Archives

28 czerwca, czwartek

dla porządku, bo to jednak dziennik stołowy:

pizza w en plato, która ostatnio sięga wyżyn, i ja za jej pomocą takoż. brzegi zjadane do ostatniego kęsa to jednak sporadyczna sytuacja, typowa może tylko dla neapolu.

conchiglioni z młodym groszkiem, bazylią i tłustym jogurtem ze smażonymi w chili orzechami pinii, przepis z „jerusalem”, oboje  przepadamy za nim bardziej niż bardzo.

pieczona makrela, z brzuchem pękatym od ziół, czosnku i cytryny, z salsą z agrestu, a la nigel slater.

kanapki z twarogiem i malinówkami, które mają smak, szczypior.

cztery miski żółtych czereśni od pani zdzisi z półpiętra niżej.

ostatnia scafata w tym roku, niedosyt.

kolacja w ubiegły piątek- sałata z czereśni, liści i specku z winegretem z kremówką (owocowy tom „tender”), bób i młody groszek z miętą i skórką cytryny na pierzynie ricotty, grzanki.

w niedzielę- pieczone młode ziemniaki, cierpkie czarne oliwki, creme fraiche, estragon.

morelowe ciasto yotama z lawendą, to, które lubimy obie, a to nieczęste.

soupe au piostou zielone od lata i pesto, moja ulubiona zupa.

timorasso, które wypiliśmy w nolio w pierwszy dzień lata zanim rozkrzyczała się burza, złote i morskie.

a w warszawie- miły obiad w mące i wodzie. bologna i chino spritz. kwiat cukinii z kozim twarożkiem, crudo, gnudi, raviolo, dwa affogato z lodami pistacjowymi. przyjemne kanapki w supperlardo, o którym ostatnio głośno- szczególnie ta ze smażonym kurczakiem. wieczór w ale wino, ciepły, choć po burzy, radosny i jak przed laty, gdy poznawałam chłopaka, który zwykle siedzi naprzeciwko mnie. chłodnik i wspaniała szczawiowa, kwiaty cukinii, które kocham, i foie gras creme brulee, szparagi z orzechami laskowymi i smażonym jajkiem, przyjemne wino. radość jedzenia, radość siedzenia, radość lata i bycia.

 

doczytałam dziennik osieckiej, był gdańsk, teatrzyk bim-bom, kalina i dygat, jej warszawska miłość do witka- radosne czytanie. stylistycznie jestem jednak osiecka.

czytam listy kota jeleńskiego („listy z korsyki”).

 

smutek, że w najjaśniejszym tygodniu ciemnego z reguły roku wieczny deszcz. dnia zacznie ubywać bez doświadczenia tego, że jest/był.

 

a.

 

 

22 czerwca, drugi dzień lata, piątek

we wtorek „zapiski z wygnania” w teatrze polonia. nie sądziłam, że janda jest w stanie doprowadzić mnie do łez. od pierwszych słów duszne oczy, przy osieckiej i młynarskim strumyki łez, a dalej płakałam już regularnie do samego końca. monodram jak czołg, jak gwałtowna ulewa, ta gwałtowność i nachalność budzą nawet złość. na prawo i lewo festiwal widzów zbierających łzy z policzków, powiek, ust, szyj. i myślałam i myślę, że popis naszej reprezentacji w rosji, sine prognozy na najbliższe dni, wszystkie dobre rzeczy, jakie zjadłam w krakowie i warszawie, albo twoje wątpliwości na temat porządku usadzenia gości weselnych przy stołach, o których pisałaś mi we wtorek- myślę, że to wszystko nie ma żadnego znaczenia. żadnego.

 

a.

