Category: Lewa

14 grudnia, piątek, a kuku

Śniło mi się, że urodziłam dziecko i karmiłam je mąką żytnią. Kołyszę się do snu myślą o dzieleniu i formowaniu ciasta miękkiego jak pupka, jak policzek. Kręgosłup lędźwiowy trochę trzeszczy, skrzynka mailowa też, prawie rozumiem już brioche, prawie umiem napisać jeden tekst w cztery godziny, prawie umiem odmówić pajdy. Dziś jednak owsiana z masłem i bursztynem, czasem bogata, bo z brie albo z mortadelą, a najczęściej prościutka. Wszystkie kanapki mojego życia jem teraz przy naszym roboczym stole, w domu w koło macieju to samo – jedna zupa przez tydzień [buraczkowa, kapuśniak z Jadłonomii, dhal, krupnik gęsty jak kaszotto, pomidorówka na rosole, a nawet o zgrozo i z braku laku (czasu na zakupy) krem z brokułów albo szpinaku]. Jajo. Kawałek ciasta na deser albo czekolada czy cukrowe „noski” przywiezione w listopadzie z Gandawy. Wpełzam pod koc i zaczynam drugi etat.

 

Poranki: nie istnieją, tylko w weekendy robię sobie śniadanie w świetle dnia. Wielki powrót papek – kremu jaglanego z mascarpone, kardamonem i pomarańczowym miodem, ryżu na mleku (grudka masła, brązowy cukier, cynamon), kaszy manny z malinami. Moje pierwsze congee, niby udane, ale jednak sos sojowy mi o poranku przez gardło przechodzi z trudnością.

 

Pomiędzy: jesień fasoli, jak u Ciebie rok temu. Odkryłam bogactwo Mięsnego na Saskiej Kępie i nałogowo wykupuję ich kiełbaski, wspaniałą kaszankę (z jabłkowym puree i syropem od Rajmana), a nawet cielęce parówki, które podobno przyjeżdżają spod Krakowa. Jemy z keczupem i chlebem z masłem, jak za szczenięcych lat. Herbata z cytryną. Sałatka jarzynowa i kanapki z szynką. Czasy kolacji wymiennych ze śniadaniami, gdzie jesteście?

 

Wieczory: „Genialna przyjaciółka” i kilka innych równie sławnych co słabych seriali, o których nie chce mi się nawet pisać, „Szczelina” Doris Lessing, nowy Myśliwski (ach), komiksy Kultury Gniewu, „Małe Kobietki”, które pamiętam w swoich rękach pod koniec lat 90., Rachel Cusk (nie), „Jestem miłością” (bardzo tak, jak dobrze mieć długą listę nigdy nie obejrzanych klasyków starej i nowej daty), różne inne sprawy. Oprowadzanie kupców po mieszkaniu i rozmowy z notariuszem na przykład. To jest dopiero niekończąca się historia, trwa jej pierwszy tom – równo rok temu zaczęłam szukać nam mieszkania, jeszcze nie wyszliśmy z przedmowy.

 

Ciemność i zgniłość świata rozwiały nam ostatnio dwie małe podróże – nad zwykłe polskie morze i do pięknej, pustej i czystej Flandrii. W tej drugiej mój brat karmił nas mapo tofu i chińskim makaronem, smarowaliśmy sobie nosy czekoladą z rzeczonych gofrów, oglądaliśmy  i wypiliśmy bardzo dużo jak na tę chłodną porę roku zimnego piwa, ale było pięknie, zagranicznie. Tydzień temu ugościł nas za to Kołobrzeg. Zjadłam lody śledziowe (z przyjemnością, bo w tym roku mam ewidentnie jakieś rybne niedobory) i piłam wina swojego życia, pod kapustę, barszcz i pomidorową galaretkę z pstrągiem. Poszliśmy potem na spacer do Gdańska. Piesze linie proste wpędzają mnie w taki rozkoszny trans, a poszczególne stacje kolejowe na trasie do Warszawy w rozkoszne drżenie. Gdynia, Sopot, Oliwa. Marzenie na późniejszą dorosłość, chyba że wcześniej zaleje nas Bałtyk.

 

Zatraciłam potrzebę autokreacji internetowej, to i cicho.

 

K.

 

 

15 października, jakby nowy rok

Jest poniedziałek, słońce głaszcze mnie po nosie, nigdzie się nie wybieram i nie mam w swoim notesie zapisane na dziś prawie nic. Każdy dzień zaczynam trochę na nowo, bo dawno tak nie było, że wszystko w dniu mogło się zmieścić. A więc dziś mieści się pogodne Belle&Sebastian (zawsze dobrze mi się do tego pisało), kurz w powietrzu, z którym nie mam zamiaru nic zrobić, talerz ciastek z masłem orzechowym i wędzoną papryką (Lebovitz) na stole, niebezpieczny zapach lata i gołe kostki w październiku, zszakszukowane leczo na obiad, kapuśniak na kolację i „Siedem uczuć” Koterskiego na deser. Zaczyna się trzeci tydzień życia po Kukbuku, w dwóch poprzednich było niemniej pisania niż przez ostatnie lata, jedyna różnica polegała na konieczności starcia mąki z okularów przed zabraniem się do pracy. Bo z etatu przy biurku płynnie przeszłam w etat przy piecu. Najmilszy jest moment, w którym otwieram drzwi piekarni, w twarz bucha zapach mąki, wiążę fartuch i jestem. Czas płynie razem z muzyką, popijamy kawę i odhaczamy kolejne, rutynowe etapy działania. Drugi w kolejce najmilszy moment to ten, gdy o jedenastej wjeżdża na stół roboczy pajda z masłem pokrojonym jak ser: we wtorki z grahama, w pozostałe dni z pszennego, czasem z tego z owsianką. Przysiadam na parapecie, grzeję buzię i patrzę znad pajdy, jak mijający piekarnię ludzie patrzą na mnie. W środy jestem grubo przed świtem, w piątki wyskrobuję z miksera resztki frangipane z prażonych orzechów laskowych do bostocków z czarną porzeczką. Codziennie wracam do domu oszołomiona, rowerem, przez nową i starą Pragę, zupełnie nowe ulice i kamienice. Wreszcie powoli – to zupełnie inny rodzaj jazdy, prawie krajoznawczy. Mijam pierogi w Skamiejce, pyzy na Brzeskiej, lodziarnię Pallone (earl grey, jagodowe, pistacjowe, krzepkie porcje, ciężkie rożki), bar mleczny Ząbkowski, bazar Różyckiego z instalacją „Krem i czekolada” i straganami pełnymi ubranek do chrztu ale z urokiem ubranek do trumienki, Biedronkę, która z okazji otwarcia trzy dni temu urządziła o szóstej rano dyskotekę dla staruszek, fabrykę czekolady, złoty park Sinfonii Varsovii i już jestem w domu. Kocham się w swojej nowej trasie, w świecie o trzynastej, w życiu po prawej stronie rzeki. Nawet te mityczne buliony do zup wreszcie mam czas gotować. I to wszystko pozmieniało się na przestrzeni jednego tygodnia. Przewroty, powroty.

 

K.

17 lipca, wtorek

Powoli wybudzam się ze snu, jakim był przełom czerwca i lipca. Smakował czerwonymi porzeczkami – najsłodszymi, jakie w życiu miałam w ustach – które jedliśmy prosto z krzaczków podczas naszego wesela, gdy urwaliśmy się z deseru, żeby zrobić zdjęcia.  Morelami z pąsem, których całe torby braliśmy na plażę La Palou w Finistere, żeby zagryźć smak fal, świeżym tuńczykiem, makrelą i molwą ze stoiska rybnego w Crozon, które rzucałam na grilla, a potem na talerz z ratatujem. Wszystkimi tymi tępymi, bretońskimi ciastami pozbawionymi paryskiej finezji, na czele kouign-amann, zrobionym z ciasta chlebowego, niewyobrażalnych ilości masła i cukru. Naleśnikami z serem, które najpierw usmażyła mama na mój ostatni panieński posiłek – zjadła je cała dziewczęca delegacja, która mnie stroiła, malowała, filmowała i fotografowała – a potem tymi, które już w podróży a jeszcze ciepłe kupowałam codziennie w naszej piekarni tuż przy plaży. Czipsami sel&vinaigre, zupełnie niesłodkim cydrem, za to buzującym gdzieś w głowie, w nosie, jak morze, gallettes pełnymi sera i gotowanej szynki. Pierwszy raz w życiu przejadłam się masłem, bo zjedliśmy go równe pół kilograma i to tylko na porwanych palcami kawałkach bagietki. Francja jak ze snów – pusta, dzika i spokojna. Oderwane od rzeczywistości Nantes z zieloną linią wiodącą przez najpiękniejsze ulice, zjeżdżalnia z murów zamku Książąt Bretońskich, fantastyczny ogród botaniczny i prawie pusty targ, który objedliśmy z terrin i pasztetów. Cypelek Quiberonu wymyty z kolorów, został tylko błękitny i różne odcienie szarości nieba i oceanu, kępy hortensji jak wielkie ogrodowe pyzy, lody fiołkowe, nasz mały, biały domek z tarasem i wierne Twingo. Finistere jak Kornwalia, Chorwacja, Kalifornia jednocześnie – kołyszące się wrzosy i kwiaty dzikiej marchwi, klify i skały, plaże szerokie jak autostrada, fale miotające człowiekiem na wszystkie strony, wszędzie nikogo. Radość z piłkarskich zwycięstw, jakiej nigdy nie doświadczy nasz kraj, a potem tańce na placu, z całym miastem. Pizza na piasku, belgijskie piwo. Ocean niemieszczący się w głowie ani w oczach. Nie ma możliwości wpisać do dziennika wszystkiego, ani też nie ma potrzeby.

