24 listopada, piątek

zaraz znów sobota z niedzielą. poprzednie w domu- gotowanie, jedzenie, pieczenie, jedzenie, czytanie, pisanie, gadanie, planowanie. czas, który z perspektywy piątkowego popołudnia jest niezasiedlony i długoterminowy, a później nagle przekwita.

 

w sobotę jedliśmy moje ulubione meatballs według przepisu z książki „tartine bread”, którymi już się tu zachwycałam. próbowałam też klopsów rachel roddy, emiko davies i elizabeth david, ale te są wzorowe. pachną i smakują jak rzymska trattoria, jest w nich jakaś pierwotność i są pod każdym względem dosadne. w dodatku miałam ostatni kawałek bardzo pieprznego i dość ekspansywnego w smaku pecorino, który przyjechał z nami z włoch, i który robi ze znanego mi już przepisu coś całkiem nowego. do klopsów pomidorowy sos od rachel roddy („two kitchens”), najprostszy i najsmaczniejszy. przy pierwszej turze chleb, przy drugiej (na środowy obiad) polenta, w obydwu razach wino i więcej pecorino.

w niedzielę upiekłam kalafiora pod pierzyną musztardowego beszamelu, przybranego orzechami włoskimi, skórką otartą z cytryny i nacią pietruszki, do tego miska cykorii z olejem z orzechów laskowych. obiad pierzyna.

na deser- śliwkowy placek dana leparda, pewnie ostatni tej jesieni. na śniadania- popularne ostatnio za sprawą nigelli jajka po turecku, i słusznie, bo są wspaniałe, szczególnie z labneh w miejsce jogurtu greckiego.

 

wczoraj podwieczorek na dwa kieliszki z krakowskim makaroniarzem w roli głównej, i półmiski serów, salami, oliwek i chleba, wina, peposo, a na deser panettone. i cały dzień żal, że nie mamy swojego dnia dziękczynienia. wydaje mi się, że bardzo u nas brak takiego święta- świeckiego, radosnego, bliskiego życiu, świętującego przyjaciół. tylko czy byśmy tak umieli.

 

mam jeden zasadniczy problem z takimi pogadankami okołokulinarnymi- to są zwykle miłe spotkania, ale równocześnie bardzo oczywiste i niespecjalnie zajmujące, i to bez względu na to, czy odpytywany jest kucharz, bloger czy dziennikarz. zastanawiam się, czy brakuje nam języka, by mówić o jedzeniu w sposób interesujący i własny, czy może zaplecza kulturalnego, bo to wciąż u nas stosunkowo młode zjawisko.

 

a dziś prosto z pociągu z wrocławia pojechaliśmy na kolację (w moim przypadku na obiad i kolację) do zakładki- bardzo smaczne brandade z dorszem, wędzonym węgorzem, kalafiorem i orzechami włoskimi, parzące język, pożywne. wybitna kapusta idąca w kierunku bigosu, smaczna łopatka jagnięca, pieprzna zupa cebulowa. kolacja na dobry sen.

 

a.