Archives

31 stycznia, środa

Poranki: plié, chassé, assemblé, szpagaty, brzuszki, nadzieja (na podniesienie kiedyś może nogi tak wysoko, jak trzeba, na pokaz, który ma być wiosną, naprawdę), mroźne słońce w okienku dziedzińca; dom za dnia – podłoga błyszczy, w gazecie dobre rozmowy, na blacie dwa żytnie bochenki, całkiem zgrabne jak na półroczną przerwę (no, półtora, bo śniadanie – grube płatki belgijskiego sera, solone masło, jajko na miękko, herbata z wiśniami). W garnku metr sześcienny złotego rosołu, bywa, że jem go tydzień, codziennie, jak kolejne dawki lekarstwa. Za oknem gruby, lekki śnieg, jakby ktoś porwał chleb.

 

 

Popisy: najlepsze ze wszystkich dotychczasowych szwedzkie supełki (Linda Lomelino, ale dodałam kardamonowy cukier, w każdym razie dwie kostki masła na 80 deko mąki), migdałowe ciastka ze skórką cytrynową (Rachel Roddy dla Guardiana), domowe digestive z mąki orkiszowej z chrupiacą warstwą gorzkiej czekolady i solą morską (Walecka), czekoladowe, mokre babeczki z wiśniami spod Włocławka rocznik 2016 (dla chłopca); też ów fenkuł i pomarańcze, sok strumieniami, na choroby, w lepkich, podduszonych z oliwą półksiężycach fenkułu tłuste kawałki dorsza, sok z cytryny („Two kitchens”), chleb, majonez; żoliborskie naleśniki z ricottą i jagodowym sosem z kokosem u Toli, Pawła i Gugu; dhal z soczewicy, ze śmietaną i kolendrą, gęsta zupa z czarną fasolą i orkiszem, kawałek cheddara zamiast kromki chleba; bardzo wiele serków homogenizowanych waniliowych (z krówką w fartuchu), ale zapalenie zatok ma swoje prawa.

 

Praca: monument z ciasta drożdżowego wielkości małego jamnika, kostka masła, jemy wszyscy na obiad, niektórzy stoją przy zlewie, inni mruczą przy stole, zbierając palcem kruszonkę; pasztet z wątróbek (łyżeczką z kokilki) na maślanej grzance, miód, gruba sól, tymianek; zbliżający się sezon na Fine Dining, dziś pierwszy odcinek: Casa Pablo, najbardziej nie mogę się doczekać krokiecików z beszamelem; w poniedziałek i wtorek Rzym – dwanaście stopni i słońce, moje usta liczą na karnawał (te pączuszki, cenci, maritozzo – które wydaje się być włoskim odpowiednikiem semli, wszyscy jesteśmy jednym światem), suppli, karczochy.

 

Tête-à-tête: onigiri z wieprzowiną z miso, udon z kaczką, smażony kurczak w lepkim sosie imbirowym, makrela z chrupiącą skórką, sałatka z rzodkwi, miska edamame z solą, wieprzowina w panko, omlet i miękka cebula z bonito posadzone na ryżu, dwa jasne piwa – Sato gotuje na Ochocie naprawdę dobrze, jeszcze nigdy kuchnia japońska nie smakowała tak przyjaźnie.

 

Lipiec: cydr, solone masło i karmel, biało-szare domy, ostrygi, słony wiatr, gryczane naleśniki; mamy bilety do Paryża, mieszkanie w Nantes (z widokiem na targ) i mały, biały domek na półwyspie Quiberon. Niech no tylko weźmiemy ślub.

 

Dziś: kino (boję się zawodu przy „Tamtych nocach…”, ale wyrosłam też już chyba ze stawania w kontrze do rzeczy popularnych dla samego faktu stawania w kontrze), jutro: macanie francuskich koronek u Natalii Siebuły, w piątek: praca na randce, nad talerzem cassoulet z fasoli z estragonowym pesto i zwojem tagliatelle z truflą. Wychodzimy z zimowego snu.

 

k.

 

 

29 stycznia, poniedziałek

dziś refleksje natury ogólnej.

 

na początek piśmienniczej.

