Archives

18 marca, niedziela

po mojej stronie cisza, bo wydobywają się ze mnie ostatnio głównie onomatopeje wyrażające różne szczeble bólu i wrażeń cielesnych oraz takich natury nieurologicznej, a to niespecjalnie ciekawe. choć dzieją się ze mną sprawy przedziwne, w życiu nie dałabym nikomu wiary w takie rewelacje. jest to wszystko bardzo czasochłonne i wyczerpujące. marzec ukradły mi herxy, o których istnieniu miesiąc temu nie miałam pojęcia, a teraz, skoro już je znam, to zamierzam chociaż wykorzystywać je w rozgrywkach w scrabble.

 

nie pomaga mi też łachudrowaty klimat umiarkowany, który, jak wszystko w tym kraju, nie zna umiaru. albo słoneczna niedziela pod niebem i siedemnaście stopni na plusie i rozbudzone nadzieje, albo taka z zamiecią śnieżną, jedenastoma stopniami na minusie i ogniem w kominku. ostatnio stoję (twardo) na stanowisku, że życie w ojczyźnie to straszna strata czasu.

 

jem to, co rozsądne, ale nie jest to dla mnie specjalnie przykre. co tydzień nie wolno mi czegoś innego, ale i z tym nieźle sobie radzę. sporo na ten temat myślę, ale o tym innym razem.

 

duży entuzjazm na temat magazynu „pismo”, co o nim myślisz? dawno nie zdarzyło mi się czytać gazety od okładki do okładki, w dodatku z dużym zacięciem i z poczuciem, że mnie od tego przybywa. alleluja. chyba jeszcze większy entuzjazm na temat „the food programme” radia bbc, dzisiejsza audycja z nathanem myhrvoldem o przeszłości i przyszłości chleba pasjonująca. boże jedyny, jak ja lubię, gdy ktoś w końcu nie plecie oczywistości na bardziej lub mniej oczywisty temat (pewnie stąd po części sympatia do „pisma”). miewam dość poważne reakcje alergiczne na oczywistości, od razu wszystko mi mdleje i krew mnie zalewa. inne ulubione ostatnio odcinki „the food programme” to ten o aperitifach, pionierskich włoskich knajpach na londyńskim soho, o gorzkim smaku albo o strączkach.

czytam ferrante, jeszcze nie wiem, co o tym myślę. wstrząsnął mną wywiad z jackiem leociakiem w „świątecznej”, jestem załamana. dla równowagi poczytam sobie do snu dziennik osieckiej i może wypiję inkę.

 

a.

5 marca, poniedziałek

„An almost used-up luxury” – przeczytałam dziś w internecie, że to podobno mają w swoich kuchniach szczęśliwi ludzie. Oliwa truflowa i pasta z tegoż grzyba nietknięta. Pistacji pełen worek, włoska polenta nie odpakowana od miesiąca, sztabka marcepanu od trzech. Ale jednak jestem szczęśliwa, bo jem ostatnio dużo prostych kanapek, trzy dni w tygodniu na śniadanie orkisz z granatem, różanym jogurtem i płatkami migdałów, zupę pomidorową, do której passatę podsmażam na ćwiartce kostki masła. Pieczone w oliwie drobne kostki ziemniaków z jajkiem sadzonym i majonezem, takie patatas marzec. Jabłka z masłem orzechowym i waniliowe serki. Na wszystko przyjdzie czas, ale te trufle to chyba jednak komuś oddam.

 

Wart odnotowania jest fakt, że ostatki tłustej zimy przyszło nam spędzić w Salzburgu, gdzie jechaliśmy sto godzin, grając w Masterminda i jedząc kanapki z serem, po to by godnie towarzyszyć Uli w przejściu przez granicę trzydziestu lat życia. Najpierw była sama niespodzianka, rozdziawiona buzia i dużo uścisków, a potem kajzera (czy ta nędzna bułka ma coś wspólnego z jakimkolwiek cesarzem?) z leberkäse („zapiekany pasztet wątrobiany”, jezu, google), musztardą i marynowaną papryką i wędrówka pod zaśnieżoną górę, do schroniska. Na kolację dostaliśmy wyjątkowo smaczną lazanię z grubą pierzyną sera, a potem jeszcze pani przyniosła nam na srebrnej tacy knedle chlebowe ze szpinakiem, ciężkie kule z koroną z prażonej cebulki, utaplane w maśle. Trochę szkoda, że sezon na ciężkie i w maśle nieśmiało zmierza ku końcowi, bo mam ochotę przerobić w ten sposób własny bochen, ale znając polską wiosnę, to jeszcze nie raz będziemy wycierać buty z błota. Co się odwlecze, to zjem. Następnego ranka wyszliśmy na biel, wsiedliśmy na sanki i ruszyliśmy w dół najpiękniejszą trasą, jaką widział świat (czyli tą samą, co wieczorem). Nie wiem, jak inni dorośli to robią, że panują nad emocjami, ale mnie się to rzadko udaje, a już na pewno nie wtedy, gdy strzygę piętami świeży śnieg, wywracam się na zakrętach i sunę w upstrzony sosenkami biały bezkres jak jakiś górski łobuz. Kwikom nie było więc końca, a wisienką na torcie tej podniety był gigantyczny kaiserschmarrn, który zjadłam u podnóża góry, zanurzając kolejne chrupkie kęsy w musie jabłkowym i śliwkowym i popijając mlekiem z kartonu. Na odchodne Ula spakowała nam prowiant, jak zawsze na medal – oprócz ładnie wypakowanych kanapek dostaliśmy kawał wspaniałego tortu czekoladowego z masłem orzechowym i dżemem ze śliwek z Gubina, który zjedliśmy w jednym z pociągów za pomocą wspólnej łyżeczki. To już postanowione, za rok prawdziwe ferie i wreszcie nauczę się jeździć na nartach. Kto wie, może potem zaszaleję i zrobię prawo jazdy!