 

No więc jeszcze raz: najpiękniejszy początek lata, cały zapisany w głowie, najmilsze wesele, na jakim byłam, obolałe od tańca stopy, pierwsze łzy jeszcze przed wejściem do kościoła, drugie przed ołtarzem, trzecie w samochodzie nad kieliszkiem szampana, wszystkie scałowane. Drewniana stodoła, kwiaty w dzbankach, sweter na początek lata. Teraz już zawsze będę się wzruszać przy Ericu Claptonie, który zaśpiewał nam pierwszy taniec, dobrze, że kupiliśmy jego winyla na pchlim targu na wybrzeżu i dobrze, że dostaliśmy w prezencie gramofon, dzięki któremu lubię teraz nasz ciasny dom trochę bardziej. O braniu ślubu w tych czasach można mówić różne rzeczy, ale gdy się już go weźmie, zostaje tylko słodycz. Nie martwi praca, ludzie zrobieni z papieru ściernego, pogoda, jedzenie, o które człowiek tak się bił przez pół roku, ani to, czy zdążę zjeść całe lato tego lata, a potem, w podróży, nie kłopoczą żadne przymusy. Zostaje tylko słodycz.

 

Oderwała mnie ta podróż od rzeczywistości, choć to przecież nie pierwszy raz. Ale za to jaki dotkliwy. Co teraz?

 

k.

14 czerwca, czwartek

Nie mam głowy, żyję trochę za firanką, rutynę odbębniam na autopilocie. Na szafie komplet toreb, z papieru wystaje kłąb białego lnu, buty są już od dwóch lat, pierścionek z szafirowym oczkiem zrobi za niebieskie, a sukienka za pożyczone. Paznokcie, stopy, włosy i brwi – wszystko ma miejsce w kalendarzu. Śniadania i kolacje jemy na dywanie karteczek z nazwiskami gości, których ciągle nie wiadomo jak usadzić. Niech już będzie po wszystkim, żebyśmy mogli ruszyć na wakacje (żółty kostium kąpielowy już na szafie), i niech to nigdy nie nadejdzie i się nie skończy, to delikatne cudo, które się teraz dzieje. Nie wiem jaki będzie tort, nie mam pojęcia, jak będzie smakował szczawiowy humus i czy naprawdę dojedzie ser z Rancza Frontiera, ani czy czeka na nas w sklepie odpowiednio dużo butelek Foggy River z Marlborough (wspaniałe), czy dojedzie wino, które tata zamówił z Francji, nic już w zasadzie z rzeczy doczesnych mnie nie zajmuje tak bardzo, jak na samym początku. Skoro widząc wasze ukwiecone głowy w parku Krasińskiego musiałam się szczypać w ramię, że to już, że dla mnie, to nie wiem też, jak ogarnę umysłem moment stania przy ołtarzu. Nie wiem, czy po prostu nie położę się spać z mokrymi włosami, żeby ułożyły się jak zawsze, żebym siebie samą poznała w lustrze.

 

Czuję się odprawiona i gotowa do małżeństwa, nie tylko poprzez miniony weekend, którego początek oparł się dzięki Uli (i Monice i Monice, Toli która zostawiła dla mnie w domu Gustawa i Tobie, mimo lata w PKP) o bukiety kwiatów i pijane wianki, chipsy z solą i pieprzem, kolejne kieliszki prosecco i krzak bzu, którym pachniały, całe kolacyjne menu Bibendy i całe deserowe menu Mąki i Wody, a potem paczuszki sera, najlepsze warszawskie croissanty, najlepsze krakowskie chleby, solone masło, pół Hali Mirowskiej, jagody z creme fraiche – środek rozgrywał w środku podwarszawskiego lasu, gdzie na scenie ja i moje koleżanki z grupy baletowej odtańczyłyśmy przed skromną publicznością Walc Kwiatów z Dziadka do Orzechów – koniec, samotnie przeleżany w chłodnej ciemności i na kanapie, przetęskniony za powracającym z gór chłopcem i kosmatym psem. Trzy lata temu przebiegłyśmy z Ulą przez przejście dla pieszych i na szarej ulicy Świętego Antoniego zobaczyłam Marcka, o którym tyle słyszałam od tylu już lat (a potem poszliśmy do Szynkarni na niespecjalne podpłomyki i trzy szklanki piwa, które piliśmy na zmianę, bo jedno z nich też było niespecjalne i trzeba było wziąć za to odpowiedzialność), pomyślałam sobie, przysięgam: weźmiemy ślub. Od dziś za dziewięć dni.

 

k.

30 maja, środa

Trzy zachwyty minionego tygodnia:

 

po pierwsze, spróbowałam chleba Tartine Z TARTINE, który przywiózł mi na galę Kukbuk Poleca Kamil, z którym na temat jedzenia przegadaliśmy w Rzymie dwa dni. Moje kromki przeleżały co prawda przez weekend w Forcie Mokotów, ale w ogóle im to nie przeszkodziło mnie wzruszyć. Gdy wylazły z tostera, całe dziurawe, złote i cudownie kwaśne, obłożyliśmy je z Marckiem plastrami masła i zjedliśmy (przynajmniej ja) z solidnym wzruszeniem i gorgonzolą. Następne już pewnie na miejscu, moja wiza jest ważna jeszcze tylko rok. (Rzeczony Kamil obdarował nas wczoraj całym bochnem chleba z cebulką i ciastem z truskawkami, twarogiem i wielkimi bryłami kruszonki – glutenowi przyjaciele to w tych czasach skarb.)

 

Po drugie, dziś w pracy okazało się, że młodych ziemniaków nie da się rozgotować. Tomek gotował jedną z partii przez dwie godziny i one wciąż były kremowe, słodkie i w całości. Zjadam ich w tym sezonie całe tony, marzy mi się co prawda tarta tatin z młodymi ziemniakami, ale to się pewnie nigdy nie wydarzy, bo nie mam cierpliwości. Praktycznie przestałam gotować na serio, bo nic nie wygrywa z kartofelkami (a potem bobem, kalafiorem, fasolką) z masłem, a poza tym nasza kuchnia latem to trochę piekło na ziemi – słońce pali od czwartej rano, a w obliczu mniej lub bardziej rychłej przeprowadzki rolety to zbytek.

 

Po trzecie, naukowcy odkryli, że żuk gnojarz, tocząc swoją kulkę, kieruje się światłem Drogi Mlecznej. Co za romantyk! Muszę przyznać, że napełniło mnie to światłością i postanowiłam się podzielić, a nuż ktoś w potrzebie.

 

Zachwyt nadchodzący: pierwszy weekend czerwca po raz trzeci z rzędu spędzimy na festiwalu Czas na Ser w Lidzbarku Warmińskim, a więc w jury konkursu na najlepszy ser, w basenie, w saunie, na zakupach (cydrowy z Wańczykówki, pijana koza z Kaszub, niebieski z Rancza Frontiera, owcze piramidki w popiele od Lefevrów, gofry z prawdziwą bitą śmietaną i gniecionymi truskawkami), na wycieczkach (hotelowa restauracja nie zachęca, więc bierzemy koszyk piknikowy), przed telewizorem i nad książką (dostałam dwie powieści Michaela Chabona, pierwsze słyszę, ale na pierwszy rzut oka interesujące, a i objętości są apetycznej) w hotelowej pościeli. Przez szczęście rozumie się przyjemność.

 

k.

23 maja, środa

Festiwal martwienia się.

 

Zmieniają sie tylko pory dnia i powody. Tylko dziś o: ślub, przyjęcie, pogodę na ślub, jedzenie na przyjęciu, mieszkanie, pożegnanie z Pragą, martwię się nawet tym, że nie mam czasu tutaj nic napisać i tym, że misie w praskim zoo chodzą w tę i z powrotem i wyglądają rozpaczliwie.

 

Na stole truskawki i piwonie czyli festiwal czerwca w maju. W porze śniadania płatki kukurydziane z miodem, pistacjami i truskawkami, a w deszczowe dni w tym samym anturażu kokosowa kasza jaglana; pastelowe rzodkiewki z działki i humus, tony szpinaku i botwiny w omletach, szczawiowa z jajem, tony młodej kapusty we wszystkich możliwych konfiguracjach – ostatnio najbardziej smakuje mi przysmażona na brąz, z pancettą i fasola oraz krótkim makaronem. Jadłam juz polskie młode ziemniaki z kefirem. Wszystko delikatne, słodkie, co roku pierwszy raz.

