Archives

27 września, czwartek

jadłospis:

– w zeszłą środę zaprosiłam bunię do napy na kolację z okazji urodzin. przez dwie i pół godziny siedziałyśmy przy stole okrytym białym obrusem i byłam bardzo zadowolona- z tego obrusu, z tego, że mam siostrę, z ciepłego wieczoru, z jadłospisu. wypiłyśmy butelkę wybitnego w naszej opinii gewurztraminera (pierwszy raz czekam, chodzę i wracam do restauracji na wino, coś musi być na rzeczy)- słonawego i bursztynowego. zjadłyśmy: pływające we własnym sosie chorizo i chleb z tym sosem, różową doradę, stek z tuńczyka, który smakował oceanem, co w centrum wrocławia jest jednak osobliwością, pieczoną rzymską sałatę podlaną octem z sherry (so brandon pettit), due cannoli i jeszcze po espresso

-w ramach tych samych (jak wyżej) obchodów wylądowałam w sobotę z rodziną we wrocławskiej taszce, miłe objawienie. na przykład kwiatostany brokułów w tempurze z romesco i krokiety z dorsza z majonezem. mleczny dorsz bacalhau, a do dorsza miska smażonych na miejscu czipsów ziemniaczanych- bardzo to ładny gest

-w niedzielę poszliśmy do żonglerki na pidżama party, które wyglądało tak, że zmieniająca objętość grupa ludzi przez większą część dnia stała bądź siedziała w piżamach (szlafrokach, pluszowych kombinezonach) na chodniku przed barem, piła wino i radowała się światem. w menu- wino, ostrygi, kanapki z grasicą i kaparami, kanapki z pieczonymi karczochami i masłem jałowcowym (a masła grubo na dwa palce), narodowe sery, cierpki miód z sardynii, oliwki, chleb, więcej wina. bardzo to szanuję, tak trzeba się bawić

-cukinia duszona w hojnej ilości oliwy, czosnku i anchois, z miętą i nacią pietruszki, a także jeden obiad odtwarzany ze zdjęcia chyba londyńskiej rawduck- cukinia, kasza gryczana, prażone orzechy laskowe, ricotta i nać kopru (choć u mnie włoski, bo mam grubą kitę ściętą fenkułom z jedynie)

-pasta z pieczonego bakłażana, tahiny, orzechów włoskich i gęstego jogurtu. w tym tygodniu jadłam ją trzy razy na śniadanie, z jajem na półtwardo, kiszonymi ogórkami, kimchi, bakłażanem i pieprznym musztardowcem. i w ogóle pieczone bakłażany- bardzo mi w tym wrześniu smakują

-peperonata rachel roddy- łał. maślana, rubensowska, szklista. mocno zbudowana. nie dowierzałam, że ta potrawka może dostarczać wrażeń, w dodatku nie kocham papryki. pierwsze przykazanie: zawsze wierzyć rachel roddy

-z antonówek od rodziców zrobiłam (pół-)mus i jem na śniadanie z kaszami, śmietaną i cynamonem, mocno zasmucona jesiennym obliczem tych misek

-spory słoik „zielonego sosu” z naci pietruszki, szczawiu, mięty, szałwii ze studzienki. plus czosnek, anchois, kiszone cytryny, chili, kapary, oliwa

 

czytelnik:

