Archives

30 grudnia, sobota

… i w gwiazdkę też jak zawsze. winny barszcz i krucho-drożdżowe paszteciki z kapustą, ryba (w tym roku po kawałku dorsza, halibuta i sandacza, nikt u nas nie lubi karpia) z fasolą jaś (to na szczęście, entuzjastycznie podchodzę do przekonania włochów i francuzów o przynoszącej pomyślność właściwości strączków), sałatka jarzynowa, ćwikła, jabłecznik, miodownik, bigos, korzenne i kwiatowe herbaty. las, psy, gadanie, słuchanie, wątłe próby czytelnicze.

 

te ostatnie dni grudnia zawsze wyglądają w kalendarzu jakoś fikcyjnie. z moich obserwacji wynika, że ludzie dzielą się na tych, którzy przepadają za tym schyłkowym czasem i na tych, którzy go nie lubią. ja go oficjalnie nie lubię i zazdroszczę tej drugiej stronie. rok gaśnie w tym roku wyjątkowo niełatwo, wiele trudnych spraw, nastroje pod psem. mimo wszystko będę tęskniła za siedemnastym, byłam w nim szczęśliwa.

 

dopiekam czwarty bochen chleba (jak widzisz dość intensywnie się rozwijam, w ostatnim tygodniu upiekłam odo kupy dziesięć chlebów)- jutro jak co roku jedziemy żegnać się z grudniem do tarczyna, nad pola.

 

na ostatni w tym roku obiad przy naszym okrągłym stole była burrata i drobna hokkaido pieczona z rozmarynem, cykorie z pestkami granatu, sycylijskimi pomarańczami i orzechami włoskimi i resztka ciecierzycy ze wspaniałą ‚pastą’ od deborah madison- creme fraiche, prażone orzechy włoskie, czosnek i nać pietruszki, wszystko zmiksowane i w zachowaniu podobne do masła.

na ostatnie śniadanie- ryż (brązowy-okrągły, ulubiony) na mleku gotowany z laskami cynamonu i wanilią, z łyżką creme fraiche.

 

a na nowy rok życzę nam wszystkim, żebyśmy nie żyli na pamięć i z przyzwyczajenia. uwagi! i jeszcze żeby franzen napisał nową powieść.

 

a.

 

 

wigilia, studzienka

przed gwiazdką jak zawsze. smerek, który przyprowadza do domu matko, co roku wyższy. świerkowy wianek na ścianie, tym razem nawet dwa. hossa chlebowa- od wtorku wyrastało w lodówce sześć bochenków, część przyjechała ze mną pociągiem do kotliny kłodzkiej, pozostałe spędzą święta na wschodzie. pieczenie ciastek- w tym roku kruche z syropem klonowym i orzechami laskowymi od nigela slatera („kitchen diaries”, tom trzeci) i ciastka z masłem orzechowym z książki „tartine bread”, te były podarkiem dla mateusza. nasza wigilijka, tym razem okołofrancuska. a później pociąg wczesnym rankiem, wśród toreb pachnących chlebem.

 

schyłek grudnia też jak zwykle- wichury, wieje wiatrem i deszczem. ubieram się na spacery w golf, dwa swetry i wielki płaszcz. las skamle i zawodzi, nad górami sine niebo. w domu kominek, lampki na pękatym świerku.

 

życzę wam w ten nieodmienny, ograny czas jakiejś nowości przeżycia, to ważne i zdrowe. zalecam deklarację świąteczną mikołajewskiego (jego profil na fejsbuku)- najchętniej posyłałabym ją zamiast „życzę”.

 

a.

