Archives

24 grudnia, wigilia

o co chodzi mi w teatrze:

1.czy coś mi mówi, coś otwiera

2.czy mnie niesie, rozbudza i pobudza krążenie krwi

najlepiej gdy spełnia obywa warunki, choć chętnie patrzę na brokat na przykład „morfiny” marciniak czy „kabaretu” warlikowskiego, a nic istotnego po nim przecież w głowie nie zostaje. to przyjemność podobna patrzeniu na whitney houston albo kolejnym odsłuchiwaniom płyty „faith” georga michaela czy moich playlist, na dźwięk których matko łapie się za głowę.

lubię też to, że nigdy nie wiem czego powinnam (i czy powinnam) się po teatrze spodziewać, co zobaczę i usłyszę, ta powtarzająca się niespodzianka i świeżość przeżycia są bardzo pociągające. a na poziomie elementarnym lubię to, co wydarza się między aktorami. gdy uda im się wytworzyć uczucie na żywo, na chwilę, od ręki- nie jak duble w kinie, nie jak przepisywane kilkakrotnie wątki w książce-to jest to wielkie. co oczywiście wcale nie jest oczywiste ani częste, o ile częściej się taka iskra nie pojawia niż pojawia- zresztą podobnie jak w filmach, jak w literaturze, wreszcie jak w życiu- ale jeśli już błyśnie, to zostaje mi w głowie na długo i grzeje. przy okazji myśl jak przyjemnie i ciekawie być aktorem teatralnym, jaka to praca bez końca.

 

smutek tęsknoty za smutną boską komedią. w tym roku teatr zadawał pytania o rachunki życia, o poczucie przynależności,  rozczarowania- i nie wyposaża w narzędzie nadziei. ile razy wracałam do domu z głową spuchniętą od pytań czy i ja przeżyję tak swoje życie, czy gorzkie rozczarowanie gdzieś na końcu jest wpisane w los, mimo zarzekania się i postanowień, że nigdy do takiego nie dopuszczę; czy można zrzec się uczestnictwa w pewnych scenach? czy koniec końców deser zawsze smakuje cierpko? czy obietnica finalnej słodyczy to największa ułuda, jaką się karmimy i jaką karmi się nas (ułuda spełnienia, czasu, życia wiecznego, raju, „na emeryturze” etc.)? czytałam w ubiegłym tygodniu „poczucie kresu” i barnes, przyglądając się swojemu bohaterowi, pisze że ten swoim samobójstwem odrzucił „kompromisy i małość, z jakich składa się życie większości ludzi. ‚życie większości ludzi’: moje życie”. no właśnie. tak samo z relacjami- dlaczego one wszystkie więdną albo dlaczego trwają te które niekoniecznie trwać powinny, i dlaczego według tego samego scenariusza, i dlaczego większość sprzeczek między dwojgiem ludzi jest tak do siebie podobna, dlaczego nie umiemy mówić inaczej, i że ja tak nie chcę i nie zamierzam (choć przecież bywa że tak się zachowuję) i ach na pewno na pewno nie, ja nie, nigdy, i czy to się w ogóle może się udać- to zawsze, to nigdy, nie tak, tak. bóg się rodzi, moc truchleje, piecze się ciastka, a ja jak widać niezmiennie jestem w nastroju mocno ostatecznym.

 

