27 lipca, piątek

nie może mi wyjść z głowy klementyna suchanow, która grzmiała w „świątecznej” sprzed tygodnia, że tęskni za czystością, jakkolwiek patetycznie to brzmi. sztuki, języka, życia codziennego. od dłuższego czasu borykam się z tym samym brakiem, miałkość wokół mnie wykańcza. zajęłam się reorganizacją życia na stopie codziennej, sporo mi się zdaje, jestem nagle bardzo z sobą zaprzyjaźniona. gnębi mnie jedynie to, że nie umiem przejąć się tym, co wydarza się w ojczyźnie. jakbym była nie stąd, nie z nich. to nie mój język, nie moi rodacy, nie moja forma. sprzed roku pamiętam tępą złość i poczucie dyskomfortu, z tego roku nie zapamiętam niczego. od dawna nie mam już złudzeń na ten temat. z natury jestem sceptykiem, niełatwo mi się zapalić. a poza tym- nie ma ognia na taką głupotę.

 

kilka dni lipca na wsi u rodziców. hortensje jak bezy z witryn cukierni, moje ulubione jeżówki, nad którymi kołują motyle. wysmukłe kapelusze kopru na grządkach, urodzaj w ogórkach. w ogóle urodzaj wszystkiego- przygarbiony agrest, czarne porzeczki w kiściach jak winogrona, w tym lipcu nawet słodkie jak winogrona, co akurat mi niekoniecznie się podoba;  jabłonie jak siostry pękatych bożonarodzeniowych choinek ciężkich od bombek, orzech włoski prognozujący tłuste zbiory jesienią. praca pod niebem, czytanie pod niebem, a z nieba dobry, czekany żar. jeszcze złoto na polach. zastanawiałam się jaki jest sens opowiadania co roku tego samego zachwytu, relacjonowania tych samych prawideł, które mi rok w rok wydają się jednak tak bardzo ważne? czasami myślę, że to jedyny sens w ogóle, że „w życiu” to jedno ma znaczenie.

 

na talerzu- dużo jabłek, jeszcze genewy i papierówki, choć zmierzchające, już pirosy. brokuł gałązkowy z masłem z anchois i kulka mozzarelli, proporcje od diany henry, ale oglądane raz po raz na brytyjskich i włoskich instagramach. lipcowe pomidory- te kanciaste, piegowate, w szramach albo grubawe, na które się tyle czeka- w kałuży tłustego jogurtu z tahiną i przyprószone za’atarem- zobaczyłam je u męża olii hercules i od tej pory jem bez ustanku. ogórki małosolne, chleb z masłem. jeszcze jeden placek z morelami i lawendą yotama o. żonglerka, wina, wina, wina, trochę sera. u rodziców kolacje z grządki, w krakowie jednak nic tak nie smakuje. pierwsza młoda fasola, upieczona z pomidorami, oliwą, czosnkiem i bukiecikiem szałwii, zjedzona z ricottą i z zieloną salsą ze wszystkich ziół znalezionych w lodówce, z kaparami i sardelami. w en plato południe włoch- pizza z anchois, oliwkami, czosnkiem i kaparami albo taka z mozzarellą i provolą, bazylią i żółtymi pomidorkami słodkimi jak landrynki. kilka talerzy szopskiej sałatki, z ogórkami od taty. kasza gryczana, twaróg.

 

poza tym wszystkim miłym zle dni, bez sił i bezsilne, obolałe i obojętne, bez treści. na ten temat już też nie mam złudzeń.

 

jutro jedziemy do kazimierza na dwa brzegi, tradycji zadość.

 

a.