 

To już oficjalne – wystawiliśmy na sprzedaż kącik na Grochowie, po czym błyskawicznie znaleźliśmy kupca i szukamy nowego mieszkania, z balkonem i przestrzenią. Oglądaliśmy jedno na Mokotowie – przezielone, skrzypiące, dziadkowe fest, bo chyba lekko tylko przestygnięte, na półce mydełko Fa i rzędy Chmielewskiej, w rogu złożony wózek inwalidzki, pod ścianą sztaluga z plakatówkowym obrazkiem drzewa, za kuchennym oknem właśnie to drzewo, w każdym razie widmo śmierci na futrynie – ale nie. Mokotów to taki skansen lewobrzeżnej Warszawy, bardziej artystyczny niż Artystyczny Żoliborz, wyluzowany, ale tylko w ubraniach z COSa, no i tak blisko do pracy, że aż za blisko. Serce zmierza ku Bielanom, byłam tam wczoraj po ważną sukienkę; zieleń, cisza, stare siwe bloki. Rozmyślamy nad trzecim piętrem jednego z takich bloków, ma balkon, parkiet, przestrzeń i niemiłego właściciela. Trudne to i bolesne, za każdą wizytą prawie się wprowadzam, patrzę, gdzie będę chodziła po pieczywo i warzywa, gdzie wytresuję psa, żeby umiał siedzieć ze mną na kawie (jeśli na Bielanach, to w Cafe de la Poste, nie mogę się doczekać ich croissantów, a do towarzystwa będzie Tola i Agata ze Zwykłego Życia, czyli wspaniale), czy będziemy mieli gdzie zjeść kolację w odległości spacerowej (Curry House i Lukullus to całkiem dobra obstawa). Nie przeszkadza mi żadna dzielnica, za to podwieszane sufity, oświetlenie ledowe, drzwi karton-gips i tego typu atrakcje dosyć smucą. No nie wiem jak to się skończy.

 

Dalej, na stole: dobrze wchodzi mi też ostatnio prosta „Japonia” – ryż, sos sojowy, olej sezamowy, czarny sezam i do tego świeży ogórek, szczypiorek, jajko, ryba, właściwie cokolwiek. Rzadko jadamy na mieście, a jeśli już, to bum bo nam bo w Viet Street na Saskiej Kępie albo blaszane miski ryżu, warzyw i surowej ryby w Pacyfiku. Lody – w tym roku wielki zawód, żadne nie smakują tak, jak powinny, za to odkryłam jedne, za którymi pojadę na Mazury – Kwaśne Drzewo Sauerbam produkuje je z owczego mleka, wiem, bo przysłali na nasz Kukbukowy konkurs. Jadłam i nie mogłam przestać i chciałam płakać, taka nostalgia i wibrująca słodycz. W planach na najbliższe lato jest misa do robienia lodów w domu, a póki co zostają truskawki ze śmietaną. Na stole są też książki – kończę „Szkice piórkiem” i łkam, że takich pięknych rzeczy nie można napisać więcej niż raz. Z zachwytów jeszcze Anna Król o rzeczach Iwaszkiewicza i niewielka książeczka Idy Linde („Poleciały w kosmos”), którą dawkuję sobie ostrożnie, bo jeszcze coś przegapię. W planach – królowa Olga.

 

Za miesiąc ślub.

 

k.

26 kwietnia, czwartek

To się chyba stało w ciągu jednej nocy – najpierw lunęło (siedzieliśmy wtedy w domu, z głośników płynął Coltrane i Grace Kelly, a zza okna grzmoty; ja czytałam „Szkice piórkiem” – cudowne – a Marcin biografię Van Gogha; w brzuchach mieliśmy świeży chleb, przesłodkie pomidory malinowe, miękkie i cieknące sokiem – jakim cudem w kwietniu?, oliwki z migdałami i ser z Wysp Kanaryjskich, który przywieźli nam moi rodzice) i przez jedną noc wybuchły liście i zakwitły jednocześnie wszystkie kasztany, tawule, mlecze i bzy tego miasta.

 

Nie wierzę specjalnie w cykle i rytmy, ale tegoroczny kwiecień co i rusz pachnie mi trochę jak szwajcarski rozdzialik sprzed sześciu lat. Nie wiem, skąd wziął się tu w redakcji ten miks domu moich hostów, ich ogrodu, ich kraju – leciutki zapach potu i trawy, kremu do opalania, dziecięcej główki, mleka i deszczu i gór. Wdycham i jest – pain grille z gruyerem, batoniki muesli na placu zabaw, placek z jabłkami na szczycie góry, na którą wdrapywaliśmy się w niedziele, wielkie bochenki miękkiego chleba z całymi orzechami laskowymi, emocjonujące zakupy we francuskich supermarketach i na targach, lody double creme de la Gruyere avec les meringues i tłuste truskawkowe, kupowane na jednym z mostków w Genewie, zapach piwnicy, w której była bawialnia i pająki, w walce z którymi nagle musiałam stać się stroną aktywną, zapach stosiku cienkich powieści, wydawanych specjalnie dla takich jak ja, nigdy nie biegłych we francuskim, prosta pizza z budki nad jeziorem (tata je, ja bardziej gonię jego dzieci po molo, w końcu wszyscy kończymy wgapieni w wielką zdechłą rybę), moje pierwsze fondue w najgorętszą ostatnią noc tamtego maja, wypływane potem w sukience, z braku stroju i z nadmiaru towarzystwa, w Jeziorze Genewskim, mój pierwszy pastis, mój ostatni w życiu, to pewne, pastis. Z nostalgią wspominam tę krwawicę, koszule poplamione sokiem z petites tomates, targanie hulajnóg (la trottinette) i śpiących dzieci po pałacowych dziecińcach pełnych ludzi w pięknych ubraniach, fryzurach i okularach, perliste śmiechy, chłodne białe wino w wąskich kieliszkach, żwir na podjeździe, którym w te kieliszki rzucały te z moich dzieci, które akurat nie spały. Piękne czasy.

 

Zanim jednak trzydziestoletniość, to jeszcze wiosna i warszawskie uciechy – Lexus Hybrid Cuisine, na którym przyszło mi tylko zjeść konferencyjny obiad dla dziennikarzy, ugotowany przez drużynę polskich kucharzy, ale bijący rekordy pyszności mimo spożywania na stojąco i w toksycznej atmosferze small talku – jesiotr w szczypiorku, ze słodko-cierpkim kawiorem (z jabłka? pigwy?) i majonezowym musem z groszku, bób z czarną soczewicą i bulgurem, w piąstkach marynowanej cebulki, ptyś z wątrobianką (trafił w mojej głowie do tej samej szuflady, w której do tej pory siedziała kaszanka z różą z konferencji Gault&Millau 2016, cudowny koktajl z sakrum i profanum), tiramisu upchnięte w szklaneczkę, mocno czekoladowy biszkopt i gorzkie jak czort kawowe szkło. Dalej: Restaurant Week, który w tym sezonie sprawnym ruchem zwalił mnie na kolana menu w Schabowym – chłodnik z botwiny z pieczonymi młodymi ziemniakami, rzodkiewką i jajkiem sadzonym, żytnia grzanka z tatarem i ogórkiem małosolnym, wreszcie krzepkie knedle, nadziane wędzonym twarogiem i ziołami, polane masłem i sowicie okraszone posiekanymi orzechami laskowymi oraz złotą bułką tartą (sól i cukier podstawą udanej okrasy bułczanej – przy okazji, czy wiedziałaś, że we francuskiej, a i światowej, terminologii kulinarnej sformułowanie „à la polonaise” dotyczy polewania rzeczy maślaną bułką tartą? Wspaniałe, zwłaszcza jak się czyta o podawanych w ten sposób sercach palm czy płaszczce). Na deser w tymże Schabowym duszony rabarbar, pod budyniem i kołdrą ze smażonych na maśle porwanych strzępków chałki. Masło, masło, masło – rdzeń zachwytu bez zmian. Test tej miłości już niebawem, w salonie Warsaw Poet, pod warstwą białego jedwabiu. Nadal nie mam butów, za to wiele snów o klęskach. Jedna z nich jest rzeczywista – baletowy występ, którego perspektywa od półrocza wyciska ze mnie siódme poty, pokrywa się terminami z wieczorem panieńskim ORAZ ze ślubem.

 

Na deser zdanie zadanie – gdybyś mogła powtórzyć dowolny dzień ze swojego życia, to który?

 

k.

