28 czerwca, środa

najpierw w odpowiedzi do- nieulubiony przez ciebie rabarbarowy placek z cukrem kokosowym piekłam trzykrotnie, w dodatku dwa razy z wkładem z truskawek (a więc był jeszcze bardziej wilgotny), i za każdym razem jedyne co nie trzymało się kupy to dwa pierwsze kawałki, wyciągane z tortownicy jeszcze gorące, z łakomstwem. w związku z czym bardzo dziwi mnie twój donos na temat nieskoordynowanej konsystencji tego ciasta, nie mam takich doświadczeń. jeśli chodzi o przywoływane przez ciebie uczucie zawodu na jego temat to nie dziwi mnie to specjalnie, nasze sympatie do ciast mają do siebie bardzo daleko. właściwie jedyne ciasto, które smakuje i mi, i tobie, to chyba lawendowy yotam z morelami. z tym, że ty oddałabyś za nie obie ręce, a ja tylko jedną.

dalej: manifest o krzątaniu nie miał na celu tłumaczenia się przed tobą, choć adresowany jest i do ciebie, bo i ty kpisz ze mnie w żywe oczy, co mi jakby co jakoś specjalnie nie doskwiera, bo jestem zahartowana. swoją drogą dostałam sporo miłych wiadomości z wyrazami solidarności i współodczuwania, co było miłe i krzepiące, tym bardziej, że niespodziewane. cóż, nie od dzisiaj wiadomo, że żyjemy w podzielonym kraju.

i w końcu w sprawie cen za ciastko francuskie w poznaniu- ja prędzej zapłacę takie pieniądze za croissanta, bo wiem, ile czasu, pracy i umiejętności wymaga zrobienie takiego rogala, niż za sernik na śródce (nietani), bo wiem też (w dodatku bardziej niż bym chciała), że upieczenie sernika to dziesięć minut pracy plus pięć minut zmywania, i że potrafi to zrobić każdy ślepy. tu też się zatem nie zgadzamy, ale uważam, że to cudownie, bo ileż można lubić to samo.

 

następnie w zachwycie nad: „terremoto” mikołajewskiego, piękna książeczka, mniej więcej co dwie strony miałam mokro w oczach.

nad podróżami samochodem, ogromnie to lubię. nie przeszkadza mi nawet największa liczba kilometrów skądś dokądś, lubię wszystko, co się z takim jechaniem wiąże- na przykład wielki sznycel z frytkami i pyszny gulasz w gospodzie w jakimś przydrożnym austriackim miasteczku, zaraz po deszczu, komary żarły bez litości. w ostatnich dniach blisko dwa tysiące kilometrów z dala od autostrad i ekspresówek- cudna europa w letniej krasie. akompaniament, śpiewany przez nas w głos- elvis presley, roy orbison, cohen, turnau, grechuta, krystyna prońko, wodecki.

nad prowincjonalnymi, regionalnymi czechami przy trasie z austrii do boboszowa, daleko od dróg szybkiego ruchu- góry, doliny, jeziora, morawy, senne wsie, jeszcze jaśmin, przestrzeń.

nad długimi, letnimi wieczorami, świetlikami, dojrzewającymi warkoczami porzeczek u moich rodziców, porannymi spacerami do lasu, ciszą letniej nocy.

nad różowym musującym winem z węgierskiej winnicy kristinus, gdzie nocowaliśmy ostatniego wieczoru na węgrzech, bo nigdzie indziej nie było dla nas miejsca. świetne wina.

nad świadomością, że możemy sobie jechać przez węgry, austrię i czechy, pić wieczorem chłodne wino i słuchać rozwrzeszczanych żab, albo siedzieć w studzience wśród róż mojej mamy, dyskutować, śmiać się albo milczeć, i wszyscy są zdrowi, zadowoleni, nikogo nie trapią większe problemy, a dusze nie siedzą nam na ramionach. często mi to ostatnio przychodzi do głowy, i wynikająca z tego wdzięczność za to, co jest, ale też za to, czego (dzięki bogu) nie ma.

nad pierwszą opalenizną- brunatne smugi na stopach, ramionach i pod szyją, uśmiecham się do siebie w lustrach.

w końcu nad budapesztem- jak paryż, kraków, lwów, wiedeń i londyn nad jedną, grubą rzeką, bardzo ładne miasto.

 

wreszcie o węgrzech- przeciętnie ładnym kraju z nieprzeciętnie ładną stolicą, upalnym, zaspanym. wszędzie kwitną oleandry, popołudniami żar leje się z nieba, gdzieniegdzie drą się cykady. gorące dni zanurzone po pas w latach dziewięćdziesiątych, nikt się nigdzie specjalnie nie śpieszy, wszyscy mają czas na piwo w barze albo kąpiel w balatonie. jadłam langosze ze śmietaną i żółtym serem, piłam dobre wino, jadłam dobre sery i gulasze, spróbowałam słynnego węgierskiego deseru- kulki twarogu w bułce tartej podanej ze śmietaną i z cukrem, brzmi dobrze, smakuje gorzej, a właściwie zupełnie pozbawione jest to smaku. spędziliśmy dwa miłe wieczory w osławionych chyba-bistro na modłę francuską- deryne i gerlóczy, zjadłam sporo kaczki i chleba z masłem. kupiliśmy czipsy o smaku langosza, niespecjalne.

 

a później były dwa dni w górach stołowych i jeden we wrocławiu. w studzience czym chata bogata, sałata i zielone z grządek, placek z rabarbarem mojej mamy, trochę pieczony, a trochę grillowany kurczak, wielka miska fasolki szparagowej z bułką tartą. spacery, wędrówki, w niedzielę nawet trzy razy; płyty z gramofonu, śmiechy z gardeł. lato w górskiej wsi.

donoszę jeszcze, że w poniedziałek jedliśmy całą wielką gromadą obiad we wrocławskim menu motto, z bardzo miłej okazji- bunia została magistrem. nie pamiętam do końca, co jadłam, co chyba nie jest najlepszą recenzją, ale było bardzo miło.

 

a teraz już kraków. pod moją nieobecność przekwitł jaśmin i zniknęły szparagi, moje zioła urosły kilka centymetrów na balkonie ulubionej pani sąsiadki, na straganach agrest i pierwsze porzeczki. przed snem buczenie samochodów zmywających ulice, wątle, ale wyczekiwane podmuchy wiatru, zmęczone ciała. upały, powietrze stoi w miejscu, wszyscy narzekają, ale ja nigdy nie powiem złego słowa na lato.

 

a.