22 czerwca, ostatni dzień szkoły

Nie wiadomo, co gotować, tu się zgodzę. Te wszystkie warzywno-owocowe wystawy codziennie przepływają mi przed oczami, a i tak kończę łącząc na talerzu ledwo tylko podmalowane masłem nowalijki (Czy one nadal są młode? Czy już w kwiecie wieku?) Nie ma dnia bez pomidora (z mozzarellą, z kawałkiem comte, z małosolnym, ba – nie ma talerza bez pomidora) ani bez truskawek wyjadanych prosto z durszlaka (jak to się mówi w naszym domu, jak szczur nad zlewem). No nie mam głowy, nie starcza mi pamięci operacyjnej na te wszystkie zawodowe fikołki, więc jak już parkuję rower, to w głowie mi tylko fasolka z bułką tartą, makaron z truskawkami, lody (Haagen Danz to nasza ostatnia miłość, czekoladowe mnie opętały). Jem, a potem leżę i czytam. Nie sprzątam, lub sprzątam przy okazji – idąc, zetrę, takie tam – nawet mi się nie chce o tym rozmawiać, ale wierzę, że to nie przede mną się tłumaczysz, złotko. Każda ma zresztą swój problem – Ty nie usiądziesz, a ja chcę robić, jeść, widzieć, czytać wszystko naraz i w związku z tym najczęściej jem co drugi dzień to samo i ląduję na kanapie z książką zamiast prowadzić kulturalne życie pozapracowe (te wszystkie festiwale, na których mnie nie ma, te koncerty, w których nie uczestniczę, wydarzenia kulturalne, którymi tętni moje miasto, od których uciekam jak najdalej za rzekę, ah).

 

Tak więc udało mi się ostatnio ugotować dwie rzeczy, ale tylko dlatego, że dziki kłąb zielonego doszczętnie opanował lodówkę: zieloną minestrone (wrzuciłam trochę z „Jedz” Nigela, a trochę z tego, co mi w duszy grało) oraz sałatkę z komosy ze szparagami, bobem, groszkiem, słonecznikiem, koperkiem i fetą, którą Marcek zjadł dla równowagi z wielkim pętem kiełbasy, a ja zagryzłam nijak nie pasującym, choć pasującym, comte. Czyżbym się stała człowiekiem śmietnikiem? W temacie ciast Marcek nudzi tylko o słone ciastka z czekoladą, a ja bym nic, tylko ucierane z owocami. Wróżę naszemu domowi w tym roku kilka placków Yotama z morelami i lawendą, bo nowe przepisy rzadko kiedy należycie zapadają mi w pamięć. Na powitanie Uli zrobiłam polecany przez Ciebie placek z rabarbarem i cukrem kokosowym – rozwalał się niemiłosiernie i trochę mnie zawiódł, ale dom zjadł z przyjemnością. Może ja po prostu nie umiem gotować?

 

Marzę sobie trochę, żeby ktoś mi robił to wszystko, co widzę w internecie (może w tym tkwi problem, w nadmiarze), a także o jednej rzeczy – testaroli, które postanowiłam w Ruinie spróbować mimo przyznaniem im przez Ciebie trójki, z grubo gniecionym zielonym pesto, mascarpone i parmezanem i od których miałam motyle w brzuchu. Oprócz tego w ostatnich dniach zjedliśmy jeszcze wegański ramen z Saskiej Kępy (faktycznie pyszny, chociaż nudziło mi się w buzi bez jajeczka), sernik, croissanta i bułkę z czekoladą w poznańskim Piece of Cake (10 złotych za ciastko francuskie to jest złodziejstwo w biały dzień uważam), a także Marcisiowej roboty hot-dogi z kiełbaską z grilla i kimchi (i majonezem), w mlecznej bułce w piekarni w Kaszczorze, bo w tamtych okolicach spędziliśmy miniony długi weekend (bukiet maków i chabrów, rumianki, kłosy we włosach, deszcz i ślimaki wielkie jak piersi z kurczaka, scrabble, radyjko, kuchenka na tarasie, a na niej kawiarka i garnuszek mleka, badminton, polowy prysznic, wciągająca powieść „Matki”, czytana w pięciu warstwach odzieży, pod kołdrą i dwoma kocami, powrót w upale, bukiet między siedzeniami).

 

Nie wiem, ja chyba jestem człowiekiem jesieni i wiosny, wtedy chce mi się w piernatach myśleć nad książkami. Teraz nawet nie wiem, co gdzie zapisałam, pamiętam tylko zestaw przepisów Nigela z labneh, pie z rabarbarem i truskawkami od Smitten Kitchen i jakąś malowniczą polentę z groszkiem, rzodkiewką i burratą. Może kiedyś?

 

Wionie ode mnie nudą i chaosem, a to literkom nie służy. Bez odbioru,

 

k.