-przeczytałam zapiski iwaszkiewicza i sandora marai z ich włóczęg po europie, sercem jestem przy iwasze. najładniej po europie włóczył się jednak herbert. gdybym była polonistką albo choćby nauczycielką geografii, to z pomocą map i zdjęć chciałabym mówić o tych podróżach, a także o pizzy albo kuchni prowansji. nie wiedziałam, że wieszczyk był takim łasuchem- w listach pisze o omlecie z truflami, który „śnił mu się całą noc, a także rano”, spekuluje, że to czy tamto wino musi być dobre z ostrygami, co raz powraca bouillabaisse. dlaczego o tym nie mówi się w szkole! wieszcz, który zajada się truflami czy jarzynami prowansji, jaki to ma potencjał pedagogiczny. moje ulubione zdjęcie miłosza to to, na którym wieszczysko na stołku wśród kwiecia i chaszczy w jednej ręce trzyma nadgryzioną kanapkę, a w drugiej szklankę z herbatą, weszło mi w głowę lata temu, znam je i pamiętam o nim. herbert rozumiał to, czego nie rozumieliśmy (z przyczyn obiektywnych, które rozumiem) i dalej nie rozumiemy (czego akurat nie zrozumieć nie potrafię) w polsce- mianowicie że rozbudowana kultura życia codziennego to podstawa. nam jej brak (mamy za to rozbudowaną kulturę życia niecodzienniego, rozbudowaną i dość monotonną, opierającą się na spacerze do kościoła, a następnie na jedzeniu i piciu na umór, bez ruchu), ergo brak nam podstawy, ergo- może to jest powód, dla którego czuję się tak wyabstrahowana z życia wśród rodaków. myślę też, że „podstawa” jest tu słowem podstawowym (przypomnę dla porządku, że skarżę się na kraj, w którym spora część dzieci i dorosłych wciąż nie je śniadania, gdzie posiłki nie mają ani stałej pory, ani nawet często miejsca, gdzie ignoruje się kalendarz wegetacji warzyw i owoców, gdzie jakość produktu nie jest wartością ani tematem refleksji, gdzie dylemat „mieć czy być” nie jest żadnym dylematem, gdzie ilość zawsze wygra z jakością, gdzie niechętnie wydajemy pieniądze na targach i restauracjach, za to radośnie w media marktach i drogeriach, gdzie tradycja pojawia się głównie na sztandarach, ołtarzach i w telewizji, natomiast zniknęła z codzienności, gdzie znajomość ojczyzny jest wątła, gdzie alkohol jest niebezpiecznym narzędziem i z niebezpieczeństwem się kojarzy, gdzie nie potrafimy zachować się przy stole, gdzie nikomu nie śnią się omlety, gdzie nie uważa się, że zasługuje się na coś dobrego, którego mieszkańcy w podróżach krajowych i zagranicznych zamiast miejsc rdzennych wybiorą makdonalda, znajomą sieciówkę i znajome składniki ETC.)

-w autobusie skończyłam rozmowy agnieszki z tessą capponi, ładne, od tej pory mam ochotę na minestrone, a w międzyczasie podobno ożenił się houellebecq

-zachwyca mnie sposób rozumowania pawła bravo, zaczęłam nawet regularnie kupować „tygodnik powszechny”, bo chcę go sobie mieć. to jedyny food writing po polsku, który we mnie osiada i z którym się noszę. pierwszy człon tytułu mojej pracy magisterskiej brzmiał „writing food, writing life”- i bravo właśnie to robi. czekam na środy tak jak na genewy- z pieśnią na ustach

-poza tym herbert, hartwig

 

lista zakupów:

-skupuję bukieciki szałwii- myję je, suszę i mrożę w pęczkach z myślą o pieczonej w oliwie fasoli

-ostatnio duża ochota na oliwki kalamata, co tydzień przynoszę z kleparza pojemnik i zjadam sama

-ricotta od mirco, do ostatnich pomidorów

-poza tym śliwki na placek, pomidory i papryka na peperonatę, bakłażany na caponatę, fenkuły, cortlandy, zielona herbata z jaśminem, imbir, orzechy laskowe, rukiew wodna, wino w krakowskim standardzie

 

a.

