7 grudnia, kropi

O czym może napisać na dziennikach stołowych ktoś, kto z uporem gotuje niespektakularnie i w dodatku migają mu tylko poniedziałki i piątki, podczas gdy o siódmej rano coraz ciemniej? Może o minionym weekendzie.

 

Każde kolejne zakupy na Szembeku wypadają nam mądrzej i sprawniej. Już nie kupujemy wszystkiego, tylko: humus, czarne oliwki i jogurt grecki gęsty jak zimowe chmury w libańskiej budce, bukiety tymianku, szałwii i rozmarynu we włoskiej, twaróg wiejski i masło ze Strzałkowa (jedyne dziesięć złotych kostka, jemy w płateczkach, jak foie gras) w nabiałowej. Dwa kilo jabłek mutsu, trzy sztuki renety i oblane rumieńcem złote gruszki, kiszonki u pana, który strasznie wrzeszczy, a ostatnio wpadło mu do beczki z kapustą moje dwadzieścia złotych (i to był ten moment, od którego mogłoby zacząć się opowiadanie). Na koniec gruby kawał rostbefu (w kolejce same staruszeczki w burych beretkach, szepczące poufale „wie pani napiekłam już pasztetów na święta ale zapomniałam obłożyć słoninką”) na wtorkowy Dzień Steka. Obsmażam go porządnie, a potem dopiekam z ziołami. Jemy w grubych plastrach, z tą samą bagietką, pieczarkami i majonezem, co i w poście niżej.

 

Ale dziś czwartek, w lodówce garnek krupniku z marchewką, pęczakiem i poszarpanym mięsem indyka (what am I, five), a w sercu sernik… Nie mogę ostatnio znaleźć ciasta, które sprawiłoby mi przyjemność większą niż lekką. Najświeższa próba zakończona niepowodzeniem: placek z prażonych orzechów laskowych z Tender II, z kawą i lukrecją (to już ode mnie), który taki piękny zobaczyłam u Marty Karcz na instagramie – nie. Najświeższa próba zakończona sukcesem: gruszka w cieście drożdżowym u Żony Krawca. Na brzuszku cukrowa skorupka, duży kubek kawy z mlekiem, sobota rano.

 

To już pojutrze, do zobaczenia!

 

k.