Archives

25 października, czwartek

lubię mechanizm „donoszenia się” do dzienników, tego kokoszenia się w sobie. najpierw przez jakiś czas o nich nie myślę, potem nagle zaczynam, chodzę wokoło  przez jakąś chwilę, łaszę się do myśli o nich jak kot przybłęda, a później po prostu do nich idę, z ciepłem w brzuchu, z ochotą w głowie.

 

dziś kilka spraw.

punkt pierwszy- polska, myśl powyborcza. uważam, że ta część narodu niezadowolona z obecnego stanu rzeczy (a więc i ja) powinna zmienić narrację i przestać ratować kraj, który ratunku- jak pokazały wyniki wyborów- nie potrzebuje. zaniechać nawracania ludzi, którzy nawrócenia i ratunku nie chcą, bo zdają się być zadowoleni. rodacy po raz kolejny wybrali (jestem przeciwko narodom, chcę być z kotliny kłodzkiej, z umbrii, z basenu morza śródziemnego, ze starej europy i z wysp brytyjskich) i trudno traktować tę tendencję jako kolejny wypadek przy pracy. nie ma o co rozdzierać szat, każdy dostał to, co chciał- klasa średnia i duże miasta mają swojego trzaskowskiego, jaśkowiaka i prawie majchrowskiego, ci prawdziwsi niż ja polacy mają swoje pół polski, psl ma jakieś magiczne zdolności i nie pierwszy raz powstaje jak feniks z popiołów, prawdziwa demokracja; i tylko ja mam kłopot, to ja potrzebuję ratunku, nie polska. nie mam poczucia, że gdzieś przynależę, mentalnie jestem wyjęta z tego, co się tu wydarza i myśli (na przykład o żarówkach energooszczędnych). nie wiem jak innych, ale mnie ten wyraźny podział polski na dwie połowy skłania do jednego wniosku- mianowicie że trzeba ją ciachnąć na pół wzdłuż tej linii i wrócić do rzeczpospolitej obojga narodów, z tym że nie polskiego i litewskiego, a polskiego i polskiego, polskiego zachodniopolskiego i polskiego wschodniopolskiego, i niech sobie każdy wybierze, gdzie chce żyć, ja najwyżej będę jeździła do kazimierza i na roztocze „za granicę”. to jest poważna propozycja.

 

sprawa druga- to jest mój ulubiony tydzień w roku w krakowie, festiwal conrada. jeden z nielicznych festiwali literackich w polsce bez michała nogasia, co bardzo sobie cenię. festiwal niezmiennie mądry, wymagający, rozsądny. festiwal słuchaczy z długopisami, notesami, robiących notatki, ale też zadania domowe, swetry na drutach etc. festiwal uwagi i spokoju. festiwal (prób) dochodzenia do sedna. festiwal retorycznych bombonierek ze strony publiczności, jak na poniedziałkowej debacie o elitach w polsce i nie tylko (gdula, bielik-robson, markowski, szpakowska i słuchacz, który nabił im wszystkim guza imponującą retorycznie litanią). festiwal z termosem herbaty z miodem, z kanapkami (salami veneto, musztarda dijońska, korniszony), z jabłkami. festiwal także publiczności w sile wieku- samotnych widzów, małżeństw i całych grup koleżeńskich robiących notatki, zadających pytania i prowadzących dyskusje, co bywa irytujące, ale jest przede wszystkim bardzo ładne, spotykam te panie i panów od poniedziałku, już się do siebie uśmiechamy. myśli mi się o wielu sprawach, rosnę, uwielbiam to.

 

po trzecie- w ubiegły czwartek w żonglerce można było napić się win od braci andert z braćmi andert. przepadałam za winami, teraz przepadam też za braćmi. pokazali mi, że można zajadać wino ziołami- słodką nacią kopru włoskiego, majerankiem, szałwią, rozmarynem z ich ogrodu uprawianego według zasad biodynamiki- i to było bardzo, bardzo piękne. jadłam domowe kiełbasy i wędliny z produkowaną przez nich musztardą, usmażoną na smalcu gęsinę i jagnięcinę, ale to wszystko- choć pyszne- było nieistotne, ważne były palce pachnące szałwią i rozmarynem, buzia pełna wina, prawda, cywilizacja, sprawy podstawowe. życie jest wspaniałe i dużo prostsze niż nam się wszystkim zdaje, tak myślę.

