5 stycznia, sobota

z radością i entuzjazmem jem od dwóch dni kaszę gryczaną z olejem lnianym, ledwo co zblanszowane brokuły wrzucone następnie na oliwę z czosnkiem, chili i migdałami, po prostu jajka, fenkuły z pomarańczami i oliwkami. koniec i początek roku na talerzach były barokowe, galowe, rubensowskie, wspaniałe.

 

na przykład (jednak naprawdę) ostatnia pizza w en plato w ubiegły czwartek- bianca z fior di latte, kaparami, oliwkami, kędzierzawą endywią i z anchois w miejsce pancetty, maestro hrabia spełnia moje ukryte pragnienia.

leek vinaigrette, jaja na półtwardo, prosciutto.

piątkowa kolacja w żonglerce- ulubione sery, anchois i chleb, fasola jaś z oliwą i kruszonymi pistacjami (wybitne), kawał terriny z jagnięciny, królika, wątróbek, gęsiego smalcu, więcej chleba, wina. prosto ze zwierzyńca poszliśmy żegnać się z kinem ars (zamiast kina będzie hotel) pięcioma godzinami sorrentino (i kolejnymi dwiema w niedzielę, już w domu, bo na dokładkę przypomnieliśmy sobie „młodość”). nie chcę brzmieć jak tetryk, ale mam serdecznie dość kolejnych hoteli i carrefour express w sąsiedztwie i w miejsce miejsc, o które zahacza się moje życie; ile carrefour express potrzebuje naród i świat, jakie to nudne. do kina poszliśmy z termosem earl greya i butelką wina. „wielkie piękno” jest niezmiennie i zdaje się że coraz bardziej wielkie, to chyba mój film, choć niespecjalnie oryginalne to wyznanie. oglądany pewnie siódmy (ósmy?) raz, pochłania i rozpala po (siedmiokroć) ośmiokroć, w zasadzie mogę kończyć jeden seans i zaczynać kolejny. w drodze do domu opowiadaliśmy sobie o wątkach i szczegółach, których wcześniej nie zauważyliśmy, to wspaniałe. zdaje się że mam słabość do rdzennych neapolitańczyków- sorrentino, ferrante, starnone, loren, pizza. przed rytualną „la grande bellezza” czekani z duszą na ramieniu „oni”, ta dusza niepotrzebna, chyba winna już jestem sorrentino zaufanie. wspaniały film o włochach, moją recenzję właściwie wyraził varga swoją recenzją („duży format”), i ja obcując z  sorrentino jestem „żarliwie wierzącą ateistką”, zupełnie mnie oszałamia. jestem fanką jeszcze tego spostrzeżenia: „jak się żyje na gruzach cesarstwa rzymskiego, to coś się tam wie o upadku cywilizacji. my tego wiedzieć nie musimy z przyczyn oczywistych- u nas cywilizacja zanim się rozwinęła, to już upadła, zatem nikt na to uwagi nie zwrócił” (śmiech przez smutek).

dalej. bigos mojego taty, kiełbaski z dzika.

na ostatnie śniadanie w starym roku- jajko na miękko, grzanka, masło, anchois; na pierwsze śniadanie w roku- infancie- rytualne naleśniki magdy, w twarogu rodzynki i skórka z pomarańczy, wiejska śmietana.

w noc sylwestrową sernik mojej siostry, świetne vitello tonnato oli i piotra, sery, cheddar marynowany w oliwie i cytrusach, anchoiade z włoskimi orzechami i suszonymi figami, bagna cauda, kiszonki, orzechy, chipsy z octem. wyniesione przeze mnie pod niebiosa tiramisu oli. na stoliku- butelki cynaru, aperola, campari, pimm’sa, china martini, cytrynówki marco, prosecco, brzęczenie szklanek i kostek lodu. koniec roku w tarczku, edycja pt. „la grande bellezza”.

a dziś, z niewielkim poślizgiem, ale z wielkimi nadziejami- włoskim zwyczajem soczewica na pomyślność i na szczęście, proporcje według rachel roddy (plus salsa orzechów włoskich i creme fraiche według deborah madison, plus ostatnie plastry sopressy).

 

rok umrzyk był bardzo trudnym doświadczeniem, z kłopotami na licznych frontach, ale nie umiałabym powiedzieć  że to jednoznacznie zły czas, przeciwnie. za nami rok tłusty od przeżyć i przypływów piękna, często myślę o tym, jaka byłam szczęśliwa jadąc, jedząc, pijąc, słuchając, patrząc, mówiąc, myśląc, czytając, odkrywając, rozumiejąc, planując, wymieniając myśli, żywiąc nadzieje. jest we mnie grad wdzięczności na ten temat. sporo się nauczyłam. na przykład spać. na przykład odpuszczać, głównie sobie. czekać, i pokory wobec zmian losu. milczenia w bólu, bezradności, strachu. nie mieć oczekiwań, racjonalizować rojenia. łagodzić język i sądy. odpędzać z pola widzenia, czytania i słyszenia osoby, które mi szkodzą lub budzą złe emocje, albo przeciwnie, prowokują we mnie paskudne (zawsze przecież niesłuszne) i szkodliwe samozadowolenie. patrzeć na siebie, nie odnosić siebie do, nie porównywać z kimś. spokój.

 

nowy rok, nowe-stare na linii widnokręgu i w kalendarzu. mój rok liturgiczny- liturgii kultury: kochane festiwale, premiery w kinie, teatrze i na półkach, premiery słów; stare w kinie, teatrze i na półkach. spotkania przy stole (z tymi ludźmi, o tych stałych porach roku/życia, w tych miejscach, ale też i nie, z nowymi, o nowych, w nowych), zdarzenia i kolacje okolicznościowe, podróże do włoch, przez polskę, w nowe i stare, wymiana myśli, wymiana adresów.

czas start.

 

ps. jeszcze w grudniu magda spytała mnie, co właściwie myślę o tej swojej agacie, czy nie wieje mi chłodem, a ona przecież nie chce, żeby mnie zawiało. w końcu ktoś odpowiedział na moje zastrzeżenia! od tej pory mówi do mnie ata, atalia. o jak mi się to podoba. wyczytałam, że atalia była samozwańczą królową judy, że imię znaczy tyle co „bóg jest wielki”, że jest taka wieś w ohio, a a w galaktyce planetoida o tym imieniu, że tropikalne lasy brazylii porasta atalia brazylijska (dość dziwaczna).

zatem,

 

ata/atalia