w ubiegły (zbiegły) czwartek poszłam na spotkanie z andrzejem sewerynem opatrzone przez wakara tytułem „trzeba mieć pogląd na świat- między sztuką a odpowiedzialnością”. fortunnie się złożyło, bo był to dzień w którym warlikowski przemawiał w parlamencie europejskim, zresztą bardzo ładnie- apel budzący lęk i poczucie mocy, i zdania z serii „wierzę w książki” i sporo o odpowiedzialności, mocno dziś niepopularne. seweryn później uderzał w te same nuty, zajmująco, pokrzykując o pracy u podstaw jako ostatniej desce ratunku (choć nie mogę pozbyć się wrażenia, że na deski ratunku jest już za późno). moja myśl, że jeśli w ogóle towarzyszy mi jakaś religia, to oprócz objęcia natury jest nią kultura. brzmi patetycznie i jakoś niespecjalnie, ale to prawda. prosto z rajskiej pobiegłam do massolitu na rozmowę z markiem bieńczykiem o literaturze francuskiej i przekładzie, a stamtąd na scenę kameralną starego teatru na niespecjalnie udany „1946” brzyka. to pewnie nie jest dominujący pogląd, to pewnie jest pogląd mocno naiwny, ale moim zdaniem to jest właśnie życie i chciałabym swoje przeżyć właśnie w ten sposób (i jeszcze „jeść pić kochać”).

 

w (także zbiegłą) sobotę na obiad była ostatnia w tym roku pizza w en plato, a na kolację „wyjeżdżamy”. wiem, że krytycy od teatru są innego zdania i podkreślają wspaniałość tej nowej u warlikowskiego cechy niezachłystywania się samym sobą i nielatania za własnym ogonem, ale mi warlikowski bez brokatu i złota i warlikowski linearny wydaje się jednak szczuplutki, miękki i niespecjalnie zajmujący, ja na to nie reaguję; nie dość, że nie mówi nic nowego, to jeszcze nic inaczej. choć brak reakcji to też jest jakaś reakcja, i tu wracamy do przemówienia z brukseli („wierzę w teatr, którego zasadą jest konflikt, ale przepracowany przez dialog”) i mojego wywodku o teatrze w ogóle- teatr może mi się nie podobać, ale na końcu i tak rozmawialiśmy o tym spektaklu do nocy (ja na dodatek ostatnio nie mogłam spać, regularna, podręcznikowa bezsenność, bezsenność obolała, okropne), i słuchaliśmy co o tym warlikowski, ja następnego ranka czytałam cały pęk recenzji, przy śniadaniu dalej o tym mówimy, ja dalej o tym myślę i od tamtej soboty odsłuchałam kilka audycji w tej sprawie- i to jest jakoś wspaniałe, to dowód na dialog, myślenie (w przypadku „wyjeżdżamy” wyjątkowo) krytyczne, na myślenie w ogóle które teatr zapala.

 

na talerzu często duński chleb zosi, jaja na miękko, masło. na naszą krakowską wigilijkę przed rozjazdami zrobiłam brandade z wędzonych pstrągów, do niego pieczone ziemniaki, prosciutto, sery, kiszone ogórki, pieprzna rzepa. w piątek jadłam pyszny bigos, dziś kanapki z kurczakiem, majonezem i awokado i inauguracyjny kawałek miodownika.

mniej więcej raz w roku mam chęć na ciastka i ten czas jest teraz. przed weekendem upiekłam partię laskowych ciastek z syropem klonowym nigela (powszechnie ulubione), cantucci z nasionami kopru włoskiego, rozmarynem i prażonymi migdałami heidi swanson (te ulubione przeze mnie) i kruche na słonym maśle z gorzką czekoladą z przepisu w „new york timesie” (te z myślą o matko).

 

w piątek z zainteresowaniem przyglądałam się (szczególnie) brytyjczykom świętującym winter solstice, to bardzo ładne i sensowne, za rok zamierzam aktywne włączyć się w obchody wydaną kolacją i odpowiednimi toastami w intencji światła. zamiast wigilii wolałabym świętować nadzieję na światło. czytam o pogańskich zwyczajach w tej sprawie, dla zabawy i z przyjemnością ułożyłam sobie menu na taką wigilię światła. blisko mi ostatnio do roślinnego, świetlistego pogaństwa, to jest autentyczny przedmiot mojej wiary, nie wiem dlaczego nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam (dopiero w piątek i wczoraj przez miłosza piszącego o litwie).

