Archives

7 lutego, czwartek, słońce

motto z mikołajewskiego (z dziś, z jego profilu na fejsbuku):

„a więc ma to sens- jeździć i pisać o zobaczonym. zdawać sprawę z myśli, które rodzą się ze spotkania z innymi ludźmi”, którą to z kolei myśl dedykuję wszystkim tym, dzięki którym wiem i przez których coś się we mnie otwiera za sprawą tego, że i oni pojechali, napisali, zdali sprawę. i sobie też ją dedykuję, bo i we mnie jest potrzeba, żeby to co przeżyte pochwycić, zapisać, żeby zostało i żeby pomogło mi rozumieć.

 

rzym. najpierw jazgot mew, ptasia wrzawa nad głową. parasole sosen i zieleń, która w styczniu razi i demoralizuje polskie oczy- żywozielone pokrzywy w bruzdach i szczelinach nierównych chodników, bombki pomarańczy drzemiące na drzewach pomarańczowych, zielony przepych awentynu, cierpki zapach po ulewie, jak bukszpan. potem huk- metra, samochodów na pradawnym bruku, restauracji pełnych ekstatycznych rzymian, ekspresów do kawy, filiżanek i talerzyków, brzęk łyżeczek. zapach pałacu barberini- drewno, miód, dym, rozgrzany kościół, cisza pustych sal i cisza obrazów. tybr raz jak lody pistacjowe, po deszczu błotny i oleisty, rozjuszony. kochany, zaspany awentyn, przyjazne testaccio ze znajomymi już ulicami, placami, trattoriami, barami, targiem. lubię wracać. lubię myśleć, że „do siebie”.

 

w buzi jestem rzymianką. jestem szczęśliwa jedząc chleb z masłem i anchois, parmigianę, pecorino, cierpką zieleninę, karczochy i pulpety. przygotowałam się do tej wycieczki staranniej niż zwykle, wiedziałam czego i gdzie chcę, marzyłam o tym, dzwoniłam do wybranych miejsc rezerwując stoliki moim wątłym włoskim. prowadziliśmy zaawansowane badania terenowe nad cacio e pepe i najbardziej wciąż smakuje mi to w agustarello, wśród nieładnych żółtych ścian i ładnych ludzi. przed wzorowym cacio i pepe talerzyk pecorino i bruschetta z uduszoną cykorią, do cacio e pepe carbonara, po pastach rzymskie pulpety w sosie pomidorowym (nie wiem jak oni je robią, te klopsy są jak chmura. chociaż trochę już wiem, bo poszperałam u rachel roddy, chodzi chyba o uprzednie namaczanie chleba w mleku, już sama ta instrukcja działa na mnie kojąco), dwa espresso, gałka lodów pistacjowych w drodze powrotnej na awentyn. co poza tym- rozsławione kawałki pizzy w pizzarium, dobre, tłuściutkie, trochę jak tosty z dzieciństwa. bruschetty z masłem, anchois i cytryną, kolejne olimpijskie carbonary, sławny na pół rzymu „krokiet” z ogona wołowego i z niego terrina, więcej gorzkiej cykorii. karczochy- a la romana i a la giudia w gettcie, więcej pulpetów w sosie pomidorowym. ostatni obiad w restauracji, na którą bardzo czekałam- bruschetta z lardo i miodem, lasagne z mięsnym ragu z pieca opalanego drewnem (tylko w niedziele, ustawiają się po nią kolejki) i pierożki z ogonem wołowym, kawałek świnki z ziemniakami pieczonymi z rozmarynem (też kolejki, też piec opalany drewnem, pierwszy raz w życiu rozumiałam, o co chodzi w wieprzowinie), parmigiana.

aperitivi- cynar, negroni sbagliato (ostatnio ulubione), wina naturalne, które pije się teraz nad tybrem.

dolci- zawsze espresso, maritozzi, tarta z ricottą i wiśniami, wspaniałe, wspaniałe lody pistacjowe z kalabrii (tak informowało menu), tiramisu.