14 czerwca, czwartek

Nie mam głowy, żyję trochę za firanką, rutynę odbębniam na autopilocie. Na szafie komplet toreb, z papieru wystaje kłąb białego lnu, buty są już od dwóch lat, pierścionek z szafirowym oczkiem zrobi za niebieskie, a sukienka za pożyczone. Paznokcie, stopy, włosy i brwi – wszystko ma miejsce w kalendarzu. Śniadania i kolacje jemy na dywanie karteczek z nazwiskami gości, których ciągle nie wiadomo jak usadzić. Niech już będzie po wszystkim, żebyśmy mogli ruszyć na wakacje (żółty kostium kąpielowy już na szafie), i niech to nigdy nie nadejdzie i się nie skończy, to delikatne cudo, które się teraz dzieje. Nie wiem jaki będzie tort, nie mam pojęcia, jak będzie smakował szczawiowy humus i czy naprawdę dojedzie ser z Rancza Frontiera, ani czy czeka na nas w sklepie odpowiednio dużo butelek Foggy River z Marlborough (wspaniałe), czy dojedzie wino, które tata zamówił z Francji, nic już w zasadzie z rzeczy doczesnych mnie nie zajmuje tak bardzo, jak na samym początku. Skoro widząc wasze ukwiecone głowy w parku Krasińskiego musiałam się szczypać w ramię, że to już, że dla mnie, to nie wiem też, jak ogarnę umysłem moment stania przy ołtarzu. Nie wiem, czy po prostu nie położę się spać z mokrymi włosami, żeby ułożyły się jak zawsze, żebym siebie samą poznała w lustrze.

 

Czuję się odprawiona i gotowa do małżeństwa, nie tylko poprzez miniony weekend, którego początek oparł się dzięki Uli (i Monice i Monice, Toli która zostawiła dla mnie w domu Gustawa i Tobie, mimo lata w PKP) o bukiety kwiatów i pijane wianki, chipsy z solą i pieprzem, kolejne kieliszki prosecco i krzak bzu, którym pachniały, całe kolacyjne menu Bibendy i całe deserowe menu Mąki i Wody, a potem paczuszki sera, najlepsze warszawskie croissanty, najlepsze krakowskie chleby, solone masło, pół Hali Mirowskiej, jagody z creme fraiche – środek rozgrywał w środku podwarszawskiego lasu, gdzie na scenie ja i moje koleżanki z grupy baletowej odtańczyłyśmy przed skromną publicznością Walc Kwiatów z Dziadka do Orzechów – koniec, samotnie przeleżany w chłodnej ciemności i na kanapie, przetęskniony za powracającym z gór chłopcem i kosmatym psem. Trzy lata temu przebiegłyśmy z Ulą przez przejście dla pieszych i na szarej ulicy Świętego Antoniego zobaczyłam Marcka, o którym tyle słyszałam od tylu już lat (a potem poszliśmy do Szynkarni na niespecjalne podpłomyki i trzy szklanki piwa, które piliśmy na zmianę, bo jedno z nich też było niespecjalne i trzeba było wziąć za to odpowiedzialność), pomyślałam sobie, przysięgam: weźmiemy ślub. Od dziś za dziewięć dni.

 

k.

13 czerwca, środa

doris lessing dała światu „lato przed zmierzchem”, a świat zdaje się podarował w tym roku światu lato przed brzaskiem, bo grubo przed czasem. na straganach wszystko naraz- agrest, truskawki, jagody, fasola szparagowa, jeszcze szparagi, już bób. już hortensje, już lawenda. standardy prawdziwie włoskie, można gotować vignarolę, której zawsze zazdroszczę włochom, bo u nas jednak szparagi, groszek i bób nieczęsto spotykają się na tej samej drodze. wertuję obydwa tomy „tender” w odmiennych niż zwykle kierunkach, błąkam się między rozdziałami, które dotąd  nie leżały obok siebie. najgorsze jest chyba to, że nikt nie umie powiedzieć jak długo- choć mniej więcej- potrwa sezon na truskawki, agrest, bób czy jagody, przez co nie wiem ile mam na nie czasu i czy powinnam się śpieszyć, co trochę mnie jednak stresuje. poza tym jestem zachwycona. liczne wrażenia zmysłowe.