 

 

 

9 kwietnia, poniedziałek

Po mojej stronie cisza, bo żytko powoli rośnie gdzie indziej. Kiedy stał się kwiecień? Pierwszy ciepły weekend spędziliśmy na puściutkim Helu, w piasku drobnym i białym jak semolina, z psem opierającym pyszczek o kolana, butelką piwa w dłoni, przy kartach (przeciwko ludzkości, dawno mnie tak nie bolały dołeczki w policzkach). Mimo że wiatr od morza szedł jeszcze chłodny, to w Warszawie zastaliśmy lato (dziś już gołe kostki, buty bez skarpetek, rower), ale po drodze minęły święta, więc za pamięci odnotowuję: pascha zdobyła Dolny Śląsk (nie mogło być inaczej, kilogram sera śmietankowego ze Strzałkowa ma właściwości magiczne), mazurek różany nadal smaczny, pierwsze zaproszenia na nasz ślub rozdane. Mają pieczęć lakową z wzorem gałązki rozmarynu, akwarelowe malwy i każdą literkę napisaną ręką mojej prywatnej Pollyanny Uli.

 

W talerzach mamy ostatnio kuchnie świata. Marcin gotuje sporo prostej Azji – wieprzowina z zielonym pieprzem, fasolką i liśćmi bazylii w kokosowym curry, stir fraje z orzeszkami ziemnymi i chili, kleisty ryż z mango na niedzielne śniadanie – to wszystko efektem miesiąca odkryć, bo okazuje się, że na Grochowie, tuż koło nas, jest sklep irański i fromażeria, dalej, na Saskiej Kępie, przyzwoicie wyposażony francuski, między innymi w comté, st. felicien, którego nazwę pamiętam głównie dlatego, że tak miało na imię jasnowłose dziecię, którym opiekowałam się w Szwajcarii – i które w wieku trzech lat jadło te serki jak jabłka; herbatki tisane, kanistry kremów balsamicznych z figami, orzechami laskowymi, jabłkiem, bagietki, wino. Wreszcie, w małym boksie galerii na Szembeku, Azja. W temacie Francji – soupe au pistou Davida Lebovitza z fasolą borlotti, sporą garścią tartego parmezanu i pajdą chleba. W temacie sera – tacos z chili sin carne, pieczonym batatem, rzodkiewką, śmietaną i cheddarem. Na ostatniej stronie zimy kremowa fasolowa z pieczoną papryką i salami w ramach chorizo (z tego przepisu), z połową kostki masła, kremówką i złotą grzanką na talerzyku obok. Ale to już przeszłość, teraz lody (pierwsze w Sopocie, w jasnym i pięknym mieszkaniu Kasi), wszystko co chrupie (ta sałatka z czerwonej kapusty i ciecierzycy z orzechowym dressingiem nie przestaje mnie zachwycać, wzbogacona o pieczone bataty, smażonego bakłażana lub paprykę i ogórka oraz dodatkową garść orzeszków ziemnych przejęła moje zeszłotygodniowe obiady), granola lub jogurt z lemon curdem, który wypiera ciepłe śniadania. Oczekiwanie na pierwszego szparaga i prawdziwy owoc.

 

Nie wiem co się ze mną stało, ale w ciągu ostatniego miesiąca zjadłam ze dwa kilogramy surowej czerwonej papryki, kilkanaście bukietów rzodkiewek i furę zielonych ogórków, nie ma posiłku bez wściekłej ilości sałaty z winegretem, polubiłam się też z wędzonym tofu – tylko musi być twardziutkie – a ostatnio ugotowałam nawet, chyba pierwszy raz w życiu, budyń. Zwykły, waniliowy, z żółtkiem i masłem. Życia się zmieniają. Nie zmienia się za to stosunek do fine diningu, który jest niejako obowiązkiem zawodowym – w czwartek w Bez Tytułu na prasowej kolacji było wszystko – ośmiorniczka, płaszczka, kaczka, przegrzebek – bez zarzutu i bez emocji, chleb z solonym masłem z gałką muszkatołową i orzechami laskowymi znów wygrał z każdym wielkim talerzem upstrzonym kropkami z sosu.

 

Cieszę się na tyle spraw, że aż mi nieswojo: wylegiwanie się w ogrodzie moich rodziców i na działce rodziców Marcina, truskawki ze śmietaną, pomidory z brzoskwiniami, obiady złożone z gotowanych jarzyn w bułce tartej i jajek sadzonych, na noszenie mojej nowej lnianej sukienki, w której wyglądam jak matka, na życie na kocu. Jak tylko wybuchną liście, to uwierzę w ten czerwiec, ale dziś jeszcze nie wierzę, że to już, że ja.

 

k.

 

5 marca, poniedziałek

„An almost used-up luxury” – przeczytałam dziś w internecie, że to podobno mają w swoich kuchniach szczęśliwi ludzie. Oliwa truflowa i pasta z tegoż grzyba nietknięta. Pistacji pełen worek, włoska polenta nie odpakowana od miesiąca, sztabka marcepanu od trzech. Ale jednak jestem szczęśliwa, bo jem ostatnio dużo prostych kanapek, trzy dni w tygodniu na śniadanie orkisz z granatem, różanym jogurtem i płatkami migdałów, zupę pomidorową, do której passatę podsmażam na ćwiartce kostki masła. Pieczone w oliwie drobne kostki ziemniaków z jajkiem sadzonym i majonezem, takie patatas marzec. Jabłka z masłem orzechowym i waniliowe serki. Na wszystko przyjdzie czas, ale te trufle to chyba jednak komuś oddam.

 

Wart odnotowania jest fakt, że ostatki tłustej zimy przyszło nam spędzić w Salzburgu, gdzie jechaliśmy sto godzin, grając w Masterminda i jedząc kanapki z serem, po to by godnie towarzyszyć Uli w przejściu przez granicę trzydziestu lat życia. Najpierw była sama niespodzianka, rozdziawiona buzia i dużo uścisków, a potem kajzera (czy ta nędzna bułka ma coś wspólnego z jakimkolwiek cesarzem?) z leberkäse („zapiekany pasztet wątrobiany”, jezu, google), musztardą i marynowaną papryką i wędrówka pod zaśnieżoną górę, do schroniska. Na kolację dostaliśmy wyjątkowo smaczną lazanię z grubą pierzyną sera, a potem jeszcze pani przyniosła nam na srebrnej tacy knedle chlebowe ze szpinakiem, ciężkie kule z koroną z prażonej cebulki, utaplane w maśle. Trochę szkoda, że sezon na ciężkie i w maśle nieśmiało zmierza ku końcowi, bo mam ochotę przerobić w ten sposób własny bochen, ale znając polską wiosnę, to jeszcze nie raz będziemy wycierać buty z błota. Co się odwlecze, to zjem. Następnego ranka wyszliśmy na biel, wsiedliśmy na sanki i ruszyliśmy w dół najpiękniejszą trasą, jaką widział świat (czyli tą samą, co wieczorem). Nie wiem, jak inni dorośli to robią, że panują nad emocjami, ale mnie się to rzadko udaje, a już na pewno nie wtedy, gdy strzygę piętami świeży śnieg, wywracam się na zakrętach i sunę w upstrzony sosenkami biały bezkres jak jakiś górski łobuz. Kwikom nie było więc końca, a wisienką na torcie tej podniety był gigantyczny kaiserschmarrn, który zjadłam u podnóża góry, zanurzając kolejne chrupkie kęsy w musie jabłkowym i śliwkowym i popijając mlekiem z kartonu. Na odchodne Ula spakowała nam prowiant, jak zawsze na medal – oprócz ładnie wypakowanych kanapek dostaliśmy kawał wspaniałego tortu czekoladowego z masłem orzechowym i dżemem ze śliwek z Gubina, który zjedliśmy w jednym z pociągów za pomocą wspólnej łyżeczki. To już postanowione, za rok prawdziwe ferie i wreszcie nauczę się jeździć na nartach. Kto wie, może potem zaszaleję i zrobię prawo jazdy!

 

Jestem całkiem zadowolona z efektów Gali Oscarowej, chociaż oczywiście jej nie oglądałam, bo niemożliwością jest dla mnie szczęśliwie przetrwać noc bez snu, to już wiem. „Kształt wody” urzekł mnie zupełnie już w zeszłym tygodniu (może również dlatego, że podczas seansu jadłam oburącz wielką, oblepioną kruszonką, drożdżówkę z serem z Lukullusa), naiwny, słodki i dziwny, jak skrzyżowanie Amelii z Avatarem. No i te wszystkie nagie piersi na ekranie, takie dorodne! Z kolei w miniony weekend obejrzałam „Florida Project” – strasznie głośny i kolorowy, nie mogłam przestać uciekać myślami w kierunku obiadu – i „Jestem najlepsza. Ja, Tonya” z którego wyszłam z kina taka zła, taka roztupana i zachwycona. „Lady Bird” jeszcze przed nami, czekam jak na najlepszy deser.

 

W temacie „Stu lat” – ona jadła też wapno ze ścian, pamiętasz? Czytałam to dawno temu, na plaży w Hiszpanii, żując swoją zakładkę zrobioną z kartki w kratkę (obecna: saszetka szamponu pszenicznego marki Vianek, w „Romansie prowincjonalnym”) i chciałam tej ziemi i wapna spróbować. Zwalam to na niedostatki (umysłowe lub biochemiczne) wieku szczenięcego.

