Archives

ostatni maj, czwartek, święto

wyprowadziliśmy się na kilka dni do kochanych borkowskich, którzy wyprowadzili się na trzy miesiące do rodzinnego letniska w krempnej. byłam pod nieustannym wrażeniem ile dźwięków równie nieustannie wydaje świat, od rana do rana, co (to wrażenie)  jest uważam żenujące. na pierwszy rzut ucha czyny czynione nam przez miasto są niemożliwe do zrekompensowania. głuchniemy, ogłuszani samochodami, tramwajami i sąsiadami, a na dokładkę sami nie słuchamy i nie słyszymy. a tam- od rana stukot strumyka, ptasie radio, modły odprawiane przez pszczoły, świerszcze czy koniki polne, co rusz przyleci jakiś szerszeń. potem, gdy dom się zbudzi, skrzypienie drewnianych podłóg i schodów, kwilenie jasnego jak kaczeńce gustlika, pochrapywanie psa, nasze śmiechy. wieczorami znów nadaje ptasie radio, znów pszczoły wznoszą modły do kwiatów, znów śpiewają trawy, a koło dziesiątej wieczorem zaczyna drzeć się derkacz i krzyczy do rana. podobnie mam wrażenie w miastach ślepniemy- od zieleni i mienienia się drzew, zmian odcieni na niebie, dzikiej róży oplatającej kolejne beskidzkie kapliczki, słońca, łąk, albo cmentarzyka w żydowskiem całego w kwitnących chabrach można zwariować, to są wrażenia trudne do wytrzymania bez jęków pełnych egzaltacji, robienia bezsensownych, bo nieoddających zdjęć, opowiadania sobie nawzajem tego czy innego zachodu słońca czy zapachu jaśminu albo sosen (a może tylko o to chodzi w życiu, żeby opowiadać sobie i i sobie nawzajem świat? bo innego sensu jednak nie dostrzegam, mimo usilnych starań). bardzo trudno żyje mi się z tą świadomością, nawet w krakowie, który ugina się w tym roku pod nadmiarem jaśminu i w którym zakwitły róże pod teatrem słowackiego, i który jest przecież niebrzydki.

 

patrzenie i słuchanie poprzeplatane zwykłym życiem w jasnym bezczasie, wydarzającym się od rana do późnej nocy na ganku drewnianego letniska. pory dnia wyznaczane przez parzenie kolejnych kawiarek albo ziół. w sobotni ranek targ w dukli, wieczorami spacer do wsi, po mleko od gospodarza, jeszcze ciepłe, w drodze powrotnej droga przecięta przez jelenia albo żmije. wycieczki po kochanej okolicy. mówienie sobie ważnych i nieważnych rzeczy, na tym ganku albo w kuchni, przy wspólnej pracy. wycieczki po okolicy, serce w konwulsjach. proste, majowe jedzenie gotowane na kuchence gazowej z dwoma palnikami- botwinka i młode ziemniaki z ziołami, kaszanka z salsą z truskawek, szalotek i mięty, naleśniki z twarogiem i truskawkami, kasza gryczana z twarogiem ze szczypiorem i koprem, i jaja sadzone, i kefir. sery, zosiny chleb i placek z rabarbarem, które przywiozłam ze sobą. bose stopy. dużo czasu, mimo poczucia bezczasu.

 

bardzo kocham beskid niski i bardzo kocham borkowskich. byłam szczęśliwa.

 

zaraz zjemy po kromce żytniego chleba z masłem i jedziemy do innego lasu, lasu zachodniopolskiego, do rodziców. upały, dobrze.

po raz bardzo kolejny zaczęłam czytać „dom dzienny, dom nocny” najsłynniejszej olgi świata, taki nastroik i takie ochoty, a na dodatek za chwilę wambierzyce, ruda i krajanów za miedzą. ciekawe co myślę o „domu” w roku dwa tysiące osiemnastym.

 

a.

