24 lipca, poniedziałek, ukrop

za nami druga część wakacji (lub trzecia, jeśli liczyć turnus w kotlinie kłodzkiej)- małopolska, eklektyczna i dojrzała. małopolska- bo jeden dzień spędziliśmy nad jeziorem rożnowskim, a później pojechaliśmy w kochany beskid niski; między jeziorem a beskidem piękny dunajec, gruby i zamyślony, wspaniała rzeka. eklektyczna- bo wpierw noc w bardzo eleganckim hotelu, a dalej dzikie biwakowanie w nieznajowej. w końcu dojrzała dojrzałym lipcem- zachody słońca, gwałtowne burze, złoto, morele na niebie, upały, trawy sięgające bioder, mleczna droga na beskidzkim niebie, pokrzykiwania świerszczy.

 

rok temu, gdy późnym latem wędrowaliśmy z wołowca do nieznajowej, nad brzegiem szczupłej wisłoki spotkaliśmy kilka dzikich obozowisk. pozazdrościłam tym dzikim osadnikom, zeszłej jesieni plany pomdlały, teraz dołączyli do nas ania z błażejem i psem. rozbijaliśmy namioty niemłodym wieczorem, pod niebem z jeden strony ciemniejącym na noc, a z drugiej jeszcze czerwonym jak maki. chwilę potem nad łąkami wzeszły mgły, tulące się do przydrożnych krzyży, sędziwych jabłoni rodzących niesmaczne jabłka i samotnych drzwi w samotnych framugach, które mają przypominać o domostwach, których już nie ma. kąpiele w wisłoce, przejazdy przez wisłokę, brodzenie w niej. wieczorem ognisko przy szosie, którą nikt nie chodzi- jedliśmy kiełbaski i kromki chleba z musztardą i piliśmy letnie piwo, nad głowami mleczna droga. długo nie mogłam zasnąć, od szumu rzeki, krzyku świerszczy i strachu, że jesteśmy tu całkiem sami i że wszystko może się zdarzyć. rano najpierw zaparzyliśmy herbatę na naszej kuchence gazowej, później kawę w kawiarce; usmażyliśmy jajecznicę, masło, chleb, pomidory. po śniadaniu spacer, jestem opalona w kratkę i w paski, lipcowa dziewczyna. piękna nieznajowa- samotna, zapomniana, dzięki bogu. czytałam później na kocu pana samochodzika („tajemnica tajemnic”) i jadłam genewy, wszystko mi w środku śpiewało.

 

nad jeziorem najadłam się ryb, hotel heron ma wcale niezłą restaurację, hotel lemon, w którym jedliśmy obiad w drodze powrotnej, już mniej. w starym domu zdrojowym w wysowej zdrój miałam ochotę na placki ziemniaczane ze śmietaną. w domu pomidory i pesto, zielona fasola szparagowa, odmiana z tych wielkich i płaskich. chce mi się jeść, gotować, robić zakupy, i znowu. czytam „miłość” toni morrison- postanowiłam odkurzyć kanon literatury amerykańskiej. większość z tych książek czytałam w oryginale, jestem ciekawa, jak brzmią po polsku.

 

z jednej strony sielanka, z drugiej sprawy fundamentalne- burzliwe, wzburzone dni. troska, niepokój, złość, niedowierzanie. ręce, które opadły, nadzieja, która matką głupich i umiera ostatnia, itd., itp. jakaś niewygoda, że gdy ja patrzę na zachodzące słońce, tylu ludzi patrzy na mury sądów czy pałacu prezydenckiego. w sprawie mateczki polski przyjmę chyba strategię grzegorza ciechowskiego- „nie pytaj o polskę”.

mój manifest- „do polityka” miłosza, najchętniej z muzyką preisnera.

 

a.