, nowe książki (Patrick Melrose), dużo czasu w mojej ulubionej piżamie w malwy, bakłażan w lepkim sosie teriyaki z dymką, chili i fistaszkami, chmurka ryżu, kino: „Pewnego razu w listopadzie” Jakimowskiego (strasznie mocny, wymiętolił mnie doszczętnie, a psie obrazy sprawiły, że gnaliśmy z powrotem do Chałki jak na skrzydłach, tulić ją i tarmosić), lody: Na końcu tęczy, mascarpone z jeżyną, kokos z czekoladą, pistacja. Jeśli chodzi o tą ostatnią, właśnie zamówiłam pół kilo, plus migdały i nową flaszkę wody różanej – do redakcji przyszła książka „Słodkie” i jak wszyscy jestem w niej ciężko zakochana.

 

Nie wiem czy słuchasz, bo chyba masz alergię (he he), ale dzisiejszy Aksamit Anny Gacek wyjątkowo ładny, wyśpiewuje przekleństwa niewinności. Tak ładny, że nie mogę wyjść z kuchni, mimo że tyłek drętwieje mi na zydelku, ale mam też widok na bawiącego się psa, sznur światełek (tak, już) i wstążki bluszczu oraz ten cały szereg utensylijnych wisielców, który tak lubisz. Za mną spacer po liściach ze smyczą w dłoni i paczką przysmaków w kieszeni, miska sałatki (David Lebovitz) z francuskiej soczewicy gotowanej z tymiankiem, chrupiącej włoszczyzną i orzechami włoskimi, posypanej pietruszką i fetą, ciepłej i mokrej od winegretu, który z braku octu winnego podlałam czerwonym winem, z korzyścią dla całości. Na deser petit yaourt. Smutków brak, chociaż się rozglądam.

 

k.

2 listopada, czwartek

Śniadanie: rozmoknięta skóra z chleba, tajemnicza plamka spod wiaty przystankowej, kasztan – to Chałka. Jej mokre całuski od momentu zmiany czasu budzą nas jeszcze wcześniej, ale to nie szkodzi, o ile pozwala mi potem pomiętosić ciepłe uszko, a pozwala na to zawsze, gdy akurat z pasją dziamie kość szpikową na środku naszej kanapy. A więc śniadanie: piwońska grahamka z anonimowym masłem, twarogiem strzałkowskim i znalezionym w redakcyjnej kuchni miodem spadziowym z pasieki Jeronimo Martins, tuż po balecie, który wymęczył (mnie i moje chrupiące lewe kolano)(i moje mięśnie brzucha, teraz nie mogę ich elegancko wciągać żeby prezentować się jak dama) jak dawno nie, czuję wszystkie swoje odcinki i po raz kolejny obiecuję sobie robić w domu deskę (a potem przypominam sobie, że wtedy Chałka wrzuca mi na plecy swoją gumową kość i pcha język do ucha). Ósma rano w czwartek to moja ulubiona godzina, zaraz po dziewiątej w sobotę. Wyjść z domu – to jest najtrudniejsze z codziennych zadań, potem jakoś leci, czasem nawet pięknie. Na przykład dziś, gdy na kolację zjem naleśniki w barze Prasowym i polecę na Muranów na drugie już zajęcia z haftu organizowane przez Zwykłe Życie. Tydzień temu były pupki i biusty, w planach zieleń, kosmos, abstrakcja, własny tamborek i dużo prezentów świątecznych.

 

Wczoraj: leniwy dzień w pościeli (to już się robi nudne, ale każdy ma prawo do zanudzania), chleb bananowy Waleckiej z posiekaną czekoladą, jabłka z masłem orzechowym na przegryzkę do serialu, pieczone w bladym od mascarpone sosie pomidorowym połówki mikrych bakłażanów, kulki mozzarelli, miska ciepłego kuskusu z oliwą cytrynową. Ostatnio nie wymuszam na sobie absolutnie żadnych ambicjonalnych popisów i jem rozkosznie jak leniwy prostak, którym zawsze podskórnie byłam – więcej niż trzy smaki na talerzu to już tłok (ulubione śniadanie: owsianka z płatkami kokosa; ulubiony obiad: polenta z sosem pomidorowym, ulubiony deser: jogurt z łyżką jagód ze słoika). Jak na życzenie przyszła więc do redakcji nowa książka Jamiego Olivera i po pierwszym kartkowaniu mam chyba z dziesięć zakładek. Niewymuszony kuchenny minimalizm jak ta lala, w dodatku sprytny, bo do puddingu Jamie wali cały słoik marmolady pomarańczowej (która mi zbywa, bo czasem tylko kładę ją na chleb z serem), a w ciastkach zamyka mielone suszone jabłka (których tony pobieram od babci i zapominam jeść). Pięć składników, dobra oliwa, tłusta śmietana, no i dobre puszki, słoiki, paczki i mrożonki, czyli podstawa, na której opiera się moje kulinarne poczucie bezpieczeństwa. Nie wstyd, tylko życie, przynajmniej na Grochowie.