30 maja, środa

Trzy zachwyty minionego tygodnia:

 

po pierwsze, spróbowałam chleba Tartine Z TARTINE, który przywiózł mi na galę Kukbuk Poleca Kamil, z którym na temat jedzenia przegadaliśmy w Rzymie dwa dni. Moje kromki przeleżały co prawda przez weekend w Forcie Mokotów, ale w ogóle im to nie przeszkodziło mnie wzruszyć. Gdy wylazły z tostera, całe dziurawe, złote i cudownie kwaśne, obłożyliśmy je z Marckiem plastrami masła i zjedliśmy (przynajmniej ja) z solidnym wzruszeniem i gorgonzolą. Następne już pewnie na miejscu, moja wiza jest ważna jeszcze tylko rok. (Rzeczony Kamil obdarował nas wczoraj całym bochnem chleba z cebulką i ciastem z truskawkami, twarogiem i wielkimi bryłami kruszonki – glutenowi przyjaciele to w tych czasach skarb.)

 

Po drugie, dziś w pracy okazało się, że młodych ziemniaków nie da się rozgotować. Tomek gotował jedną z partii przez dwie godziny i one wciąż były kremowe, słodkie i w całości. Zjadam ich w tym sezonie całe tony, marzy mi się co prawda tarta tatin z młodymi ziemniakami, ale to się pewnie nigdy nie wydarzy, bo nie mam cierpliwości. Praktycznie przestałam gotować na serio, bo nic nie wygrywa z kartofelkami (a potem bobem, kalafiorem, fasolką) z masłem, a poza tym nasza kuchnia latem to trochę piekło na ziemi – słońce pali od czwartej rano, a w obliczu mniej lub bardziej rychłej przeprowadzki rolety to zbytek.

 

Po trzecie, naukowcy odkryli, że żuk gnojarz, tocząc swoją kulkę, kieruje się światłem Drogi Mlecznej. Co za romantyk! Muszę przyznać, że napełniło mnie to światłością i postanowiłam się podzielić, a nuż ktoś w potrzebie.

 

Zachwyt nadchodzący: pierwszy weekend czerwca po raz trzeci z rzędu spędzimy na festiwalu Czas na Ser w Lidzbarku Warmińskim, a więc w jury konkursu na najlepszy ser, w basenie, w saunie, na zakupach (cydrowy z Wańczykówki, pijana koza z Kaszub, niebieski z Rancza Frontiera, owcze piramidki w popiele od Lefevrów, gofry z prawdziwą bitą śmietaną i gniecionymi truskawkami), na wycieczkach (hotelowa restauracja nie zachęca, więc bierzemy koszyk piknikowy), przed telewizorem i nad książką (dostałam dwie powieści Michaela Chabona, pierwsze słyszę, ale na pierwszy rzut oka interesujące, a i objętości są apetycznej) w hotelowej pościeli. Przez szczęście rozumie się przyjemność.

 

k.

23 maja, środa

Festiwal martwienia się.

 

Zmieniają sie tylko pory dnia i powody. Tylko dziś o: ślub, przyjęcie, pogodę na ślub, jedzenie na przyjęciu, mieszkanie, pożegnanie z Pragą, martwię się nawet tym, że nie mam czasu tutaj nic napisać i tym, że misie w praskim zoo chodzą w tę i z powrotem i wyglądają rozpaczliwie.

 

Na stole truskawki i piwonie czyli festiwal czerwca w maju. W porze śniadania płatki kukurydziane z miodem, pistacjami i truskawkami, a w deszczowe dni w tym samym anturażu kokosowa kasza jaglana; pastelowe rzodkiewki z działki i humus, tony szpinaku i botwiny w omletach, szczawiowa z jajem, tony młodej kapusty we wszystkich możliwych konfiguracjach – ostatnio najbardziej smakuje mi przysmażona na brąz, z pancettą i fasola oraz krótkim makaronem. Jadłam juz polskie młode ziemniaki z kefirem. Wszystko delikatne, słodkie, co roku pierwszy raz.

 

