29 stycznia, poniedziałek

dziś refleksje natury ogólnej.

 

na początek piśmienniczej.

 

wpierw wojciech nowicki i jego recenzja restauracji pod baranem sprzed dwóch piątków (krakowskie wydanie magazynu „co jest grane”). otóż moim zdaniem w ojczyźnie jest zaledwie jedna osoba predestynowana do recenzowania restauracji i jest to niestety wojciech nowicki. mówię niestety, bo tak się składa, że niespecjalnie za nim przepadam, co jednak czyni moją opinię dalece bardziej obiektywną. w dodatku podobnego zdania jest jacek dukaj, co wiem od mateusza. wspomniany tekst o baranie- majstersztyk. mój główny zarzut pod adresem recenzji restauracji w ogóle jest taki, że są one zwykle nudne, zupełnie mnie nie zajmują. z reguły recenzent, najczęściej samozwańczy, przytula do siebie jakąś nieszczególnie wyszukaną formę, a następnie w kolejnych tekstach zmienia jedynie nazwę miejsca (najczęściej dopiero co otwartego lub modnego) i litanię zjadanych dań, operując ograniczoną (acz mocno egzaltowaną) pulą przymiotników i porównań. nie nowicki. jego teksty to żonglerka, tłusty język, ironia, zakonspirowane smaczki, zawsze forma, zawsze treść, merytoryczność, brak tej powszechnej miałkości, sprawiedliwość, demokratyczność. ma swój język. sporo od niego wiem. z jednakową uwagą traktuje wystrojone restauracje restauracje i małe bary, sklepy i bazary; umie znaleźć się na modnym festiwalu kulinarnym i na gali, w polsce i za granicą (przykładem niedawny tekst z chicago). wraca do miejsc, w których już kiedyś jadł, publikuje aktualizacje opinii. bardzo często mnie ten gość wkurza, ale nie sposób mu niczego odmówić. znać, że pisarz i fachura. piątkową wyborczą kupuję właściwie tylko dla niego. nad recenzją barana śmiałam się w głos w autobusie do wrocławia, świetnie bawiąc się nad aluzjami do michała pawła markowskiego, profesury krakowskiej i krakowskiej zachowawczości.

 

dalej książki kucharskie. dostałam ostatnio w prezencie cztery. książki kucharskie kupuję rzadko, raz lub dwa razy do roku. mam ich niespecjalnie dużo i jest to świadoma polityka. wspominałam już o „vegetable book” jane grigson i donoszę, że po miesiącu entuzjazm jedynie rośnie.

mam „sweet” ottolenghiego i goh i powiem coś niepopularnego, ale nie wiem, co właściwie myślę o tej książce. rozumiem zachwyty, ale ja reaguję na nią jakoś opornie, co mnie dziwi. na pewno imponująca praca, bardzo demokratyczna i ładna, ale moje serce jest gdzie indziej.

głównie przy nowej rachel roddy, i tu odpowiadam z opóźnieniem na twoje pytanie- tak, jej pierwsza książka, o rzymie, jest równie wspaniała, mądra, czuła i ładna. chyba wolę nawet zdjęcia w tej rzymskiej opowieści. mam tam swoje ulubione teksty do których często wracam, na przykład ten o maśle albo o łuskaniu bobu i zajadaniu go pecorino, albo o piciu bąbelków do warzyw i owoców smażonych w głębokim tłuszczu. wspaniała zdolność do życia- i rachel, i włochów.

 

ale najbardziej czekałam na „bitter” jennifer mclagan.  jest to jedna z ciekawszych rzeczy, jakie czytałam. książka o ginie z tonikiem, cykoriach (zamierzam zjeść wszystko z tego rozdziału), grejpfrutach, bitterach, kawie, piołunie, piwie, orzechach włoskich, gorzkich pomarańczach, brukselce etc. wszystko dziko zajmujące, w tym sezonie jesienno-zimowym mogłabym jeść tylko gorzkie i pizzę (i koper włoski, i anchois). zostało mi kilka stron do końca tej biblijki, a gdy skończę to zamierzam przeczytać ją od nowa. a jutro wybieram się do apteki po chininę na tonik.

 

na drugim stosiku z książkami, tym nie o jedzeniu, „anglia, anglia” barnesa i giedroyć magdaleny grochowskiej (powrót po romansie z franzenem). już to mówiłam, ale powiem to znowu- dawno żadna książka nie wpędziła mnie w takie zdumienie i rozmyślenie, entuzjazm i przygnębienie. nauczyciele języka polskiego, historii i wosu powinni rzucić w cholerę podręczniki i korzystać z grochowskiej. mam wrażenie, że mądrzeję od tej książki w tempie ekspresowym. okazuje się, że nic zupełnie nie wiedziałam o herlingu-grudzińskim, listy osieckiej do giedroycia cudne, rozdział o miłoszu ulubiony.

 

w weekend dwa razy w kinie- w sobotę „tamte dni, tamte noce”- jakie to ładne, pisałam później buni, że jeśli ktoś uratuje kino, to będą to włosi. nie sposób nie pomyśleć o czasach, gdy lato trwało w nieskończoność i na wszystko był czas, i gdy człowiek miał możliwość nie robić w ogóle niczego, bo nie było internetu, komputerów i smartfonów. w niedzielę churchill- wspaniałe! wspaniałe, wspaniałe, wspaniałe. w styczniu obejrzeliśmy też „working girl” i „the big chill”- ten ostatni szczególnie miły, werandy południowej karoliny, ścieżka dźwiękowa, wszystko ładne.

 

wracając ostatnio z zakupów na kleparzu doszłam do wniosku, że oprócz warzyw najbardziej na świecie kocham ser. stary kleparz to raj na ziemi- mirco i sery włoskie, sklep z serami holenderskimi, nowa budka z zagrodowymi serami polskimi, kawałek dalej le rond i francja. tracę tam rozum i mnóstwo pieniędzy. czytanie o serach to z kolei moje comfort reading- na przykład dziś o robioli, której smak przypomina podobno „kombinację jaśminu i przepoconych skarpetek”(hm), i do której pasuje chleb toskański i marmolada z pomarańczy. jutro w takim razie idę po robiolę.

 

jem to samo co cały czas, czyli cykorie, pomarańcze, fenkuły, ser i pizzę, a jeśli nie to soupe au pistou, kaszę gryczaną ze śmietaną i twarogiem (to na śniadanie), w sobotę ragu bolońskie, zimowe panzanelle, grejpfruty, kanapki z cheddarem, jajem na twardo i kiszoną kapustą, z marynowanymi marchewkami, negroni albo prosecco z martini i skórką pomarańczy. zjadłam całą tartę z creme fraiche i jabłkami, od mimi thorisson. w ubiegłym tygodniu postanowiłam podnieść swoje kwalifikacje w gotowaniu fasoli i ostatecznie upiekłam w piekarniku dwa gary- jeden według wskazówek marcelli hazan, drugi według przepisu heidi swanson z „near and far”- i zdaje się, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo. jakie to dobre!

 

ostatni crush– londyńska river cafe, obejrzałam i wysłuchałam wszystkich dostępnych w internecie i archiwum bbc wywiadów z ruth rodgers. i jeszcze zimowe menu restauracji palatino (też londyn).

 

koniec.

 

a.