Archives

26 listopada,poniedziałek

dziś będzie tryptyk (utknęłam na terapii i mam morze czasu, będę pisać).

 

wpierw itinerary, co ze mną ostatnio etc.

 

1.w ubiegłą sobotę z niedzielą mieszkałam w pięknym starym domu w górach sowich. nad górami siwy dym jak nad krakowem, co uszczupla radość życia, za to w domu bardzo pięknie- szarlotka z domową konfiturą z róży (mama), zlew kuchenny, o jakim marzę, kredens pełen herbaty, chrupiące podłogi i schody. matko cały wieczór łuskał włoskie orzechy, ja zrobiłam scenę, co mi się ostatnio zdarza, i do dziś wszystkich przepraszam. mam w głowie jeszcze przydomowe ogródki z ostańcami dalii, śnieguliczką, szyszkami i epilogowymi różami- kolory jak w malarstwie holenderskim, pod polskim listopadowym niebem, unia europejska.

2.w piątkowy wieczór urządziliśmy sobie pierwsze święto dziękczynienia we wrocławskiej napie, wszystko jak lubię- opalona brukselka z parmezanem, pieczone ziemniaki z aioli, burrata i dynia i piegi z orzechów laskowych, chorizo w morzu czerwonym sosu z chorizo, dorada, cannolo, espresso. piliśmy valpolicellę, bo wyczytałam ostatnio że było to ulubione wino audena i byłam ciekawa, a potem gewurztraminera, który już mi jednak przeszedł, wydaje mi się za słodki. a propos- zdecydowaliśmy ostatnio z matko (niezależnie od siebie), że 1.wszystko zdaje nam się ostatnio zbyt słodkie i 2.chyba niespecjalnie lubimy słodycze (mój ulubiony deser- kawa, affogato, jabłko i ser, latem placek z owocami, raz na jakiś czas dobre tiramisu, poza tym ricotta z miodem, i właściwie tyle). ja mam nawet większy kłopot, bo doszłam ostatnio do wniosku, że właściwie nie interesuje mnie już pieczenie i nie bardzo lubię to robić (HA HA). wczoraj zresztą rozmawiałam o tym z bunią, która poczyniła wyznanie, że nie lubi gotować, za to piec czy lepić pierogi już tak- więc ja zupełnie na odwrót. najbardziej zajmuje mnie gotowanie, zestawianie, układanie, poznanie, przetwarzanie, dokopywanie się do podstawy i esencji smaku. ergo- najwyższy czas zmienić swoje myślenie i narrację o sobie (po raz kolejny, i znowu, i wolta- ach życie. łapanie siebie zajmuje mi obiektywnie dużo czasu i wysiłku, ale nie tracę nadziei, że kiedyś się do siebie dokopię. a może wcale nie, i może to jest właśnie życie, i może nie mam (nie znam) na nie innego sposobu).

3.w ubiegłą niedzielę „makbet” dudy-gracz we wrocławskim capitolu, na tyle atrakcyjny, że dalej czasami o nim myślę. przy okazji wniosek, że szekspir w tłumaczeniu barańczaka sporo traci i dlaczego właściwie nikt się nim dziś nie zajmie od nowa, zasługuje na to.

4.w czwartek podwieczorek na dwa kieliszki z janem peszkiem w roli głównej, który już w pierwszym zdaniu wywiadu zadeklarował, że najważniejsze w życiu jest umiłowanie życia (to jak nigella w rozmowie z de bottonem, który podesłała mi agnieszka- pełna zgoda). na dodatek dobre wina (amfora, dla mnie podejście magiczne) i zjawiskowa kozia bryndza z gospodarstwa w łomnicy.

5.poza tymi niewątpliwie atrakcyjnymi miejscami otarłam się też o otchłań fizycznego bólu i gęstej mgły mózgowej, złe dni. moja przypadłość przypomina chorobę afektywną dwubiegunową, przy czym objawy są nie natury mentalnej, a organicznej. od olimpijskiej formy i fizycznej manii, przez spokojne i niezłe dni, aż do niskich kręgów piekła. srałby to pies.