To już oficjalne – wystawiliśmy na sprzedaż kącik na Grochowie, po czym błyskawicznie znaleźliśmy kupca i szukamy nowego mieszkania, z balkonem i przestrzenią. Oglądaliśmy jedno na Mokotowie – przezielone, skrzypiące, dziadkowe fest, bo chyba lekko tylko przestygnięte, na półce mydełko Fa i rzędy Chmielewskiej, w rogu złożony wózek inwalidzki, pod ścianą sztaluga z plakatówkowym obrazkiem drzewa, za kuchennym oknem właśnie to drzewo, w każdym razie widmo śmierci na futrynie – ale nie. Mokotów to taki skansen lewobrzeżnej Warszawy, bardziej artystyczny niż Artystyczny Żoliborz, wyluzowany, ale tylko w ubraniach z COSa, no i tak blisko do pracy, że aż za blisko. Serce zmierza ku Bielanom, byłam tam wczoraj po ważną sukienkę; zieleń, cisza, stare siwe bloki. Rozmyślamy nad trzecim piętrem jednego z takich bloków, ma balkon, parkiet, przestrzeń i niemiłego właściciela. Trudne to i bolesne, za każdą wizytą prawie się wprowadzam, patrzę, gdzie będę chodziła po pieczywo i warzywa, gdzie wytresuję psa, żeby umiał siedzieć ze mną na kawie (jeśli na Bielanach, to w Cafe de la Poste, nie mogę się doczekać ich croissantów, a do towarzystwa będzie Tola i Agata ze Zwykłego Życia, czyli wspaniale), czy będziemy mieli gdzie zjeść kolację w odległości spacerowej (Curry House i Lukullus to całkiem dobra obstawa). Nie przeszkadza mi żadna dzielnica, za to podwieszane sufity, oświetlenie ledowe, drzwi karton-gips i tego typu atrakcje dosyć smucą. No nie wiem jak to się skończy.

 

Dalej, na stole: dobrze wchodzi mi też ostatnio prosta „Japonia” – ryż, sos sojowy, olej sezamowy, czarny sezam i do tego świeży ogórek, szczypiorek, jajko, ryba, właściwie cokolwiek. Rzadko jadamy na mieście, a jeśli już, to bum bo nam bo w Viet Street na Saskiej Kępie albo blaszane miski ryżu, warzyw i surowej ryby w Pacyfiku. Lody – w tym roku wielki zawód, żadne nie smakują tak, jak powinny, za to odkryłam jedne, za którymi pojadę na Mazury – Kwaśne Drzewo Sauerbam produkuje je z owczego mleka, wiem, bo przysłali na nasz Kukbukowy konkurs. Jadłam i nie mogłam przestać i chciałam płakać, taka nostalgia i wibrująca słodycz. W planach na najbliższe lato jest misa do robienia lodów w domu, a póki co zostają truskawki ze śmietaną. Na stole są też książki – kończę „Szkice piórkiem” i łkam, że takich pięknych rzeczy nie można napisać więcej niż raz. Z zachwytów jeszcze Anna Król o rzeczach Iwaszkiewicza i niewielka książeczka Idy Linde („Poleciały w kosmos”), którą dawkuję sobie ostrożnie, bo jeszcze coś przegapię. W planach – królowa Olga.

 

Za miesiąc ślub.

 

k.

20 maja, niedziela

powroty do życia bywają złudne i kruche, chyba nie powinno się ich ogłaszać ani nawet żywić nadziei. „żywienie” czegokolwiek w obecnej kondycji jest niełatwe. sama nie wiem, co dokucza bardziej- ból fizyczny czy „klosz”, jaki zdaje mi się że mam wtedy na głowie- nic mi się nie myśli, niewiele mi się chce, źle mi się widzi, brakuje mi siły, jestem opieszała jak prawdziwi polacy na co dzień. nie chciałabym robić z tej przypadłości naczelnej narracji życia, ale tak się składa, że ona zagarnia to życie i już niewiele z niego zostaje dla mnie. ostatnio właśnie takie dni.

 

zanim znów odcięto mi dopływ życia był jednak piękny maj. trzeba być teraz bardzo czujnym i starannym, bo co rusz coś zakwita i gaśnie. na przykład kilka tłustych krzewów jaśminu na plantach- przed tygodniem w sobotę jeszcze spały, a w niedzielny ranek nagle w białych mundurkach, jak dzieci biegnące do pierwszej komunii, których wszędzie teraz pełno; mocno zachwycające (jaśminy, nie dzieci). wcześniej bzy i akacje, akacji będzie mi chyba nawet bardziej żal bzów, rzym w akacjach był bardzo piękny, a poza tym lubię ich cierpką słodycz. od tygodnia dość ostro dziwią mnie peonie w pierwszej połowie maja, to zdaje się chyba zbyt wcześnie. lipy prawie gotowe. a wczoraj na targu widziałam czereśnie.

