7 października, sobota

w ubiegłym tygodniu dwukrotnie w muzeum manggha- najpierw w sobotę na wystawie zdjęć wojciecha plewińskiego (duże wrażenie), we wtorek na wieczorku wspominkowym o julii hartwig, w deszczu i wietrze. w czwartek nobel dla ishiguro, zadowolenie. wczoraj przyznano pokojową nagrodę nobla i jednak rozczarowanie, bo miałam nadzieję, że komisja noblowska doceni i uhonoruje jednak doktora bartolo z lampedusy, prawdopodobnie ostatniego chrześcijanina na tym kontynencie. nie rozumiem zupełnie, dlaczego uhonorowany został barack obama, a pietro bartolo nie. mam z tym problem. dziś rano wracałam pociągiem z wrocławia, przez całą polskę i aż do krakowskiej niecki- w słońcu, a potem kraków pod burym niebem. dni pędzą nie wiadomo dokąd, coraz prędsze wieczory, ciemne ranki. złe wiadomości, dobre wiadomości, niepomyślne diagnozy, silne wiatry.

 

i duży apetyt. jedliśmy już słynne krakowskiego hot dogi z food trucka the dog, entuzjastyczne przyjęcie. maślana bułka, kiełbaski, marynowane w oliwie warzywa, na moim dodatkowo ser, matko oprócz kiełbaski miał w bułce pulled porka. zjadłam w tym tygodniu strasznie dużo jajek sadzonych, pewnie brakuje mi czegoś ważnego w krwiobiegu. nie mogę najeść się zielonej fasoli szparagowej i placków ze śliwkami- w tym tygodniu z przepisu nigela slatera z jego rubryki w guardianie. wczoraj we wrocławiu na śniadanie jadłam humus w kontakcie, na obiad-ciastka w nanana/u (zupełnie, ale tak zupełnie mi one nie smakują), których nie zjadłam, wypiłam za to dwie kawy. na świąteczną kolację- podwójny jubileusz dobruni, w rozszerzonym gronie kazimiersko-sylwestrowym- warsztat i nowe menu, które brzmi całkiem nieźle, natomiast smakuje całkiem źle. na pocieszenie kilka butelek niezłego wina, przegryzki w taszce i parę wybuchów śmiechu. dziś soczewica z tahiną i kolendrą z „plenty more”. a jutro planuję przez pół dnia dusić i odparowywać sos boloński, który zjemy ze świeżym tagliatelle.

 

październik.

 

a.