również w piątek jechałam pociągiem z wrocławia do jeleniej góry i z powrotem, jaka to ładna trasa, w dodatku przez „moje” miejsca- wałbrzych, wsie rudaw janowickich, janowice wielkie, doliny i łąki. po drodze koścista, wilgotna polska, zapłakana, grudzień w ostatnich latach znacznie stracił na urodzie. w drodze powrotnej moje źrenice przypominały naleśniki za sprawą atropiny, słuchałam więc sobie kolejno „dwukropku” franaszka z józefem henem, rozmowy z andrzejem sewerynem w „dwójce”, odcinków „bbc food programme” o jadalnych kasztanach z rachel roddy w roli głównej i tego z podsumowaniem książek kucharskich za odchodzący rok, a w bbc 4 po każdym serwisie informacyjnym z okazji winter solstice czytano wiersze na ten temat. bardzo, bardzo lubię słuchać.

 

zanudzam ostatnio wszystkim opowieściami o the feast of seven fishes / festa dei sette pesci, o jak mi się to podoba. nie wiedziałam, że włosi też obchodzą wiglię, która w dodatku nazywa się la vigilia, że też tradycyjnie poszczą aż do wielkiej kolacji, która tradycyjnie składa się z siedmiu dań z rybami i owocami morza w roli głównej (solony dorsz!anchois!ryby!zupa rybna!), a na deser jedzą cannoli. nowe marzenie- przebyć kiedyś wigilię w rzymie lub neapolu.

 

chłód marszczy plecy, rodzinne góry wzburzone, od trzech dni nieustająca wichura, bunt świata-moim zdaniem uzasadniony.

do czytania w święta mam „rodzinną europę” i książki kucharskie co pod choinką.

mogę sobie tu pogadać o tym wszystkim, o czym nie bardzo mogę przy świątecznym stole.

 

spokoju.

 

a.

14 grudnia, piątek, a kuku

Śniło mi się, że urodziłam dziecko i karmiłam je mąką żytnią. Kołyszę się do snu myślą o dzieleniu i formowaniu ciasta miękkiego jak pupka, jak policzek. Kręgosłup lędźwiowy trochę trzeszczy, skrzynka mailowa też, prawie rozumiem już brioche, prawie umiem napisać jeden tekst w cztery godziny, prawie umiem odmówić pajdy. Dziś jednak owsiana z masłem i bursztynem, czasem bogata, bo z brie albo z mortadelą, a najczęściej prościutka. Wszystkie kanapki mojego życia jem teraz przy naszym roboczym stole, w domu w koło macieju to samo – jedna zupa przez tydzień [buraczkowa, kapuśniak z Jadłonomii, dhal, krupnik gęsty jak kaszotto, pomidorówka na rosole, a nawet o zgrozo i z braku laku (czasu na zakupy) krem z brokułów albo szpinaku]. Jajo. Kawałek ciasta na deser albo czekolada czy cukrowe „noski” przywiezione w listopadzie z Gandawy. Wpełzam pod koc i zaczynam drugi etat.

 

Poranki: nie istnieją, tylko w weekendy robię sobie śniadanie w świetle dnia. Wielki powrót papek – kremu jaglanego z mascarpone, kardamonem i pomarańczowym miodem, ryżu na mleku (grudka masła, brązowy cukier, cynamon), kaszy manny z malinami. Moje pierwsze congee, niby udane, ale jednak sos sojowy mi o poranku przez gardło przechodzi z trudnością.

 

Pomiędzy: jesień fasoli, jak u Ciebie rok temu. Odkryłam bogactwo Mięsnego na Saskiej Kępie i nałogowo wykupuję ich kiełbaski, wspaniałą kaszankę (z jabłkowym puree i syropem od Rajmana), a nawet cielęce parówki, które podobno przyjeżdżają spod Krakowa. Jemy z keczupem i chlebem z masłem, jak za szczenięcych lat. Herbata z cytryną. Sałatka jarzynowa i kanapki z szynką. Czasy kolacji wymiennych ze śniadaniami, gdzie jesteście?