 

16 września, niedziela

miało nie być nas w domu. matko miał być w chinach, a ja na wsi. ale w międzyczasie nad chinami wezbrał supertajfun, a nad studzienką superdeszcz, i dzięki tym superokolicznościom przyrody jemy jajka na miękko z grzankami z zimnym masłem i anchois, placek ze śliwkami (dan lepard), placki z marchewki (nigel slater, „tender”) i musztardowiec z winegretem, schyłkowe pomidory, fasolę mamut w odcieniu oberżyny, która podczas gotowania zmienia kolor na zielony. przyglądamy się też paryżeniu i jesieńnieniu krakowa. pierwsze gwałtowne ulewy, pierwsze złoto. szczególnie parysko jest moim zdaniem na ulicy smoleńsk i na koletek, a także gdy wraca się z parku bednarskiego mostem w stronę krakowskiej, wokoło gołębio, rudo, rdzawo. wieczorne przebieżki w pierwszych potarganych liściach, ich rzewny zapach. o zmierzchu zarumienione niebo przez szczuplejące drzewa. nie ma odwrotu.

 

tydzień miłych przesyłek. najpierw paczuszka od kolorowej joanny, z wypożyczoną książką o zajmującej nas ostatnio złudzie, i z prezentem- piękną fotografią jeziora trazymeńskiego otwierającego od zachodu umbrię, którą obie kochamy. a w czwartek dotarła książka od agnieszki, jej rozmowa z tessą podpisana przez obie panie. czuję się umilona i zadbana, bardzo żałuję, że przesyłki wyszły z mody i zwyczaju.

 

tydzień temu nad naszymi głowami spadła kometa, często o niej myślę. także o mostach, domach, sadach i łąkach kotliny jeleniogórskiej, którymi się przejedliśmy, choć ja chcę więcej. basia narobiła ładnych zdjęć, zamierzam je „wywołać”. narobiliśmy też sobie ambarasu, nadziei, mętliku w głowach, pierwszych kroków. dużo słów, więcej wątpliwości, jedna większa sprzeczka, kilka niezgód. płynie mi to wszystko przez głowę, przyglądam się sobie i kartkom z notatkami. coś mi się w środku uruchomiło. niech płynie.

 

w ubiegłą sobotę jadłam obiad w przedziwnym miejscu, do którego skierowała nas magda- francuskim bistro w szczerej wsi doliny bobru, gdzie gotuje francuz czy francuz z domieszką marokańską. w menu głównie zupa cebulowa, trochę ryb i polędwica wieprzowa z mniej więcej piętnastoma sosami do wyboru, nie przesadzam.

w czwartek pizza, maestro hrabia zgodził się położyć ostre (ja) i słodkie (matko) salami na di bufalę- zjedliśmy trzy.

także w czwartek po sprawunkach usiadłam na kieliszek furmintu na krzesełku przy budce krakowskiego standardu i często o nim myślę- wino jak wrześniowy sad: tęgie, nabrzmiałe, duszne.

 

a.

 

7 września, piątek

ostatnie weekendy sierpnia na południowo-zachodnich krańcach polski, które- i tu moje obserwacje i doświadczenia- niespecjalnie interesują mieszkańców małopolski i wschodnich województw. znam nawet takich, którzy sugerują że to już nie jest polska, a ja- im dłużej mieszkam w krakowie, im dłużej pochodzę z kotliny kłodzkiej i im dłużej jeżdżę w jeleniogórską- zaczynam się z nimi zgadzać. przedziałek polski na polski wschód i zachód to mój konik. jest to oczywiście podział tendencyjny, niemniej dużo w tym ułożeniu prawd, specyfik i racji. znam całkiem nieźle i prawy, i lewy policzek kraju, pochodzę z dołu i z góry strony zachodniej, od pięciu prawie lat mieszkam pod stronie wschodniej, w dodatku z chłopcem z podkarpacia, więc czuję się upoważniona do zabierania głosu na ten temat. inna sprawa, że rodaków nieszczególnie to interesuje, co mnie jednak zawsze dziwi. jeśli wierzę w patriotyzm- oprócz czułości do języka, jedzenia kapusty kiszonej i kaszy gryczanej, sympatii do czarnej porzeczki i nawłoci- to właśnie w taki, który przejawia się znajomością swojej ojczyzny, tej małej i dużej. nie bardzo rozumiem jak można się tym nie interesować, nie wykonywać aktywności poznawczych w tym kierunku, a potem jeszcze najchętniej zabierać głos „o polsce”. a druga strona medalu- patrząc na rodaków nie jestem specjalnie zdziwiona ich postawami i opiniami, w końcu trudno czuć się związanym z krajem, którego się nie zna. więcej o tym w innym odcinku.

