25 lipca, leje

Śniło mi się, że mam psa. Był żółty i lubił stać na parapecie, patrzeć na inne psy. Gdy się go głaskało, na dłoni zostawała kałuża mojego szamponu na wzmocnienie włosów, żółta i pachnąca. Jakoś na samym początku tej chłodnej wiosny obiecaliśmy sobie takie towarzystwo i od tamtej pory oglądam się za każdym, nadaję mu imię i rys charakterologiczny. Ale przed nami wyjazd jeden, drugi, potem trzeci, może mamy za małe mieszkanie albo za dużo pracy poza domem. Jeszcze chwila, ale już się śni.

 

Na liście swoich osobistych kulinarnych (nie tyle marzeń co) ciekawostek odhaczam kolację u Amaro – zjedliśmy jego popisy z okazji istnienia sekcji kulinarnej na festiwalu Transatlantyk. Nie jestem fanką fine diningu rozciągniętego w czasie na pięć godzin, subtelność tego rodzaju jedzenia jest do zniesienia tylko w wersji skondensowanej (tak jak, co odkryłam ostatnio tonąc w malinowym zmierzchu nad Wisłą, musicale są do zniesienia tylko w wersji improwizowanej, dzięki Ci Boże za Klub Komediowy), więc wyszliśmy raczej głodni i rozbawieni, ale muszę przyznać że pomidorowy chłodnik z garścią poziomek, mięsem węgorza i cytrynową werbeną zapamiętam na długo, w przeciwieństwie do deseru – pan Basiura zapowiedział sernik, a dostaliśmy po trójkącie galaretki z czarnego bzu w kałuży kwaśnego jak czort soku z agrestu. Dlaczego! Dużo bardziej smakował mi ostatni dzień w moim rodzinnym domu – sobota wstała mglista, wciągnęłam tylko na grzbiet sweter i już po szóstej byłyśmy z mamą na targu. Po kwiaty, pomidory, borówki, żółtą odmianę ziemniaków, których w Warszawie uświadczyć się nie da, bochenek chleba, maślane cebularze w sam raz do obłożenia plasterkami masła, najlepszy twaróg na sernik (wysoki i bez spodu, bez mąki, z kremówką i warstwą jagód na wierzchu, pyszny, gdybym miała do końca życia tylko jednym się zasładzać, to sernikiem) i małą, puszystą bułeczkę z serem i rodzynkami, z piekarni w Kazimierzu Dolnym, którą jadam od dzieciństwa i którą zjadłam, zaspana, w samochodzie.

 

Widziałam już pierwszą w tym roku nitkę babiego lata, a przecież to właściwe nawet się jeszcze nie zaczęło. Oprócz wczorajszego dnia ani razu nie było mi naprawdę gorąco. Cała nadzieja w początku sierpnia – nie pamiętam, żeby w moje urodziny kiedykolwiek padał zimny deszcz. Na straganach już śliwki, pierwsze dynie. Tymczasem wakacje ciągle jeszcze przed nami – w pokoju rośnie stosik zapasów na norweskie lasy. Jeszcze nie wiem, co będę czytać – pewnie trochę skandynawskich kryminałów, które rodzą we mnie przyzwolenie na jesień oraz apetyt na chleb z serem, kawę i swetry, ale może też tę całą niepokojącą Atwood? Dwa tygodnie bezczasu, co za rozkosz.

 

k.