 

za wielkich upałów był upalny piątek na kocu w lasku wolskim, pustym i zielonym. piknik na ulubionej polanie- szczuplutkie (teraz już przytyły) surowe szparagi zagryzane pecorino, pieprzne rzodkiewki z masłem i grubą solą, okręgi salami. było pierwsze w tym roku wielkie aioli- pieczone z ziołami ziemniaki, szparagi, rzodkiewki i słoik cytrynowego aioli. była miska dzikich sałat i ziół z bratkami i burrata z pieczonym rabarbarem. było kilka talerzy polskich serów w żonglerce i coraz wspanialsze wina (rachel zawsze dziękuje vino roma „for making my drinking life better”, ja dziękuję żonglerce. to są wybitne, ciekawe i piękne wina, przeżycia, lubię przeżycia). był ulubiony placek z rabarbarem. kilka partii rabarbaru pieczonego ze skórką zdjętą z pomarańczy albo z wanilią i deserowym winem. w jakąś sobotę szparagi z sosem gribiche (david lebovitz) i ciecierzyca wykąpana w oliwie z anchois. orkiszowy razowy bochenek zosi z tłustym twarogiem, kwitnącym szczypiorem i rzodkiewkami, które zjadam tej wiosny całe, razem z liśćmi (tu dziękuję szymkowi za cudne, pieprzne rzodkiewki bez chemikaliów), z plastrem masła i solą maldon. był jakiś piątkowy wieczór w en plato, gdzie coraz lepsza pizza, z brzegami złotymi od semoliny. jak co roku pęczak a la risotto ze szparagami i pesto ze wszystkiego co zielone, i jak co roku musujące wino. cabbage e pepe (food 52)- długie wstążki młodej kapusty duszone z połową kostki masła, z pieprzem i pecorino, wspaniały pomysł. stir-fry ze szparagami heidi swanson, tajska zielona zupa nigela, młoda kapusta duszona z anchois, dziś- szczawiowa. truskawki, wielkie i słodkie jak miód. niezliczone miski sałat (rukola, mizuna, musztardowiec, wielkie i zielone liście jakiejś cierpkiej cykorii od jedynie, pierwsza rzymska, szpinak, szczaw, zioła) ze wspaniałymi winegretami, ale o nich kiedy indziej.

 

pomimo jaśminu i truskawek nie chudnie rzewność za włochami. obejrzeliśmy już „wielkie piękno” (uczucia na jego temat nie gasną), czasami oglądamy „gomorrę”, czytam „rzymską komedię” mikołajewskiego, spacerek sentymentalny i uzupełniający. na wycieczkę zamówiłam sobie próbki perfum eau d’italie- rosa gretę, eau d’italie, magnolię romanę, bois d’ombrie (wędzone i dymne, matko mówi, że pachnę jak kościół) i sienne l’hivier (drzewne i pradawne) – i dalej sobie nimi pachnę. ostatnie dwa zapachy sprawiłabym sobie z ochotą, ale niestety zupełnie nie trzymają się mojej skóry. ale przynajmniej wiem, że chcę pachnieć jak włochy. chętnie jak zadymiony kościół przybrany w kwiaty albo jak kawiarnia, gdzie palą papierosy eleganckie panie.

 

poza tym przeczytałam francuskie opowiadania barnesa, widziałam nowego polańskiego i pierwszy odcinek narkotyzującego się benedicta cumberbatcha. cały (naprawdę cały) wczorajszy dzień spędziłam przy bbc 4 słuchając transmisji z royal wedding, komentarzy na temat royal wedding i wrażeń z royal wedding i świetnie się bawiłam. bardzo kocham bbc 4, w domu jest albo cicho, albo bbc. jaka to jest mądra stacja! ostatnio ze smutkiem stwierdziłam, że nie słucham już niczego co polskie. trójki od lat nie sposób, dwójka niespecjalnie mnie ostatnio interesuje, choć regularnie śledzę archiwum audycji. niepokoi mnie to trochę.

dwa tygodnie temu byłam sama w warszawie i ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie ma już we mnie miłości. warszawa się we mnie skończyła, wróciłam do krakowa zmęczona i rozdrażniona, i z radością, że wróciłam. drzewostan centrum tego miasta i jego zachodnioeuropejski policzek widać stały mi się potrzebne. dość nieoczekiwane odkrycie.