i zawsze ten ceremoniał, za którym więcej niż przepadam- zawsze obrus, koszyk chleba, grube serwety, jaka woda, szklanki, kieliszki, huk, wrzawa, porządek posiłku, nieporządek na stole, szczęśliwe, tłuste i lepkie dłonie. to osadza, co dzień od nowa, kilka razy dziennie. świętowanie życia (do którego coraz trudniej podchodzić mi z czułością). ostatnio nie mogę uwolnić się od myśli, że każdy żyje tak jak potrafi lub jak może, niewielu szczęśliwców żyje tak jakby chciało. ja potrafię właśnie tak.

jednego wieczoru zastanawialiśmy się jakby wyglądało nasze życie, gdybyśmy byli bardzo zamożni i mogli pozwolić sobie na wiele- i ja wciąż chciałabym tego samego, to znaczy jeździć do włoch i jeść w tych samych miejscach, może mieć tam dom. latać do londynu i na południe francji, zobaczyć amerykę. jeść ser, pić wino, czytać książki. tyle.

pisząc to wszystko mam jeszcze w głowie iwaszkiewicza, któremu jakaś paniusia zarzucała, że jego pisanie i mówienie o jeżdżeniu do europy, do włoch, jest niczym innym jak snobizmem, na co on: „ależ to jest moje życie, ja to wszystko kocham, to jest moje dziedzictwo, to jest nasze europejskie dziedzictwo”. no właśnie- „ależ to jest moje życie, ja to wszystko kocham, moje dziedzictwo”. weszło mi to w głowę i nie chce wyjść, i dobrze. a jeśli ktoś uważa inaczej, to znaczy nie uważa europy za swoje dziedzictwo, to ja mu jednak zasadniczo współczuję.

 

jeszcze co w domu- brokuł nawpółgałązkowy obgotowany przez czterdzieści sekund, a następnie wrzucony do oliwy z czosnkiem, anchois, rodzynkami i piniolami, zjedliśmy go z kulką burraty. żelazne wariacje na temat cykorie, fenkuły, cytrusy, wczoraj z pieczonymi burakami i ricottą i winegretem z campari i szalotkami i miodem, zagryzane pecorino romano, który kupiliśmy w volpetti na testaccio- burza w buzi, pochód smaku, łomot zmysłów (to moje nowe credo z serii „o co chodzi mi w jedzeniu”, i nad cesarskim pecorino z rzymu, i nad rodzimą renetą z orzechem, i nad kawałkiem fenkułu z oliwą, solą i pieprzem). w ubiegły weekend przyniosłam od pana mikołaja z le rond fromage a la truffe noire i jak wyżej- ta burza, ten pochód i łomot. niebywały ser, jak tort przekładany kremem z truflami, zjedliśmy go z miską zimowych liści i chlebem. pamiętam, że dzień wcześniej byliśmy w euskadi z gajosami i że bardzo smakowała mi tortilla i topinambur, a jeszcze dzień wcześniej siedzieliśmy do nocy przy barze w żonglerce, pijąc i jedząc za życie.

ale głównie wieczne to samo, bo znów przyniosłam dziś z kleparza koper włoski, radicchio, potarganą escarolę, wędzone pstrągi, renety i alwy, pecorino i gorgonzolę mascarpone, czarne oliwki (te ze zmarszczkami) i marynowane karczochy, fasole i ciecierzyce, głowę włoskiej kapusty, orzechy, jaja. dobrze.

 

w dłoniach też rzym- „rzymska komedia” mikołajewskiego, rachel, iwaszkiewicz i jego podróże do włoch. od przedwczoraj jeszcze „wszystkie kroniki wina” bieńczyka, które dostałam w imieniny od matko.

 

jutro zmiana kierunku, bo wydaję kolację dla sześciu osób, chyba będziemy jedli alpy (choć też włoskie).

 

a.