9 października, poniedziałek

Najpierw był ciężki kawałek quiche lorraine i pomidorki koktajlowe na ławce w parku, i jeszcze smukłe jambon beurre z Maison Landemaine, który mieliśmy prawie pod domem. Płynący reblochon i roquefort, drapiąca podniebienie, mocno opalona wiejska bagietka, solone masło z Bretanii i ciemne, drobne winogrona Muscat i to wszystko rozłożone na kraciastej poszewce kołdry, butelka Cotes du Rhone, dwie szklanki.

Pain au chocolat na trzy kęsy, pomięty croissant, pudełeczko fromage blanc (cztery procent tłuszczu, idealnie), herbata i mleko z widokiem na budzącą się nieśmiale jedenastą dzielnicę. Słońce liże dachy dopiero koło godziny 9, ale i wtedy trzeba mieć szalik i parasol. Bretońskie naleśniki w Breizh Cafe, kocham tę gryczaną koronkę, z płynącym jajkiem, gotowaną szynką, comte i kęsem masła topiącym się powoli na ciepłym brzegu. Sałata.

Kouign-amann, znów Bretania, do której chyba przynależę (chłodek, wiatr, sól w maśle i karmelu, naleśniki, jabłka – francuska Norwegia, poproszę za rok!), cudo jakiego jeszcze w ustach nie miałam, chrupiące cukrem i pełne masła, kupione na targu na Bastylii i po kęsie zjedzone w długiej deszczowej kolejce do Centre Pompidou (jeszcze Hockney, okazało się, że abstrakcja to dla mnie abstrakcja, ale portrety (par!), szkice, zdjęcia – miód). Na kolację wołowy tatar z frytkami, młode listki sałat z mocnym winegretem, kieliszek rosé.

Połówka bagietki z masłem i konfiturą, croissant listkujący się jak książka, kubek kawy, bochen chleba z miso (to już do plecaka). Montmartre pod prąd, nieznośnie tłoczny, nie wiem czemu zawsze tam jeżdżę, ale pewnie nie przestanę. Mrożona herbata, gardło i palce w KB, spacery po raz setny tymi samymi kątami, na obiad ciemne Buvette i wreszcie warzywo – sałatka z buraczków z siekanymi migdałami, cierpkim winegretem i łychą creme fraiche oraz dwa dymiące wulkany w ceramicznych naczynkach – hachis permentiere i brandade z porem, oba pełne puree i uszczelniające szpary w szaliku. I jeszcze tylko kilka sztabek comte do plecaka, kostka masła (zabrali nam na lotnisku, chociaż tak walczyłam!) i dom, gdzie czekał stęskniony pies i mój brat, który dostał się właśnie na doktorat do Gandawy (łączy nas moja droga genialne rodzeństwo) i ugotował nam (ale nie z tej okazji) pachnący tadżin z kurczaka z oliwkami i kuskusem. Odkąd w Warszawie jest Aromat i Krem, można tęsknić mniej, ale masło we Francji jest tańsze i to jest skandal i podwójny smutek, że jednak zabrali.

 

Dziś pierwszy raz pożałowałam, że nie wzięłam rękawiczek, ale rozgrzał mnie Kornel Filipowicz i jego kochana, dumna prowincja. „Poczułem, że mam w klatce piersiowej dziurę na wylot, coś w rodzaju otworów, jakie się widuje w rzeźbach Moore’a i pomyślałem, że przez ten otwór ktoś patrzący na mnie w tej chwili mógłby zobaczyć wyraźnie kawałek wnętrza mojego mieszkania ładnie wysprzątanego, z meblami, książkami, kolorowymi obrazami, a w tle nawet łąkę, rzekę, las, a może i niebo z obłokami?”.

 

k.