Archives

5 maja, sobota

dwie sprawy na wstępie. po jedno (jak zwykł mawiać nasz rodzinny stolarz)- zadanie od ciebie, którego jednak nie potrafię rozwiązać. ty umiałabyś wybrać jeden dzień? dla mnie to jak pytanie o ulubiony ser, drzewo albo drogę- jest ich zbyt wiele. gdybyś rozbiła to ćwiczenie na kilka podpunktów- posiłek, który chciałabym powtórzyć, droga, którą chciałabym przejechać jeszcze raz, uczucia towarzyszące jakiemuś spotkaniu- to może jeszcze, ale tak polecenie jest dla mnie zbyt ogólne. lubię zbyt wiele rzeczy i wspomnień.

 

po drugie- tawuły. pisząc „tawule” masz na myśli tawuły czy to może jeszcze coś innego? pytanie dyktowane ciekawością, planty ubrane w kożuch z tawuł, mój rodzinny dom też, i te to na pewno są tawuły, nie tawule. czy one mają jakąś siostrę?

 

i po trzecie- elena ferrante. już dawno się tyle nie naprzeżywałam nad czytaniem, do takiego stanu potrafi mnie doprowadzić może tylko franzen. jakie to nieefekciarskie, ludzkie, intymne, wspaniałe. uczciwe. lusterko dla dziewczyn, przewodnik po dziewczynach. o niczym innym od kilku dni nie myślę i nie chcę czytać nic innego. jeszcze trzy dni temu byłam w neapolu, co pewnie sprzyja tej wewnętrznej gorączce, a ostatnie zdanie doczytałam w chwili, gdy nasz samolot rąbnął o pas w balicach, cała we łzach i ze światem puchnącym w gardle. czytanie autorów w ich miejscach zawsze zdawało mi się efekciarskie i nachalne (wyjątek stanowi pakowanie pana samochodzika nad jeziora), ale neapol jest poza tą kategorią, on w ogóle jest poza każdą kategorią. poza tym chyba spotkałam linę- czarną, kocią i agresywną, kręcącą się po pizzerii da michele. myślę, że po to są książki- żeby przez pewien czas zapomnieć o sobie, albo na odwrót, wreszcie się sobie przyjrzeć. zupełnie nie wiem co mam teraz ze sobą zrobić, chyba popielęgnuję w sobie przez jakiś czas tę dziurę po ferrante w sercu i w życiu, a jak się zabliźnię to zabiorę się za franaszka. na razie nie chcę czytać nic innego, może z wyjątkiem „the vegetable book” jane grigson, nad którą już tu piałam- ostateczny dowód na to, że w polsce nikt w ogóle nie powinien zabierać się za pisanie o jedzeniu, może tylko jeden paweł bravo (felieton w ostatnim „tygodniku powszechnym” uroczy) i czasami kręglicka.

 

 

wreszcie włochy. niechętny powrót do krakowa. przejechaliśmy tysiąc dwieście kilometrów czarnym seatem ibizą, przeszliśmy wiele po rzymie. śpiewał nam głównie perry como i luigi tenco (kocham tego gościa), i jeszcze ścieżka dźwiękowa z ostatniego guadagnino. zbrunatniałam od słońca, pojaśniałam od środka, pogryzły mnie komary.

 

wpierw toskania jakiej nie znałam, mimo tego, że już tam przecież bywałam. pusta, leśna, wspinająca się w błękitną górę albo opadająca w doliny, dzikie połacie. nie byliśmy w sienie, najgłośniejszych miasteczkach ani trasach. byliśmy w ruderi di toiano (przez przypadek), radicofani pachnącym miodem z kasztanów, drobnym monticchiello, na bezdrożach, gdzie przez wiele kilometrów nie mijał nas żaden samochód, sarna ani dom. dostałam tę soczystość i nasycenie, po które poleciałam. trawy, maki, bzy, wielkie bąki w wielkich kiściach wisterii, drzewa, drzewa, drzewa (najdalej dwa tygodnie temu idąc ulicą smoleńsk perorowałyśmy z basią o wyższości drzew nad każdą inną formą istnienia, jednomyślne na ten temat).

