6 listopada, znowu poniedziałek

to może najpierw aktualności i w odpowiedzi do:

nie przysłuchuję się annie gacek od jej początków, więc jak widzisz moja alergia cechuje się niecodzienną konsekwencją. pozostając w temacie- trzy sprawy. raz- trójkę włączam już tylko na markomanię, i zastanawiałam się ostatnio, czy u podstaw tego rozwodu leży powszechny u nas ostatnio cyrk na kółkach, i chyba jednak nie- odeszłam od tego radia już wcześniej, to od dawna nie jest mój język. dwa- słucham właściwie wyłącznie bbc 4 i nie mogę się nadziwić temu radiu bez reklam, bez muzyki, bez krzyków, bez spoufalania się i pieprzenia trzy po trzy. to jest radio dla ludzi o temperamencie starego dziada, czyli dla mnie. na przykład dzisiaj- cały ranek o la boga wokół królowej i rajów podatkowych, wieczorem rozmowa z kennethem lonerganem i program o książkach, za dnia „the food programme” i audycja o josephie conradzie. jest to wszystko dla mnie bardzo zajmujące. i trzy- jestem fanką porannego radioturnieju na antenie radiowej dwójki („dwójka na piątkę”), jeśli mogę to włączam rano polskie radio tylko na ten moment. z reguły jestem załamana (sobą!) jak mało pamiętam ze spraw, o których się uczyłam lub czytałam, jest mi wstyd i sporządzam sobie listę światów do odświeżenia.

 

w czwartkowy ranek moja przyjaciółka basia urodziła pięknego synka i jestem tym wszystkim bardzo przejęta, bardziej, niż zakładałam. wszystko się we mnie wichrzy i odczuwam bardzo wiele wielkich uczuć.

 

u nas też nowe książki, matko wrócił w środę do domu z paczką z antykwariatu- i mam teraz „silny wstrząs” franzena, biografię iwaszkiewicza, olczak-ronikier, „pingpongistę” józefa hena, „wakacje” uzdańskiego, dzienniki gombrowicza.  z innych źródeł przyszły brakujące tomy pana samochodzika, kolejny tom dziennika jana józefa szczepańskiego, drugi „życiorysta” rudnickiego, „ja, geniusz” suchanow i pewnie coś jeszcze. wyposażenie na ciemną porę roku (mam ostatnio takie spostrzeżenie, że w polsce mamy właściwie tylko dwie pory roku- ciemną i jasną), które jednak wzbudza pewien niepokój, bo kiedy ja to niby wszystko przeczytam. a w torbie i plecaku- wciąż „purity” franzena (KTÓREGO KOCHAM) i „pedant w kuchni” barnesa- na swój sposób urocze, ale wolałabym mieć to chyba po angielsku. mam ostatnio dość żywe zapędy w kierunku kręgosłupa jedzeniopisania o rodowodzie brytyjskim, i u barnesa to wszystko jest.

 

oglądam teraz do wieczornych machinacji pielęgnacyjnych „nigella bites” sprzed stu lat i to jest chyba najlepsza seria, choć najmniej atrakcyjna pod względem jadłospisu. młoda nigella jest niedościgle wdzięczna i rozbrajająca, ręcznik spada. podoba mi się w długich włosach.

 

w sobotni wieczór w podróży z łodzi do krakowa odsłuchiwałam płyty sprzed lat, między innymi debiutancką płytę wilków (1992), która ostatnio została chyba odświeżona, bo doklejono do niej spory ogon koncertowych nagrań, i pragnę wyrazić pogląd, że w polskiej muzyce lat dziewięćdziesiątych niewiele było bardziej seksownych spraw niż głos młodego gawlińskiego, i będę tego broniła. te piosenki z koncertów są wspaniałe. w ogóle mam słabość do polskich piosenek z upadku lat osiemdziesiątych i narodzin dziewięćdziesiątych. one się oczywiście starzeją, ale mi to nie przeszkadza.

 

prasówka- recenzja nowej książki nigelli (guardian), której (książki) nie mam, ale z której (recenzji) tonem się nie zgadzam, bo ton i argumenty były może zasadne kilka lat temu, ale dziś już jednak coraz częściej trącą myszką. niepotrzebna i nieładna napaść. dalej: tekst mikołejko w świątecznej sprzed tygodnia, „czy protestantyzm uratowałby polskę przed zaborami”, a ja poszłabym jeszcze dalej i spytała czy protestantyzm uratowałby polskę przed polską; jestem załamana. dyskusja o krytyce literackiej i festiwalach literackich na fejsbukowym profilu kurzojadów, bardzo ciekawe. na pocieszenie- wspaniałe teksty gabrielle hamilton (tej od nowojorskiej prune) o domowych przyjęciach, ostatnio ten- ‚the art of the dinner party’.

 

w buzi- byłam na kujawach, więc kurczak i ziemniaki, i dużo kawy w jakiejś drodze. a najchętniej to na okrągło jadłabym cykorię i piła czerwone wino. dziś na kolację- miska kaszy gryczanej z masłem, szklanka maślanki i awokado.

 

w smutkach- jednak ojczyzna, cały czas myślę o tym, że przecież tak niedawno czytałam „małą apokalipsę” i że w głowie mi się to nie mieści. za małą mam też głowę na afery z kevinem spacey, strzelaniny w stanach zjednoczonych, prognozy na przyszłość. i może dobrze, że to wszystko się w nas nie mieści, bo to w ogóle nie powinno mieć miejsca.

 

nieporządek w korespondencji i nieporządek w domu. nie mam butów na zimę ani nawet na jesień. nie mam cierpliwości do zimy i do jesieni. nie lubię chodzić w pełnych butach. post-kujawska melancholia.

 

a.