 

wpierw wojciech nowicki i jego recenzja restauracji pod baranem sprzed dwóch piątków (krakowskie wydanie magazynu „co jest grane”). otóż moim zdaniem w ojczyźnie jest zaledwie jedna osoba predestynowana do recenzowania restauracji i jest to niestety wojciech nowicki. mówię niestety, bo tak się składa, że niespecjalnie za nim przepadam, co jednak czyni moją opinię dalece bardziej obiektywną. w dodatku podobnego zdania jest jacek dukaj, co wiem od mateusza. wspomniany tekst o baranie- majstersztyk. mój główny zarzut pod adresem recenzji restauracji w ogóle jest taki, że są one zwykle nudne, zupełnie mnie nie zajmują. z reguły recenzent, najczęściej samozwańczy, przytula do siebie jakąś nieszczególnie wyszukaną formę, a następnie w kolejnych tekstach zmienia jedynie nazwę miejsca (najczęściej dopiero co otwartego lub modnego) i litanię zjadanych dań, operując ograniczoną (acz mocno egzaltowaną) pulą przymiotników i porównań. nie nowicki. jego teksty to żonglerka, tłusty język, ironia, zakonspirowane smaczki, zawsze forma, zawsze treść, merytoryczność, brak tej powszechnej miałkości, sprawiedliwość, demokratyczność. ma swój język. sporo od niego wiem. z jednakową uwagą traktuje wystrojone restauracje restauracje i małe bary, sklepy i bazary; umie znaleźć się na modnym festiwalu kulinarnym i na gali, w polsce i za granicą (przykładem niedawny tekst z chicago). wraca do miejsc, w których już kiedyś jadł, publikuje aktualizacje opinii. bardzo często mnie ten gość wkurza, ale nie sposób mu niczego odmówić. znać, że pisarz i fachura. piątkową wyborczą kupuję właściwie tylko dla niego. nad recenzją barana śmiałam się w głos w autobusie do wrocławia, świetnie bawiąc się nad aluzjami do michała pawła markowskiego, profesury krakowskiej i krakowskiej zachowawczości.

 

dalej książki kucharskie. dostałam ostatnio w prezencie cztery. książki kucharskie kupuję rzadko, raz lub dwa razy do roku. mam ich niespecjalnie dużo i jest to świadoma polityka. wspominałam już o „vegetable book” jane grigson i donoszę, że po miesiącu entuzjazm jedynie rośnie.

mam „sweet” ottolenghiego i goh i powiem coś niepopularnego, ale nie wiem, co właściwie myślę o tej książce. rozumiem zachwyty, ale ja reaguję na nią jakoś opornie, co mnie dziwi. na pewno imponująca praca, bardzo demokratyczna i ładna, ale moje serce jest gdzie indziej.

głównie przy nowej rachel roddy, i tu odpowiadam z opóźnieniem na twoje pytanie- tak, jej pierwsza książka, o rzymie, jest równie wspaniała, mądra, czuła i ładna. chyba wolę nawet zdjęcia w tej rzymskiej opowieści. mam tam swoje ulubione teksty do których często wracam, na przykład ten o maśle albo o łuskaniu bobu i zajadaniu go pecorino, albo o piciu bąbelków do warzyw i owoców smażonych w głębokim tłuszczu. wspaniała zdolność do życia- i rachel, i włochów.

 

ale najbardziej czekałam na „bitter” jennifer mclagan.  jest to jedna z ciekawszych rzeczy, jakie czytałam. książka o ginie z tonikiem, cykoriach (zamierzam zjeść wszystko z tego rozdziału), grejpfrutach, bitterach, kawie, piołunie, piwie, orzechach włoskich, gorzkich pomarańczach, brukselce etc. wszystko dziko zajmujące, w tym sezonie jesienno-zimowym mogłabym jeść tylko gorzkie i pizzę (i koper włoski, i anchois). zostało mi kilka stron do końca tej biblijki, a gdy skończę to zamierzam przeczytać ją od nowa. a jutro wybieram się do apteki po chininę na tonik.

 

na drugim stosiku z książkami, tym nie o jedzeniu, „anglia, anglia” barnesa i giedroyć magdaleny grochowskiej (powrót po romansie z franzenem). już to mówiłam, ale powiem to znowu- dawno żadna książka nie wpędziła mnie w takie zdumienie i rozmyślenie, entuzjazm i przygnębienie. nauczyciele języka polskiego, historii i wosu powinni rzucić w cholerę podręczniki i korzystać z grochowskiej. mam wrażenie, że mądrzeję od tej książki w tempie ekspresowym. okazuje się, że nic zupełnie nie wiedziałam o herlingu-grudzińskim, listy osieckiej do giedroycia cudne, rozdział o miłoszu ulubiony.