 

W temacie szczeniąt – wreszcie jest w domu ktoś, kto je ze mną poranną owsiankę. W mojej misce tahini, kardamon, granat i jeszcze garść sezamu, w Chałki pieczone jabłko i twaróg. Odtłuszczony. Ewenement.

 

k.

21 lutego, środa

Razem z mrozem przyszedł do nas w gości głód. Nie taki z Caparrosa, bo jesteśmy jednak uprzywilejowani, taki prostacki i naglący, który każe zjeść po kolacji kanapkę z majonezem i kiełbaską z Mazur, który wlewa we mnie dodatkowe chochle zupy buraczkowej z koprem i fasolą, który zmusił do zjedzenia całego pudełka Ferrero Rocher, kula po kuli, do wtóru stukotu klawiszy. Rozpędu nabierałam w Tłusty Czwartek i w Rzymie, na Fine Dining Weeku i nad bochnami „żytniego 66%” Hamelmana, który teraz jest także moim ulubionym i który smakuje jak niebo, gdy (miałaś rację) go posmarować creme fraiche i dołożyć łyżeczkę konfitury z czarnych porzeczek.

 

W zeszły poniedziałek zjedliśmy kolację w podziemiach Pałacu Sobańskich, w samym sercu kuchni Roberta Skubisza. Oni wszyscy, tancerze z obręczami do układania kaszy, tańczyli ten swój kuchenny balet nad płytami i blatami, a my na stole mieliśmy kolejno: chleb, masło (z truflą i bez trufli), wino; komosę z ogórkiem, kalarepą, szpinakiem i szczawikiem zajęczym; jajko sous-vide ze słodkim jak wiosna zielonym groszkiem; ślimaki (których nie jadłam, bo mają konsystencję grzyba skrzyżowanego z małżą i to jest dla mnie przeżycie skrajne), zupę kukurydzianą z mlekiem, troć z pastelami z buraka, marchewki i rzodkwi, wołowinę z ziemniakiem truflowym, dynią piżmową i sosem winnym; dyniowe risotto z bursztynem, szałwią i migdałami, a w końcu sferę, z jaką zawsze kojarzył mi się Amber Room, od czasu tej pierwszej, sprzed 3 lat (czekoladowa kula, w środku czekoladowe ciastko z masłem orzechowym, pudrowy czekoladowy „styropian”, gorący sos z białej czekolady, który topi wszystko, wsiąka i płynie, a to wszystko, o dziwo, niezasładzające tylko rozkoszne) – tym razem beza, marakuja z imbirem, dużo kremówki, kokos, wiśnia. Zawsze zapominam, że ta restauracja istnieje, a potem sobie myślę, że jako jedna z niewielu nie przekracza pewnych modnych granic, przez które do wielu miejsc już nie zaglądam.

 

No dobra, kogo ja chcę oszukać, nigdzie nie zaglądam. W sferze marzeń: Bibenda i jej nowe urodzinowe menu (gnudi, skrei, fasola z masłem). W sferze planów: portugalska restauracja na Poznańskiej, która nazywa się idiotycznie (East Go West), a serwuje autentyczne jedzenie dla chłopa małorolnego, a nie żadne tam spolszczone wizje – tosty z sardynkami, zupę z ziemniakami, „collard greens”, smażonym chorizo i oliwą, solonego dorsza z ziemniakami i jajkiem, a na deser to, czego nie lubisz.

 

A, wiem gdzie zaglądam, do kina: „Niemiłość” wbiła mnie w fotel i zdruzgotała, bo lubię chyba kino społeczne, a zwłaszcza takie, które nie dzieje się na zasikanej klatce schodowej albo w zapijaczonej rodzinie, bo to już było sto razy. „I tak cię kocham” nudnawe i przewidywalne, jak każda komedia, co mi w ogóle przyszło do głowy, żeby iść na komedię do kina? „Trzy billboardy” – zgadzam się, nie do przeżywania, a ta scena z sarną powinna zostać spuszczona do klozetu. I do książek też zaglądam, „Exodusowi” i Orbitowskiemu wyznaję oto teraz publicznie miłość, każdą jego książkę czytam od świtu do nocy, nie przerywając nawet podczas spaceru z metra do pracy i z tramwaju do domu; na półce czekają teraz „Szkice piórkiem”, bo nigdy tego nie miałam w rękach, a wiem, że powinnam, kolejny tom opowiadań Kornela Filipowicza, Alain de Botton, tomiszcze „Patrioci” Sany Krasikov. Gdy akurat mamy czas leżeć bez ruchu, to włączamy sobie „Downton Abbey” i zagryzamy śliwkami w czekoladzie.

 

Z końcem lutego staję się strasznie naiwna w temacie wiosny. Z krzaków już ćwierka, przed siódmą jest jasno i przed siedemnastą też, słońce można spijać jak syrop, ale futerko Chałki dalej nasiąka zapachem wędzonki, wydobywającym się z grochowskich pieców, a ja mam zatoki w ogniu. Ale o tym już pisać nie będę, bo i tak mam szczęście.

 

Całuję Cię bido w obolałą jaźń,

 

k.

 

 

 

 

9 lutego, piątek

Wczoraj Rzym, rozpięty płaszcz, szalik wepchnięty w torbę, grzywka rozdmuchana po całej twarzy (w końcu Wietrzne Miasto), dziś jasny mróz i cała jestem zaciśniętą piąstką, bo chciałabym już gołe chodniki, wiosenne buty, rower, móc jeść jabłka na świeżym powietrzu i móc oddychać czym innym, niż strzępkami smogowego kożucha. Jak to zwykle bywa na wycieczkach zorganizowanych, człowiek nie jest sobie sterem i co z tego, że Michelin, hotel ze złota i basen z lapisu, jak trzy razy dziennie makaron i tiramisu, bo karczoch wzbudza strach, a krem z ciecierzycy co najmniej zdziwienie.

 

Z przeżyć: przede wszystkim spacer (uciekłam z autokaru pełnego wycieczki) przez Testaccio, Zatybrze i centrum, skok na Il Fornaio po cannolo, te ich malutkie, pachnące cytryną pączki unurzane w cukrze i sfogliatelle (oraz plaster focacci z prosciutto i mozzarellą dla Marcka) (gdyby nie te zakupy, musiałabym zjeść na deser brownie z kleksami z budyniu, którym próbowano nas nakarmić w restauracji z rekomendacją Michelin, nie próbuję tego zrozumieć). Warsztaty z turlania po widelcach cavatelli w Eataly. Dziesięciodaniowe menu degustacyjne w All’oro (też Michelin), które mnie zachwyciło: makaroniki z humusem, pianki z parmezanem i truflą, ciasteczka z masłem i anchovies, fantastyczna REDUKCJA CARBONARY ukryta w skorupce jajka i kruche grissini do zanurzenia się w tej jajeczno-guancialowej toni, ogony wołowe z pomidorami tak idealnie kwaskowato-słodkimi, jak to tylko we Włoszech, tortellini z mascarpone i śmietaną w winnym sosie, kojące jak poduszki, na których mogłabym złożyć głowę i zasnąć, bo gdy dojadaliśmy deser, była północ. Hotelowe śniadanie niewarte uwagi, ale komnata, w której spałam, cała z marmuru i złota, z widokiem na Rzym, pełna włączników światła, które nigdy nie włączały tego, czego się spodziewałam (w łazience – balkon, przy łóżku – przedpokój, przy biurku – łazienkę). Śniadanie niewarte uwagi, jak to we Włoszech, ale kto by dbał o śniadanie, gdy jadł w nocy bezową sferę z gorzkim jak czort kawowym biszkoptem, kremem, pudrem, cytrynowe makaroniki, jabłkowe kule błyszczące od galaretki i ozdobione malutkim, marcepanowym listkiem.

 

Przywiozłam sobie znad basenu gałązkę oliwki z zamiarem ukorzenienia, paczkę fasoli borlotti, polentę i miękkie buty ze złotymi skrzydełkami, które z powodzeniem mogłabym włożyć na bal przebierańców jako wcielenie Bambi. Lub na ślub. Wczoraj dzień czterech pączków, a dziś podobno pizzy, więc na kolację wariacja w temacie – torta di ceci z gorgonzolą. Amen.

 

 

k.

31 stycznia, środa

Poranki: plié, chassé, assemblé, szpagaty, brzuszki, nadzieja (na podniesienie kiedyś może nogi tak wysoko, jak trzeba, na pokaz, który ma być wiosną, naprawdę), mroźne słońce w okienku dziedzińca; dom za dnia – podłoga błyszczy, w gazecie dobre rozmowy, na blacie dwa żytnie bochenki, całkiem zgrabne jak na półroczną przerwę (no, półtora, bo śniadanie – grube płatki belgijskiego sera, solone masło, jajko na miękko, herbata z wiśniami). W garnku metr sześcienny złotego rosołu, bywa, że jem go tydzień, codziennie, jak kolejne dawki lekarstwa. Za oknem gruby, lekki śnieg, jakby ktoś porwał chleb.

