30 czerwca, piątek

Nadaję z Sopotu, gdzie po siedmiogodzinnej podróży autokarem dotarliśmy wczoraj całą redakcją, żeby sobie pokorzystać z życia w pachnących okolicznościach przyrody. Jakieś dwieście metrów ode mnie deszcz leje się na morze, a potem para unosi się do nieba i tak w koło Macieju. Niepogoda jest tu najlepszą porą roku, od razu przypominają mi się taka jedna książeczka z dzieciństwa, której tytułu za nic nie mogę teraz odnaleźć – rodzina na wydmach, deszcz i na obiad kurczak z majerankiem i mizeria, chłopcu utyka głowa między szczebelkami na balkonie – a może to nie była książka, tylko my, mali? Mam szopę godną Zbigniewa Wodeckiego, milion pijanych włosków, i jak zawsze na Pomorzu, lekki wodny haj, bo po głowie telepie się Odija („Spróbujmy objąć morze i czas – nie starczy nam ramion. W przeciwieństwie do mózgu, który mieści się w dłoni, czas i morze nie mieszczą się w mózgu.” – tak to kocham, że dla tego niewiersza mogłabym przeprowadzić się nad morze, żeby przypominać go sobie właśnie w niepogodę).

 

W brzuchu nic ciekawego – hotelowe śniadania potrafią pozytywnie zaskoczyć chyba tylko w Skandynawii, regionie, który szanuje frukost. Wczorajszą kolację mieliśmy za to zupełnie w klimacie midsommar – sznury lampek, świeże kwiaty, poduszki i wilgoć bijąca z nadmorskich zarośli, jakie okalają Bulaj, a przede wszystkim uśmiechy, które turlały się po stole przez cały wieczór, były jednak lepsze, niż to, co na talerzach – zapamiętałam tylko dorsza w sepii i maśle oraz kopytka. Nienajlepiej. A teraz pakuję manatki i biegnę – najpierw na obiad do Sztuczki, a potem na pociąg do Wrocławia. Trzeba odwiedzić działkę i odhaczyć pierwsze w tym roku wesele. Ahoj!

k.