16-17 grudnia, sobota/niedziela

dopiero co piliśmy wszyscy razem gin w naszej niewielkiej kuchni i znowu jest sobota. za nami pękaty, żywy tydzień, po szyję opatulony w atrakcje i wzmożoną pracę. od niedzieli do czwartku codziennie teatr, grudzień w krakowie to jednak festiwal boska komedia. widzieliśmy kolejno „henriettę lacks”, „harper”, „ślub”, „będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi kamyk” dudy-gracz i „chłopów” garbaczewskiego, z których zrezygnowałam po pierwszej części. dwa razy w życiu zdarzyło mi się wyjść z teatru i dwa razy ze spektaklu garbaczewskiego właśnie (rok temu uciekłam z „roberta robura”). wciąż nie wiem co lubię w teatrze, ale wiem czego nie lubię i na pewno jestem w opozycji do garbaczewskiego, co za nabijanie narodu w butelkę, w dodatku za niemałe pieniądze.

 

w brzuchu zima. brandade z dorszem, wędzonym węgorzem i orzechami włoskimi z creme fraiche z naszej wspólnej kolacji w zakładce, jedzenie na mróz. w niedzielę po waszym wyjeździe upiekłam pół kilograma brukselki z orzechami włoskimi, zjedliśmy ją z suszoną kiełbasą z dzika, soczewicą (pamiątka z  castelluccio) a la rachel roddy- ze skórką otartą z pomarańczy, nacią pietruszki i oliwą- i niebywałymi serami od pana z le rond- tym razem sędziwy comte, mój ulubiony ostatnio gros lorrain, wspaniały, cierpki, ziemny, i kremowy brie z wyższej półki. wspaniałe jedzenie schyłku jesieni- cierpkość, piołuny, goryczka.

w poniedziałek rano jadłam kanapki z labneh, wędzonym trewalem (jaka to smaczna ryba!) i koperkiem. we wtorek ugotowałam sobie wielki gar drobnej białej fasoli, która cieszyła mnie aż do piątku. chociaż korzystam ze strączków w puszkach, to niestety nijak mają się one do ugotowanej fasoli czy ciecierzycy. szczególnie fasola jest wspaniała, ugotowana z liśćmi laurowymi, ziarnami pieprzu i szałwią- słodka i maślana. w tamtym tygodniu na instagramowym profilu restauracji ducksoup widziałam bardzo apetyczne zdjęcie podpisane „smoked haddock, butterbeans, leeks & soft egg” i przez trzy dni z rzędu jadłam to samo, z trewalem w miejsce łupacza.

wróciły pieczone buraki z pomarańczami, pestkami dyni i fetą. zajęłabym też pewnie wysoką pozycję w konkursie na gorączkowe spożywanie cykorii i innych cierpkich sałat. dziś na śniadanie znów sadzone jaja, labneh, masło z chili, kruszonka z croissata i orzechy pinii, takie, jakie zrobiłam nam w niedzielę. po przepracowanej sobocie ulubiona pizza w nolio.

w środę natomiast gościłam dwie przemiłe panie, z których jedna jest dramaturgiem i wykładowcą na uniwersytecie w hull pracującą nad publikacją o chlebie w kulturze, wspomnieniach i w centrum życia w ogóle. upiekłam nam chleb i przez trzy godziny jadłyśmy kromki z masłem, miodem gryczanym albo mascarpone z rodzynkami (nigel slater) i piłyśmy różaną herbatę z targu w dubaju rozmawiając o dzieciństwie, przyszłości, nietolerancji, ojczyznach, chlebie i piekarnictwie, które odchodzą w niebyt, brexicie i nigelli. przemiłe dopołudnie.

 

i jeszcze najświeższe sympatie- kanapki z cheddarem, kiszoną kapustą i jajkiem na twardo (podpatrzone u gilla mellera, ale to dobre). orzechy włoskie, które ususzyła i podarowała mi mama matko, z jarosławskiego orzecha, nie mogę się ich najeść.