 

w weekend dwa razy w kinie- w sobotę „tamte dni, tamte noce”- jakie to ładne, pisałam później buni, że jeśli ktoś uratuje kino, to będą to włosi. nie sposób nie pomyśleć o czasach, gdy lato trwało w nieskończoność i na wszystko był czas, i gdy człowiek miał możliwość nie robić w ogóle niczego, bo nie było internetu, komputerów i smartfonów. w niedzielę churchill- wspaniałe! wspaniałe, wspaniałe, wspaniałe. w styczniu obejrzeliśmy też „working girl” i „the big chill”- ten ostatni szczególnie miły, werandy południowej karoliny, ścieżka dźwiękowa, wszystko ładne.

 

wracając ostatnio z zakupów na kleparzu doszłam do wniosku, że oprócz warzyw najbardziej na świecie kocham ser. stary kleparz to raj na ziemi- mirco i sery włoskie, sklep z serami holenderskimi, nowa budka z zagrodowymi serami polskimi, kawałek dalej le rond i francja. tracę tam rozum i mnóstwo pieniędzy. czytanie o serach to z kolei moje comfort reading- na przykład dziś o robioli, której smak przypomina podobno „kombinację jaśminu i przepoconych skarpetek”(hm), i do której pasuje chleb toskański i marmolada z pomarańczy. jutro w takim razie idę po robiolę.

 

jem to samo co cały czas, czyli cykorie, pomarańcze, fenkuły, ser i pizzę, a jeśli nie to soupe au pistou, kaszę gryczaną ze śmietaną i twarogiem (to na śniadanie), w sobotę ragu bolońskie, zimowe panzanelle, grejpfruty, kanapki z cheddarem, jajem na twardo i kiszoną kapustą, z marynowanymi marchewkami, negroni albo prosecco z martini i skórką pomarańczy. zjadłam całą tartę z creme fraiche i jabłkami, od mimi thorisson. w ubiegłym tygodniu postanowiłam podnieść swoje kwalifikacje w gotowaniu fasoli i ostatecznie upiekłam w piekarniku dwa gary- jeden według wskazówek marcelli hazan, drugi według przepisu heidi swanson z „near and far”- i zdaje się, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo. jakie to dobre!

 

ostatni crush– londyńska river cafe, obejrzałam i wysłuchałam wszystkich dostępnych w internecie i archiwum bbc wywiadów z ruth rodgers. i jeszcze zimowe menu restauracji palatino (też londyn).

 

koniec.

 

a.

 

 

 

 

 

 

16 stycznia, noc

Trzeci już dzień z rzędu jestem nieprzytomnie zakichana, a moje zatoki płoną, może więc dlatego zapomniałam o Twoich urodzinach. Wygląda jednak na to, że dostałaś z okazji ich obchodów prawie wszystko, co mogłabyś sobie wymarzyć, składam więc pocałunek na czole i winszuję Ci na uboczu (już zajrzałaś).

 

Trzeci już dzień z rzędu nie działa mi zmysł powonienia. Ostatni posiłek jaki pamiętam to obiad w Łubinowym Wzgórzu, w którym w czerwcu weźmiemy ślub. To było przeżycie na szczęście z gatunku bezpiecznych, bo lubelskie resorty spa chorują na tendencję do popisów, zwłaszcza, gdy na drzwiach mają nalepkę Gault&Millau. A tu tak, jakby miła babunia dążyła do elegancji – dużo masełka i śmietany, pęczak, jarzębina i gąska, królik w winie, confit z koźlęciny z salsą z ogórków kiszonych (pistacji, kolendry, limonki), halibut w palonym maśle z mirabelką i rumianym kalafiorem. Przerostu formy nad treścią nie odnotowano i chociaż może faktycznie mają za dużo przecieranym mebli udających starą Francję, to bardzo się na to przyjęcie cieszę, bo będzie czerwiec, naprawdę kiedyś będzie czerwiec. No i na moje wypracowanie pod tytułem „Co lubię jeść latem” państwo niezwykle się ucieszyli, więc się dogadamy.