 

Jutro: wielki dzień. Odbieram robota planetarnego, którego pomogła mi wybrać Liska (cmok!) i robię absurdalnie maślane drożdżowe.

 

k.

30 października, wietrzny poniedziałek

Tańczą liście, śmieci wokół kubłów i uszy mojego psa, najcieplejszy golf i wygrzebany w szmateksie wełniany płaszcz francuskiej licealistki Grzegorz przewiewa na wylot, a przecież arktyczne powietrze dopiero idzie! Nie wiem co to będzie, ale jakoś się nie boję – październik minął błyskiem, gorzej nie będzie. Podsumowanie przedstawia się jak poniżej.

 

Trzy weekendy temu Węgorzewo – spacery z płaczącym z kieszeni kociątkiem, które całe mokre wypełzło na moje i ulczyne buty ze sterty liści; od pani w aptece dostałyśmy kartonik mleka Klara i strzykawkę do karmienia, od straży miejskiej telefon i adres budki ratunkowej, brnęłyśmy przez rzeki błota, właziłyśmy na drzewa, pokonywałyśmy płoty, a ta piszcząca kulka wspinała się po szaliku i wysysała mleko z zagłębienia dłoni; wszystko skończyło się dobrze. Jedzenie przy okazji: pieczona dynia, kasza jaglana, ciastka imbirowe, krakersy serowe Smitten Kitchen, bardzo dużo orzechów, herbaty i wina.

 

Dwa weekendy temu łóżko na Grochowie – niekończący się maraton Friends, opowiadania Strout, felietony Masłowskiej, ciężka foremka zwykłego makaronu z ragu bolońskim i mozzarellą, chrupkie końce rurek, potrzeba węglowodania.

 

Weekend ten najświeższy – wycieczka do Wrocławia na parapetówkę (taką prawdziwą o zapachu tynku, z siedzeniem na podłodze i myciem rąk w bidecie, mój wkład: wiadome ciasto śliwkowe), pad thai i pampucha z szarpaną wieprzowiną, sosem majonezowym i orzeszkami w Ośmiu Miskach (na szczęście nie słabną) oraz śniadanie w pięknym acz nędznym Dinette. Z całego stołu talerzyków najlepszy był ten z drożdżowym rogalem z wiśniami i czekoladą.

 

Jestem bezsłowna i nie mam nic ciekawego do napisania. Zostawię tu tylko sobie za pamięci dwa kąski: lazanię z zieleniną i orzechami laskowymi Yotama czekoladowe ciasto Nigela z orzechami laskowymi, rozmarynem i rodzynkami w sherry. Cały ten rozdział jest miłością, ale pewnie go widziałaś, moje bycie na bieżąco kończy się tam, gdzie strefa komfortu.

 

k.

 

 

12 października, czwartek, leje

Mam mąkę na czole i pocięte dłonie, od twardej skórki warszawskich bagietek, których dziesięć testowaliśmy dziś w redakcji. Wszystkie były marną namiastką Francji, ale najlepiej smakowała nam ta z Saint Honoré – pełna błyszczących dziur i upudrowana. Ubiliśmy do tego wszystkiego masło z litra śmietanki (odlana maślanka smakowała jak królestwo, naprawdę), a Monika przyniosła dżem z gostomskich truskawek. Nie wyobrażam sobie lepszego scenariusza na bury czwartek i dorzucę do tego poranny balet i wolny wieczór. Z kolei tydzień temu przy tym samym stole zjadłam jedno z lepszych ciast tego roku, które w ramach testów przepisów upiekła Diana – ciężkie od syropu różanego, przykryte kołdrą z kwaśnej śmietany, wreszcie posypane pistacjami migdałowe cudo Yotama, z jego nowej książki, o której marzę jak o żadnej innej – w kwestii deserów ani na rynku wydawniczym ani w moim życiu dawno nie wydarzyło się nic równie porywającego.