 

Jestem całkiem zadowolona z efektów Gali Oscarowej, chociaż oczywiście jej nie oglądałam, bo niemożliwością jest dla mnie szczęśliwie przetrwać noc bez snu, to już wiem. „Kształt wody” urzekł mnie zupełnie już w zeszłym tygodniu (może również dlatego, że podczas seansu jadłam oburącz wielką, oblepioną kruszonką, drożdżówkę z serem z Lukullusa), naiwny, słodki i dziwny, jak skrzyżowanie Amelii z Avatarem. No i te wszystkie nagie piersi na ekranie, takie dorodne! Z kolei w miniony weekend obejrzałam „Florida Project” – strasznie głośny i kolorowy, nie mogłam przestać uciekać myślami w kierunku obiadu – i „Jestem najlepsza. Ja, Tonya” z którego wyszłam z kina taka zła, taka roztupana i zachwycona. „Lady Bird” jeszcze przed nami, czekam jak na najlepszy deser.

 

W temacie „Stu lat” – ona jadła też wapno ze ścian, pamiętasz? Czytałam to dawno temu, na plaży w Hiszpanii, żując swoją zakładkę zrobioną z kartki w kratkę (obecna: saszetka szamponu pszenicznego marki Vianek, w „Romansie prowincjonalnym”) i chciałam tej ziemi i wapna spróbować. Zwalam to na niedostatki (umysłowe lub biochemiczne) wieku szczenięcego.

 

W temacie szczeniąt – wreszcie jest w domu ktoś, kto je ze mną poranną owsiankę. W mojej misce tahini, kardamon, granat i jeszcze garść sezamu, w Chałki pieczone jabłko i twaróg. Odtłuszczony. Ewenement.

 

k.

4 marca, niedziela

życie nagle zrobiło się małe. przychodnie, laboratoria, szpital, gabinet, w którym spędzam dziesięć i pół godziny każdego tygodnia (do odwołania). codzienność wspierająca się o nowe filarki. plany i podróże, które trzeba przesunąć na trochę później. boleści, które szturmują nagle i nigdy nie wiadomo z której strony. to wszystko jest dla mnie niełatwe, frustrujące i nowe. najtrudniejsze jest chyba przyjęcie do wiadomości, że choruję i że to potrwa. że pewnych rzeczy mi nie wolno albo odwrotnie, właśnie że coś powinnam, choć jestem temu niechętna. jak widać mój programowy fatalizm jednak znajduje uzasadnienie w tak zwanej rzeczywistości (taki jak ten rebeki ze „stu lat samotności”, tej, która jadła ziemię ze smutku. swoją drogą zamierzam przeczytać od nowa marqueza, ciekawi mnie, czy „sto lat samotności”, „jesień patriarchy” albo „miłość w czasach zarazy” robi wrażenie tylko na pesjonarkach, czy może na większych dziewczynach też)- bo jednak często towarzyszy mi myśl i jakiś zgrzyt sumienia, czy można bezkarnie miło żyć, skoro za drzwiami wiadomo co się wyprawia. duża lekcja.