 

część druga: wczoraj skończyłam czytać herberta, z duszą na ramieniu. zawsze przecież niby wiem, że bohater biografii nie żyje, a potem i tak co chwilę martwię się, że umrze.

bardzo wzbogacający czas, chce mi się czytać całą masę różnych rzeczy, na które wcześniej nie miałam ochoty albo zupełnie mnie nie zajmowały. moja główna konstatacja po tej obszernej lekturze jest taka, że sercem stoję jednak przy miłoszu. pociąga mnie  jego rozumienie ojczyzny i polskości, życia, metafizyki, jego wolty i istota, jego demony i furie, jego kłopoty z tożsamością, jego brwi jak bór. jest we mnie za to duża niezgoda na radykalizm i mitomanię herberta, a w późniejszych latach jego życia na pogardę i patos, którymi faszerował siebie i swoje teksty, wszystko to dość paskudne. franaszek musi go bardzo kochać, mnie nie stać w swoich sądach na taką wyrozumiałość i dyplomację. przy okazji jestem mocno zaniepokojona, bo do tej pory wydawało mi się, że pewien rodzaj inteligencji, oczytania, smak bronią jednak przed taką goryczą, ślepotą i złością w starości, przed zupełną utratą proporcji, ale chyba wcale nie (i co w takim razie chroni). jednak poza tym- wiele wierszy zachwycających, nikt też nie pisał takich listów jak herbert, ogromna, ogromna przyjemność. w środę na uniwersytecie jagiellońskim spotkanie z franaszkiem i chwinem o herbercie z miłoszem właśnie, potem trochę odzipnę (nad tokarczuk i może jakąś fabułą), a później wrócę do biografii miłosza, bo lata temu przeczytałam ją wybiórczo i bez sensu. zadanie domowe (tymczasem zdjęłam z regału korespondencję herberta z hartwig i międzyrzeckim i zaczęłam czytać w tramwaju, listy jak golf na zimę).

 

wreszcie punkt trzeci- stołowy.

 

mianowicie postanowiłam obchodzić święto dziękczynienia, bo uważam je za bardzo piękne (zgłosiłam też pod rodzinne głosowanie wniosek o zaniechanie „obchodów” gwiazdki, bo takie w mojej rodzinie właściwie nie występują, ale nikt nie podjął tematu). myślę, że wdzięczność jest w życiu kluczową kwestią, a myślenie o niej dobrze robi na proporcje. rozumiem też, dlaczego thanksgiving nie ma szansy powodzenia w polsce, ceremonie wdzięczności, radości i pokory to nie nasza specjalność. włosi za to mam wrażenie obchodzą święto dziękczynienia na okrągło, szczególnie wieczorami i przy każdym zajściu do baru (pochwała życia, wspólnotowość, duma z plonów ich ziemi, duma z tej ziemi w ogóle, etc.). w związku ze wszystkim powyższym w piątek wydałam pierwszą kolację dziękczynną, jedliśmy gratin z brukselki z pancettą (z bon appetit, jakie to dobre) w tłustej śmietance, puree z pieczonego selera z orzechami laskowymi, czerwoną kapustę z gruszkami, marynowane buraczki, ser puzzone, którego nie znałam i który wcisnął mi mirco (cosi cosi), wino.

 

w sobotę pół dnia dusiłam ragu z dziczyzny myśląc o umbrii, efekt więcej niż zadowalający. oprócz spraw fundamentalnych (czerwone wino, bulion, mleko, sofritto, trochę passaty, pancetta, rozmaryn, listek laurowy) dodałam do sosu skórkę parmezanu i marsalę, mięso zamarynowałam na noc w czerwonym winie z czosnkiem i szałwią. zjedliśmy prawie cały garnek ze świeżym papardelle i kopczykiem parmezanu. byliśmy szczęśliwi.

wczoraj na obiad ulubione brandade z wędzonego pstrąga, jestem apostołką brandade. brandade mimo nieszczególnego oblicza jest w moim odczuciu jakoś luksusowe, radosne, odświętne. w roli aktorów drugoplanowych- grzanki, czarna, pieprzna rzepa, ogórki kiszone, francuskie korniszony, rukola i rukiew wodna z oliwą i cytryną, pancetta. czego więcej, i po co.

tej jesieni potrafię zjeść tęgie ilości kapusty, nic mi tak nie smakuje. pieczona, duszona, kiszona, kimchi, surowa (najchętniej włoska), sok z kwaszonej kapusty. ulubiona to dalej pieczona z „winegretem” z orzechów włoskich, okruchów chleba, czosnku, oliwy, miodu, parmezanu.

w lodówce mam jeszcze zupę ogórkową z koperkiem, w kuchni moczy się ciecierzyca na humus, w pergaminie w lodówce kawałek comte i włoski caprino, pierwsze pomarańcze z sycylii.