 

 

Popisy: najlepsze ze wszystkich dotychczasowych szwedzkie supełki (Linda Lomelino, ale dodałam kardamonowy cukier, w każdym razie dwie kostki masła na 80 deko mąki), migdałowe ciastka ze skórką cytrynową (Rachel Roddy dla Guardiana), domowe digestive z mąki orkiszowej z chrupiacą warstwą gorzkiej czekolady i solą morską (Walecka), czekoladowe, mokre babeczki z wiśniami spod Włocławka rocznik 2016 (dla chłopca); też ów fenkuł i pomarańcze, sok strumieniami, na choroby, w lepkich, podduszonych z oliwą półksiężycach fenkułu tłuste kawałki dorsza, sok z cytryny („Two kitchens”), chleb, majonez; żoliborskie naleśniki z ricottą i jagodowym sosem z kokosem u Toli, Pawła i Gugu; dhal z soczewicy, ze śmietaną i kolendrą, gęsta zupa z czarną fasolą i orkiszem, kawałek cheddara zamiast kromki chleba; bardzo wiele serków homogenizowanych waniliowych (z krówką w fartuchu), ale zapalenie zatok ma swoje prawa.

 

Praca: monument z ciasta drożdżowego wielkości małego jamnika, kostka masła, jemy wszyscy na obiad, niektórzy stoją przy zlewie, inni mruczą przy stole, zbierając palcem kruszonkę; pasztet z wątróbek (łyżeczką z kokilki) na maślanej grzance, miód, gruba sól, tymianek; zbliżający się sezon na Fine Dining, dziś pierwszy odcinek: Casa Pablo, najbardziej nie mogę się doczekać krokiecików z beszamelem; w poniedziałek i wtorek Rzym – dwanaście stopni i słońce, moje usta liczą na karnawał (te pączuszki, cenci, maritozzo – które wydaje się być włoskim odpowiednikiem semli, wszyscy jesteśmy jednym światem), suppli, karczochy.

 

Tête-à-tête: onigiri z wieprzowiną z miso, udon z kaczką, smażony kurczak w lepkim sosie imbirowym, makrela z chrupiącą skórką, sałatka z rzodkwi, miska edamame z solą, wieprzowina w panko, omlet i miękka cebula z bonito posadzone na ryżu, dwa jasne piwa – Sato gotuje na Ochocie naprawdę dobrze, jeszcze nigdy kuchnia japońska nie smakowała tak przyjaźnie.

 

Lipiec: cydr, solone masło i karmel, biało-szare domy, ostrygi, słony wiatr, gryczane naleśniki; mamy bilety do Paryża, mieszkanie w Nantes (z widokiem na targ) i mały, biały domek na półwyspie Quiberon. Niech no tylko weźmiemy ślub.

 

Dziś: kino (boję się zawodu przy „Tamtych nocach…”, ale wyrosłam też już chyba ze stawania w kontrze do rzeczy popularnych dla samego faktu stawania w kontrze), jutro: macanie francuskich koronek u Natalii Siebuły, w piątek: praca na randce, nad talerzem cassoulet z fasoli z estragonowym pesto i zwojem tagliatelle z truflą. Wychodzimy z zimowego snu.

 

k.

 

 

16 stycznia, noc

Trzeci już dzień z rzędu jestem nieprzytomnie zakichana, a moje zatoki płoną, może więc dlatego zapomniałam o Twoich urodzinach. Wygląda jednak na to, że dostałaś z okazji ich obchodów prawie wszystko, co mogłabyś sobie wymarzyć, składam więc pocałunek na czole i winszuję Ci na uboczu (już zajrzałaś).

 

Trzeci już dzień z rzędu nie działa mi zmysł powonienia. Ostatni posiłek jaki pamiętam to obiad w Łubinowym Wzgórzu, w którym w czerwcu weźmiemy ślub. To było przeżycie na szczęście z gatunku bezpiecznych, bo lubelskie resorty spa chorują na tendencję do popisów, zwłaszcza, gdy na drzwiach mają nalepkę Gault&Millau. A tu tak, jakby miła babunia dążyła do elegancji – dużo masełka i śmietany, pęczak, jarzębina i gąska, królik w winie, confit z koźlęciny z salsą z ogórków kiszonych (pistacji, kolendry, limonki), halibut w palonym maśle z mirabelką i rumianym kalafiorem. Przerostu formy nad treścią nie odnotowano i chociaż może faktycznie mają za dużo przecieranym mebli udających starą Francję, to bardzo się na to przyjęcie cieszę, bo będzie czerwiec, naprawdę kiedyś będzie czerwiec. No i na moje wypracowanie pod tytułem „Co lubię jeść latem” państwo niezwykle się ucieszyli, więc się dogadamy.

 

Trzeci już dzień z rzędu marzę o drożdżówce z serem z Lukullusa albo od Gessler, misce ciepłego puddingu ryżowego z masłem i cynamonem (jak w Szwecji), domowych frytkach z keczupem. Jest earl grey z sokiem malinowym i żytnie tosty z solonym masłem i marmoladą z sycylijskich pomarańczy. W temacie żyta: buzuje mi nowy zakwas, pora zarumienić chlebowe życie.

 

Z ciekawostek: mój pies odkrył smak twarogu i automatycznie też miłość, jakim go darzy. Jeszcze będziemy jeść z jednego garnka, tak jak w nowej Bator dwie tłuste ryby przypadały na dziewczynę i kota.

 

k.

2 stycznia, dwa tysiące osiemnasty

Jakoś tak ostatnio bywa, że w wolne dni nie tykam telefonu, a już tym bardziej komputera, stąd milczenie, po co zresztą mówić, jak nie ma specjalnie o czym – nieśmiało mi pisać o znużeniach i złostkach. Święta na szczęście takie same, jak co roku, bez specjalnych uniesień, bo akurat tej całej kapustno-barszczowej tradycji kulinarnej wielką fanką nie jestem: na podium indyk z wątróbkowym nadzieniem, cytrynowe ciasto z lukrem, bułka drożdżowa z plastrem pasztetu i ćwikłą, sernik z ricottą i kołdrą żurawiny oraz, o dziwo, karp – nie wiem, jak babcia to zrobiła, ale ze smakiem zjadłam trzy soczyste kawałki. Nadal dojadam okruszki – kostki piszingera z masą czekoladową, orzechami i żurawiną, pierniki ze skrzyneczki na najwyżej półce w kuchni, nałęczowskie śliwki w czekoladzie, które przyniósł Mikołaj. Wśród najmilszych prezentów: „Two Kitchens” Rachel Roddy (kocham, wertuję, gotuję, alleluja – czy jej pierwsza książka, która stoi u ciebie na parapecie też jest tak wspaniale napisana?) i kostka solonego masła z Belgii, od mojego brata, który życzył mi na święta wreszcie wyprowadzić się z tego zanurzonego w błocie kraju. Gdy już objechaliśmy wszystkie porty, dobrze było potkwić w tym pozbawionym dat tygodniu, wyspacerowywać kilometry z puszystą na zimę jak miś Chałką, odsmażać białe mięso indyka z oliwkami, papryką i płatkami migdałów na modłę Nigelli Lawson, parować pastrami, którego kawał dostał ode mnie na urodziny Marcin (majonez, pikle, chleb, musztarda), oglądać Black Mirror, planować, rozmawiać, rozmyślać, leżeć i spać.

 

Gdy wy tańczyliście w Tarczynie, my wędrowaliśmy egzotyczną Olszynką Grochowską, piekliśmy pizzę (moja ulubiona tegoroczna kombinacja: ricotta, prosciutto cotto, pomidory koktajlowe, parmezan, bazylia – słodkie i miękkie sprawy) i karmiliśmy psa wołowym sushi z dorszem, które miało odwrócić jego uwagę od fajerwerków i tegoż dokonało. W Nowy Rok tradycyjnie i na szczęście soczewica (od Rachel, z marchewką i gałązką selera naciowego, listkiem laurowym, oliwą), rukola, słodkie jak cukier pomidorki z soloną ricottą, pieczone radicchio z tymiankiem i balsamico, smażone jajko, po toście na głowę. Bardzo kocham mój mały dom.

 

Postanowień na 2017 nie było, ale planowałam przeczytać 52 książki (wyszło 45, stawkę zamknęła królicza Bator – czytałam z zainteresowaniem – oraz nowy i sławny tomik opowiadań „Instrukcja dla pań sprzątających” – trochę genialne, a trochę męczące) i zrobić szpagat (zabrakło 5 centymetrów). Przerzucam je więc na rok bieżący. Poza tym w styczniu chcę się odwrócić od mięsa, bo mnie brzydzi, a dalej – ćwiczyć brzuch, żeby być zrównoważoną baletnicą; uczyć się szwedzkiego, nie brać dokładek, pływać, nie gubić rzeczy (dysk przenośny, karta do aparatu, pismo od ZUS-u, sztyft do podkreślania brwi – to jest bilans zgub na 13:52) i głowy w emocjonalnym szale, szalu, nie kupować ubrań, odpisywać na maile, używać książek kucharskich, wziąć ślub i nie oszaleć. Poproszę. Całuję!

 

k.