 

po czwarte jadłospis. jemy „winegret” z orzechów włoskich, anchois i oliwy z radicchio, gruszkami, rzodkiewkami i ostatnią pewnie zieleniną, francuskie sery, zosiny chleb z pieczoną renetą i gotowaną samopszą (to w sobotę na późny obiad). pieczoną kapustę włoską z sosem z okruchów chleba, orzechów włoskich i parmezanu (wspaniałe). upieczoną fasolę z szałwią, czosnkiem i oliwą, dziś z ricottą, jutro z aioli i z wkładką z jarmużu toskańskiego. fasolę borlotti z ostatnim pomidorem, anchois i estragonem, i wątłe plastry specku z gruszkami i orzechami włoskimi (to dziś na kolację). smakiem jesieni jest gorycz- jak pieczona kapusta, jak brukselka, łapczywie pita kawa, orzechy włoskie, cykorie, jak cantal vieux i sędziwy comte, jak cierpkie, ciężkie wino, pełne tytoniu i śliwek, jak miód kasztanowy, musztarda, rumianek. wyjątkowo za tym wszystkim przepadam.

 

i jeszcze o czym mówimy przy stole, co mnie osadza i syci: o zabiegach narracyjnych franaszka (spory; przed snem czytamy często ramię w ramię tę samą biografię, tylko ja drugi tom), o domenico starnone i pisaniu życia, ale czule i ze skromnością, o pawle hertzu, o nekrologu hertza autorstwa kota jeleńskiego który wisi w „kulturze” na stronie jej archiwum, o moim horoskopie, o jedzeniu i niejedzeniu mięsa, o różnicach między epitetami organiczny, naturalny, biodynamiczny, o elitach i bielik-robson, o wojciechu jagielskim i pewnie też o polsce.

 

w dzień często przystaję przy oknie i patrzę jak łysieje jesion. machina ruszyła.

 

a.

 

 

17 października, środa

w sobotę przed tygodniem umówiłam się z agnieszką na wspólnie siekanie, warzenie i zjadanie minestrone. okazało się, że to i jej ulubiona zupa, wielka minestra, „zupa jak hymn” (to gosposia krystyny jandy). wcześniej zabrałam agnieszkę na zamówioną wycieczkę na stary kleparz, po wrażenia, warzywa i sery. wrażenia obrodziły z nawiązką- podczas przystanku na wino na krzesełku krakowskiego standardu i mojego wywodziku na temat uroku i duszki kleparza (że eklektyzm- wysokie i niskie, codzienne i nie, nowe ze starym etc.) najpierw trzy razy przeszedł koło nas makłowicz, następnie przysiadł się (a właściwie „przystał się”, bo wszyscy staliśmy) andrzej franaszek, któremu kilka dni wcześniej wyznawałam uczucie w przestrzeni internetowej, więc miałam okazję zrobić to po raz kolejny, tym razem w przestrzeni międzyludzkiej, a w końcu zaczepili nas przysłuchujący się państwo znad stoliczka za moimi plecami, że oni też nie przepadają za makaronem w minestrone i że dziękują, że- naszą debatą na temat przepisu, z którego powinnyśmy minestrone ugotować- przypomniałyśmy im o tej wspaniałej zupie. życzyliśmy sobie nawzajem smacznego, w uśmiechach. to był późny sobotni ranek, pierwszy z całej serii październikowych upałów, miałam na nogach sandałki, piłam wino na drugie śniadanie i byłam ze wszystkiego bardzo zadowolona. konkurs na przepis wygrała rachel roddy.