 

Z ostatnich przygód na mieście: Kieliszki na Próżnej nakarmiły nas wczoraj ziemniaczanym rosti z jajem w koszuli i truflą, złotymi kapeluszami rydzów, serem i masłem, a na deser domową krówką z prażonymi orzechami laskowymi, chrupkim słonym ciastkiem i gałką lodów waniliowych. Tak rozpoczęły się jesienne obchody Restaurant Weeka. W planach jeszcze Dom Wódki, Dyletanci, Rozbrat20 (tak smutno wspominam tę drożdżówkę z malinami, którą podzieliłyśmy dawną wiosną czy jesienią, pamiętasz?) i U Tato, nowy Gruzin z Mokotowskiej.

 

Z przygód domowych: blacha ciasta pietruszkowego (z braku marchwi) z mąki migdałowej, z kokosem i pekanami, rumianego od korzennych przypraw, a po upieczeniu zalanego jeszcze gorącym masłem, miodem i maślanką (o tego). Pierwsze ciepłe kawałki zjedliśmy po długim deszczowym spacerze z Chałką, a popite mlekiem smakowały naprawdę rozkosznie, ale chyba tego nie powtórzę i nie polecę – nie wiem o co mi chodzi, ale rzadko kiedy jakiekolwiek ciasto smakuje mi dłużej, niż przez jeden dzień (za wyjątkiem sernika). Z kolei na obiad tego dnia zjedliśmy dwie podusie polenty, sos z szembeckich podgrzybków (od Liski) i uduszony z czosnkiem i skórką cytrynową tęczowy bukiet boćwiny i czarny jarmużu („wet polenta, winter greens” z niebieskiego tomu dzienników Nigela). Przez kolejne dni dojadałam ją jeszcze z prostym sosem pomidorowym, tym samym utwierdzając się w przekonaniu, że jedzenie które lubię najbardziej, to jedzenie dla ludzi bezzębnych. Przedwczoraj po raz pierwszy w życiu ugotowałam kapuśniak (z szembeckiej kapusty kiszonej, wspaniała, mogłabym jeść jak czipsy). Dramatycznie nie mam ochoty na mięso, za to codziennie na czekoladę. Poranne i popołudniowe spacery z Chałką są już po ciemku, a mimo to bardzo mi dobrze w tej porze roku, w swoich jesiennych ubraniach, książkach, piosenkach i zaplanowanych wycieczkach. Chyba już wiemy, gdzie chcemy urządzić przyjęcie ślubne. Ciekawe, czy zgadniesz.

 

Boże, daj sałaty, dziesięć bułek z masłem to jednak bardzo dużo.

 

k.

9 października, poniedziałek

Najpierw był ciężki kawałek quiche lorraine i pomidorki koktajlowe na ławce w parku, i jeszcze smukłe jambon beurre z Maison Landemaine, który mieliśmy prawie pod domem. Płynący reblochon i roquefort, drapiąca podniebienie, mocno opalona wiejska bagietka, solone masło z Bretanii i ciemne, drobne winogrona Muscat i to wszystko rozłożone na kraciastej poszewce kołdry, butelka Cotes du Rhone, dwie szklanki.

Pain au chocolat na trzy kęsy, pomięty croissant, pudełeczko fromage blanc (cztery procent tłuszczu, idealnie), herbata i mleko z widokiem na budzącą się nieśmiale jedenastą dzielnicę. Słońce liże dachy dopiero koło godziny 9, ale i wtedy trzeba mieć szalik i parasol. Bretońskie naleśniki w Breizh Cafe, kocham tę gryczaną koronkę, z płynącym jajkiem, gotowaną szynką, comte i kęsem masła topiącym się powoli na ciepłym brzegu. Sałata.

Kouign-amann, znów Bretania, do której chyba przynależę (chłodek, wiatr, sól w maśle i karmelu, naleśniki, jabłka – francuska Norwegia, poproszę za rok!), cudo jakiego jeszcze w ustach nie miałam, chrupiące cukrem i pełne masła, kupione na targu na Bastylii i po kęsie zjedzone w długiej deszczowej kolejce do Centre Pompidou (jeszcze Hockney, okazało się, że abstrakcja to dla mnie abstrakcja, ale portrety (par!), szkice, zdjęcia – miód). Na kolację wołowy tatar z frytkami, młode listki sałat z mocnym winegretem, kieliszek rosé.