 

Wieczory: „Genialna przyjaciółka” i kilka innych równie sławnych co słabych seriali, o których nie chce mi się nawet pisać, „Szczelina” Doris Lessing, nowy Myśliwski (ach), komiksy Kultury Gniewu, „Małe Kobietki”, które pamiętam w swoich rękach pod koniec lat 90., Rachel Cusk (nie), „Jestem miłością” (bardzo tak, jak dobrze mieć długą listę nigdy nie obejrzanych klasyków starej i nowej daty), różne inne sprawy. Oprowadzanie kupców po mieszkaniu i rozmowy z notariuszem na przykład. To jest dopiero niekończąca się historia, trwa jej pierwszy tom – równo rok temu zaczęłam szukać nam mieszkania, jeszcze nie wyszliśmy z przedmowy.

 

Ciemność i zgniłość świata rozwiały nam ostatnio dwie małe podróże – nad zwykłe polskie morze i do pięknej, pustej i czystej Flandrii. W tej drugiej mój brat karmił nas mapo tofu i chińskim makaronem, smarowaliśmy sobie nosy czekoladą z rzeczonych gofrów, oglądaliśmy  i wypiliśmy bardzo dużo jak na tę chłodną porę roku zimnego piwa, ale było pięknie, zagranicznie. Tydzień temu ugościł nas za to Kołobrzeg. Zjadłam lody śledziowe (z przyjemnością, bo w tym roku mam ewidentnie jakieś rybne niedobory) i piłam wina swojego życia, pod kapustę, barszcz i pomidorową galaretkę z pstrągiem. Poszliśmy potem na spacer do Gdańska. Piesze linie proste wpędzają mnie w taki rozkoszny trans, a poszczególne stacje kolejowe na trasie do Warszawy w rozkoszne drżenie. Gdynia, Sopot, Oliwa. Marzenie na późniejszą dorosłość, chyba że wcześniej zaleje nas Bałtyk.

 

Zatraciłam potrzebę autokreacji internetowej, to i cicho.

 

K.

 

 

11 grudnia, wtorek

od ostatniego śladu mojej tu obecności:

 

-rachel roddy ogłosiła nową książkę, 50 rozdziałów o makaronie, bardzo mnie ta nowina pobudziła.

nową książkę zapowiada też emiko davies, historia i pretekst które za nią stoją urocze- opowiastka o jej toskańskim teściu, który od lat pięćdziesiątych wita nowy rok tortellini al sugo, tanim spumante i partyjką tomboli, który to zwyczaj podchwyciła cała okolica- jakie to ładne. tyję od takich opowieści, to jest właśnie kręgosłup życia. sama emiko bierze mnie jednak niespecjalnie, wszystko u niej ładne i miłe, ale brakuje w tym pestki, a mi w życiu idzie właśnie o pestkę.

-molly wizenberg w końcu, po roku bezgłosu, napisała tekst na orangette. aj jak ona potrafi to robić i jak było tego brak.

-w bbc4 czytano rano listy sylvii plath (z ameryki do anglii), zajmujące, a my słuchaliśmy w samochodzie dziennika herlinga-grudzińskiego z ostatnich lat jego życia (radiowa dwójka).

-dwukrotnie byliśmy w en plato, czuję się tam zupełnie u siebie, a pan kelner pamięta, że chcemy „napoletanę, ale z di bufalą zamiast wędzonej provoli, margheritę di bufalę, ale z dodatkiem salami (słodkiego i pikantnego), niegazowaną wodę, ale nie z lodówki, zimne chino i kieliszek chardonnay z sycylii”, to bardzo miłe. a teraz w dodatku przez cały sezon cytrusowy można kupić tam sycylijskie pomarańcze, grejpfruty, mandarynki i cytryny.

-zrobił na mnie wrażenie wywiad o bezdzietności w „wysokich obcasach” sprzed weekendu, który moim zdaniem jest rozmową o życiu w ogóle, kawał niedzieli dyskutowałam o niej z basią i schowałam go na kiedyś.