 

a później jedliśmy francuskie sery (stary cantal, miękki kozi i pont l’eveque na który zdecydowałyśmy się przez wzgląd na houellebecqua), chleb, orzechy i gruszki, i piliśmy cynar. przez sporą część popołudnia gotowałyśmy fasolę i siekałyśmy jarzyny w drobną kostkę, mówiąc o inteligencji i poetyczności rachel roddy, o książce agnieszki i tessy, o wyrastaniu z houellebecqua i wrastaniu w aubyna, o pisarstwie anglosaskim i anglosaskim sposobie opowiadania w ogóle, o tym, że „kiedyś było seksi nie umieć żyć” i o tym co nam smakuje w warszawie, i jeszcze o tym jak nie potrafimy zapraszać się do stołów. następnie, wciąż mówiąc, jedliśmy zupę, a potem, na deser, ciasto biarritz, przywiezione przez agnieszkę z lukullusa. miły to był dzień- mówiłam o sprawach, o których chcę mówić, jadłam rzeczy, które chcę jeść, piłam wino, które lubię (zweigelt rose) pić.

 

inne sprawy, które dały radość i przyjemność- wielki garnek caponaty, małe le grand aioli, zupa szczawiowa. w piątek mieliśmy gości na kolacji i upiekłam nam furę bakłażanów, usmażyłam „czipsy” z pit, jedliśmy też pieczoną dynię z labneh, szałwią, orzechami laskowymi, miodem kasztanowym i palonym masłem. na deser- pieczone z marsalą śliwki i winogrona według nigela, które jedliśmy ze zrumienionymi kromkami chleba i salvą cremasco. w sobotę wieczorem piknik przy stole- butelka portugalskiego chardonnay, rzodkiewki, masło, grzanki i anchois, gruszki i brie noir, „surówka” gilla mellera, z którą nosiłam się od dawna- pokrojony w zapałki korzeń selera, winne jabłko, drobne czarne winogrona z ogrodu pana z hali targowej, oliwa, uprażone orzechy laskowe, parmezan i miód- hymn październikowy. a w niedzielę żonglerka i szymon, który najpierw poczęstował nas kromkami z pastą z włoskiego bacalau i z ukiszonymi kurkami, później niebieskimi serami, bo „wspaniale smakują z timorasso”, do którego z kolei ja żywię uczucie; w końcu kiszonym czarnym czosnkiem, i jeszcze jednym winem, i dojrzewającą szynką z podlasia. ilekroć tam jestem to mam poczucie jakiejś wspólnoty i czuję się mniej wyabstrahowana ze społeczeństwa, że i bo jeszcze kogoś oprócz mnie rozpala suszony dorsz, anchois na chlebie, karczochy i cynar.

 

przy teatrze słowackiego kolejna transza róż, trzymają się dziarsko. od kilku tygodni przynoszę też do domu „ostatnie pomidory”, a później znów spotykam panią krysię ze skrzynką pełną kolorowych malców. poza tym scenografia przełomu października- złote planty, na stole w słoiku chryzantemy, na straganach kapusta.

w ramach ucieczek od herberta czytam „psikus” starnone, który jest w finale bookera razem z naszą olgą. czytam i zachodzę w głowę, na jakiej zasadzie można właściwie porównywać te dwie książki. komparatystyka od dłuższego czasu w ogóle wydaje mi się dość wydumana.

w ramach zbliżeń do herberta czytam tom o panie cogito- chyba pierwsze raz świadomie i od deski do deski- i dziś doczytałam się do „co myśli pan cogito o piekle”. przypomniała mi się dorota, z którą przyjaźniłam się w gimnazjum, recytowała ten wiersz na szkolnych i pozaszkolnych konkursach recytatorskich, ja wtedy mówiłam wojaczka i miłosza, ach młodości. „kto ma lepszą sztukę, ma lepszy rząd-to jasne”.

tydzień temu, przy okazji rocznicy nobla, zanotowałam sobie na jakiejś kartce, że chciałabym być jak miłosz w „darze”- dziś to wciąż aktualne. myślę, że zamiast modlić się przed snem do anioła bożego stróża naszego powinniśmy raczej codziennie przeczytać ten wiersz i nad sobą podumać, to przywraca proporcje.

