Archives

26 kwietnia, czwartek

To się chyba stało w ciągu jednej nocy – najpierw lunęło (siedzieliśmy wtedy w domu, z głośników płynął Coltrane i Grace Kelly, a zza okna grzmoty; ja czytałam „Szkice piórkiem” – cudowne – a Marcin biografię Van Gogha; w brzuchach mieliśmy świeży chleb, przesłodkie pomidory malinowe, miękkie i cieknące sokiem – jakim cudem w kwietniu?, oliwki z migdałami i ser z Wysp Kanaryjskich, który przywieźli nam moi rodzice) i przez jedną noc wybuchły liście i zakwitły jednocześnie wszystkie kasztany, tawule, mlecze i bzy tego miasta.

 

Nie wierzę specjalnie w cykle i rytmy, ale tegoroczny kwiecień co i rusz pachnie mi trochę jak szwajcarski rozdzialik sprzed sześciu lat. Nie wiem, skąd wziął się tu w redakcji ten miks domu moich hostów, ich ogrodu, ich kraju – leciutki zapach potu i trawy, kremu do opalania, dziecięcej główki, mleka i deszczu i gór. Wdycham i jest – pain grille z gruyerem, batoniki muesli na placu zabaw, placek z jabłkami na szczycie góry, na którą wdrapywaliśmy się w niedziele, wielkie bochenki miękkiego chleba z całymi orzechami laskowymi, emocjonujące zakupy we francuskich supermarketach i na targach, lody double creme de la Gruyere avec les meringues i tłuste truskawkowe, kupowane na jednym z mostków w Genewie, zapach piwnicy, w której była bawialnia i pająki, w walce z którymi nagle musiałam stać się stroną aktywną, zapach stosiku cienkich powieści, wydawanych specjalnie dla takich jak ja, nigdy nie biegłych we francuskim, prosta pizza z budki nad jeziorem (tata je, ja bardziej gonię jego dzieci po molo, w końcu wszyscy kończymy wgapieni w wielką zdechłą rybę), moje pierwsze fondue w najgorętszą ostatnią noc tamtego maja, wypływane potem w sukience, z braku stroju i z nadmiaru towarzystwa, w Jeziorze Genewskim, mój pierwszy pastis, mój ostatni w życiu, to pewne, pastis. Z nostalgią wspominam tę krwawicę, koszule poplamione sokiem z petites tomates, targanie hulajnóg (la trottinette) i śpiących dzieci po pałacowych dziecińcach pełnych ludzi w pięknych ubraniach, fryzurach i okularach, perliste śmiechy, chłodne białe wino w wąskich kieliszkach, żwir na podjeździe, którym w te kieliszki rzucały te z moich dzieci, które akurat nie spały. Piękne czasy.

 

Zanim jednak trzydziestoletniość, to jeszcze wiosna i warszawskie uciechy – Lexus Hybrid Cuisine, na którym przyszło mi tylko zjeść konferencyjny obiad dla dziennikarzy, ugotowany przez drużynę polskich kucharzy, ale bijący rekordy pyszności mimo spożywania na stojąco i w toksycznej atmosferze small talku – jesiotr w szczypiorku, ze słodko-cierpkim kawiorem (z jabłka? pigwy?) i majonezowym musem z groszku, bób z czarną soczewicą i bulgurem, w piąstkach marynowanej cebulki, ptyś z wątrobianką (trafił w mojej głowie do tej samej szuflady, w której do tej pory siedziała kaszanka z różą z konferencji Gault&Millau 2016, cudowny koktajl z sakrum i profanum), tiramisu upchnięte w szklaneczkę, mocno czekoladowy biszkopt i gorzkie jak czort kawowe szkło. Dalej: Restaurant Week, który w tym sezonie sprawnym ruchem zwalił mnie na kolana menu w Schabowym – chłodnik z botwiny z pieczonymi młodymi ziemniakami, rzodkiewką i jajkiem sadzonym, żytnia grzanka z tatarem i ogórkiem małosolnym, wreszcie krzepkie knedle, nadziane wędzonym twarogiem i ziołami, polane masłem i sowicie okraszone posiekanymi orzechami laskowymi oraz złotą bułką tartą (sól i cukier podstawą udanej okrasy bułczanej – przy okazji, czy wiedziałaś, że we francuskiej, a i światowej, terminologii kulinarnej sformułowanie „à la polonaise” dotyczy polewania rzeczy maślaną bułką tartą? Wspaniałe, zwłaszcza jak się czyta o podawanych w ten sposób sercach palm czy płaszczce). Na deser w tymże Schabowym duszony rabarbar, pod budyniem i kołdrą ze smażonych na maśle porwanych strzępków chałki. Masło, masło, masło – rdzeń zachwytu bez zmian. Test tej miłości już niebawem, w salonie Warsaw Poet, pod warstwą białego jedwabiu. Nadal nie mam butów, za to wiele snów o klęskach. Jedna z nich jest rzeczywista – baletowy występ, którego perspektywa od półrocza wyciska ze mnie siódme poty, pokrywa się terminami z wieczorem panieńskim ORAZ ze ślubem.