7 grudnia, kropi

O czym może napisać na dziennikach stołowych ktoś, kto z uporem gotuje niespektakularnie i w dodatku migają mu tylko poniedziałki i piątki, podczas gdy o siódmej rano coraz ciemniej? Może o minionym weekendzie.

 

Każde kolejne zakupy na Szembeku wypadają nam mądrzej i sprawniej. Już nie kupujemy wszystkiego, tylko: humus, czarne oliwki i jogurt grecki gęsty jak zimowe chmury w libańskiej budce, bukiety tymianku, szałwii i rozmarynu we włoskiej, twaróg wiejski i masło ze Strzałkowa (jedyne dziesięć złotych kostka, jemy w płateczkach, jak foie gras) w nabiałowej. Dwa kilo jabłek mutsu, trzy sztuki renety i oblane rumieńcem złote gruszki, kiszonki u pana, który strasznie wrzeszczy, a ostatnio wpadło mu do beczki z kapustą moje dwadzieścia złotych (i to był ten moment, od którego mogłoby zacząć się opowiadanie). Na koniec gruby kawał rostbefu (w kolejce same staruszeczki w burych beretkach, szepczące poufale „wie pani napiekłam już pasztetów na święta ale zapomniałam obłożyć słoninką”) na wtorkowy Dzień Steka. Obsmażam go porządnie, a potem dopiekam z ziołami. Jemy w grubych plastrach, z tą samą bagietką, pieczarkami i majonezem, co i w poście niżej.

 

Ale dziś czwartek, w lodówce garnek krupniku z marchewką, pęczakiem i poszarpanym mięsem indyka (what am I, five), a w sercu sernik… Nie mogę ostatnio znaleźć ciasta, które sprawiłoby mi przyjemność większą niż lekką. Najświeższa próba zakończona niepowodzeniem: placek z prażonych orzechów laskowych z Tender II, z kawą i lukrecją (to już ode mnie), który taki piękny zobaczyłam u Marty Karcz na instagramie – nie. Najświeższa próba zakończona sukcesem: gruszka w cieście drożdżowym u Żony Krawca. Na brzuszku cukrowa skorupka, duży kubek kawy z mlekiem, sobota rano.

 

To już pojutrze, do zobaczenia!

 

k.

1 grudnia, śnieg

Nie wiem, gdzie poszedł listopad. Wiem, gdzie byliśmy my:

 

w pachnącym drewnem domu moich rodziców w Gołębiu, gdzie Chałka tarzała się w błocie, a kuny zjadły nam samochodowe kable, dzięki czemu mogliśmy dzień dłużej siedzieć we troje pod kocem i oglądać ciągiem drugi sezon „Stranger Things” (już za chwilę „The Crown”, ale póki co wsiąkliśmy w „Mr Robot”);

 

w pachnącym pomarańczami domu na Grochowie, gdzie wszędzie prężą się światełka; ugotowałam w tym miesiącu niezliczone rondelki owsianki (ostatnio przeczę samej sobie i gotuję krótko, w posolonym tłustym mleku, jem z orzechami włoskimi i w systemie zupy jarzynowej – najpierw rzadkie, potem gęste, z lubością), kaszy kukurydzianej (z konfiturą pomarańczową i pistacjami), garnki kapuśniaku i pomidorówki z makaronem, generalnie zmieniam się w emeryta, ale honor domu ratuje Marcek, który leci po kolei po przepisach z Jamiego Olivera i zakochał się w sosie teriyaki. Z wyczynów: dawno nie wyszedł mi taki stek, jak przedwczoraj, krzepki kawał rostbefu zjedliśmy z bagietką, smażonymi na maśle pieczarkami z tymiankiem i majonezem, a komu było mało, mógł sobie jeszcze posmarować bułkę pasztetem z wątróbek z orzechami włoskimi i grubą warstwą palonego masła z szałwią z „Florentine”, kończąc wątek włoski, wczoraj zrobiłam dwie transze tiramisu – jedno klasyczne, a drugie jaśminowe z matchą, przepyszne!

 

nad piekarnikiem, próbując kilku po kolei słodkości z nowej książki Yotama. Każda z nich trochę mnie zawiodła – fistaszkowe herbatniki lepiły się niemiłosiernie i smakowały głównie jakby prażoną mąką (Tobie chyba by podeszły), ciasteczka anzac rozlazły na patelni, cytrynowe ciasto z makiem zzakalczyło, a żurawinowe ciastka w które wtłoczyłam piętnaście deko migdałów, skórkę z całej pomarańczy i tabliczkę białej czekolady, smakowały smutnym niczym.

 

we Wleniu, gdzie upadał złoty mit Polnej Zdrój, naszej kandydatki na wesele. Dawno nie miałam w gardle kuli łez na widok jedzenia. Nie przyznałam się, że jestem Kukbukiem, może to dlatego? A może to te słynne wysokie oczekiwania?

 

w kontakcie, gdzie zjadłam najlepszy chyba jak dotąd ichniejszy humus – z jogurtem, pikantnym masłem, koperkiem i grubą warstwą smażonych okruchów z chleba żytniego. Popiłam to dyniowym mlekiem z cynamonem i ostatecznie zdecydowałam, że dynia na słodko to koszmar;

 

w pracy, gdzie Tomek machnął dwie blachy bułeczek cynamonowych, ukręcił kilka garnków puree ziemniaczanego z masłem i śmietanką oraz upiekł trzy tarty tatin – obrosłam w policzki i ciasno mi w spodniach, znaczy zima;

 

w książkach – nowa japońska Joanna Bator wciągnęła mnie na amen, toteż kończę ten liścik i jadę do domu czytać. Mam chętkę na tofu.

 

k.

 

6 listopada, poniedziałek, widziałam słońce

Za nami złoty weekend, pełen wszystkiego, co sprawia, że jesień to moja ulubiona pora roku. Latem jest za gorąco, żeby było przytulnie. Spacer w chłodzie, psie nauki na terenie praskiego centrum kultury (mamy pierwszą przyjaciółkę, nazywa się Lusia i wygląda jak bochenek żytniego chleba, a w dotyku jest jak drożdżowe), kawa, kakao i ciasto marchewkowe u Krawca, nowa szeleszcząca pościel w kolorze brudnej zieleni, do tego brudny róż (paryski, jak mówi moja mama), szafir, miód i szmaragdowa narzuta, obraz pod tytulem łóżko zakończony, doskonały. Cynamonowe ślimaki z rodzynkami (nie wiem jak mogłam przeżyć tyle lat bez robota kuchennego, 150 g masła wgniótł w ciasto w trymiga, a ja stałam i patrzyłam, a potem jeszcze podziwiałam jak trze kilogram marchewki w półtorej minuty) i zimne mleko, praca domowa z haftu, nowe książki (Patrick Melrose), dużo czasu w mojej ulubionej piżamie w malwy, bakłażan w lepkim sosie teriyaki z dymką, chili i fistaszkami, chmurka ryżu, kino: „Pewnego razu w listopadzie” Jakimowskiego (strasznie mocny, wymiętolił mnie doszczętnie, a psie obrazy sprawiły, że gnaliśmy z powrotem do Chałki jak na skrzydłach, tulić ją i tarmosić), lody: Na końcu tęczy, mascarpone z jeżyną, kokos z czekoladą, pistacja. Jeśli chodzi o tą ostatnią, właśnie zamówiłam pół kilo, plus migdały i nową flaszkę wody różanej – do redakcji przyszła książka „Słodkie” i jak wszyscy jestem w niej ciężko zakochana.

 

Nie wiem czy słuchasz, bo chyba masz alergię (he he), ale dzisiejszy Aksamit Anny Gacek wyjątkowo ładny, wyśpiewuje przekleństwa niewinności. Tak ładny, że nie mogę wyjść z kuchni, mimo że tyłek drętwieje mi na zydelku, ale mam też widok na bawiącego się psa, sznur światełek (tak, już) i wstążki bluszczu oraz ten cały szereg utensylijnych wisielców, który tak lubisz. Za mną spacer po liściach ze smyczą w dłoni i paczką przysmaków w kieszeni, miska sałatki (David Lebovitz) z francuskiej soczewicy gotowanej z tymiankiem, chrupiącej włoszczyzną i orzechami włoskimi, posypanej pietruszką i fetą, ciepłej i mokrej od winegretu, który z braku octu winnego podlałam czerwonym winem, z korzyścią dla całości. Na deser petit yaourt. Smutków brak, chociaż się rozglądam.

 

k.

