21 lutego, środa

Razem z mrozem przyszedł do nas w gości głód. Nie taki z Caparrosa, bo jesteśmy jednak uprzywilejowani, taki prostacki i naglący, który każe zjeść po kolacji kanapkę z majonezem i kiełbaską z Mazur, który wlewa we mnie dodatkowe chochle zupy buraczkowej z koprem i fasolą, który zmusił do zjedzenia całego pudełka Ferrero Rocher, kula po kuli, do wtóru stukotu klawiszy. Rozpędu nabierałam w Tłusty Czwartek i w Rzymie, na Fine Dining Weeku i nad bochnami „żytniego 66%” Hamelmana, który teraz jest także moim ulubionym i który smakuje jak niebo, gdy (miałaś rację) go posmarować creme fraiche i dołożyć łyżeczkę konfitury z czarnych porzeczek.

 

W zeszły poniedziałek zjedliśmy kolację w podziemiach Pałacu Sobańskich, w samym sercu kuchni Roberta Skubisza. Oni wszyscy, tancerze z obręczami do układania kaszy, tańczyli ten swój kuchenny balet nad płytami i blatami, a my na stole mieliśmy kolejno: chleb, masło (z truflą i bez trufli), wino; komosę z ogórkiem, kalarepą, szpinakiem i szczawikiem zajęczym; jajko sous-vide ze słodkim jak wiosna zielonym groszkiem; ślimaki (których nie jadłam, bo mają konsystencję grzyba skrzyżowanego z małżą i to jest dla mnie przeżycie skrajne), zupę kukurydzianą z mlekiem, troć z pastelami z buraka, marchewki i rzodkwi, wołowinę z ziemniakiem truflowym, dynią piżmową i sosem winnym; dyniowe risotto z bursztynem, szałwią i migdałami, a w końcu sferę, z jaką zawsze kojarzył mi się Amber Room, od czasu tej pierwszej, sprzed 3 lat (czekoladowa kula, w środku czekoladowe ciastko z masłem orzechowym, pudrowy czekoladowy „styropian”, gorący sos z białej czekolady, który topi wszystko, wsiąka i płynie, a to wszystko, o dziwo, niezasładzające tylko rozkoszne) – tym razem beza, marakuja z imbirem, dużo kremówki, kokos, wiśnia. Zawsze zapominam, że ta restauracja istnieje, a potem sobie myślę, że jako jedna z niewielu nie przekracza pewnych modnych granic, przez które do wielu miejsc już nie zaglądam.

 

No dobra, kogo ja chcę oszukać, nigdzie nie zaglądam. W sferze marzeń: Bibenda i jej nowe urodzinowe menu (gnudi, skrei, fasola z masłem). W sferze planów: portugalska restauracja na Poznańskiej, która nazywa się idiotycznie (East Go West), a serwuje autentyczne jedzenie dla chłopa małorolnego, a nie żadne tam spolszczone wizje – tosty z sardynkami, zupę z ziemniakami, „collard greens”, smażonym chorizo i oliwą, solonego dorsza z ziemniakami i jajkiem, a na deser to, czego nie lubisz.

 

A, wiem gdzie zaglądam, do kina: „Niemiłość” wbiła mnie w fotel i zdruzgotała, bo lubię chyba kino społeczne, a zwłaszcza takie, które nie dzieje się na zasikanej klatce schodowej albo w zapijaczonej rodzinie, bo to już było sto razy. „I tak cię kocham” nudnawe i przewidywalne, jak każda komedia, co mi w ogóle przyszło do głowy, żeby iść na komedię do kina? „Trzy billboardy” – zgadzam się, nie do przeżywania, a ta scena z sarną powinna zostać spuszczona do klozetu. I do książek też zaglądam, „Exodusowi” i Orbitowskiemu wyznaję oto teraz publicznie miłość, każdą jego książkę czytam od świtu do nocy, nie przerywając nawet podczas spaceru z metra do pracy i z tramwaju do domu; na półce czekają teraz „Szkice piórkiem”, bo nigdy tego nie miałam w rękach, a wiem, że powinnam, kolejny tom opowiadań Kornela Filipowicza, Alain de Botton, tomiszcze „Patrioci” Sany Krasikov. Gdy akurat mamy czas leżeć bez ruchu, to włączamy sobie „Downton Abbey” i zagryzamy śliwkami w czekoladzie.

 

Z końcem lutego staję się strasznie naiwna w temacie wiosny. Z krzaków już ćwierka, przed siódmą jest jasno i przed siedemnastą też, słońce można spijać jak syrop, ale futerko Chałki dalej nasiąka zapachem wędzonki, wydobywającym się z grochowskich pieców, a ja mam zatoki w ogniu. Ale o tym już pisać nie będę, bo i tak mam szczęście.

 

Całuję Cię bido w obolałą jaźń,

 

k.