 

Na deser zdanie zadanie – gdybyś mogła powtórzyć dowolny dzień ze swojego życia, to który?

 

k.

 

 

 

23 kwietnia jak maj, poniedziałek

ten kwiecień to okamgnienie, ale wyjątkowo ładne. prędka wiosna i buchające bzy w okolicach dwudziestego dnia miesiąca to chyba niezbywalny dowód na globalne ocieplenie. kraków w ostatnich tygodniach jest wspaniały, przeżywam ostre wzmożenie na jego temat, i tak co roku. zapach świata przed deszczem, zapach świata po deszczu, w ogóle- zapach świata.

 

na czym mija czas, oprócz czasochłonnej terapii- na wycieczkach o świcie na giełdę kwiatową pod kierownictwem madzi (kupiłam sobie eukaliptus i paproć, która wygląda jak nać włoskiej pietruszki). na długich dniach ciepła i podglądaniu jesionu, który wyciąga co dzień bardziej zielone ręce w stronę naszych okien. na kolejnych pętlach wokół plant, które przypominają dżunglę i co chwila pachną czymś nowym. na rankach, popołudniach i wieczorach pod lipą przy żonglerce (od kilku dni już widać, że to będzie lipa). wieczorem można podglądać panią cukierniczkę pracującą w oknie cukierni po drugiej stronie ulicy, pachnie wtedy masłem i cukrem. na pierwszych burzach. na zachwytach tłustym szpalerem bzów przy ulicy retoryka. na częstych wędrówkach przez ulicę studencką, garncarską, wenecję (moja ulubiona), aż na zwierzyniec po drugiej stronie alei krasińskiego, albo w drugą stronę, przez batorego, łobzowską, szlakiem aż na stary kleparz- w pojedynkę, z matko albo z basią i małym guciem. na czytaniu w ogrodzie przy muzeum mehoffera, gdzie kwitną na biało drzewa owocowe, na ławce pod wyrośniętym białym bzem. na wycieczkach w beskid sądecki i nad jezioro rożnowskie. na jedzeniu- szparagów (to codziennie), serów i kiszonego czosnku niedźwiedziego (boski) w żonglerce, ziemniaków pieczonych z czosnkiem niedźwiedzim, ricotty i mozzarelli, niepokojących ilości zielonych liści, sals ze świeżych naci i ziół, lodów z placu szczepańskiego, ryb nad jeziorem, z pierwszym zachodem słońca; rukoli i sałat podlanych winem musującym, ale według pomysłu molly z jej pierwszej książki- z pistacjami i gorzką czekoladą, ale pomysł! pyszne z prosecco. i na piciu- głównie ziół, zjawiskowej prosy (żonglerka) i affogato. i na nieśmiałej myśli, że wraca we mnie życie- bo znowu chce mi się pisać, myśleć, biegać i pić.

 

w weekend znów przeczytałam „five quarters” rachel, piękna, piękna książka. dziś wieczorem lecimy do włoch, lądujemy w pizie, planujemy zajechać do rzymu jak najbardziej okrężnymi drogami (w końcu wszystkie i tak prowadzą do rzymu), a wracamy z neapolu. nie mogę doczekać się ostatniego tomu ferrante i paru innych rzeczy.

 

a.

9 kwietnia, poniedziałek

gałązka forsycji ze starego kleparza zakwitła po świętach, wbrew zapewnieniom pani z zielenią (swoją drogą co za czasy, płacić za ramiona drzew…). wraz z płonącą na parapecie forsycją przyszła wiosna. rano czytanie przy otwartym oknie, nieustające zdziwienie, że znów śpiewają ptaki i że świat ma zapach. piję kawę i oglądam słońce łażące po ścianach i kredensie, równie nieustająco (nieustająco oglądam i nieustająco łażące). jesień do społu z zimą to niepotrzebne okaleczenie.

