Archives

1 grudnia, śnieg

Nie wiem, gdzie poszedł listopad. Wiem, gdzie byliśmy my:

 

w pachnącym drewnem domu moich rodziców w Gołębiu, gdzie Chałka tarzała się w błocie, a kuny zjadły nam samochodowe kable, dzięki czemu mogliśmy dzień dłużej siedzieć we troje pod kocem i oglądać ciągiem drugi sezon „Stranger Things” (już za chwilę „The Crown”, ale póki co wsiąkliśmy w „Mr Robot”);

 

w pachnącym pomarańczami domu na Grochowie, gdzie wszędzie prężą się światełka; ugotowałam w tym miesiącu niezliczone rondelki owsianki (ostatnio przeczę samej sobie i gotuję krótko, w posolonym tłustym mleku, jem z orzechami włoskimi i w systemie zupy jarzynowej – najpierw rzadkie, potem gęste, z lubością), kaszy kukurydzianej (z konfiturą pomarańczową i pistacjami), garnki kapuśniaku i pomidorówki z makaronem, generalnie zmieniam się w emeryta, ale honor domu ratuje Marcek, który leci po kolei po przepisach z Jamiego Olivera i zakochał się w sosie teriyaki. Z wyczynów: dawno nie wyszedł mi taki stek, jak przedwczoraj, krzepki kawał rostbefu zjedliśmy z bagietką, smażonymi na maśle pieczarkami z tymiankiem i majonezem, a komu było mało, mógł sobie jeszcze posmarować bułkę pasztetem z wątróbek z orzechami włoskimi i grubą warstwą palonego masła z szałwią z „Florentine”, kończąc wątek włoski, wczoraj zrobiłam dwie transze tiramisu – jedno klasyczne, a drugie jaśminowe z matchą, przepyszne!

 

nad piekarnikiem, próbując kilku po kolei słodkości z nowej książki Yotama. Każda z nich trochę mnie zawiodła – fistaszkowe herbatniki lepiły się niemiłosiernie i smakowały głównie jakby prażoną mąką (Tobie chyba by podeszły), ciasteczka anzac rozlazły na patelni, cytrynowe ciasto z makiem zzakalczyło, a żurawinowe ciastka w które wtłoczyłam piętnaście deko migdałów, skórkę z całej pomarańczy i tabliczkę białej czekolady, smakowały smutnym niczym.

 

we Wleniu, gdzie upadał złoty mit Polnej Zdrój, naszej kandydatki na wesele. Dawno nie miałam w gardle kuli łez na widok jedzenia. Nie przyznałam się, że jestem Kukbukiem, może to dlatego? A może to te słynne wysokie oczekiwania?

 

w kontakcie, gdzie zjadłam najlepszy chyba jak dotąd ichniejszy humus – z jogurtem, pikantnym masłem, koperkiem i grubą warstwą smażonych okruchów z chleba żytniego. Popiłam to dyniowym mlekiem z cynamonem i ostatecznie zdecydowałam, że dynia na słodko to koszmar;

 

w pracy, gdzie Tomek machnął dwie blachy bułeczek cynamonowych, ukręcił kilka garnków puree ziemniaczanego z masłem i śmietanką oraz upiekł trzy tarty tatin – obrosłam w policzki i ciasno mi w spodniach, znaczy zima;

 

w książkach – nowa japońska Joanna Bator wciągnęła mnie na amen, toteż kończę ten liścik i jadę do domu czytać. Mam chętkę na tofu.

 

k.