23 kwietnia jak maj, poniedziałek

ten kwiecień to okamgnienie, ale wyjątkowo ładne. prędka wiosna i buchające bzy w okolicach dwudziestego dnia miesiąca to chyba niezbywalny dowód na globalne ocieplenie. kraków w ostatnich tygodniach jest wspaniały, przeżywam ostre wzmożenie na jego temat, i tak co roku. zapach świata przed deszczem, zapach świata po deszczu, w ogóle- zapach świata.

 

na czym mija czas, oprócz czasochłonnej terapii- na wycieczkach o świcie na giełdę kwiatową pod kierownictwem madzi (kupiłam sobie eukaliptus i paproć, która wygląda jak nać włoskiej pietruszki). na długich dniach ciepła i podglądaniu jesionu, który wyciąga co dzień bardziej zielone ręce w stronę naszych okien. na kolejnych pętlach wokół plant, które przypominają dżunglę i co chwila pachną czymś nowym. na rankach, popołudniach i wieczorach pod lipą przy żonglerce (od kilku dni już widać, że to będzie lipa). wieczorem można podglądać panią cukierniczkę pracującą w oknie cukierni po drugiej stronie ulicy, pachnie wtedy masłem i cukrem. na pierwszych burzach. na zachwytach tłustym szpalerem bzów przy ulicy retoryka. na częstych wędrówkach przez ulicę studencką, garncarską, wenecję (moja ulubiona), aż na zwierzyniec po drugiej stronie alei krasińskiego, albo w drugą stronę, przez batorego, łobzowską, szlakiem aż na stary kleparz- w pojedynkę, z matko albo z basią i małym guciem. na czytaniu w ogrodzie przy muzeum mehoffera, gdzie kwitną na biało drzewa owocowe, na ławce pod wyrośniętym białym bzem. na wycieczkach w beskid sądecki i nad jezioro rożnowskie. na jedzeniu- szparagów (to codziennie), serów i kiszonego czosnku niedźwiedziego (boski) w żonglerce, ziemniaków pieczonych z czosnkiem niedźwiedzim, ricotty i mozzarelli, niepokojących ilości zielonych liści, sals ze świeżych naci i ziół, lodów z placu szczepańskiego, ryb nad jeziorem, z pierwszym zachodem słońca; rukoli i sałat podlanych winem musującym, ale według pomysłu molly z jej pierwszej książki- z pistacjami i gorzką czekoladą, ale pomysł! pyszne z prosecco. i na piciu- głównie ziół, zjawiskowej prosy (żonglerka) i affogato. i na nieśmiałej myśli, że wraca we mnie życie- bo znowu chce mi się pisać, myśleć, biegać i pić.

 

w weekend znów przeczytałam „five quarters” rachel, piękna, piękna książka. dziś wieczorem lecimy do włoch, lądujemy w pizie, planujemy zajechać do rzymu jak najbardziej okrężnymi drogami (w końcu wszystkie i tak prowadzą do rzymu), a wracamy z neapolu. nie mogę doczekać się ostatniego tomu ferrante i paru innych rzeczy.

 

a.