Category: Bez kategorii

7 grudnia, czwartek

w taksówce w drodze na plażę zastanawialiśmy się we czworo nad tym, dokąd trzeba właściwie zajechać, żeby poczuć się obco i niepowszednio. ja uważam, że granicą obcości jest język- dopóki mogę porozumieć się po angielsku, nie czuję się specjalnie daleko od domu. w dubaju chyba najbardziej zaskakujące jest to, jak bardzo jest europejski i zachodni, jestem nawet trochę rozczarowana. poza tym to miasto operujące jedynie najwyższym stopniem przymiotnika- wszystko tam jest naj: największe, najdroższe, najwyższe, najlepsze. złoto, szkło, światła.

 

największe wrażenie robi nierzeczywistość tego miasta. miasto ma ciało, ale nie ma serca. wrażenie robi też zawsze lato w grudniu i jasne ranki. w czwartek lufthansa spóźniła nas na przesiadkowy lot z frankfurtu i w ramach zadośćuczynienia dostaliśmy bilety w emirates , i chyba wszyscy byliśmy zaaferowani. kolekcja płyt i playlist z muzyką brytyjską sprawiają dużo radości, a na kolację dostaliśmy smaczną duszoną wołowinę, krakersy, cheddar i niezłe wino. bardzo nie lubię latać, ale muszę przyznać, że to było przyjemne.

 

jadłam bez opamiętania, to jednak moje smakowe współrzędne geograficzne. pierwszy raz smakowały mi śniadania w hotelu, te naprawdę robiły wrażenie. w sekcji skośnookiej- congee, miso, smażony ryż i makaron, w sekcji hinduskiej- warzywne curry, samosy, pieczone ziemniaki. w sekcji brytyjskiej- owsianka, skandynawskiej- bułeczki cynamonowe w ciepłym sosie waniliowym, europejskiej- jaja i cztery rodzaje kiełbasek, wreszcie arabskiej- humus, labneh, oliwa, wspaniałe kiszonki, mutabal, oliwki, sery, zioła i przyprawy. plaster miodu, marynowane jagody. na kolacje i obiady prowadził nas nasz azizi- kuchnia libańska, turecka, wymieszana. największe przeżycie to chyba restauracja gunaydin, która słynie ponoć z jednych z lepszych steków w świecie. na pewno powinna słynąć z jagnięciny, nigdy nie jadłam takiego mięsa, maślanego, delikatnego, słodkawego. wołowina równie pyszna, podpalana na naszych oczach, następnie obłożona kromkami chałki, w które wsiąkał tłuszcz- to bardziej swawolne niż moje ulubione pieczone w maśle ziemniaki z aioli. na deser kolejne dzbanki herbaty miętowej i piekielnie słodkie ciastko z pistacjami, z lodami, które smakowały jak beza. z tarasu restauracji widok na tańczące fontanny, czterdzieste szóste urodziny zjednoczonych emiratów arabskich, radosny gwar. a tuż przed odlotem w brytyjskim pubie w hotelu jadłam wspaniałe fish and chips.

 

myślę jeszcze o tym, jak przyjemnie jest zostać gdzieś zaproszonym. nie zaprzątać sobie głowy noclegami, dojazdami ani szukaniem restauracji, nie mieć oczekiwań, przyjmować wszystko z radością i wdzięcznością. to raczej obcy mi tryb życia.

 

czytam „silny wstrząs” franzena, to jego pierwsza powieść, on od początku był franzenem. w drodze do dubaju obejrzałam „powidoki”, w drodze powrotnej- dokument o whitney houston (kocham whitney houston). ulubione ostatnio piosenki-„new york state of mind” billego joela i „hazard” richarda marxa. źle znoszę pop w literaturze, kinie i kulinariach, ale kocham go w muzyce anglosaskiej sprzed lat.

we wtorek po przylocie jadłam w bistro 11 zupę z ciecierzycą, jarmużem, włoszczyzną i salami, myślę o niej (dni kaszy gryczanej etc.)- zrobię sobie taką gdy będę miała chwilę czasu, czyli chyba najprędzej w styczniu.

 

a.

24 listopada, piątek

zaraz znów sobota z niedzielą. poprzednie w domu- gotowanie, jedzenie, pieczenie, jedzenie, czytanie, pisanie, gadanie, planowanie. czas, który z perspektywy piątkowego popołudnia jest niezasiedlony i długoterminowy, a później nagle przekwita.

 

w sobotę jedliśmy moje ulubione meatballs według przepisu z książki „tartine bread”, którymi już się tu zachwycałam. próbowałam też klopsów rachel roddy, emiko davies i elizabeth david, ale te są wzorowe. pachną i smakują jak rzymska trattoria, jest w nich jakaś pierwotność i są pod każdym względem dosadne. w dodatku miałam ostatni kawałek bardzo pieprznego i dość ekspansywnego w smaku pecorino, który przyjechał z nami z włoch, i który robi ze znanego mi już przepisu coś całkiem nowego. do klopsów pomidorowy sos od rachel roddy („two kitchens”), najprostszy i najsmaczniejszy. przy pierwszej turze chleb, przy drugiej (na środowy obiad) polenta, w obydwu razach wino i więcej pecorino.

w niedzielę upiekłam kalafiora pod pierzyną musztardowego beszamelu, przybranego orzechami włoskimi, skórką otartą z cytryny i nacią pietruszki, do tego miska cykorii z olejem z orzechów laskowych. obiad pierzyna.

na deser- śliwkowy placek dana leparda, pewnie ostatni tej jesieni. na śniadania- popularne ostatnio za sprawą nigelli jajka po turecku, i słusznie, bo są wspaniałe, szczególnie z labneh w miejsce jogurtu greckiego.

 

wczoraj podwieczorek na dwa kieliszki z krakowskim makaroniarzem w roli głównej, i półmiski serów, salami, oliwek i chleba, wina, peposo, a na deser panettone. i cały dzień żal, że nie mamy swojego dnia dziękczynienia. wydaje mi się, że bardzo u nas brak takiego święta- świeckiego, radosnego, bliskiego życiu, świętującego przyjaciół. tylko czy byśmy tak umieli.

 

mam jeden zasadniczy problem z takimi pogadankami okołokulinarnymi- to są zwykle miłe spotkania, ale równocześnie bardzo oczywiste i niespecjalnie zajmujące, i to bez względu na to, czy odpytywany jest kucharz, bloger czy dziennikarz. zastanawiam się, czy brakuje nam języka, by mówić o jedzeniu w sposób interesujący i własny, czy może zaplecza kulturalnego, bo to wciąż u nas stosunkowo młode zjawisko.

 

a dziś prosto z pociągu z wrocławia pojechaliśmy na kolację (w moim przypadku na obiad i kolację) do zakładki- bardzo smaczne brandade z dorszem, wędzonym węgorzem, kalafiorem i orzechami włoskimi, parzące język, pożywne. wybitna kapusta idąca w kierunku bigosu, smaczna łopatka jagnięca, pieprzna zupa cebulowa. kolacja na dobry sen.

 

a.