23 maja, środa

Festiwal martwienia się.

 

Zmieniają sie tylko pory dnia i powody. Tylko dziś o: ślub, przyjęcie, pogodę na ślub, jedzenie na przyjęciu, mieszkanie, pożegnanie z Pragą, martwię się nawet tym, że nie mam czasu tutaj nic napisać i tym, że misie w praskim zoo chodzą w tę i z powrotem i wyglądają rozpaczliwie.

 

Na stole truskawki i piwonie czyli festiwal czerwca w maju. W porze śniadania płatki kukurydziane z miodem, pistacjami i truskawkami, a w deszczowe dni w tym samym anturażu kokosowa kasza jaglana; pastelowe rzodkiewki z działki i humus, tony szpinaku i botwiny w omletach, szczawiowa z jajem, tony młodej kapusty we wszystkich możliwych konfiguracjach – ostatnio najbardziej smakuje mi przysmażona na brąz, z pancettą i fasola oraz krótkim makaronem. Jadłam juz polskie młode ziemniaki z kefirem. Wszystko delikatne, słodkie, co roku pierwszy raz.

 

To już oficjalne – wystawiliśmy na sprzedaż kącik na Grochowie, po czym błyskawicznie znaleźliśmy kupca i szukamy nowego mieszkania, z balkonem i przestrzenią. Oglądaliśmy jedno na Mokotowie – przezielone, skrzypiące, dziadkowe fest, bo chyba lekko tylko przestygnięte, na półce mydełko Fa i rzędy Chmielewskiej, w rogu złożony wózek inwalidzki, pod ścianą sztaluga z plakatówkowym obrazkiem drzewa, za kuchennym oknem właśnie to drzewo, w każdym razie widmo śmierci na futrynie – ale nie. Mokotów to taki skansen lewobrzeżnej Warszawy, bardziej artystyczny niż Artystyczny Żoliborz, wyluzowany, ale tylko w ubraniach z COSa, no i tak blisko do pracy, że aż za blisko. Serce zmierza ku Bielanom, byłam tam wczoraj po ważną sukienkę; zieleń, cisza, stare siwe bloki. Rozmyślamy nad trzecim piętrem jednego z takich bloków, ma balkon, parkiet, przestrzeń i niemiłego właściciela. Trudne to i bolesne, za każdą wizytą prawie się wprowadzam, patrzę, gdzie będę chodziła po pieczywo i warzywa, gdzie wytresuję psa, żeby umiał siedzieć ze mną na kawie (jeśli na Bielanach, to w Cafe de la Poste, nie mogę się doczekać ich croissantów, a do towarzystwa będzie Tola i Agata ze Zwykłego Życia, czyli wspaniale), czy będziemy mieli gdzie zjeść kolację w odległości spacerowej (Curry House i Lukullus to całkiem dobra obstawa). Nie przeszkadza mi żadna dzielnica, za to podwieszane sufity, oświetlenie ledowe, drzwi karton-gips i tego typu atrakcje dosyć smucą. No nie wiem jak to się skończy.

 

Dalej, na stole: dobrze wchodzi mi też ostatnio prosta „Japonia” – ryż, sos sojowy, olej sezamowy, czarny sezam i do tego świeży ogórek, szczypiorek, jajko, ryba, właściwie cokolwiek. Rzadko jadamy na mieście, a jeśli już, to bum bo nam bo w Viet Street na Saskiej Kępie albo blaszane miski ryżu, warzyw i surowej ryby w Pacyfiku. Lody – w tym roku wielki zawód, żadne nie smakują tak, jak powinny, za to odkryłam jedne, za którymi pojadę na Mazury – Kwaśne Drzewo Sauerbam produkuje je z owczego mleka, wiem, bo przysłali na nasz Kukbukowy konkurs. Jadłam i nie mogłam przestać i chciałam płakać, taka nostalgia i wibrująca słodycz. W planach na najbliższe lato jest misa do robienia lodów w domu, a póki co zostają truskawki ze śmietaną. Na stole są też książki – kończę „Szkice piórkiem” i łkam, że takich pięknych rzeczy nie można napisać więcej niż raz. Z zachwytów jeszcze Anna Król o rzeczach Iwaszkiewicza i niewielka książeczka Idy Linde („Poleciały w kosmos”), którą dawkuję sobie ostrożnie, bo jeszcze coś przegapię. W planach – królowa Olga.

 

Za miesiąc ślub.

 

k.