 

w dodatku przez jakiś czas (do odwołania) nie mogę jeść ani pić bardzo wielu rzeczy, które jednak dotąd bardzo jadłam i bardzo piłam. w ich miejsce pokaźne ilości witaminy c (plus kroplówki), magnezu (plus kroplówki), witaminy d i innych witamin. piję jakieś dziwne oleje, jem siemię lniane, piję zioła, wyjadam drugi słój kapusty kiszonej (od taty). w ogóle mam wrażenie, że pół doby tylko coś łykam i wypijam. żeby było jeszcze bardziej atrakcyjnie mój chłopiec do końca marca może jeść jedynie produkty w kolorze śniegu albo bladości. niestety, dość często nasze zalecenia dietetyczne wzajemnie się wykluczają, wobec czego gotowanie czy wybór restauracji przypomina nagle grę w scrabble. wygląda na to, że przez miesiąc będę prowadziła podwójną kuchnię- dla matko puree ziemniaczane, ryż, białe kasze, owsianki, chleb i makaron, dla mnie warzywa, curry, ryby, kiszonki i bardziej złożone zboża.

pierwszy szok minął i znoszę to wcale nieźle. wczoraj, przygotowując się do zakupów na hali targowej (teraz muszę przygotowywać się nawet do zakupów na bazarku), pomyślałam nawet, że to całkiem interesujące i pouczające. mamy w tym roku prawdziwy wielki post. z plusów- zaprzyjaźniłam się na dobre z heidi swanson, nie rozstaję się z „plenty more”, zamierzam w końcu skorzystać z przepisów, które wiecznie odkładałam na później albo które wydawały mi się „za zdrowe”, mam bardzo ładną cerę, a przez mieszankę ziół, którą muszę pić trzy razy dziennie, już naprawdę nic innego nie jest dla mnie za gorzkie.

 

co na talerzu- dziś rano gryczane galette z moim nowym ulubionym twarogiem (nie powinnam), ze słoikiem czarnej porzeczki od mamy (to ja). wczoraj na obiad placki z pora yotama (samograj, przepis z „plenty”, wyrzuciłam z nich natkę pietruszki, kurkumę, kolendrę i chili, bo matko), z cykorią z orzechami włoskimi i olejem z orzechów włoskich. w ubiegłym tygodniu- brokuły pieczone w curry, z ziołami i fistaszkami, na kałuży tahiny (heidi swanson), kolendrowa zupa z soczewicy (heidi), zupa z porem (dostałam torbę grządkowych od rodziców), fasolą i pieczonym kalafiorem z brązowym ryżem, jedzona z prażonymi laskowymi i śmietanką kokosową (heidi, mówiłam, a poza tym jest biała. w oryginale kalafior nie jest pieczony, a jedynie wrzucony do zupy, ale stwierdziłam, że to będzie mdłe i go opiekłam), sporo niepalonej kaszy gryczanej, cykorie z cytrusami, dużo awokado, miski sałatek z siekaną brukselką i jarmużem, humus, grejpfruty i orzechy. w ubiegłą sobotę pęczak a la risotto z pieczoną brukselką i skórką zdjętą z dwóch cytryn („plenty more”, pyszne, jeszcze p.b.e [przed białą erą]), w niedzielę poszliśmy do fariny na ryby- smaczna zupa rybna i cały okoń pieczony z nacią pietruszki i czosnkiem, do tego szpinak z rodzynkami. kefiry (klimeko, jako jeden nielicznych nie w składzie mleka w proszku. wraz z nowym rokiem wypowiedziałam wojnę mleku w proszku w moim nabiale) i kapusta kiszona. dziś pstrąg w karakterze, taki z oliwą z fermentowanym czosnkiem i bundzem, wyjątkowo niezły. po dwóch tygodniach z inką znów piję kawę. z przyczyn ode mnie niezależnych niespecjalnie mogę pić mleko, w związku z tym w zeszłym tygodniu zrobiłam słoik mleka z (prażonych) pestek dyni (bardzo dobre!), dziś moczę migdały na kolejny słoik. uwaga na marginesie- uważam roślinne mleko w kartonie za wyjątkowe gnojowisko, czego tam nie ma w składzie- maltodekstryna, skrobia, cukier, soja, gumy, karagen, jakieś szyfry; samobój. jak widać daję szansę organizmowi żeby się wykazał.

 

jeśli nie ma mnie w domu albo akurat nie walczę ze sobą w przybytkach okołozdrowotnych to jestem w kinie. wiele dobrych historii, nie pamiętam takiego sezonu. w zeszłą sobotę spłakałam się na filmie o demokracji (nowy spielberg), w niedzielę piękna „nić widmo”, duża przyjemność. wczoraj urocza „lady bird”, wzruszenie za szczenięcą dziewczyńskością. razem z „tamtymi dniami, tamtymi nocami” i dziennikiem osieckiej tworzy triduum tęsknot za młodością i za czasami kiedy było dużo czasu, jakoś jest mi to ostatnio potrzebne. a dziś na drugie śniadanie „ja, tonya”- i znowu dobre. dziękuję ci, kino i arsie.

 

a teraz muszę iść spać (21:45), bo przed trzecią rano wstajemy na galę oscarową. będziemy jeść włoskie sery, orzechy i gorzką cykorię, a rano zaparzę nam inkę, to jeszcze razem możemy.

 

a.