21 stycznia, poniedziałek

przeprowadzka. trzy ulice dalej, bliżej miłosza. te same przystanki tramwajowe, ten sam policzek plantów, pięć minut dalej na halę targową. mam teraz balkonik, pokój kuchenny i pokój dzienny, ze ścianą i boazeriami jak we włoskim pałacu. za oknem chyba akacje, ale to się okaże bliżej kwietnia. mieszkanie w stylu guadagnino i bertolucci w paryżu i krakowie. nauka chodzenia, uczenie się dźwięków, światła, słońca, zapachów, sąsiadów. dawno nie zmieniałam miejsca, zapomniałam już, jakie to bywa ożywcze. radość i nieustająca biesiada przy nowym (dużym) stole.

 

tydzień temu skończyłam trzydzieści lat, jak dotąd lubię dorastać, dochodzić do siebie, przyrastać i nawet (bo przecież) przekwitać i przemijać. życie nigdy nie było ciekawsze. sprawiłam sobie dzień ulubionych rzeczy- rano jajko na miękko, grzanka, masło i anchois, na obiad cykoria z pomarańczami, orzechy, kwadrat sędziwego comte i gwałtowny soumaintrain (dziękuję ci losie na le rond), chleb i wino, na kolację euskadi- drobny burger na trzy kęsy (najlepszy „kotlet” w mieście) i garstka domowych czipsów, smażone ozory wołowe z majonezem oliwkowym, królicza wątróbka w śmietanie na brioszce, żabnica, faszerowana kozim serem papryczka w miodzie, błyskotliwe gratin z topinamburu z orzechami laskowymi, chleb i oliwa; zabawa. w międzyczasie (między posiłkami) piliśmy cynar spritz, rozpakowywaliśmy i segregowaliśmy książki, szczeniacko radośni.

 

jeszcze o talerzach, póki pamiętam.

 

„braised cabbage” według molly stevens, świetne. na ostatnie minuty zapiekłam ją w taleggio, bo jego miałam w lodówce (to była niedziela przed trzema tygodniami, którą całą spędziliśmy nad „ankietami” osadzającymi i wieńczącymi ubiegły oraz przepowiadający obecny rok).

burrata, którą zjedliśmy z cykorią z winegretem, do którego dolałam aperolu- polecam.

brokuły i anchois, przez thoma eagle.

niezłe brandade w zakładce, z francuską zapiekanką ziemniaczaną.

żonglerka, wino, szymon zapowiadający noce z bagna caudą, jego terrina, fasola i oliwa i pistacje, chleb, kęsy, łyki, dłonie, dobrze.

liczne talerze sycylii- fenkuły, pomarańcze, czarne oliwki, szalotka, orzechy (włoskie lub laskowe).

w ogóle fenkuły i pomarańcze z sycylii, dzięki in campagnii.

w sobotę makaron pt. tyrol- krótki i razowy z kapustą włoską, creme fraiche i usmażonymi okruchami chleba.

wczoraj (niedziela) cykorie faszerowane czarnymi oliwkami, kaparami, okruchami chleba, czosnkiem, nacią pietruszki, rodzynkam, anchois i i piniolami, uduszone w battuto, oliwie, miodzie kasztanowym i białym winie, przepis z „the vegetable book” jane grigson, wspaniałe, wspaniałe.

kędzierzawa głowa cykorii endywii, którą jem radośnie trzeci dzień- raz z wingretem z anchois, raz z jajami na półtwardo, raz uduszoną na wiarę sycylijską.

dziś kolejny bankiet przy nowym stole: sycylia (fenkuł, pomarańcze, oliwki etc., jak wyżej), rzym („serca” cykorii z anchois i oliwą i pecorino), alpy (bo speck).

ulubione sery w styczniu- pecorino romano (wielka miłość) i langres (to szampania).

 

w następnym odcinku zamiast kulinariów będą kulturalia.

 

o polsce mówić nie będę, nie chcę, już nie umiem. ból brzucha, ból serca.

 

a.