-widzieliśmy „pod osłoną nieba” bertolucciego, piliśmy cynar. zanotowałam sobie, że puenta filmu i puenta rozmowy z teodorczykiem (jak wyżej) jest o tym samym w gruncie rzeczy i w gruncie życia- że w gruncie rzeczy w życiu idzie tylko o grunt życia, a ja bardzo nie chciałabym tracić go z oczu, rozmieniać się na drobne, wspierać się o rekwizyty, patrz pestka.

-dowiedziałam się, że w ubiegły piątek obchodzono w mediolanie dzień świętego ambrożego i jedzono na potęgę pannetone, nie znałam tego święt(k)a.

-byłam na polonistyce uj-otu na grodzkiej na debacie o dwóch polskach- polsce herberta i polsce miłosza z chwinem i franaszkiem w roli głównej, byłam tym wydarzeniem dziwnie podekscytowana. jakąś dziwaczną przyjemność sprawia mi siedzenie w ławce w sali, gdzie w ławkach obok stala, fiut i cały kwiat krakowskiej polonistyki, o którym czytałam całe nastoletnie lata, taki sentyment zostaje. myślę sobie, że zawsze bardzo lubiłam być odbiorcą (kultury), to daje mi radość i zaopatrza w sens życia. nigdy chyba za to nie chciałam być „twórcą”, to nie mój temperament.

-widzieliśmy sześć odcinków „genialnej przyjaciółki” i jestem kompletnie odurzona, dobry boże, jak to niesie, jakie to piękne i ogromne. mała lenuccia prześliczna, michele solara o aparycji miłosza skrzyżowanego z markiem hłasko, lila jak kot, ogromna, ogromna przyjemność. a ja od trzech miesięcy uczę się włoskiego i mam ambicję, by mówić po włosku.

-jadłam risotto z brukselką, soczewicę casteluccio według rachel roddy, pieczoną kapustę, pieczoną w całości głowę kalafiora z fetą ubitą z creme fraiche i skórką otartą z cytryny, leek vinaigette, cykorie pieczone w prosciutto cotto i kremówce, cytrynową zupę z soczewicy z kolendrą (heidi swanson), gryczane galettes, dużo orzechów, dużo serca.

-przeszłam (mam nadzieję, boję się trybu dokonanego) przez piekielny krąg fizycznego bólu. za każdym razem jestem oszołomiona, że ciało może tak boleć, później pamięć o tym się zaciera, potem znów się dziwię, i tak w koło macieja.

-kupiliśmy smerka, jest krępy i przytulny, choć jeszcze nie mruga, bo nie znaleźliśmy czasu by opleść go lampkami. pomyślałam wczoraj, że święta są mi właściwie zupełnie obojętne i jeśli coś mnie cieszy, to to żywe drzewko w domu, i może jeszcze szansa na makowiec i kolędy preisnera (trwałe uczucie).

 

w krakowie festiwal boska komedia, od ubiegłej soboty do przyszłej niedzieli co dzień jestem w teatrze. w niedzielę zespół teatru starego po ponad rocznym rozstaniu, radość. demirski może nie w olimpijskiej formie i może „ale to już było” (dodatkowo jako widz czułam się na przemian to ganiona i zawstydzana, to łechtana, że oto „o, a ja taka wcale nie jestem, ha”- ten zabieg udany. koniec końców z teatru i tak wyszłam z migającą niespokojnie w głowie sygnalizacją świetlną że jaka właściwie jestem ja, czy i ja straciłam proporcje, czy umiem jeszcze myśleć i mówić o sobie z rozsądkiem), za to ta banda tak, ogromnie lubię na nich patrzeć. lubię myśleć, że to mój zespół, czuję się z nimi związana, tęskniłam.

wczoraj w słowackim do północy „trzy siostry” teatru z lublina- ciekawa, inteligentna, momentami porywająca inscenizacja, mówimy o nich i czytamy. wracaliśmy potem do domu przez planty, które mówiły o teatrze, to ładne i krzepi.

dziś kleczewska z teatrem śląskim, mocno się na jej temat z matko nie zgadzamy.

jutro znów czechow.

 

a.