 

Trzeci już dzień z rzędu marzę o drożdżówce z serem z Lukullusa albo od Gessler, misce ciepłego puddingu ryżowego z masłem i cynamonem (jak w Szwecji), domowych frytkach z keczupem. Jest earl grey z sokiem malinowym i żytnie tosty z solonym masłem i marmoladą z sycylijskich pomarańczy. W temacie żyta: buzuje mi nowy zakwas, pora zarumienić chlebowe życie.

 

Z ciekawostek: mój pies odkrył smak twarogu i automatycznie też miłość, jakim go darzy. Jeszcze będziemy jeść z jednego garnka, tak jak w nowej Bator dwie tłuste ryby przypadały na dziewczynę i kota.

 

k.

15 stycznia, poniedziałek

wczoraj skończyłam dwadzieścia dziewięć lat i jestem trochę przejęta. z tej okazji (urodzin) od piątku robiłam to, co sprawia mi jedną z większych przyjemności, to znaczy jadłam głównie pizzę, chleb i affogato, było wspaniale. w piątkowy wieczór nolio (pizza nduja z dołożoną ricottą zajmuje drugie miejsce na podium, zaraz po aglio). w sobotnie popołudnie en plato i zjawiskowa pizza z wędzoną mozzarellą, escarolą, kaparami, oliwkami i anchois- łał; na deser canolo na pół. w sobotni ranek w drodze po chleb do zaczynu zaszliśmy do salwatorskiej kawiarni żonglerka, gdzie przydarzyły nam się same miłe rzeczy. dobra kawa i kanapki, za które masz ochotę wyściskać pana za barem- na świeżym chlebie zosi (nie sądziłam, że dożyję tego dnia), z przejrzałym, słodkawym serem ze zmarszczką pleśni z rancza frontiera, pieczonym batatem, awokado, pestkami dyni i garścią kolendry, z pytaniem „czy chcecie jajko na miękko i oliwę”? to kawiarnia, gdzie wspomniany już pan, na moją prośbę o jakąś korzenną herbatę, pyta, czy chciałabym do niej mleko. alleluja!

 

w dzień jubileuszu rano złoto i trufle- bo bochen chleba z zaczynu, z oliwkami i orzechami włoskimi, solone masło, miód i orzechy. brie z truflami, który sprawiłam sobie w le rond w prezencie, nie mam słów; oliwa truflowa kupiona w gubbio. tłusty biały ser, konfitury z czarnej porzeczki. przy toaście- prosecco z wodą różaną i odrobiną soku z granata. i kolacja w euskadi, które jest wspaniałe, o czym ostatnio trochę zapomnieliśmy. chorizo, chleb, oliwa. mały burger z baskijską wieprzowiną, domowe czipsy. wątróbka królicza w sosie śmietanowym na zgrillowanej brioszce. pyszne patatas bravas z aioli i z salsą z pomidorów (od piątku głosiłam światu, że na urodziny chcę tylko pizzę i ziemniaki z majonezem). ulubiona tortilla z dorszem i szpinakiem. pieczone pory z romesco. więcej chleba. więcej wina. karkówka z jakiegoś cudu, oliwa, tymianek. talerzyk maleńkich rybek usmażonych w cieście na głębokim tłuszczu, aioli, ćwiartka cytryny. przeżycie z rzędu tych wyższych. na deser, już w domu, affogato z lodami od włochów, i „pożegnanie z afryką” (płakałam). od dziś do kolejnych urodzin powinnam być na diecie.

 

koziorożec

 

11 stycznia, czwartek

cykoria z pomarańczami z sycylii. fenkuł z pomarańczami z sycylii. radicchio z pomarańczami z sycylii. cykoria, fenkuł i radicchio z pomarańczami z sycylii. ta sałatka stanowi obecnie jakieś trzy czwarte mojej diety codziennej. jak dotąd rekord to pomarańcze i cykorie na śniadanie, obiad i kolację. pomarańcze, fenkuł i cykorie to punkty stałe, a ze zmiennych- awokado, orzechy włoskie, ciecierzyca, czasami feta albo pecorino, zawsze olej orzechowy- mam w szafce z olejami i octami (moja ulubiona) taki z orzechów włoskich, laskowych albo z prażonych pistacjowych.