już dwukrotnie odsłuchałam wywiad z hararim w audycji „start the week” (bbc 4), robiąc przy okazji notatki, napiszę o tym kiedyś coś więcej, bo jakoś we mnie utknęło i trochę mi się myśli na ten temat i przy okazji.

zrobił mi się tu dziś mały korowód „rzeczy dających do myślenia”, ale co tam, pochód zamknie tekst z „guardiana” o wieku zazdrości (kopiowanie odnośnika do artykułu nie powiodło się czwarty raz, więc przepisuję tytuł- „the age of envy: how to be happy when everyone else’s life looks perfect”), który jakoś zrobił na mnie wrażenie i przestraszył. od tej pory ilekroć chcę zakomunikować coś na zewnątrz, zastanawiam się po dwa razy. tu wracamy do sedna wszystkiego: pogłębionej refleksji. to zakon, do którego niezmiennie aspiruję ja i moja siostra, z różnym skutkiem, ale to temat zawsze (a nawet coraz intensywniej) obecny w naszych rozmowach. proporcje, refleksja, myślenie- takiej trójcy świętej potrzebujemy na xxi wiek.

 

a. w sandałkach

 

15 października, jakby nowy rok

Jest poniedziałek, słońce głaszcze mnie po nosie, nigdzie się nie wybieram i nie mam w swoim notesie zapisane na dziś prawie nic. Każdy dzień zaczynam trochę na nowo, bo dawno tak nie było, że wszystko w dniu mogło się zmieścić. A więc dziś mieści się pogodne Belle&Sebastian (zawsze dobrze mi się do tego pisało), kurz w powietrzu, z którym nie mam zamiaru nic zrobić, talerz ciastek z masłem orzechowym i wędzoną papryką (Lebovitz) na stole, niebezpieczny zapach lata i gołe kostki w październiku, zszakszukowane leczo na obiad, kapuśniak na kolację i „Siedem uczuć” Koterskiego na deser. Zaczyna się trzeci tydzień życia po Kukbuku, w dwóch poprzednich było niemniej pisania niż przez ostatnie lata, jedyna różnica polegała na konieczności starcia mąki z okularów przed zabraniem się do pracy. Bo z etatu przy biurku płynnie przeszłam w etat przy piecu. Najmilszy jest moment, w którym otwieram drzwi piekarni, w twarz bucha zapach mąki, wiążę fartuch i jestem. Czas płynie razem z muzyką, popijamy kawę i odhaczamy kolejne, rutynowe etapy działania. Drugi w kolejce najmilszy moment to ten, gdy o jedenastej wjeżdża na stół roboczy pajda z masłem pokrojonym jak ser: we wtorki z grahama, w pozostałe dni z pszennego, czasem z tego z owsianką. Przysiadam na parapecie, grzeję buzię i patrzę znad pajdy, jak mijający piekarnię ludzie patrzą na mnie. W środy jestem grubo przed świtem, w piątki wyskrobuję z miksera resztki frangipane z prażonych orzechów laskowych do bostocków z czarną porzeczką. Codziennie wracam do domu oszołomiona, rowerem, przez nową i starą Pragę, zupełnie nowe ulice i kamienice. Wreszcie powoli – to zupełnie inny rodzaj jazdy, prawie krajoznawczy. Mijam pierogi w Skamiejce, pyzy na Brzeskiej, lodziarnię Pallone (earl grey, jagodowe, pistacjowe, krzepkie porcje, ciężkie rożki), bar mleczny Ząbkowski, bazar Różyckiego z instalacją „Krem i czekolada” i straganami pełnymi ubranek do chrztu ale z urokiem ubranek do trumienki, Biedronkę, która z okazji otwarcia trzy dni temu urządziła o szóstej rano dyskotekę dla staruszek, fabrykę czekolady, złoty park Sinfonii Varsovii i już jestem w domu. Kocham się w swojej nowej trasie, w świecie o trzynastej, w życiu po prawej stronie rzeki. Nawet te mityczne buliony do zup wreszcie mam czas gotować. I to wszystko pozmieniało się na przestrzeni jednego tygodnia. Przewroty, powroty.

 

K.