 

w tym roku po raz pierwszy wyprawiłam święta, choć to chyba oświadczenie trochę na wyrost, bo trudno mi powiedzieć czy sposób obowiązujący od lat w mojej rodzinie- a właściwie jego brak- to jeszcze obchodzenie świąt. ale był bukszpan i rzeżucha, jaja i żurek, chleb i masło, pierwsza wiązka szparagów (z cypru, według informacji na tasiemce) z sosem gribiche (bon appetit), ćwikła i chrzan, ziemniaki pieczone z ziołami i czarnymi oliwkami ze słoikiem domowego aioli, szarlotka i laskowe ciasto nigela, kawa i musujące wino. wiatr, ulewy, chłód, pierwsze ciepło. i rola, w której jednak czuję się dobrze i bezpiecznie- lubię być gospodynią.

 

i ja jem sporo stir-frajów, głównie takich a la „fried rice”, gdzie w roli ryżu występują różne „fried grains”- ryż czarny lub brązowy, komosa albo biała kasza gryczana, z grubymi paluchami imbiru, całymi pęczkami dymki, zielonymi liśćmi (szpinak, jarmuż toskański, boćwina, czosnek niedźwiedzi), jajkiem i nerkowcami, z kimchi, które dostałam w prezencie od mojego ucznia-kucharza. tata z kolei podarował mi torbę wędzonych pstrągów- część zjadłam w sałatce z ciecierzycą, natkami, dymką i jajami na twardo, z pozostałych zrobiłam w sobotę wspaniałe brandade (smoked trout brandade, przepis z bon appetit), które zjedliśmy z entuzjazmem i z młodymi liśćmi z winegretem z dijon, śmietaną i piętką taleggio (strasznie mi ostatnio smakuje). śniadania- omlety z czosnkiem niedźwiedzim albo pokrzywą, grzanki z labneh i z tahiną, koktajle i soki z warzyw, jaja na miękko z pesto, komosa z duszonymi z gryczanym miodem renetami, które nie zmieściły się do szarlotki. wczoraj, po całej niedzieli włóczęgi po krakowie (wisła, stare dębniki, zwierzyniec, planty), na obiad sery (WSPANIALE I POLSKIE) i musujące wino w żonglerce, na podwieczorek galette complete z psa pianisty, na kolację- „kariera artura ui” w teatrze słowackiego (michał majnicz w głównej roli, poza tym nic interesującego).

 

poza tym kolejne miski sałat. wyniosłam z domu rodzinnego głęboką nieufność do nowalijek, pierwsze ogórki i pomidory kupuję w lipcu, rzodkiewki w okolicach czerwca. o ile cypryjskie czy włoskie szparagi albo ziemniaki nie budzą we mnie sprzeciwu- tam przynajmniej świeci słońce, i to nie od dziś, podobnie jak importowane zimą z włoch różne cykorie- w końcu liście zimowe- to rodzime warzywa na przednówku są jednak podejrzane. z tego co mi wiadomo, wzrastanie w egipskich ciemnościach służy głównie belgijskiej cykorii, a niespecjalnie hojne temperatury jarmużowi i kapustom. ufam właściwie dwóm gospodarstwom- podkrakowskiemu jedynie i rodzinnemu moich rodziców. a jako że u rodziców grządki jeszcze nagie (góry), jeżdżę po zakupy do jedynie i jem to, co już im urosło- czyli nieśmiałe pęczki musztardowca, rukoli, pokrzywy i mizuny, dymkę i cebulki przypominające te z kalabrii, drobną boćwinę, zioła, buraki chioggia i kwiaty do sałatek, plus czosnek niedźwiedzi z targu pietruszkowego i sporo awokado. cierpliwie czekam na resztę i wychodzę jednak z założenia, że wszystko w swoim czasie. jest to zresztą to, co w jedzeniu ostatnio interesuje mnie najbardziej. zmienia się też sposób, w jaki robię zakupy- dotąd listę sprawunków dyktowała druga lista, ta z przepisami, z których miałam zamiar gotować; teraz znoszę do domu pojawiające się kolejno warzywa, upolowane zioła albo zimowych jeszcze weteranów zastanawiając się po drodze, co z nich zrobię. więcej też wokół tego wszystkiego myślę.

 

przepadłam w ferrante (nie wiem, czy jest w tej sadze coś interesującego dla chłopaków, ale ja jestem przygnieciona szczerością relacji między tymi wpierw dziewczynkami, a potem dziewczynami- miłość i niechęć, przywiązanie, podziw i zazdrość, oddanie i zawłaszczanie, wzajemność i jej brak, uciekanie i powroty, moim zdaniem na tym zasadza się dziewczyńska przyjaźń; momentami porażające). wariuję już od niej i od neaoplu w krakowie. czekam na biografię herberta. cieszy mnie każdy dzień, kiedy nie boli.

 

a.