potem lacjum i rzym, zmiana dekoracji na jeszcze bardziej odurzające- kwitnące akacje, drzewa pomarańczowe, róże, jaśmin. niekoszone pobocza i skwery w rzymie, bardziej prowincjonalnym niż stołecznym, co wyjątkowo mi odpowiada. na tych skwerach trawa do połowy łydki, maki, oset i polne kwiecie. przy drogach stoiska z bobem, wszędzie napisy głoszące sezon na „fava”. pistacjowy tybr, zupełnie nieprawdopodobny. na sznurkach do bielizny suszyła się zima- kurtki i płaszcze, które długo nie będą tu potrzebne. urocze, niewielkie testaccio objęte platanami, zielone, rdzawe, złote. kilkanaście ulic, piazza, targ, budynek starej rzeźni, szczupły tybr, kilka trattorii, bar barberini, droga na awentyn, też mogłabym tam mieszkać. cmentarz protestancki w tej dzielnicy, gdzie śpi keats, wszędzie róże, karczochy i grube koty. wielkie piękno.

i wreszcie- neapol z dołu, korki, niepokój, tłum, hipnotyzujący bajzel. i neapol z góry, z samolotu- wezuwiusz i zatoka, moja wielka czułość na ten temat. o coś mi chodzi, tylko jeszcze nie wiem o co.

 

jedzenie. pierwsza kawa przy barze na stacji benzynowej. obiad w willi lena (skądinąd naprawdę wspaniałej)- grillowane radicchio z truskawkami i ricottą, wiosenna pasta z zielonymi warzywami z grządki, drobne cukinie z polentą i romesco, dwa podwójne espresso z kostkami lodu. osteria la saletta w certaldo- hołubiona przez mieszkańców miasteczka- zupa cebulowa z lokalnej cebuli, z trzema serami, flan z karczocha, moje gnudi. śniadanie u gospodarzy w starej willi, gdzie spędziliśmy noc- on jak józef hen, cudny- kawa z kawiarki, rogale i masło, waniliowe ucierane ciasto gospodyni, jej konfitura z pomarańczy. obiad we florencji, w trattori il carmin0- dla mnie puntarelle z sosem z anchois (TAK) i ribollita, dla matko papardelle z dzikimi szparagami i pancettą. aperol, crodino, wino. spritz z cynaru, zamawiany przy każdej okazji- moje nowe ulubione aperitivo. kolacja przed kamiennym domem w dolinie chianti- lokalny pecorino i pecorino bleu i butelka chardonnay z chianti. pierwsze kwiaty cukinii, nadziewane ricottą i anchois. papardelle z ragu z dzika, przecież lasy. lody jogurtowe, czasami pistacjowe. wspomnienie kolacji w monticchiello, na tarasie enoteki zawieszonej nad doliną z widokiem na pienzę- pecorino (stary, młody, z truflami, z pieprzem, z winem) z miodem kasztanowym  i gruszki, chleb, masło i anchois (ostatnio w ścisłej czołówce ulubionych dań), burrata z równiny maremma i pomidory, butelka montepulciano, potem jeszcze pucharek tiramisu i prosecco, dym w głowie. rano cappuccino pod lipą przy długim stole w agroturystyce. affogato w drodze na wybrzeże, w parki krajobrazowe porośnięte piniami. ryby na wybrzeżu. późne śniadanie/wczesny obiad przy fontannie w rzymie- pizza bianca z il forno przy campo di fiori, moja z fior di latte i kwiatami cukinii, matko z bresaolą i rukolą. cannolo w sycylijskiej kawiarni, ale wolałam lody. pierwsza kolacja na testaccio- agustarello, które znam od rachel roddy, i od razu spełnienie marzenia- bo bób w strąkach, pecorino, chleb i białe wino, bo vignarola, bo zjawiskowe cacio e pepe, bo ogon wołowy i ziemniaki pieczone w mój ulubiony sposób, to jest bardzo dużo oliwy i bardzo dużo ziół. cappuccino i truskawki na śniadanie. obiad w da cesare (patrz rachel)- drugie kwiaty cukinii z mozzarellą i anchois, karczochy, carbonara, parmigiana. kolacja w la torricelli (rachel!)- wspaniała bruschetta z burratą i anchois, smażone oliwki nadziane mięsem, mój dorsz, cacio e pepe matko, maleńkie karczochy smażone w głębokim tłuszczu, podlane octem, jak czipsy. na deser- miseczka poziomek i domowe lody śmietankowe. kawa i ciastka w barze barberini. pomarańcze zjadane w ogrodzie pomarańczowym na awentynie. piknik z targu na testaccio- bób i pecorino, po kawałku pizzy, jeden z duszoną escarolą, oliwkami i anchois,  drugi z fior di latte, kwiatami cukinii i anchois (nic na to nie poradzę), pomidory spod wezuwiusza, bresaola, świeża ricotta, litr wina z wielkiej kadzi, za dwa euro. sery i salami w volpetti, obok którego akurat  przechodziliśmy, więc weszliśmy. wino i czipsy na ławce na piazza di testaccio, do późnej nocy, gdzie dzieci do tej samej późnej nocy grają w piłkę, a rodzice i dziadkowie robią to co my. i margherita w da michele w neapolu, pyszna, pyszna, pyszna. z neapolitańskiej trójcy świętej-da michele, di matteo i sorbillo najwięcej naprzeżywałam się chyba u matteo, choć dziś już sama nie wiem i będę musiała pojechać jeszcze raz.