we wtorek dostałam w prezencie od mojego ucznia kilogram creme fraiche i trudno o milszy prezent świąteczny. śmietana ma 40 procent tłuszczu i robi ją, póki do jedynie dla gastronomii, spółdzielnia mleczarska mlekosz. jest nieco bardziej winna niż ta francuska, ale co to właściwie za różnica. kromki z creme fraiche, wędzonym brzuszkiem łososia, marynowaną na kolanie szalotką i kaparami wspaniałe. zapiekane jajka z creme fraiche wspaniałe. creme fraiche z miodem wspaniała. w zamiarach na idący tydzień francuska tarta z jabłkami, alkoholem i creme fraiche (chyba mimi thorisson), pieczone ziemniaki z wędzonymi śliwkami i creme fraiche (chyba yotam i chyba „jerusalem”), soczewica z castelluccio z pastą z orzechów włoskich, naci pietruszki, czosnku i creme fraiche (a to deborah madison), więcej kanapek z creme fraiche. życie jest wspaniałe.

 

chciałam jeszcze podzielić się ekstatycznymi uczuciami na temat czipsów o smaku marmite, są w mojej opinii książkową definicją umami, a w dodatku pachną jak stołówka w kasynie wojskowym w kłodzku, gdzie chodziłam jako brzdąc po obiady z mamą i menażką. nie jest tajemnicą, że mieszkam z największym znanym mi entuzjastą czipsów i ich gorliwym kolekcjonerem. aktualnie mamy w szafce czipsy marmite, moje ulubione brytyjskie kettle o smaku octu balsamicznego albo dojrzałego cheddara albo bekonu i jeszcze solone z pieprzem oraz jedną paczka tyrrellls ser-marynowana cebulka (zakupy poczynione na poczet drugiego sezonu „the crown”, który jest piękny, mądry i wzruszający). mamy laysy z dubaju- o smaku labneh z miętą i drugie limonkowe z pieprzem, i czipsy z soczewicy. są chyba jeszcze jedne czipsy truflowe z umbrii, moje ulubione cacio e pepe już wyjedliśmy. i najświeższy nabytek- „creamy ranch and habanero” i czipsy krewetkowe z czosnkiem i pieprzem, które mateusz dostał w prezencie. co ty na to?

 

pierwszy zupełnie wolny dzień od dłuższego czasu. dziś rano śnieg na dachach, prognozy na święta optymistyczne.

 

a.

 

 

 

7 grudnia, czwartek

w taksówce w drodze na plażę zastanawialiśmy się we czworo nad tym, dokąd trzeba właściwie zajechać, żeby poczuć się obco i niepowszednio. ja uważam, że granicą obcości jest język- dopóki mogę porozumieć się po angielsku, nie czuję się specjalnie daleko od domu. w dubaju chyba najbardziej zaskakujące jest to, jak bardzo jest europejski i zachodni, jestem nawet trochę rozczarowana. poza tym to miasto operujące jedynie najwyższym stopniem przymiotnika- wszystko tam jest naj: największe, najdroższe, najwyższe, najlepsze. złoto, szkło, światła.

 

największe wrażenie robi nierzeczywistość tego miasta. miasto ma ciało, ale nie ma serca. wrażenie robi też zawsze lato w grudniu i jasne ranki. w czwartek lufthansa spóźniła nas na przesiadkowy lot z frankfurtu i w ramach zadośćuczynienia dostaliśmy bilety w emirates , i chyba wszyscy byliśmy zaaferowani. kolekcja płyt i playlist z muzyką brytyjską sprawiają dużo radości, a na kolację dostaliśmy smaczną duszoną wołowinę, krakersy, cheddar i niezłe wino. bardzo nie lubię latać, ale muszę przyznać, że to było przyjemne.