 

na przykład gdy tnę rukolę i nagie uda wspierają się o rozgrzane drewniane rabaty, w których moi rodzice uprawiają warzywa, liście i zioła, bardzo to lubię. krzak białego bzu wilgotny od deszczu i ranka, z którego w ubiegłą sobotę cięłam kwiaty na syrop i sok. suche albo zapłakane trawy trącające łydkę, ciało wilgotne od upału i nieruchomego południa, albo odwrotnie, jeżące się pod młodym wieczornym powietrzem. biedronka, która spada nagle na przedramię w łazienkach królewskich. nasze nowe rodzinne kocię, gigi (wszystko przez dalidę), sprężysty i elektryczny pod dłonią. ramiączko sukienki zbiegające z ramienia, stopa uciekająca z drewniaka. duszny, miodowy zapach falbaniastych lip. gdy podnosisz się na zajęciach do trikonasany, a za wielkim otwartym oknem drzewo, ptaki, światło leżakujące na murach kamienicy po drugiej stronie podwórka.

albo wczorajszy wieczór, gdy siedziałam w otwartym na oścież oknie, piłam miętę ze studzienki i czytałam „dom dzienny, dom nocny”, któremu zupełnie nie przybywa lat, bardzo piękna książka wciąż jest bardzo piękna. nad kamienicami błyskało i dudniło, ciężkie cielsko burzy przechadzało się gdzieś całkiem niedaleko, raz na jakiś czas zatańczył jesion i estragon w donicy na parapecie. wystawiłam na niego świecę w słoiku. pachniało deszczem, który najpierw nie chciał przyjść, a potem szemrał do rana.

 

zmysłowo też w buzi. truskawkowe lody od maślanki w kłodzku, od kiedy pamiętam smakujące po prostu truskawkami z tłustą śmietanką, i spacer przez kłodzki rynek, potem dwa kościoły, coraz mniejsze. placek z rabarbarem mojej mamy. pizza w vincenzo pedone- osiedle na ruczaju, piec, dwa stoliki, pachnie mąką, pracownicy jak recydywiści, sceneria neapolitańska- na niesmacznym cieście, ale z ekstatycznym wierzchem- mozzarella, peperoncino, friarielli, anchois, oliwki. affogato z lodami pistacjowymi w mące i wodzie, które było moim ulubionym daniem z twojej panieńskiej kolacji, bo bibenda jednak się zmieniła. jagody i creme fraiche. cynar w upalne południe przed żonglerką. niekończące się garnki scafaty, bo zjadam jeden i od razu robię kolejną- z mozzarellą, ricottą, fetą albo parmezanem, deszcz skórki otartej z cytryny. braised lettuces with olive oil and herbs, to też porcja za porcją. dorosłe już  głowy młodej kapusty duszonej z anchois. sobotnia kolacja- chleb, masło i anchois (ciężka choroba), szparagi i mozzarella  tłusta jak burrata, comte. botwinka z botwiny od rodziców i z jajami od kury. naleśniki z truskawkami w dzień dziecka, prezent od mamy. sałaty prosto z grządki. brązowy ryż gotowany z wanilią, truskawki, śmietana. czereśnie- w niedzielny ranek dzwonek do drzwi, sąsiadka z miską czereśni z działki, „trzeba się dzielić”. bób, oliwa, cheddar.

 

w ubiegłą niedzielę widzieliśmy jeszcze przedpremierowo  „zimną wojnę” i od tego czasu martwię się o swoje serce, bo wszystkim drga, a mi nie. „ida” też mnie nie szturchnęła i wydaje mi się, że to ten sam przypadek. okazuje się, że kamienie szlachetne to nie moja specjalność, „wojna” jest tak ładna i tak precyzyjna, że dla mnie nie wystarcza już miejsca; jest w tym coś nieludzkiego i nie jestem pewna, czy mi się to podoba. to jak picie dobrego wina, które jest pod każdym względem dobre, a jednak się o nim nie rozmawia. tomasz kot piękny.

 

największa radość ostatnich dni- kiedy bunia, której zaleciłam ferrante myśli to samo co ty i deklaruje, że od dziś chce prowadzić rozmowy tylko na takim poziomie i gdy basia, której wmusiłaś franzena nie śpi i nie mówi przez „wolność”. gdy twoje dwie ulubione dziewczyny obejmują świat w ten sam co ty sposób, gdy przydarza się wam osieckowa wspólność przeżycia. i jeszcze gdy o tym rozmawiacie i wiesz, że będziecie rozmawiać nadal, na przykład przy ognisku w lipcu.

 

a.