8 lutego, chyba środa

z okazji moich imienin trafiliśmy w końcu w niedzielę do białej róży, o której czytałam dużo dobrego. na pewno ktoś potrafi tam obchodzić się z mięsem- smaczne policzki i karczek z dzika, zjawiskowa perliczka (z gorczycą i kiszonymi burakami). kraków jest mocny w kuchni polskiej w tak zwanym nowym wydaniu- bo przecież i pod nosem, i miodova, i biała róża, i do pewnego stopnia albertina. to takie czyste, niedzielne jedzenie, porządne i smaczne, na obiad z rodzicami albo na ochotę na mięso. desery też niedzielne- pączki z serem mr wańczyk (tak ma na imię) i sernik po krakowsku, którego jednak nie zjadłam, bo okazał się podgrzany- zupełnie nie rozumiem tego trendu, odmawiam.

wczoraj z kolei spotkaliśmy się z karolami w urara sushi & shabu shabu (jak się zapewne domyślasz, to nie ja wybierałam miejsce spotkania). wiesz co, zaczynam podejrzewać, że ja może po prostu nie mam jakiegoś receptora albo kubka na języku odpowiedzialnego za odbiór kuchni japońskiej. niezmiennie mi ona nie smakuje i niezmiennie uważam, że tu nie ma co smakować, bo to jedzenie smaku jest pozbawione. towarzystwo jadło shabu shabu (jeden bulion wieprzowy, drugi ryby, obydwa smakowały tak samo, czyli w ogóle) i wrzucało do gara liście włoskiej kapusty, kawałki wołowiny, tofu, lotos i grzybki. ja dostałam kurczaka w panko z sosem curry (sos curry pozbawiony jakiegokolwiek smaku to jest już ostra przesada i niezły wyczyn) z jedną samotną główką brokuła i kopcem ryżu. smakowały mi za to pierożki gyoza z wieprzowiną, wyraźnie imbirowe i kolendrowe (smak!!!) i plaster dyni w tempurze, który zwinęłam matko. ciekawe, czy i co jest ze mną nie tak, bo to nie jest nawet kwestia smaku (przecież każdy ma swoje), tylko jego braku (ja go nie wyczuwam)

 

pomiędzy wycieczkami do restauracji ugotowałam sobie zupę „do gryzienia”- bulion, resztka białego wina, kminek i szałwia z chrupką białą kapustą, koprem włoskim, dużym jasiem i selerem naciowym. jem miskę za miską z gęstym jogurtem z kaparami, ze skórką otartą z cytryny, z nacią pietruszki i ostrą salsą z oliwy, chili i kolendry. mogę tak pięć razy dziennie.

 

jutro rano jedziemy nad morze, POODDYCHAĆ POWIETRZEM. stoję przed regałem i zastanawiam się, co spakować do czytania. na razie padło na „hanemanna” i chyba zabiorę „wiele demonów”- jestem bardzo przejęta i zmartwiona słabymi recenzjami nowego pilcha, na razie zamierzam trzymać się od tego z daleka, jednocześnie tęsknię za pilchem.

na rano upiekłam żytnio-orkiszowy razowiec ze wszystkimi ziarnami, jakie miałam w domu- będzie na śniadanie i na kanapki na drogę (jedne a la stor- grubo masła, grubo cheddara, szpinak i plastry gruszki, drugie z akcentem helleńskim- grubo fety, kapary i cykoria).

 

czytam „sentymentalny portret ryszarda kapuścińskiego”  mikołajewskiego- to mała książeczka, bardzo mikołajewska, serdeczna i ludzka. jak on to robi…?

w nawiązaniu do moich wyznań na temat zielonych liści- kolejnego dnia david lebovitz opublikował na swoim koncie na instagramie zdjęcie zlewu pełnego pędów grelosa (grelosu? grelos?). a to ci! przeczytałam wszystkie komentarze pod zdjęciem z wypiekami na twarzy. a po drugie- nowy felieton rachel roddy w guardianie, między innymi o puntarelle. widać nie tylko mi zielono mi szmaragdowo. doborowe towarzystwo.

 

a.