 

a.

5 maja, sobota

dwie sprawy na wstępie. po jedno (jak zwykł mawiać nasz rodzinny stolarz)- zadanie od ciebie, którego jednak nie potrafię rozwiązać. ty umiałabyś wybrać jeden dzień? dla mnie to jak pytanie o ulubiony ser, drzewo albo drogę- jest ich zbyt wiele. gdybyś rozbiła to ćwiczenie na kilka podpunktów- posiłek, który chciałabym powtórzyć, droga, którą chciałabym przejechać jeszcze raz, uczucia towarzyszące jakiemuś spotkaniu- to może jeszcze, ale tak polecenie jest dla mnie zbyt ogólne. lubię zbyt wiele rzeczy i wspomnień.

 

po drugie- tawuły. pisząc „tawule” masz na myśli tawuły czy to może jeszcze coś innego? pytanie dyktowane ciekawością, planty ubrane w kożuch z tawuł, mój rodzinny dom też, i te to na pewno są tawuły, nie tawule. czy one mają jakąś siostrę?

 

i po trzecie- elena ferrante. już dawno się tyle nie naprzeżywałam nad czytaniem, do takiego stanu potrafi mnie doprowadzić może tylko franzen. jakie to nieefekciarskie, ludzkie, intymne, wspaniałe. uczciwe. lusterko dla dziewczyn, przewodnik po dziewczynach. o niczym innym od kilku dni nie myślę i nie chcę czytać nic innego. jeszcze trzy dni temu byłam w neapolu, co pewnie sprzyja tej wewnętrznej gorączce, a ostatnie zdanie doczytałam w chwili, gdy nasz samolot rąbnął o pas w balicach, cała we łzach i ze światem puchnącym w gardle. czytanie autorów w ich miejscach zawsze zdawało mi się efekciarskie i nachalne (wyjątek stanowi pakowanie pana samochodzika nad jeziora), ale neapol jest poza tą kategorią, on w ogóle jest poza każdą kategorią. poza tym chyba spotkałam linę- czarną, kocią i agresywną, kręcącą się po pizzerii da michele. myślę, że po to są książki- żeby przez pewien czas zapomnieć o sobie, albo na odwrót, wreszcie się sobie przyjrzeć. zupełnie nie wiem co mam teraz ze sobą zrobić, chyba popielęgnuję w sobie przez jakiś czas tę dziurę po ferrante w sercu i w życiu, a jak się zabliźnię to zabiorę się za franaszka. na razie nie chcę czytać nic innego, może z wyjątkiem „the vegetable book” jane grigson, nad którą już tu piałam- ostateczny dowód na to, że w polsce nikt w ogóle nie powinien zabierać się za pisanie o jedzeniu, może tylko jeden paweł bravo (felieton w ostatnim „tygodniku powszechnym” uroczy) i czasami kręglicka.

 

 

wreszcie włochy. niechętny powrót do krakowa. przejechaliśmy tysiąc dwieście kilometrów czarnym seatem ibizą, przeszliśmy wiele po rzymie. śpiewał nam głównie perry como i luigi tenco (kocham tego gościa), i jeszcze ścieżka dźwiękowa z ostatniego guadagnino. zbrunatniałam od słońca, pojaśniałam od środka, pogryzły mnie komary.

 

wpierw toskania jakiej nie znałam, mimo tego, że już tam przecież bywałam. pusta, leśna, wspinająca się w błękitną górę albo opadająca w doliny, dzikie połacie. nie byliśmy w sienie, najgłośniejszych miasteczkach ani trasach. byliśmy w ruderi di toiano (przez przypadek), radicofani pachnącym miodem z kasztanów, drobnym monticchiello, na bezdrożach, gdzie przez wiele kilometrów nie mijał nas żaden samochód, sarna ani dom. dostałam tę soczystość i nasycenie, po które poleciałam. trawy, maki, bzy, wielkie bąki w wielkich kiściach wisterii, drzewa, drzewa, drzewa (najdalej dwa tygodnie temu idąc ulicą smoleńsk perorowałyśmy z basią o wyższości drzew nad każdą inną formą istnienia, jednomyślne na ten temat).