 

w przerwie od cykorii i pomarańczy- ulubiona zupa z kapusty, z pomidorami, winem, fenkułem i i kuminem (seeds). potrafi być skromna albo ekskluzywna- wtedy na stole grube podgrzane kromki chleba, oliwki, podsmażone chorizo, creme fraiche, dużo ziół, ciecierzyca.

sporo bawarek.

jabłka i sery.

w sobotę byliśmy w dopiero co otwartej nowej knajpie włoskiej (la carbonara), która przedstawia się jako rzymska osteria. z rzymu zupa z fasoli, krem z soczewicy (?), cacio e pepe i trochę pecorino, poza tym niespecjalnie rzymsko, a jedzenie też niespecjalnie specjalne, co zawsze mnie smuci. najbardziej smakowało mi chyba affogato z domowymi lodami waniliowymi, które wyprosiłam spoza karty. właściciel- włoch uroczy, a byłby jeszcze bardziej uroczy gdyby karmił makaronem z fasolą, fasolą w ogóle, anchois i cykoriami.

 

ten nowy rok goni za czymś zupełnie tak samo jak ten poprzedni, błędny rycerz. biegnie w smogu, ciemnicy i codziennych znojach.

 

a.

5 stycznia, nowy rok

ten dom nad polami to jedno z moich ulubionych miejsc do bycia. wszystko jak zawsze- w stary rok ognisko, patyki z kiełbaskami, kociołek z pieczonkami od oli i piotra, szklane butelki z cytrynówką marco. nad ogniskiem księżyc w zaawansowanej pełni, czyste niebo, gwiazdozbiory. tańce (w rytm playlisty „od zbawienia lepsza zabawa”) i jedzenie: rostbef marco- rolki z domowym majonezem- i moje do niego pikle (marchew i kalarepa) i sałatka z pieczonych ziemniaków, z marynowaną czerwoną cebulą i dymką, kaparami, zieleniną i sosem z majonezu i musztardy. labneh z oliwą i dukkah (przepis ducksoup), pasta z pieczonej dyni z tahiną i melasą z granatów(„jerusalem”), domowe chleby, maślany sernik buni, czipsy, włoskie sery i salami i coppa. bąbelki, aperol, a dla niektórych prosecco z cytrynówką. północ na tarasie. w nowy rok też wspaniałe jak zawsze: najpierw wspaniale- coraz wspanialsze!- naleśniki magdy i pawła (jesteśmy po bruderszafcie)- twaróg, skórka pomarańczowa, rodzynki, masło, masło, masło. na obiad chili, na deser wirtuozerskie tiramisu oli, chyba nie jadłam lepszego, wybitna sprawa. spacer, samotna godzina na tarasie objętym przez karkonosze, zajadłe rozgrywki w milionerów (znam wiele nowych słów). niemrawy powrót do domu, smutki, żmudność zwykłych obowiązków.

 

zdjęłam z tablicy kartkę z postanowieniami i zapałami z zeszłego roku, wygląda tak:

 

1.chleby z „tartine 3”

2.pikle

3.konfitury

4.drukować OD RAZU teksty, które zachwycają

5.pola paris

6.notować z książek, od razu, w jednym miejscu!

7.kwiaty i zioła

8.jaja w koszulce!

9.przygotowywać mięso bez nerwów

10.czytać poezję

sierpień- le grand aioli

listopad- kolacja dziękczynna

 

niektórych spraw nawet nie dotknęłam, ale patrzę na siebie z sympatią. w tym roku dorzucam punkt 11- więcej czytać po angielsku.

 

co mnie ostatnio zajęło- niegasnący zachwyt franzenem, czytam teraz jego teksty w „new yorkerze” (a propos- masz już ten głośny „polski new yorker”?). odsłuchiwane wywiady z franzenem. dziś w drodze z targu słuchałam wspomnienia o leszku aleksandrze moczulskim (dwójka), który zmarł w grudniu. krakowska brać w jednym studio- zagajewski, jan kanty, turnau. moczulski napisał teksty do kilku moich ulubionych piosenek, z którymi spędziłam sporą część tegorocznych wakacji- „linoskoczka” albo „wszystko co piękne”, ta druga- co za wiersz! dla równowagi słyszałam też rozmowę z bator- wciąż nosi koronę pretensjonalności, na swój sposób fascynujące. dostałam w święta „vegetable book” jane grigson, już rozumiem zachwyty rachel roddy i juliana barnesa. człowiek przez lata odurza się nigelem slaterem, a potem okazuje się, że to wtórne, że matką takiego pisania o warzywach jest jane.