 

trzy tygodnie temu byłam u rodziców i w przerwie od zbierania pomidorów i ogórków (wyjątkowo przyjemne czynności, jak ja to lubię), obrywania i szypułkowania agrestu, przebierania i obierania jabłek na ocet i spacerów pojechaliśmy na niedaleką wycieczkę do pałacu sarny, który leżu u stóp drogi na nową rudę od strony (wszystkich trzech) ścinawek. była to ładna unia polsko-włoska: pod nosem, a z upalem jak zachodni, w ciepłej pałacowej kaplicy jak ciepłe kaplice i kościoły włoch, ze struną światła lejącą się przez okna i jaskółkami pod malowanym sklepieniem, z espresso i tiramisu w pałacowej kawiarni wychodzącej na polskie góry. jadłam tiramisu, piłam kawę, prowadziłam samochód i zastanawiałam się bez ustanku, czy aby właśnie na pewno polskie. czy kotlina kłodzka to jest dla mnie polska? gdzie właściwie jest polska? co to znaczy polska, co ja mam z nią wspólnego, z którą polską mam? myślałam o tym, że znam i kocham wiele polskich krain, kilka mnie przygnębia. w niewielu nie byłam, właściwie słabo znam jedynie lubuskie i pomorskie- nienadmorskie. często mam poczucie, że czuję się w ojczyźnie egzotycznie, obco, znajomo, blisko, daleko, do twarzy lub nie. jestem stąd, stąd nie, tu tak, tam nie, nie ma w tym żadnego logicznego ani geograficznego porządku, uwarunkowań rodzinnych ani przekonań. myślę jeszcze o tym, co mówiła przed dwoma tygodniami w miedziance olga tokarczuk- o typologii, która dzieli ludzi na tych z równin i tych z krajobrazów wyżynnych, o odmiennościach między nimi, o różnicach w patrzeniu, myśleniu, odczuwaniu. bardzo mnie to ostatnio zajmuje, zamierzam podeprzeć się o lektury na ten temat (na każdy z tych tematów), tylko ja wolno czytam, a przede mną wiele przyjemnych książek (które też mnie przecież zajmują), więc pewnie nastąpi to za jakiś ruski rok.

 

a przed dwoma tygodniami festiwal w miedziance, sobotę z niedzielą przesiedziałam w kościele, często na posadzce albo przy ołtarzu. mój boże, gdyby po to chodziło się do kościoła- po olgę, po zarembę bielawskiego, po mikołajewskiego- to skłonna byłabym zachodzić tam co tydzień. przez okno wlewało się słońce albo siwizna nieba. piękny wykład mikołajewskiego o poezji, reportażu i człowieczeństwie, oklaski jakie dostał- grzmiące i pożywne, poszłyśmy później z bunią wyznać mu uczucie, nomen omen pod kościelnym krzyżem.

magda i paweł i ich kochany dom po drugiej stronie jeleniej góry. dom pachnący konfiturami i pieczonymi jabłkami, dom jak u herberta- „dom nad porami roku / dom dzieci zwierząt i jabłek”, mój ulubiony wiersz z nastolęctwa. dom w deszczu, dom z łuną rozpalonego słońca, dom z tłustym księżycem wiszącym nad tarasem, z małym wozem na jasnym niebie. dom, w którym na śniadanie pod owocującą winoroślą naleśniki z twarogiem i domowy jogurt i słoiki konfitur, a na podwieczorek knedle ze śliwkami z sadu, dużo bułki tartej. dom z tarasem wychodzącym w grudniu na nowy i stary rok, a przez cały rok w międzyczasie na karkonosze, pola i tę dziwną polskę. taras, na którym czyta się w noc, pod śpiworem i z latarką, z dłonią sięgającą po butelkę wina, z pawłem wołającym z ogrodu „agata patrz jaki księżyc”, i rzeczywiście, ostatnia pełnia lata. dom, w którym rozmawia się o swoim marzeniu o domu.