potem lacjum i rzym, zmiana dekoracji na jeszcze bardziej odurzające- kwitnące akacje, drzewa pomarańczowe, róże, jaśmin. niekoszone pobocza i skwery w rzymie, bardziej prowincjonalnym niż stołecznym, co wyjątkowo mi odpowiada. na tych skwerach trawa do połowy łydki, maki, oset i polne kwiecie. przy drogach stoiska z bobem, wszędzie napisy głoszące sezon na „fava”. pistacjowy tybr, zupełnie nieprawdopodobny. na sznurkach do bielizny suszyła się zima- kurtki i płaszcze, które długo nie będą tu potrzebne. urocze, niewielkie testaccio objęte platanami, zielone, rdzawe, złote. kilkanaście ulic, piazza, targ, budynek starej rzeźni, szczupły tybr, kilka trattorii, bar barberini, droga na awentyn, też mogłabym tam mieszkać. cmentarz protestancki w tej dzielnicy, gdzie śpi keats, wszędzie róże, karczochy i grube koty. wielkie piękno.

i wreszcie- neapol z dołu, korki, niepokój, tłum, hipnotyzujący bajzel. i neapol z góry, z samolotu- wezuwiusz i zatoka, moja wielka czułość na ten temat. o coś mi chodzi, tylko jeszcze nie wiem o co.

 

jedzenie. pierwsza kawa przy barze na stacji benzynowej. obiad w willi lena (skądinąd naprawdę wspaniałej)- grillowane radicchio z truskawkami i ricottą, wiosenna pasta z zielonymi warzywami z grządki, drobne cukinie z polentą i romesco, dwa podwójne espresso z kostkami lodu. osteria la saletta w certaldo- hołubiona przez mieszkańców miasteczka- zupa cebulowa z lokalnej cebuli, z trzema serami, flan z karczocha, moje gnudi. śniadanie u gospodarzy w starej willi, gdzie spędziliśmy noc- on jak józef hen, cudny- kawa z kawiarki, rogale i masło, waniliowe ucierane ciasto gospodyni, jej konfitura z pomarańczy. obiad we florencji, w trattori il carmin0- dla mnie puntarelle z sosem z anchois (TAK) i ribollita, dla matko papardelle z dzikimi szparagami i pancettą. aperol, crodino, wino. spritz z cynaru, zamawiany przy każdej okazji- moje nowe ulubione aperitivo. kolacja przed kamiennym domem w dolinie chianti- lokalny pecorino i pecorino bleu i butelka chardonnay z chianti. pierwsze kwiaty cukinii, nadziewane ricottą i anchois. papardelle z ragu z dzika, przecież lasy. lody jogurtowe, czasami pistacjowe. wspomnienie kolacji w monticchiello, na tarasie enoteki zawieszonej nad doliną z widokiem na pienzę- pecorino (stary, młody, z truflami, z pieprzem, z winem) z miodem kasztanowym  i gruszki, chleb, masło i anchois (ostatnio w ścisłej czołówce ulubionych dań), burrata z równiny maremma i pomidory, butelka montepulciano, potem jeszcze pucharek tiramisu i prosecco, dym w głowie. rano cappuccino pod lipą przy długim stole w agroturystyce. affogato w drodze na wybrzeże, w parki krajobrazowe porośnięte piniami. ryby na wybrzeżu. późne śniadanie/wczesny obiad przy fontannie w rzymie- pizza bianca z il forno przy campo di fiori, moja z fior di latte i kwiatami cukinii, matko z bresaolą i rukolą. cannolo w sycylijskiej kawiarni, ale wolałam lody. pierwsza kolacja na testaccio- agustarello, które znam od rachel roddy, i od razu spełnienie marzenia- bo bób w strąkach, pecorino, chleb i białe wino, bo vignarola, bo zjawiskowe cacio e pepe, bo ogon wołowy i ziemniaki pieczone w mój ulubiony sposób, to jest bardzo dużo oliwy i bardzo dużo ziół. cappuccino i truskawki na śniadanie. obiad w da cesare (patrz rachel)- drugie kwiaty cukinii z mozzarellą i anchois, karczochy, carbonara, parmigiana. kolacja w la torricelli (rachel!)- wspaniała bruschetta z burratą i anchois, smażone oliwki nadziane mięsem, mój dorsz, cacio e pepe matko, maleńkie karczochy smażone w głębokim tłuszczu, podlane octem, jak czipsy. na deser- miseczka poziomek i domowe lody śmietankowe. kawa i ciastka w barze barberini. pomarańcze zjadane w ogrodzie pomarańczowym na awentynie. piknik z targu na testaccio- bób i pecorino, po kawałku pizzy, jeden z duszoną escarolą, oliwkami i anchois,  drugi z fior di latte, kwiatami cukinii i anchois (nic na to nie poradzę), pomidory spod wezuwiusza, bresaola, świeża ricotta, litr wina z wielkiej kadzi, za dwa euro. sery i salami w volpetti, obok którego akurat  przechodziliśmy, więc weszliśmy. wino i czipsy na ławce na piazza di testaccio, do późnej nocy, gdzie dzieci do tej samej późnej nocy grają w piłkę, a rodzice i dziadkowie robią to co my. i margherita w da michele w neapolu, pyszna, pyszna, pyszna. z neapolitańskiej trójcy świętej-da michele, di matteo i sorbillo najwięcej naprzeżywałam się chyba u matteo, choć dziś już sama nie wiem i będę musiała pojechać jeszcze raz.