 

dziś miły spacer bez pośpiechu, ostatnio gatunek zagrożony wymarciem. kiosk, okołorynek, stary kleparz, kawa w kaboom, planty, poczta. w siatce na zakupy białe główki rzepy z zielonymi warkoczami (na tę okazję tekst o zimowych rzepach na blogu rachel roddy, chyba sprzed roku), fioletowa cykoria, jędrny fenkuł, dwa awokado, wędzona sieja i zębacz. po grudniu jestem mięciutka jak święty mikołaj, chyba trzeba nieco zacisnąć pasa.

 

zmyłam dziś parkiety, wyszorowałam zlew, zmieniłam pościel. mogę zaczynać rok.

 

a.

 

 

2 stycznia, dwa tysiące osiemnasty

Jakoś tak ostatnio bywa, że w wolne dni nie tykam telefonu, a już tym bardziej komputera, stąd milczenie, po co zresztą mówić, jak nie ma specjalnie o czym – nieśmiało mi pisać o znużeniach i złostkach. Święta na szczęście takie same, jak co roku, bez specjalnych uniesień, bo akurat tej całej kapustno-barszczowej tradycji kulinarnej wielką fanką nie jestem: na podium indyk z wątróbkowym nadzieniem, cytrynowe ciasto z lukrem, bułka drożdżowa z plastrem pasztetu i ćwikłą, sernik z ricottą i kołdrą żurawiny oraz, o dziwo, karp – nie wiem, jak babcia to zrobiła, ale ze smakiem zjadłam trzy soczyste kawałki. Nadal dojadam okruszki – kostki piszingera z masą czekoladową, orzechami i żurawiną, pierniki ze skrzyneczki na najwyżej półce w kuchni, nałęczowskie śliwki w czekoladzie, które przyniósł Mikołaj. Wśród najmilszych prezentów: „Two Kitchens” Rachel Roddy (kocham, wertuję, gotuję, alleluja – czy jej pierwsza książka, która stoi u ciebie na parapecie też jest tak wspaniale napisana?) i kostka solonego masła z Belgii, od mojego brata, który życzył mi na święta wreszcie wyprowadzić się z tego zanurzonego w błocie kraju. Gdy już objechaliśmy wszystkie porty, dobrze było potkwić w tym pozbawionym dat tygodniu, wyspacerowywać kilometry z puszystą na zimę jak miś Chałką, odsmażać białe mięso indyka z oliwkami, papryką i płatkami migdałów na modłę Nigelli Lawson, parować pastrami, którego kawał dostał ode mnie na urodziny Marcin (majonez, pikle, chleb, musztarda), oglądać Black Mirror, planować, rozmawiać, rozmyślać, leżeć i spać.

 

Gdy wy tańczyliście w Tarczynie, my wędrowaliśmy egzotyczną Olszynką Grochowską, piekliśmy pizzę (moja ulubiona tegoroczna kombinacja: ricotta, prosciutto cotto, pomidory koktajlowe, parmezan, bazylia – słodkie i miękkie sprawy) i karmiliśmy psa wołowym sushi z dorszem, które miało odwrócić jego uwagę od fajerwerków i tegoż dokonało. W Nowy Rok tradycyjnie i na szczęście soczewica (od Rachel, z marchewką i gałązką selera naciowego, listkiem laurowym, oliwą), rukola, słodkie jak cukier pomidorki z soloną ricottą, pieczone radicchio z tymiankiem i balsamico, smażone jajko, po toście na głowę. Bardzo kocham mój mały dom.

 

Postanowień na 2017 nie było, ale planowałam przeczytać 52 książki (wyszło 45, stawkę zamknęła królicza Bator – czytałam z zainteresowaniem – oraz nowy i sławny tomik opowiadań „Instrukcja dla pań sprzątających” – trochę genialne, a trochę męczące) i zrobić szpagat (zabrakło 5 centymetrów). Przerzucam je więc na rok bieżący. Poza tym w styczniu chcę się odwrócić od mięsa, bo mnie brzydzi, a dalej – ćwiczyć brzuch, żeby być zrównoważoną baletnicą; uczyć się szwedzkiego, nie brać dokładek, pływać, nie gubić rzeczy (dysk przenośny, karta do aparatu, pismo od ZUS-u, sztyft do podkreślania brwi – to jest bilans zgub na 13:52) i głowy w emocjonalnym szale, szalu, nie kupować ubrań, odpisywać na maile, używać książek kucharskich, wziąć ślub i nie oszaleć. Poproszę. Całuję!

 

k.