 

z nadzieją na lepszy tydzień-

a.

 

 

15 listopada, czwartek

okazuje się, że z herbertem mamy wspólne nie tylko zadarte nosy i policzki jak na drożdżach, ale smakują nam te same rzeczy. na przykład taki jadłospis posłany żonie z olevano romano w lacjum- „rosół z jarzynami i parmezanem i risotto z jajkiem i szynką”, a także „ratatouille- oberżyny, zucchini, pomidory, cebula- w oliwie to wszystko- pycha”. franaszek odnotowuje dodatkowo, że herbert chętnie gotował też barszcz i że najbardziej przepadał za kuchnią francuską i prowansalską. bardzo jestem rada. poeci niezahaczeni w codzienności zawsze wydawali mi się podejrzani i niepełni.

 

a propos jadłospisów i życia codziennego. w sobotę poszliśmy odebrać z le rond odłożony krążek sera mont d’or (śliczny, z niepasteryzowanego mleka, sosnowy i mleczny), więc na obiad było święto. jesteśmy pionierami sezonu, bo z kolei w tym tygodniu oglądam kolejne parujące krążki na profilach licznych brytyjskich restauracji o zacięciu francuskim i starozachodnioeuropejskim. upiekłam go z białym winem i pieprzem i zjedliśmy go jak pan bóg przykazał- z ziemniakami, chlebem i dojrzewającą wędliną, a także z talerzem zielonych liści, marynowanych buraczków i kiszonych ogórków. pyszna zabawa, wyjątkowo przepadam za takimi party, lubię jeść rękami. zahacza mnie to też jakoś w cywilizacji, do której jednak tęsknię i do której się poczuwam. w ogóle europa w buzi- ser, chleb, wino, jarzyny, podstawy, czystość smaku- to interesuje mnie ostatnio w jedzeniu najbardziej, w jedzeniu i w ogóle.

 

w niedzielę byliśmy na śląsku z wizytą u borkowskich, na rogalach marcińskich i gęsinie.

w poniedziałek jedliśmy dynię  (acorn, nie wiem, jak ona ma na imię po polsku) pieczoną w maśle i miodzie kasztanowym, z chrupką szałwią, orzechami laskowymi i burratą. wczoraj na kolację upiekłam kalafiora romanesco, oblałam go potem masłem z anchois, rodzynkami, szafranem, chili, czosnkiem i usmażonymi okruchami chleba- ku chwale sycylii. poza tym jemy w koło gorgonzolę dolcelatte, matko z gruszkami, ja z jabłkami, orzechy, cierpki miód z kasztanów. obejrzeliśmy w sąsiedztwie takich talerzyków ostatnią partię „house of cards”, oglądamy „bodyguarda”, a w poniedziałek zorganizowaliśmy sobie seans „rzymu”, i piliśmy do niego i do dolcelatte polskiego „szampana” z winnicy miłosz- grempler sekt- który sprawiliśmy sobie z okazji stulecia wolnej polski w krakowskim standardzie. całkiem to udane- ziołowe, ostre, kryształowe.

 

na okazję święta narodowego wraca do mnie jeszcze myśl, że i ja należę do tej grupy rodaków, o której rozpisują się ostatnio gazety- ofiar zaniedbań ze strony szkoły i domu rodzinnego, gdzie nikt nie mówił ze mną o polsce, obywatelskości, historii. jest to prawda i to gdzieś kłuje i zasmuca, nie wyrobiono we mnie wielu nawyków, a tego co wiem nauczyłam się sama, lekcje historii czy wos-u w moich gimnazjum i liceum były komedią (która często w ogóle się nie odbywała). ale dziś przynajmniej wiem, jakie to istotne, na ilu sprawach to waży. nawet biografia herberta to istotna lektura w tym kierunku, dużo do myślenia, giedroyc magdaleny grochowskiej był ważny. może coś ze mnie jeszcze będzie.