 

piszę to wszystko, bo dla mnie to naprawdę duże przeżycie, w dodatku za każdym razem. cały ten ceremoniał we włoskim domu czy trattori, ortodoksyjny, choć nie onieśmielający. poważne podejście do kalendarza warzywnego i owocowego. fakt, że mogę zjeść w restauracji warzywa, dużo warzyw, czego niezmiennie brakuje mi w polsce. we włoszech nie umiem się zdecydować- teraz szparagi, karczochy, bób, różne cykorie i dzikie zielska, zupy, ziemniaki, fasole, szpinak, rukola. to, że włosi naprawdę zjadają te wszystkie warzywa- w knajpie!- dzieci, młodzi i dorośli przed miską makaronu wsuwają z zadowoleniem puntarelle z anchois, sałatę z rukoli i surowych karczochów z pecorino, karczochy na sto sposobów, uduszoną z czosnkiem dziką cykorię, cukinie, potrawki z warzyw albo fasolę. jest to niebywałe i piękne. wreszcie- prostota i prostolinijność tego jedzenia, które ląduje na stole, bardzo mnie to wzrusza. ten samotny karczoch, ryba z ćwiartką cytryny, miska cykorii, makaron z pieprzem i pecorino, przysadziste kieliszki na zwyczajne, codzienne wino, poziomki i śmietana. dziko mnie to wszystko interesuje i ujmuje (taka sama jest jane grigson), niby nic nowego, a nie umiem się od tego odkleić. praktycy życia. tak trzeba żyć i jeść, tak myślę.

 

ujmuje mnie we włoszech też wiele innych spraw. na przykład włosi i ich stosunek do dzieci. metodyczna powolność, z którą jedzą i piją wino, i pośpiech z jakim wypijają kawę. naturalne przyzwolenie na radość i przyjemności, żeby zamówić sobie dla siebie butelkę prosecco w południe, zjeść lody, przeczytać w słońcu gazetę- skąd to się bierze, przecież to też katolicki kraj, nie rozumiem. nieśpieszność w ogóle. przedramiona zwisające u okien samochodów. skłonność do zdrobnień. skłonność do uśmiechu. brak skłonności do pośpiechu. bezczelna, choć życzliwa ciekawość, z jaką przyglądają się wszystkiemu i wszystkim. krajobraz bez bilbordów i ogłoszeń w stylu „wynajm lawet” (to autentyk). ostatnio tam interesuje mnie coraz więcej spraw, a tu- coraz mniej- bo już przecież nie radio, coraz mniej prasa, zupełnie nie ludzie. idoli też mam gdzie indziej. moja mentalność życia codziennego daleka jest od tej polskiej. ostatnio zauważyłam, że angielski nie jest już dla mnie językiem obcym, jest jednym z dwóch języków w których mówię, myślę i w których czytam. myślę z przymrużeniem oka, że gdyby włochy miały śmietanę i chleb francji i jabłka oraz czarne porzeczki polski- to mogłabym tam mieszkać. coraz mniej wiem, co myślę o polsce. choć gdy sprowadzam ojczyznę do jabłek i czarnej porzeczki to chyba nie jest najlepiej.

 

a.