 

jadłam bez opamiętania, to jednak moje smakowe współrzędne geograficzne. pierwszy raz smakowały mi śniadania w hotelu, te naprawdę robiły wrażenie. w sekcji skośnookiej- congee, miso, smażony ryż i makaron, w sekcji hinduskiej- warzywne curry, samosy, pieczone ziemniaki. w sekcji brytyjskiej- owsianka, skandynawskiej- bułeczki cynamonowe w ciepłym sosie waniliowym, europejskiej- jaja i cztery rodzaje kiełbasek, wreszcie arabskiej- humus, labneh, oliwa, wspaniałe kiszonki, mutabal, oliwki, sery, zioła i przyprawy. plaster miodu, marynowane jagody. na kolacje i obiady prowadził nas nasz azizi- kuchnia libańska, turecka, wymieszana. największe przeżycie to chyba restauracja gunaydin, która słynie ponoć z jednych z lepszych steków w świecie. na pewno powinna słynąć z jagnięciny, nigdy nie jadłam takiego mięsa, maślanego, delikatnego, słodkawego. wołowina równie pyszna, podpalana na naszych oczach, następnie obłożona kromkami chałki, w które wsiąkał tłuszcz- to bardziej swawolne niż moje ulubione pieczone w maśle ziemniaki z aioli. na deser kolejne dzbanki herbaty miętowej i piekielnie słodkie ciastko z pistacjami, z lodami, które smakowały jak beza. z tarasu restauracji widok na tańczące fontanny, czterdzieste szóste urodziny zjednoczonych emiratów arabskich, radosny gwar. a tuż przed odlotem w brytyjskim pubie w hotelu jadłam wspaniałe fish and chips.

 

myślę jeszcze o tym, jak przyjemnie jest zostać gdzieś zaproszonym. nie zaprzątać sobie głowy noclegami, dojazdami ani szukaniem restauracji, nie mieć oczekiwań, przyjmować wszystko z radością i wdzięcznością. to raczej obcy mi tryb życia.

 

czytam „silny wstrząs” franzena, to jego pierwsza powieść, on od początku był franzenem. w drodze do dubaju obejrzałam „powidoki”, w drodze powrotnej- dokument o whitney houston (kocham whitney houston). ulubione ostatnio piosenki-„new york state of mind” billego joela i „hazard” richarda marxa. źle znoszę pop w literaturze, kinie i kulinariach, ale kocham go w muzyce anglosaskiej sprzed lat.

we wtorek po przylocie jadłam w bistro 11 zupę z ciecierzycą, jarmużem, włoszczyzną i salami, myślę o niej (dni kaszy gryczanej etc.)- zrobię sobie taką gdy będę miała chwilę czasu, czyli chyba najprędzej w styczniu.

 

a.

7 grudnia, kropi

O czym może napisać na dziennikach stołowych ktoś, kto z uporem gotuje niespektakularnie i w dodatku migają mu tylko poniedziałki i piątki, podczas gdy o siódmej rano coraz ciemniej? Może o minionym weekendzie.

 

Każde kolejne zakupy na Szembeku wypadają nam mądrzej i sprawniej. Już nie kupujemy wszystkiego, tylko: humus, czarne oliwki i jogurt grecki gęsty jak zimowe chmury w libańskiej budce, bukiety tymianku, szałwii i rozmarynu we włoskiej, twaróg wiejski i masło ze Strzałkowa (jedyne dziesięć złotych kostka, jemy w płateczkach, jak foie gras) w nabiałowej. Dwa kilo jabłek mutsu, trzy sztuki renety i oblane rumieńcem złote gruszki, kiszonki u pana, który strasznie wrzeszczy, a ostatnio wpadło mu do beczki z kapustą moje dwadzieścia złotych (i to był ten moment, od którego mogłoby zacząć się opowiadanie). Na koniec gruby kawał rostbefu (w kolejce same staruszeczki w burych beretkach, szepczące poufale „wie pani napiekłam już pasztetów na święta ale zapomniałam obłożyć słoninką”) na wtorkowy Dzień Steka. Obsmażam go porządnie, a potem dopiekam z ziołami. Jemy w grubych plastrach, z tą samą bagietką, pieczarkami i majonezem, co i w poście niżej.

