9 kwietnia, poniedziałek

gałązka forsycji ze starego kleparza zakwitła po świętach, wbrew zapewnieniom pani z zielenią (swoją drogą co za czasy, płacić za ramiona drzew…). wraz z płonącą na parapecie forsycją przyszła wiosna. rano czytanie przy otwartym oknie, nieustające zdziwienie, że znów śpiewają ptaki i że świat ma zapach. piję kawę i oglądam słońce łażące po ścianach i kredensie, równie nieustająco (nieustająco oglądam i nieustająco łażące). jesień do społu z zimą to niepotrzebne okaleczenie.

 

w tym roku po raz pierwszy wyprawiłam święta, choć to chyba oświadczenie trochę na wyrost, bo trudno mi powiedzieć czy sposób obowiązujący od lat w mojej rodzinie- a właściwie jego brak- to jeszcze obchodzenie świąt. ale był bukszpan i rzeżucha, jaja i żurek, chleb i masło, pierwsza wiązka szparagów (z cypru, według informacji na tasiemce) z sosem gribiche (bon appetit), ćwikła i chrzan, ziemniaki pieczone z ziołami i czarnymi oliwkami ze słoikiem domowego aioli, szarlotka i laskowe ciasto nigela, kawa i musujące wino. wiatr, ulewy, chłód, pierwsze ciepło. i rola, w której jednak czuję się dobrze i bezpiecznie- lubię być gospodynią.

 

i ja jem sporo stir-frajów, głównie takich a la „fried rice”, gdzie w roli ryżu występują różne „fried grains”- ryż czarny lub brązowy, komosa albo biała kasza gryczana, z grubymi paluchami imbiru, całymi pęczkami dymki, zielonymi liśćmi (szpinak, jarmuż toskański, boćwina, czosnek niedźwiedzi), jajkiem i nerkowcami, z kimchi, które dostałam w prezencie od mojego ucznia-kucharza. tata z kolei podarował mi torbę wędzonych pstrągów- część zjadłam w sałatce z ciecierzycą, natkami, dymką i jajami na twardo, z pozostałych zrobiłam w sobotę wspaniałe brandade (smoked trout brandade, przepis z bon appetit), które zjedliśmy z entuzjazmem i z młodymi liśćmi z winegretem z dijon, śmietaną i piętką taleggio (strasznie mi ostatnio smakuje). śniadania- omlety z czosnkiem niedźwiedzim albo pokrzywą, grzanki z labneh i z tahiną, koktajle i soki z warzyw, jaja na miękko z pesto, komosa z duszonymi z gryczanym miodem renetami, które nie zmieściły się do szarlotki. wczoraj, po całej niedzieli włóczęgi po krakowie (wisła, stare dębniki, zwierzyniec, planty), na obiad sery (WSPANIALE I POLSKIE) i musujące wino w żonglerce, na podwieczorek galette complete z psa pianisty, na kolację- „kariera artura ui” w teatrze słowackiego (michał majnicz w głównej roli, poza tym nic interesującego).

 

poza tym kolejne miski sałat. wyniosłam z domu rodzinnego głęboką nieufność do nowalijek, pierwsze ogórki i pomidory kupuję w lipcu, rzodkiewki w okolicach czerwca. o ile cypryjskie czy włoskie szparagi albo ziemniaki nie budzą we mnie sprzeciwu- tam przynajmniej świeci słońce, i to nie od dziś, podobnie jak importowane zimą z włoch różne cykorie- w końcu liście zimowe- to rodzime warzywa na przednówku są jednak podejrzane. z tego co mi wiadomo, wzrastanie w egipskich ciemnościach służy głównie belgijskiej cykorii, a niespecjalnie hojne temperatury jarmużowi i kapustom. ufam właściwie dwóm gospodarstwom- podkrakowskiemu jedynie i rodzinnemu moich rodziców. a jako że u rodziców grządki jeszcze nagie (góry), jeżdżę po zakupy do jedynie i jem to, co już im urosło- czyli nieśmiałe pęczki musztardowca, rukoli, pokrzywy i mizuny, dymkę i cebulki przypominające te z kalabrii, drobną boćwinę, zioła, buraki chioggia i kwiaty do sałatek, plus czosnek niedźwiedzi z targu pietruszkowego i sporo awokado. cierpliwie czekam na resztę i wychodzę jednak z założenia, że wszystko w swoim czasie. jest to zresztą to, co w jedzeniu ostatnio interesuje mnie najbardziej. zmienia się też sposób, w jaki robię zakupy- dotąd listę sprawunków dyktowała druga lista, ta z przepisami, z których miałam zamiar gotować; teraz znoszę do domu pojawiające się kolejno warzywa, upolowane zioła albo zimowych jeszcze weteranów zastanawiając się po drodze, co z nich zrobię. więcej też wokół tego wszystkiego myślę.

 

przepadłam w ferrante (nie wiem, czy jest w tej sadze coś interesującego dla chłopaków, ale ja jestem przygnieciona szczerością relacji między tymi wpierw dziewczynkami, a potem dziewczynami- miłość i niechęć, przywiązanie, podziw i zazdrość, oddanie i zawłaszczanie, wzajemność i jej brak, uciekanie i powroty, moim zdaniem na tym zasadza się dziewczyńska przyjaźń; momentami porażające). wariuję już od niej i od neaoplu w krakowie. czekam na biografię herberta. cieszy mnie każdy dzień, kiedy nie boli.

 

a.