Archives

8 listopada, czwartek

z profilu przypominam herberta. drugi tom biografii otwiera fotografia w oparciu o którą można by zakładać ewentualne (bliskie) pokrewieństwo: zadarty nos, krągłe jabłka policzków i znikające w ich cieniu drobne oczy, czasami dwa podbródki, im dalej w las tym częściej. jego student z kalifornii zapisał, że herbert „miał szeroką twarz młodej płomykówki, małej sowy”- to ładne, chyba spojrzę na siebie (sobie w twarz) inaczej, przychylniej.

jeszcze w nawiązaniu do- natknęłam się u franaszka na kłodzkie wiosny poetyckie, które odbywały się w kłodzku i okolicznych zdrojach w latach 60. i 70., a o których nigdy nie słyszałam, a należy podkreślić, że jestem kłodzczanką (urodzoną w lesznie, wyprowadzoną w las i do krakowa, ale jednak najdłuższą dotąd część życia przeżyłam w tym miasteczku). kto tam u nas nie bywał- oprócz herberta błoński, grochowiak, przyboś, jastrun, ważyk, głowiński, wojaczek, białoszewski… od razu wysmarowałam maila do pani izabeli, mojej licealnej polonistki i wychowawcy, że dlaczego na boga nikt nas o tym nie uczył (także na fakultecie humanistycznym). bardzo jestem podekscytowana.

 

ostatnio mozolne dokopywanie się do siebie, dni nieuzasadnionego właściwie niczym konkretnym niepokoju i wewnętrznego dygotu, słabości i eskapizmu. co pomaga- czytanie tekstów wymagających skupienia, podglądanie ludzi, którzy mi się podobają (to zwykle skromni ludzie o skromnym, ładnym życiu), pisanie, gotowanie, ciche, samotne ranki częstych ostatnio dni świątecznych lub okołoświątecznych.

we wszystkich świętych pojechaliśmy najpierw na cmentarz podgórski, na koniec na salwator, a pośrodku do miłosza na skałkę. bardzo brzydko leży, w nieładnym, nieprzytulnym marmurze, bez kwiatów, naprzeciwko paulinów, niepozornie i jakoś bez echa. co innego wincenty pol czy wyspiański, jakoś nie umiem tego zrozumieć.

 

co na stole, przy którym ostatnio długo i często siedzimy: brukselka pieczona w „gravy” z tłustej śmietanki (42%), anchois, cząbru i czosnku, chleb i salami. cała głowa upieczonego kalafiora, natarta masłem, oliwą i grubą solą, zjedzona z sosem z tahiny i z rodzynkami. jesienne pęczotto w kolorze wina, a la ducksoup- w środku mascarpone, parmezan, dużo masła, czerwone wino, na wierzchu ugrillowane radicchio i jeszcze gorgonzola mascarpone- bardzo piękne i pyszne. dyniowe gnocchi z masłem szałwiowym. żytni chleb i jaja na miękko. w sobotę przed dwoma tygodniami- po debacie o rynku książki, a przed spotkaniem z bernardem pivot- piknik przy własnym stole: cienkie plastry rosbefu zjadane z musztardą dijońską, remulada z selera, aioli, chleb, zielone liście ziół i sałat. częste sałaty z radicchio- z jabłkami, z pieczonymi burakami, z gruszkami, z orzechami włoskimi albo laskowymi… kolejne garnki boćwiny duszonej z masłem i anchois albo z czosnkiem i oliwą, lubię ją rano z jajkami. wielki pęk rukwi wodnej z targu pietruszkowego- zjadłam cały sama, z jajami na półtwardo, z awokado i wędzoną makrelą. niezmiennie wybitne affogato z gałką lodów pistacjowych w mące i wodzie, bardzo pyszne lody o smaku jabłko z mascarpone.

 

czekam na kolejny świąteczny weekend, mam wiele smacznego w planach.

 

a.