 

Ale dziś czwartek, w lodówce garnek krupniku z marchewką, pęczakiem i poszarpanym mięsem indyka (what am I, five), a w sercu sernik… Nie mogę ostatnio znaleźć ciasta, które sprawiłoby mi przyjemność większą niż lekką. Najświeższa próba zakończona niepowodzeniem: placek z prażonych orzechów laskowych z Tender II, z kawą i lukrecją (to już ode mnie), który taki piękny zobaczyłam u Marty Karcz na instagramie – nie. Najświeższa próba zakończona sukcesem: gruszka w cieście drożdżowym u Żony Krawca. Na brzuszku cukrowa skorupka, duży kubek kawy z mlekiem, sobota rano.

 

To już pojutrze, do zobaczenia!

 

k.

1 grudnia, śnieg

Nie wiem, gdzie poszedł listopad. Wiem, gdzie byliśmy my:

 

w pachnącym drewnem domu moich rodziców w Gołębiu, gdzie Chałka tarzała się w błocie, a kuny zjadły nam samochodowe kable, dzięki czemu mogliśmy dzień dłużej siedzieć we troje pod kocem i oglądać ciągiem drugi sezon „Stranger Things” (już za chwilę „The Crown”, ale póki co wsiąkliśmy w „Mr Robot”);

 

w pachnącym pomarańczami domu na Grochowie, gdzie wszędzie prężą się światełka; ugotowałam w tym miesiącu niezliczone rondelki owsianki (ostatnio przeczę samej sobie i gotuję krótko, w posolonym tłustym mleku, jem z orzechami włoskimi i w systemie zupy jarzynowej – najpierw rzadkie, potem gęste, z lubością), kaszy kukurydzianej (z konfiturą pomarańczową i pistacjami), garnki kapuśniaku i pomidorówki z makaronem, generalnie zmieniam się w emeryta, ale honor domu ratuje Marcek, który leci po kolei po przepisach z Jamiego Olivera i zakochał się w sosie teriyaki. Z wyczynów: dawno nie wyszedł mi taki stek, jak przedwczoraj, krzepki kawał rostbefu zjedliśmy z bagietką, smażonymi na maśle pieczarkami z tymiankiem i majonezem, a komu było mało, mógł sobie jeszcze posmarować bułkę pasztetem z wątróbek z orzechami włoskimi i grubą warstwą palonego masła z szałwią z „Florentine”, kończąc wątek włoski, wczoraj zrobiłam dwie transze tiramisu – jedno klasyczne, a drugie jaśminowe z matchą, przepyszne!

 

nad piekarnikiem, próbując kilku po kolei słodkości z nowej książki Yotama. Każda z nich trochę mnie zawiodła – fistaszkowe herbatniki lepiły się niemiłosiernie i smakowały głównie jakby prażoną mąką (Tobie chyba by podeszły), ciasteczka anzac rozlazły na patelni, cytrynowe ciasto z makiem zzakalczyło, a żurawinowe ciastka w które wtłoczyłam piętnaście deko migdałów, skórkę z całej pomarańczy i tabliczkę białej czekolady, smakowały smutnym niczym.

 

we Wleniu, gdzie upadał złoty mit Polnej Zdrój, naszej kandydatki na wesele. Dawno nie miałam w gardle kuli łez na widok jedzenia. Nie przyznałam się, że jestem Kukbukiem, może to dlatego? A może to te słynne wysokie oczekiwania?

 

w kontakcie, gdzie zjadłam najlepszy chyba jak dotąd ichniejszy humus – z jogurtem, pikantnym masłem, koperkiem i grubą warstwą smażonych okruchów z chleba żytniego. Popiłam to dyniowym mlekiem z cynamonem i ostatecznie zdecydowałam, że dynia na słodko to koszmar;

 

w pracy, gdzie Tomek machnął dwie blachy bułeczek cynamonowych, ukręcił kilka garnków puree ziemniaczanego z masłem i śmietanką oraz upiekł trzy tarty tatin – obrosłam w policzki i ciasno mi w spodniach, znaczy zima;

 

w książkach – nowa japońska Joanna Bator wciągnęła mnie na amen, toteż kończę ten liścik i jadę do domu czytać. Mam chętkę na tofu.

 

k.