4 lutego, niedziela

w środę na obiedzie najmilsi goście- nasza agnieszka i droga sercu tessa capponi-borawska. goszcząc takich gości ma się jednak ambicję, by postawić na stole coś ładniejszego niż zupę, choć dla mnie największym wyzwaniem było nieubieranie obiadu w nic o włoskiej proweniencji, bo najpewniej umarłabym na serce. w efekcie urodziła mi się mała prowansja.

w ramach antipasto słodko-gorzka huśtawka: wzbudzające powszechny entuzjazm smażone w oliwie daktyle medjool oprószone grubą solą (przepis z nieistniejącej już river boat cafe w seattle) oraz cierpkie radicchio i cykorie z cierpkimi orzechami włoskimi, cierpkim winegretem z olejem z orzechów włoskich i z momentami cierpkimi pomarańczami, a także usmażonymi na oleju orzechowym kęsami croissanta. do tego chleb i świetne francuskie sery (także wzbudzające powszechny entuzjazm)- mocno ekstatyczny brillat savarin affinee, jak tłusta, słonawa śmietana opakowana w cierpką skórkę; stary cantal, śnieżny tomme de savoie, który przybrałam resztką marynowanych rodzynek z dna słoika.

 

danie właściwe- bezrybna wariacja na temat bouillabaisse, na pierońsko intensywnym wywarze, który zrobiłam na oko, a z którego jestem wyjątkowo zadowolona- czosnek, cebula, anchois, kiszone cytryny, pasek skórki zdjętej z pomarańczy, sok wyciśnięty z czerwonej pomarańczy, bulion, białe wino, włoski bitter, anyż, wspaniały, wspaniały szafran z targu w dubaju, nasiona kopru włoskiego, szałwiowy, oliwny wywar, w którym piekłam fasolę, łyżka przecieru pomidorowego. wszystko razem- burza w buzi, obawiam się, że nie do powtórzenia, choć w sumie zrobiłam notatki. w tej skondensowanej francji pływała upieczona fasola duży jaś, fenkuł, w połowie ugotowany, w połowie upieczony. upiekłam też ziemniaki w mundurkach, w mleku i szafranie, bardzo interesujące. fundamenty- nie wyobrażam sobie tych wszystkich południowofrancuskich potrawek bez aioli, więc ukręciłam słoik szafranowego aioli. poza tym cierpkie oliwki, migdały, nać fenkułu, chleb. piliśmy białe wino z włoskiego tyrolu. na deser- kawa i laskowe ciasto nigela slatera. gdybym miała wytłumaczyć komuś za co kocham orzechy laskowe, to upiekłabym po prostu to ciasto. pyszne gołe, ale z polewą z espresso i creme fraiche jeszcze lepsze.

dostałam w prezencie od pań najmilsze prezenty- od agnieszki pudło faworków z lukullusa, od tessy- dżem z grejpfrutów.

 

z innych smacznych spraw- ulubiony ostatnio napój to prosecco, gin i skórka z pomarańczy. w piątek zjadłam w niepozornym wrocławskim barze mlecznym całkiem dobrą zupę szczawiową. wczoraj dojadaliśmy na obiad ziemniaki z aioli (jeden ze wspanialszych wynalazków ludzkości), i zrobiłam surówkę z radicchio z warzywnej książki deborah madison („vegetable literacy”)- poszatkowane radicchio, winegret z szalotką, musztardą i olejem z orzechów, orzechy włoskie, podsmażony chleb, jajo twardo, nać pietruszki. dziś- braised green cabbage with anchovies and garlic, food 52, pół kostki masła, polecam uwadze. okazuje się, że można podnieść zwyczajną kapustę do rangi szampana.

 

dziś przeczytałam u rachel roddy („two kitchens”) o przyjemności chwili, w której uświadamiasz sobie, że coś, co dość często ci się przydarza lub odbywa, właściwie stało się już rytuałem. święta prawda. u nas to pizza w nolio w piątkowe wieczory i kanapki w żonglerce na niedzielnie śniadanie, i pewnie setka innych spraw.

 

a.