3 sierpnia, skwar

Długo to nie trwało: mamy psa.

Chałka ma cztery miesiące, biały pędzelek na ogonie i wzięła się tydzień temu z fundacji opiekującej się kundelkami. Jej hobby to lizanie naszych stóp, biegi przez wysoką trawę i spanie z głową pod praniem. Za nami pełne ekscytacji spacery, pierwsza wizyta u weterynarza (ani pisku), niejedna w sklepie zoologicznym (wór skórkowych kości starczy jej ząbkom na jakiś tydzień), pierwsze szramy na dłoniach i ślady na nogach łóżka. Po krótkim okresie nieśmiałości rozwinęła już swoje psie skrzydła, zjadając wczoraj szczotkę do butów, długopis oraz ostatnią uschniętą piwonię. Pierwsze koty za płoty, że tak powiem.

 

W temacie jedzenia: liczne pospieszne panzanelle, kolejna blacha śnieżnobiałego sernika z koroną owoców leśnych, nocne owsianki z malinami i masłem orzechowym. Na wczorajsze urodziny: śniadaniowa tradycyjna kanapka z pastą jajeczną w Krawcu, dwie miski z Raju w Niebie, na lepkim ryżu chrupkie warzywa, mango i melon, tofu, sos. W ramach cukierków do szkoły – blok matcha z pieczonymi migdałami do pracy mojej i Marcina, w ramach prezentu od zakładu – pudełeczko z pękatą burratą, włoskie masło, bochen dobrego chleba. Sami swoi. Niezwykłe to były urodziny – bez przyjęcia, bez świeczek i toastu – upał uśpił mnie wśród na wpół zapakowanych toreb i plecaków tuż po dziesiątej wieczorem. Marcek to jest jednak królem cierpliwości.

 

Mam wielką nadzieję, że to mój ostatni skwar tego roku. Nasze auto już czeka, zapakowane po dach nieprzemakalnymi ubraniami, ciepłymi swetrami i paczkami makaronu, jest też strój kąpielowy, scrabble, latarki czołówki i kilka tysięcy stron książek. Chałka jedzie nocować do cioci Moniki, my ruszamy wieczorem do Wrocławia, a jutro na północ. Bez odbioru,

 

k.