 

 

 

 

9 kwietnia, poniedziałek

Po mojej stronie cisza, bo żytko powoli rośnie gdzie indziej. Kiedy stał się kwiecień? Pierwszy ciepły weekend spędziliśmy na puściutkim Helu, w piasku drobnym i białym jak semolina, z psem opierającym pyszczek o kolana, butelką piwa w dłoni, przy kartach (przeciwko ludzkości, dawno mnie tak nie bolały dołeczki w policzkach). Mimo że wiatr od morza szedł jeszcze chłodny, to w Warszawie zastaliśmy lato (dziś już gołe kostki, buty bez skarpetek, rower), ale po drodze minęły święta, więc za pamięci odnotowuję: pascha zdobyła Dolny Śląsk (nie mogło być inaczej, kilogram sera śmietankowego ze Strzałkowa ma właściwości magiczne), mazurek różany nadal smaczny, pierwsze zaproszenia na nasz ślub rozdane. Mają pieczęć lakową z wzorem gałązki rozmarynu, akwarelowe malwy i każdą literkę napisaną ręką mojej prywatnej Pollyanny Uli.

 

W talerzach mamy ostatnio kuchnie świata. Marcin gotuje sporo prostej Azji – wieprzowina z zielonym pieprzem, fasolką i liśćmi bazylii w kokosowym curry, stir fraje z orzeszkami ziemnymi i chili, kleisty ryż z mango na niedzielne śniadanie – to wszystko efektem miesiąca odkryć, bo okazuje się, że na Grochowie, tuż koło nas, jest sklep irański i fromażeria, dalej, na Saskiej Kępie, przyzwoicie wyposażony francuski, między innymi w comté, st. felicien, którego nazwę pamiętam głównie dlatego, że tak miało na imię jasnowłose dziecię, którym opiekowałam się w Szwajcarii – i które w wieku trzech lat jadło te serki jak jabłka; herbatki tisane, kanistry kremów balsamicznych z figami, orzechami laskowymi, jabłkiem, bagietki, wino. Wreszcie, w małym boksie galerii na Szembeku, Azja. W temacie Francji – soupe au pistou Davida Lebovitza z fasolą borlotti, sporą garścią tartego parmezanu i pajdą chleba. W temacie sera – tacos z chili sin carne, pieczonym batatem, rzodkiewką, śmietaną i cheddarem. Na ostatniej stronie zimy kremowa fasolowa z pieczoną papryką i salami w ramach chorizo (z tego przepisu), z połową kostki masła, kremówką i złotą grzanką na talerzyku obok. Ale to już przeszłość, teraz lody (pierwsze w Sopocie, w jasnym i pięknym mieszkaniu Kasi), wszystko co chrupie (ta sałatka z czerwonej kapusty i ciecierzycy z orzechowym dressingiem nie przestaje mnie zachwycać, wzbogacona o pieczone bataty, smażonego bakłażana lub paprykę i ogórka oraz dodatkową garść orzeszków ziemnych przejęła moje zeszłotygodniowe obiady), granola lub jogurt z lemon curdem, który wypiera ciepłe śniadania. Oczekiwanie na pierwszego szparaga i prawdziwy owoc.

 

Nie wiem co się ze mną stało, ale w ciągu ostatniego miesiąca zjadłam ze dwa kilogramy surowej czerwonej papryki, kilkanaście bukietów rzodkiewek i furę zielonych ogórków, nie ma posiłku bez wściekłej ilości sałaty z winegretem, polubiłam się też z wędzonym tofu – tylko musi być twardziutkie – a ostatnio ugotowałam nawet, chyba pierwszy raz w życiu, budyń. Zwykły, waniliowy, z żółtkiem i masłem. Życia się zmieniają. Nie zmienia się za to stosunek do fine diningu, który jest niejako obowiązkiem zawodowym – w czwartek w Bez Tytułu na prasowej kolacji było wszystko – ośmiorniczka, płaszczka, kaczka, przegrzebek – bez zarzutu i bez emocji, chleb z solonym masłem z gałką muszkatołową i orzechami laskowymi znów wygrał z każdym wielkim talerzem upstrzonym kropkami z sosu.

 

Cieszę się na tyle spraw, że aż mi nieswojo: wylegiwanie się w ogrodzie moich rodziców i na działce rodziców Marcina, truskawki ze śmietaną, pomidory z brzoskwiniami, obiady złożone z gotowanych jarzyn w bułce tartej i jajek sadzonych, na noszenie mojej nowej lnianej sukienki, w której wyglądam jak matka, na życie na kocu. Jak tylko wybuchną liście, to uwierzę w ten czerwiec, ale dziś jeszcze nie wierzę, że to już, że ja.

 

k.