2 listopada, czwartek

Śniadanie: rozmoknięta skóra z chleba, tajemnicza plamka spod wiaty przystankowej, kasztan – to Chałka. Jej mokre całuski od momentu zmiany czasu budzą nas jeszcze wcześniej, ale to nie szkodzi, o ile pozwala mi potem pomiętosić ciepłe uszko, a pozwala na to zawsze, gdy akurat z pasją dziamie kość szpikową na środku naszej kanapy. A więc śniadanie: piwońska grahamka z anonimowym masłem, twarogiem strzałkowskim i znalezionym w redakcyjnej kuchni miodem spadziowym z pasieki Jeronimo Martins, tuż po balecie, który wymęczył (mnie i moje chrupiące lewe kolano)(i moje mięśnie brzucha, teraz nie mogę ich elegancko wciągać żeby prezentować się jak dama) jak dawno nie, czuję wszystkie swoje odcinki i po raz kolejny obiecuję sobie robić w domu deskę (a potem przypominam sobie, że wtedy Chałka wrzuca mi na plecy swoją gumową kość i pcha język do ucha). Ósma rano w czwartek to moja ulubiona godzina, zaraz po dziewiątej w sobotę. Wyjść z domu – to jest najtrudniejsze z codziennych zadań, potem jakoś leci, czasem nawet pięknie. Na przykład dziś, gdy na kolację zjem naleśniki w barze Prasowym i polecę na Muranów na drugie już zajęcia z haftu organizowane przez Zwykłe Życie. Tydzień temu były pupki i biusty, w planach zieleń, kosmos, abstrakcja, własny tamborek i dużo prezentów świątecznych.

 

Wczoraj: leniwy dzień w pościeli (to już się robi nudne, ale każdy ma prawo do zanudzania), chleb bananowy Waleckiej z posiekaną czekoladą, jabłka z masłem orzechowym na przegryzkę do serialu, pieczone w bladym od mascarpone sosie pomidorowym połówki mikrych bakłażanów, kulki mozzarelli, miska ciepłego kuskusu z oliwą cytrynową. Ostatnio nie wymuszam na sobie absolutnie żadnych ambicjonalnych popisów i jem rozkosznie jak leniwy prostak, którym zawsze podskórnie byłam – więcej niż trzy smaki na talerzu to już tłok (ulubione śniadanie: owsianka z płatkami kokosa; ulubiony obiad: polenta z sosem pomidorowym, ulubiony deser: jogurt z łyżką jagód ze słoika). Jak na życzenie przyszła więc do redakcji nowa książka Jamiego Olivera i po pierwszym kartkowaniu mam chyba z dziesięć zakładek. Niewymuszony kuchenny minimalizm jak ta lala, w dodatku sprytny, bo do puddingu Jamie wali cały słoik marmolady pomarańczowej (która mi zbywa, bo czasem tylko kładę ją na chleb z serem), a w ciastkach zamyka mielone suszone jabłka (których tony pobieram od babci i zapominam jeść). Pięć składników, dobra oliwa, tłusta śmietana, no i dobre puszki, słoiki, paczki i mrożonki, czyli podstawa, na której opiera się moje kulinarne poczucie bezpieczeństwa. Nie wstyd, tylko życie, przynajmniej na Grochowie.

 

Jutro: wielki dzień. Odbieram robota planetarnego, którego pomogła mi wybrać Liska (cmok!) i robię absurdalnie maślane drożdżowe.

 

k.

30 października, wietrzny poniedziałek

Tańczą liście, śmieci wokół kubłów i uszy mojego psa, najcieplejszy golf i wygrzebany w szmateksie wełniany płaszcz francuskiej licealistki Grzegorz przewiewa na wylot, a przecież arktyczne powietrze dopiero idzie! Nie wiem co to będzie, ale jakoś się nie boję – październik minął błyskiem, gorzej nie będzie. Podsumowanie przedstawia się jak poniżej.

 

Trzy weekendy temu Węgorzewo – spacery z płaczącym z kieszeni kociątkiem, które całe mokre wypełzło na moje i ulczyne buty ze sterty liści; od pani w aptece dostałyśmy kartonik mleka Klara i strzykawkę do karmienia, od straży miejskiej telefon i adres budki ratunkowej, brnęłyśmy przez rzeki błota, właziłyśmy na drzewa, pokonywałyśmy płoty, a ta piszcząca kulka wspinała się po szaliku i wysysała mleko z zagłębienia dłoni; wszystko skończyło się dobrze. Jedzenie przy okazji: pieczona dynia, kasza jaglana, ciastka imbirowe, krakersy serowe Smitten Kitchen, bardzo dużo orzechów, herbaty i wina.

 

Dwa weekendy temu łóżko na Grochowie – niekończący się maraton Friends, opowiadania Strout, felietony Masłowskiej, ciężka foremka zwykłego makaronu z ragu bolońskim i mozzarellą, chrupkie końce rurek, potrzeba węglowodania.

 

Weekend ten najświeższy – wycieczka do Wrocławia na parapetówkę (taką prawdziwą o zapachu tynku, z siedzeniem na podłodze i myciem rąk w bidecie, mój wkład: wiadome ciasto śliwkowe), pad thai i pampucha z szarpaną wieprzowiną, sosem majonezowym i orzeszkami w Ośmiu Miskach (na szczęście nie słabną) oraz śniadanie w pięknym acz nędznym Dinette. Z całego stołu talerzyków najlepszy był ten z drożdżowym rogalem z wiśniami i czekoladą.

 

Jestem bezsłowna i nie mam nic ciekawego do napisania. Zostawię tu tylko sobie za pamięci dwa kąski: lazanię z zieleniną i orzechami laskowymi Yotama czekoladowe ciasto Nigela z orzechami laskowymi, rozmarynem i rodzynkami w sherry. Cały ten rozdział jest miłością, ale pewnie go widziałaś, moje bycie na bieżąco kończy się tam, gdzie strefa komfortu.

 

k.

 

 

12 października, czwartek, leje

Mam mąkę na czole i pocięte dłonie, od twardej skórki warszawskich bagietek, których dziesięć testowaliśmy dziś w redakcji. Wszystkie były marną namiastką Francji, ale najlepiej smakowała nam ta z Saint Honoré – pełna błyszczących dziur i upudrowana. Ubiliśmy do tego wszystkiego masło z litra śmietanki (odlana maślanka smakowała jak królestwo, naprawdę), a Monika przyniosła dżem z gostomskich truskawek. Nie wyobrażam sobie lepszego scenariusza na bury czwartek i dorzucę do tego poranny balet i wolny wieczór. Z kolei tydzień temu przy tym samym stole zjadłam jedno z lepszych ciast tego roku, które w ramach testów przepisów upiekła Diana – ciężkie od syropu różanego, przykryte kołdrą z kwaśnej śmietany, wreszcie posypane pistacjami migdałowe cudo Yotama, z jego nowej książki, o której marzę jak o żadnej innej – w kwestii deserów ani na rynku wydawniczym ani w moim życiu dawno nie wydarzyło się nic równie porywającego.

 

Z ostatnich przygód na mieście: Kieliszki na Próżnej nakarmiły nas wczoraj ziemniaczanym rosti z jajem w koszuli i truflą, złotymi kapeluszami rydzów, serem i masłem, a na deser domową krówką z prażonymi orzechami laskowymi, chrupkim słonym ciastkiem i gałką lodów waniliowych. Tak rozpoczęły się jesienne obchody Restaurant Weeka. W planach jeszcze Dom Wódki, Dyletanci, Rozbrat20 (tak smutno wspominam tę drożdżówkę z malinami, którą podzieliłyśmy dawną wiosną czy jesienią, pamiętasz?) i U Tato, nowy Gruzin z Mokotowskiej.

 

Z przygód domowych: blacha ciasta pietruszkowego (z braku marchwi) z mąki migdałowej, z kokosem i pekanami, rumianego od korzennych przypraw, a po upieczeniu zalanego jeszcze gorącym masłem, miodem i maślanką (o tego). Pierwsze ciepłe kawałki zjedliśmy po długim deszczowym spacerze z Chałką, a popite mlekiem smakowały naprawdę rozkosznie, ale chyba tego nie powtórzę i nie polecę – nie wiem o co mi chodzi, ale rzadko kiedy jakiekolwiek ciasto smakuje mi dłużej, niż przez jeden dzień (za wyjątkiem sernika). Z kolei na obiad tego dnia zjedliśmy dwie podusie polenty, sos z szembeckich podgrzybków (od Liski) i uduszony z czosnkiem i skórką cytrynową tęczowy bukiet boćwiny i czarny jarmużu („wet polenta, winter greens” z niebieskiego tomu dzienników Nigela). Przez kolejne dni dojadałam ją jeszcze z prostym sosem pomidorowym, tym samym utwierdzając się w przekonaniu, że jedzenie które lubię najbardziej, to jedzenie dla ludzi bezzębnych. Przedwczoraj po raz pierwszy w życiu ugotowałam kapuśniak (z szembeckiej kapusty kiszonej, wspaniała, mogłabym jeść jak czipsy). Dramatycznie nie mam ochoty na mięso, za to codziennie na czekoladę. Poranne i popołudniowe spacery z Chałką są już po ciemku, a mimo to bardzo mi dobrze w tej porze roku, w swoich jesiennych ubraniach, książkach, piosenkach i zaplanowanych wycieczkach. Chyba już wiemy, gdzie chcemy urządzić przyjęcie ślubne. Ciekawe, czy zgadniesz.

 

Boże, daj sałaty, dziesięć bułek z masłem to jednak bardzo dużo.

 

k.