9 lutego, piątek

Wczoraj Rzym, rozpięty płaszcz, szalik wepchnięty w torbę, grzywka rozdmuchana po całej twarzy (w końcu Wietrzne Miasto), dziś jasny mróz i cała jestem zaciśniętą piąstką, bo chciałabym już gołe chodniki, wiosenne buty, rower, móc jeść jabłka na świeżym powietrzu i móc oddychać czym innym, niż strzępkami smogowego kożucha. Jak to zwykle bywa na wycieczkach zorganizowanych, człowiek nie jest sobie sterem i co z tego, że Michelin, hotel ze złota i basen z lapisu, jak trzy razy dziennie makaron i tiramisu, bo karczoch wzbudza strach, a krem z ciecierzycy co najmniej zdziwienie.

 

Z przeżyć: przede wszystkim spacer (uciekłam z autokaru pełnego wycieczki) przez Testaccio, Zatybrze i centrum, skok na Il Fornaio po cannolo, te ich malutkie, pachnące cytryną pączki unurzane w cukrze i sfogliatelle (oraz plaster focacci z prosciutto i mozzarellą dla Marcka) (gdyby nie te zakupy, musiałabym zjeść na deser brownie z kleksami z budyniu, którym próbowano nas nakarmić w restauracji z rekomendacją Michelin, nie próbuję tego zrozumieć). Warsztaty z turlania po widelcach cavatelli w Eataly. Dziesięciodaniowe menu degustacyjne w All’oro (też Michelin), które mnie zachwyciło: makaroniki z humusem, pianki z parmezanem i truflą, ciasteczka z masłem i anchovies, fantastyczna REDUKCJA CARBONARY ukryta w skorupce jajka i kruche grissini do zanurzenia się w tej jajeczno-guancialowej toni, ogony wołowe z pomidorami tak idealnie kwaskowato-słodkimi, jak to tylko we Włoszech, tortellini z mascarpone i śmietaną w winnym sosie, kojące jak poduszki, na których mogłabym złożyć głowę i zasnąć, bo gdy dojadaliśmy deser, była północ. Hotelowe śniadanie niewarte uwagi, ale komnata, w której spałam, cała z marmuru i złota, z widokiem na Rzym, pełna włączników światła, które nigdy nie włączały tego, czego się spodziewałam (w łazience – balkon, przy łóżku – przedpokój, przy biurku – łazienkę). Śniadanie niewarte uwagi, jak to we Włoszech, ale kto by dbał o śniadanie, gdy jadł w nocy bezową sferę z gorzkim jak czort kawowym biszkoptem, kremem, pudrem, cytrynowe makaroniki, jabłkowe kule błyszczące od galaretki i ozdobione malutkim, marcepanowym listkiem.

 

Przywiozłam sobie znad basenu gałązkę oliwki z zamiarem ukorzenienia, paczkę fasoli borlotti, polentę i miękkie buty ze złotymi skrzydełkami, które z powodzeniem mogłabym włożyć na bal przebierańców jako wcielenie Bambi. Lub na ślub. Wczoraj dzień czterech pączków, a dziś podobno pizzy, więc na kolację wariacja w temacie – torta di ceci z gorgonzolą. Amen.

 

 

k.