 

a.

8 listopada, czwartek

z profilu przypominam herberta. drugi tom biografii otwiera fotografia w oparciu o którą można by zakładać ewentualne (bliskie) pokrewieństwo: zadarty nos, krągłe jabłka policzków i znikające w ich cieniu drobne oczy, czasami dwa podbródki, im dalej w las tym częściej. jego student z kalifornii zapisał, że herbert „miał szeroką twarz młodej płomykówki, małej sowy”- to ładne, chyba spojrzę na siebie (sobie w twarz) inaczej, przychylniej.

jeszcze w nawiązaniu do- natknęłam się u franaszka na kłodzkie wiosny poetyckie, które odbywały się w kłodzku i okolicznych zdrojach w latach 60. i 70., a o których nigdy nie słyszałam, a należy podkreślić, że jestem kłodzczanką (urodzoną w lesznie, wyprowadzoną w las i do krakowa, ale jednak najdłuższą dotąd część życia przeżyłam w tym miasteczku). kto tam u nas nie bywał- oprócz herberta błoński, grochowiak, przyboś, jastrun, ważyk, głowiński, wojaczek, białoszewski… od razu wysmarowałam maila do pani izabeli, mojej licealnej polonistki i wychowawcy, że dlaczego na boga nikt nas o tym nie uczył (także na fakultecie humanistycznym). bardzo jestem podekscytowana.

 

ostatnio mozolne dokopywanie się do siebie, dni nieuzasadnionego właściwie niczym konkretnym niepokoju i wewnętrznego dygotu, słabości i eskapizmu. co pomaga- czytanie tekstów wymagających skupienia, podglądanie ludzi, którzy mi się podobają (to zwykle skromni ludzie o skromnym, ładnym życiu), pisanie, gotowanie, ciche, samotne ranki częstych ostatnio dni świątecznych lub okołoświątecznych.

we wszystkich świętych pojechaliśmy najpierw na cmentarz podgórski, na koniec na salwator, a pośrodku do miłosza na skałkę. bardzo brzydko leży, w nieładnym, nieprzytulnym marmurze, bez kwiatów, naprzeciwko paulinów, niepozornie i jakoś bez echa. co innego wincenty pol czy wyspiański, jakoś nie umiem tego zrozumieć.

 

co na stole, przy którym ostatnio długo i często siedzimy: brukselka pieczona w „gravy” z tłustej śmietanki (42%), anchois, cząbru i czosnku, chleb i salami. cała głowa upieczonego kalafiora, natarta masłem, oliwą i grubą solą, zjedzona z sosem z tahiny i z rodzynkami. jesienne pęczotto w kolorze wina, a la ducksoup- w środku mascarpone, parmezan, dużo masła, czerwone wino, na wierzchu ugrillowane radicchio i jeszcze gorgonzola mascarpone- bardzo piękne i pyszne. dyniowe gnocchi z masłem szałwiowym. żytni chleb i jaja na miękko. w sobotę przed dwoma tygodniami- po debacie o rynku książki, a przed spotkaniem z bernardem pivot- piknik przy własnym stole: cienkie plastry rosbefu zjadane z musztardą dijońską, remulada z selera, aioli, chleb, zielone liście ziół i sałat. częste sałaty z radicchio- z jabłkami, z pieczonymi burakami, z gruszkami, z orzechami włoskimi albo laskowymi… kolejne garnki boćwiny duszonej z masłem i anchois albo z czosnkiem i oliwą, lubię ją rano z jajkami. wielki pęk rukwi wodnej z targu pietruszkowego- zjadłam cały sama, z jajami na półtwardo, z awokado i wędzoną makrelą. niezmiennie wybitne affogato z gałką lodów pistacjowych w mące i wodzie, bardzo pyszne lody o smaku jabłko z mascarpone.

 

czekam na kolejny świąteczny weekend, mam wiele smacznego w planach.

 

a.