Archives

14 grudnia, piątek, a kuku

Śniło mi się, że urodziłam dziecko i karmiłam je mąką żytnią. Kołyszę się do snu myślą o dzieleniu i formowaniu ciasta miękkiego jak pupka, jak policzek. Kręgosłup lędźwiowy trochę trzeszczy, skrzynka mailowa też, prawie rozumiem już brioche, prawie umiem napisać jeden tekst w cztery godziny, prawie umiem odmówić pajdy. Dziś jednak owsiana z masłem i bursztynem, czasem bogata, bo z brie albo z mortadelą, a najczęściej prościutka. Wszystkie kanapki mojego życia jem teraz przy naszym roboczym stole, w domu w koło macieju to samo – jedna zupa przez tydzień [buraczkowa, kapuśniak z Jadłonomii, dhal, krupnik gęsty jak kaszotto, pomidorówka na rosole, a nawet o zgrozo i z braku laku (czasu na zakupy) krem z brokułów albo szpinaku]. Jajo. Kawałek ciasta na deser albo czekolada czy cukrowe „noski” przywiezione w listopadzie z Gandawy. Wpełzam pod koc i zaczynam drugi etat.

 

Poranki: nie istnieją, tylko w weekendy robię sobie śniadanie w świetle dnia. Wielki powrót papek – kremu jaglanego z mascarpone, kardamonem i pomarańczowym miodem, ryżu na mleku (grudka masła, brązowy cukier, cynamon), kaszy manny z malinami. Moje pierwsze congee, niby udane, ale jednak sos sojowy mi o poranku przez gardło przechodzi z trudnością.

 

Pomiędzy: jesień fasoli, jak u Ciebie rok temu. Odkryłam bogactwo Mięsnego na Saskiej Kępie i nałogowo wykupuję ich kiełbaski, wspaniałą kaszankę (z jabłkowym puree i syropem od Rajmana), a nawet cielęce parówki, które podobno przyjeżdżają spod Krakowa. Jemy z keczupem i chlebem z masłem, jak za szczenięcych lat. Herbata z cytryną. Sałatka jarzynowa i kanapki z szynką. Czasy kolacji wymiennych ze śniadaniami, gdzie jesteście?

 

Wieczory: „Genialna przyjaciółka” i kilka innych równie sławnych co słabych seriali, o których nie chce mi się nawet pisać, „Szczelina” Doris Lessing, nowy Myśliwski (ach), komiksy Kultury Gniewu, „Małe Kobietki”, które pamiętam w swoich rękach pod koniec lat 90., Rachel Cusk (nie), „Jestem miłością” (bardzo tak, jak dobrze mieć długą listę nigdy nie obejrzanych klasyków starej i nowej daty), różne inne sprawy. Oprowadzanie kupców po mieszkaniu i rozmowy z notariuszem na przykład. To jest dopiero niekończąca się historia, trwa jej pierwszy tom – równo rok temu zaczęłam szukać nam mieszkania, jeszcze nie wyszliśmy z przedmowy.

 

Ciemność i zgniłość świata rozwiały nam ostatnio dwie małe podróże – nad zwykłe polskie morze i do pięknej, pustej i czystej Flandrii. W tej drugiej mój brat karmił nas mapo tofu i chińskim makaronem, smarowaliśmy sobie nosy czekoladą z rzeczonych gofrów, oglądaliśmy  i wypiliśmy bardzo dużo jak na tę chłodną porę roku zimnego piwa, ale było pięknie, zagranicznie. Tydzień temu ugościł nas za to Kołobrzeg. Zjadłam lody śledziowe (z przyjemnością, bo w tym roku mam ewidentnie jakieś rybne niedobory) i piłam wina swojego życia, pod kapustę, barszcz i pomidorową galaretkę z pstrągiem. Poszliśmy potem na spacer do Gdańska. Piesze linie proste wpędzają mnie w taki rozkoszny trans, a poszczególne stacje kolejowe na trasie do Warszawy w rozkoszne drżenie. Gdynia, Sopot, Oliwa. Marzenie na późniejszą dorosłość, chyba że wcześniej zaleje nas Bałtyk.

 

Zatraciłam potrzebę autokreacji internetowej, to i cicho.

 

K.