Połówka bagietki z masłem i konfiturą, croissant listkujący się jak książka, kubek kawy, bochen chleba z miso (to już do plecaka). Montmartre pod prąd, nieznośnie tłoczny, nie wiem czemu zawsze tam jeżdżę, ale pewnie nie przestanę. Mrożona herbata, gardło i palce w KB, spacery po raz setny tymi samymi kątami, na obiad ciemne Buvette i wreszcie warzywo – sałatka z buraczków z siekanymi migdałami, cierpkim winegretem i łychą creme fraiche oraz dwa dymiące wulkany w ceramicznych naczynkach – hachis permentiere i brandade z porem, oba pełne puree i uszczelniające szpary w szaliku. I jeszcze tylko kilka sztabek comte do plecaka, kostka masła (zabrali nam na lotnisku, chociaż tak walczyłam!) i dom, gdzie czekał stęskniony pies i mój brat, który dostał się właśnie na doktorat do Gandawy (łączy nas moja droga genialne rodzeństwo) i ugotował nam (ale nie z tej okazji) pachnący tadżin z kurczaka z oliwkami i kuskusem. Odkąd w Warszawie jest Aromat i Krem, można tęsknić mniej, ale masło we Francji jest tańsze i to jest skandal i podwójny smutek, że jednak zabrali.

 

Dziś pierwszy raz pożałowałam, że nie wzięłam rękawiczek, ale rozgrzał mnie Kornel Filipowicz i jego kochana, dumna prowincja. „Poczułem, że mam w klatce piersiowej dziurę na wylot, coś w rodzaju otworów, jakie się widuje w rzeźbach Moore’a i pomyślałem, że przez ten otwór ktoś patrzący na mnie w tej chwili mógłby zobaczyć wyraźnie kawałek wnętrza mojego mieszkania ładnie wysprzątanego, z meblami, książkami, kolorowymi obrazami, a w tle nawet łąkę, rzekę, las, a może i niebo z obłokami?”.

 

k.

25 września, poniedziałek

Piąty dzień jesieni: gołe kostki i nadgarstki, na pierwsze śniadanie lato – mango zmiksowane z masłem orzechowym, na drugie wrzesień – rumiana malinówka w kieszeni (futerka, które kupiłam sobie wczoraj, kocham się w nim ale i nie mogę tego ewenementu przeżyć; styl do którego ewidentnie dążę, to „przedszkolak, którego ubierał tata” – im bardziej coś nie pasuje, tym bardziej pasuje plus nieuczesanie). Im więcej czasu spędzam pod kocem, tym bardziej jestem całkiem w porządku sobą. W kuchni wreszcie się dzieje: mujaddara z Food52 (ale przyprawiona jak w książce „Lubię”, cynamonem i kuminem), z kleksem miętowego jogurtu i grubą kołdrą smażonej cebulki, miękkie tacos z duszonym w pomidorach i kuminie batatem, złotymi boczniakami, sosem z awokado i czerwonym coleslawem z kolendrą (pierwszy raz od dawna zajrzałam do „My new roots” i przypomniałam sobie nasze przemiłe spotkanie nad pieczoną dynią na czarnym ryżu, polaną mandarynkowym tahini, daniem, którego nigdy nie zrobię, bo w tym celu musiałabym pamiętać o wcześniejszym namoczeniu ryżu), orzechowa szarlotka Waleckiej (przykra – nie wiem jakim cudem, ale piana wpłynęła między jabłka i całość smakowała jak mydło), wreszcie wczorajszą nocą wołowy gulasz Jamiego Olivera z dynią, marchewką, ziemniakami i połową butelki czerwonego wina z Apulii i z Lidla jednocześnie.

 

Z przeżyć szwędaczych: na sam koniec jesieni odkryliśmy dwie najlepsze chyba do tej pory warszawskie lodziarnie. Tłusty Kotek na Hożej karmi taką pistacją, że robi się słabo (gęsta i harda, prawie się nie topi i prawie nie jest słodka, a do tego chrupie orzechami pistacjowymi), a Na końcu tęczy przy placu Zbawiciela doprowadziło nas wczoraj do śmietanowych spazmów gałkami wielkimi jak pięść: mascarpone z czarną porzeczką, twaróg z krakersami i dla Marcka testowy solony karmel (czyli lodowy papierek lakmusowy). Szliśmy z rożkami w rękach wyludnioną niedzielnie Marszałkowską i wzdychaliśmy. Oby Kotka i Tęczy nie wykończyła zima, gdyż chcę powtórki.

 

Z marzeń na ten tydzień: polenta z fasolą i cavolo nero oraz pasztet wątróbkowy z kaparami z Florentine. A w sobotę fruniemy do Paryża, leżeć pod tamtejszym kocem z czwartym sezonem „Przyjaciół”, jeść bagietki z masłem i szynką, maczać porwane croissanty w konfiturze mlecznej, grzać ręce belgijskimi goframi faszerowanymi czekoladą, spacerować po liściach, no i uświadomić Marcka, dlaczego tak lubię to miasto, chociaż już wcale nie jestem pewna, czy jeszcze tak lubię. Au revoir!

 

k.