 

miało być jeszcze o talerzach. w drodze do doliny bobru zjedliśmy obiad we wrocławskiej napie i znów byłam szczęśliwa. świetna bruschetta z burratą i pomidorami (a wychodzę z założenia, że wcale niełatwo złożyć bruschettę, która ma ręce, nogi i kilka pięterek smaku), piękna różowa dorada z czosnkiem i oliwą i pieczony kalafior, cannoli i espresso. podtrzymuję wrażenia sprzed dwóch miesięcy- smaczne, rzetelne, codzienne jedzenie, ciekawe i ładne. w drodze z doliny bobru pojechaliśmy na pizzę do vaffanapoli i wyszliśmy bez wrażeń, a ja na dodatek zirytowana, bo nie lubię  mydlenia oczu. w sobotę jedliśmy obiadokolację w karakterze, ale ja najbardziej pamiętam wina, a w dodatku karta win brzmi tam jak literatura. w niedzielę pojechaliśmy do podgórskiego parku z blachą gorącego placka śliwkowego według dana leparda, a na kolację była fasola szparagowa z masłem z czosnkiem i anchois, jajka na półtwardo i kapary, kawałek pecorino z pieprzem i musujące wino. we wtorek upiekłam ratatuję, dziś zjadłam na obiad małe cukinie uduszone z sałatą rzymską w dużej ilości oliwy z czosnkiem, szałwią i miętą, jadłam je z oliwkami i mozzarellą. jeszcze lato.

w środę były urodziny matko i podgryzaliśmy czipsy o smaku guinessa i takie z octem winnym, truskawki, taleggio i gruszki i łuskaliśmy pierwsze orzechy włoskie, to podobno wymarzona kolacja. kupiłam w prezencie różową prosę od franza weningera, pyszne, naturalne wino musujące na języku jak czarne porzeczki. zaczynam rozumieć o co chodzi ludziom od wina- apetyt naprawdę rośnie w miarę- w tym wypadku- picia.

a wczoraj  po miesięcznej przerwie otworzyło się en plato, z nowym piecem i starą radością.

 

a jutro bardzo rano znów jedziemy w dolinę bobru, z basią i marcinem, łapać za ogon marzenia i mrzonki.

 

a.

 

 

1 września, sobota, abstrakcja

chcę sobie zapisać wczorajszy wieczór i noc, bo przyniosły dużo radości, pytań, poczucia sensu, pytań o sens, zaczętych zdań, dużych deklaracji. przyjechali basia i marcin z jasnym guciem, który śmieje się w głos i wyznacza nam wszystkim jakieś nowe oprawy. na stole- coppa i (podobno) ostatnie polskie brzoskwinie, papryki pieczone przez dwie godziny w żeliwnym garnku pod przykrywką, z główką czosnku, oliwą i rozmarynem, które ułożyłam na półmisku tłustego jogurtu; zielone, żółte, pomarańczowe i bawole pomidory na tonnato z piegami kaparów, bochen chleba basi i bochen chleba zosi, ten pszenno-żytni z gotowanym żytem, nowy ulubiony. taleggio i figi, salva cremasco i drobne ciemne winogrona i pierwsza tego końca lata gruszka i orzechy włoskie, pecorino z pieprzem. cynar z cavą, węgierskie rose i białe wino z sycylii.

w nocy śniła mi się bardzo wyraźnie ogromna kuchnia, w której basia piekła szarlotkę, a ja siedziałam na podłodze z jej płowym synkiem w towarzystwie czterech psów, i ta sama basia (z którą mamy teraz włosy tej samej długości, po niekonsultowanych wizytach u fryzjera), obudziła mnie rano całusem w czoło i szeptem że zbieramy się, musimy jechać, to było przedziwne i myśli mi się o tym cały dzień, z dużą czułością.

 

wszystko mi się dzisiaj w życiu podoba.

 

a.