30 maja, środa

Trzy zachwyty minionego tygodnia:

 

po pierwsze, spróbowałam chleba Tartine Z TARTINE, który przywiózł mi na galę Kukbuk Poleca Kamil, z którym na temat jedzenia przegadaliśmy w Rzymie dwa dni. Moje kromki przeleżały co prawda przez weekend w Forcie Mokotów, ale w ogóle im to nie przeszkodziło mnie wzruszyć. Gdy wylazły z tostera, całe dziurawe, złote i cudownie kwaśne, obłożyliśmy je z Marckiem plastrami masła i zjedliśmy (przynajmniej ja) z solidnym wzruszeniem i gorgonzolą. Następne już pewnie na miejscu, moja wiza jest ważna jeszcze tylko rok. (Rzeczony Kamil obdarował nas wczoraj całym bochnem chleba z cebulką i ciastem z truskawkami, twarogiem i wielkimi bryłami kruszonki – glutenowi przyjaciele to w tych czasach skarb.)

 

Po drugie, dziś w pracy okazało się, że młodych ziemniaków nie da się rozgotować. Tomek gotował jedną z partii przez dwie godziny i one wciąż były kremowe, słodkie i w całości. Zjadam ich w tym sezonie całe tony, marzy mi się co prawda tarta tatin z młodymi ziemniakami, ale to się pewnie nigdy nie wydarzy, bo nie mam cierpliwości. Praktycznie przestałam gotować na serio, bo nic nie wygrywa z kartofelkami (a potem bobem, kalafiorem, fasolką) z masłem, a poza tym nasza kuchnia latem to trochę piekło na ziemi – słońce pali od czwartej rano, a w obliczu mniej lub bardziej rychłej przeprowadzki rolety to zbytek.

 

Po trzecie, naukowcy odkryli, że żuk gnojarz, tocząc swoją kulkę, kieruje się światłem Drogi Mlecznej. Co za romantyk! Muszę przyznać, że napełniło mnie to światłością i postanowiłam się podzielić, a nuż ktoś w potrzebie.

 

Zachwyt nadchodzący: pierwszy weekend czerwca po raz trzeci z rzędu spędzimy na festiwalu Czas na Ser w Lidzbarku Warmińskim, a więc w jury konkursu na najlepszy ser, w basenie, w saunie, na zakupach (cydrowy z Wańczykówki, pijana koza z Kaszub, niebieski z Rancza Frontiera, owcze piramidki w popiele od Lefevrów, gofry z prawdziwą bitą śmietaną i gniecionymi truskawkami), na wycieczkach (hotelowa restauracja nie zachęca, więc bierzemy koszyk piknikowy), przed telewizorem i nad książką (dostałam dwie powieści Michaela Chabona, pierwsze słyszę, ale na pierwszy rzut oka interesujące, a i objętości są apetycznej) w hotelowej pościeli. Przez szczęście rozumie się przyjemność.

 

k.