 

piszę to wszystko, bo dla mnie to naprawdę duże przeżycie, w dodatku za każdym razem. cały ten ceremoniał we włoskim domu czy trattori, ortodoksyjny, choć nie onieśmielający. poważne podejście do kalendarza warzywnego i owocowego. fakt, że mogę zjeść w restauracji warzywa, dużo warzyw, czego niezmiennie brakuje mi w polsce. we włoszech nie umiem się zdecydować- teraz szparagi, karczochy, bób, różne cykorie i dzikie zielska, zupy, ziemniaki, fasole, szpinak, rukola. to, że włosi naprawdę zjadają te wszystkie warzywa- w knajpie!- dzieci, młodzi i dorośli przed miską makaronu wsuwają z zadowoleniem puntarelle z anchois, sałatę z rukoli i surowych karczochów z pecorino, karczochy na sto sposobów, uduszoną z czosnkiem dziką cykorię, cukinie, potrawki z warzyw albo fasolę. jest to niebywałe i piękne. wreszcie- prostota i prostolinijność tego jedzenia, które ląduje na stole, bardzo mnie to wzrusza. ten samotny karczoch, ryba z ćwiartką cytryny, miska cykorii, makaron z pieprzem i pecorino, przysadziste kieliszki na zwyczajne, codzienne wino, poziomki i śmietana. dziko mnie to wszystko interesuje i ujmuje (taka sama jest jane grigson), niby nic nowego, a nie umiem się od tego odkleić. praktycy życia. tak trzeba żyć i jeść, tak myślę.

 

ujmuje mnie we włoszech też wiele innych spraw. na przykład włosi i ich stosunek do dzieci. metodyczna powolność, z którą jedzą i piją wino, i pośpiech z jakim wypijają kawę. naturalne przyzwolenie na radość i przyjemności, żeby zamówić sobie dla siebie butelkę prosecco w południe, zjeść lody, przeczytać w słońcu gazetę- skąd to się bierze, przecież to też katolicki kraj, nie rozumiem. nieśpieszność w ogóle. przedramiona zwisające u okien samochodów. skłonność do zdrobnień. skłonność do uśmiechu. brak skłonności do pośpiechu. bezczelna, choć życzliwa ciekawość, z jaką przyglądają się wszystkiemu i wszystkim. krajobraz bez bilbordów i ogłoszeń w stylu „wynajm lawet” (to autentyk). ostatnio tam interesuje mnie coraz więcej spraw, a tu- coraz mniej- bo już przecież nie radio, coraz mniej prasa, zupełnie nie ludzie. idoli też mam gdzie indziej. moja mentalność życia codziennego daleka jest od tej polskiej. ostatnio zauważyłam, że angielski nie jest już dla mnie językiem obcym, jest jednym z dwóch języków w których mówię, myślę i w których czytam. myślę z przymrużeniem oka, że gdyby włochy miały śmietanę i chleb francji i jabłka oraz czarne porzeczki polski- to mogłabym tam mieszkać. coraz mniej wiem, co myślę o polsce. choć gdy sprowadzam ojczyznę do jabłek i czarnej porzeczki to chyba nie jest najlepiej.

 

a.