Archives

29 listopada, środa

w niedzielę zrobiłam dwa chleby, mandarynkowy curd, makaron z pulpecikami, ciasto klementynkowe i kilka szklaneczek ginu z tonikiem i z sokiem mandarynkowym. takie maratony niezmiennie cieszą po kolejnych dniach tygodnia z kaszami, pieczonymi warzywami i cykorią z pomarańczami i orzechami włoskimi- te ostatnio są podstawą mojego śródtygodniowego jadłospisu.

 

ze spraw świata zewnętrznego- sobota będzie chyba początkiem mojej separacji  z gazetą wyborczą, bo piana na ustach zbiera mi się od dawna. po którymś z październikowych wydań magazynu świątecznego niosącego światu wywiad z grażyną wolszczak i iloną łepkowską w tym tygodniu zostajemy zaopatrzeni w wywiad z piaskiem. naprawdę niełatwo to skomentować. nie mam już w ojczyźnie ani radia, ani gazety.

w niedzielę kino i ładna „cicha noc”, kamyk w brzuchu i kino rumuńskie po polsku. poza tym dość obsesyjnie odsłuchuję wywiady z julianem barnesem.

 

a jutro przez przypadek i przez uprzejmość lecę na kilka dni do dubaju. nigdy nie byłam tak daleko w świecie i jestem podekscytowana. witajcie sukienki i gołe stopy i jasny świecie.

 

a.

24 listopada, piątek

zaraz znów sobota z niedzielą. poprzednie w domu- gotowanie, jedzenie, pieczenie, jedzenie, czytanie, pisanie, gadanie, planowanie. czas, który z perspektywy piątkowego popołudnia jest niezasiedlony i długoterminowy, a później nagle przekwita.

 

w sobotę jedliśmy moje ulubione meatballs według przepisu z książki „tartine bread”, którymi już się tu zachwycałam. próbowałam też klopsów rachel roddy, emiko davies i elizabeth david, ale te są wzorowe. pachną i smakują jak rzymska trattoria, jest w nich jakaś pierwotność i są pod każdym względem dosadne. w dodatku miałam ostatni kawałek bardzo pieprznego i dość ekspansywnego w smaku pecorino, który przyjechał z nami z włoch, i który robi ze znanego mi już przepisu coś całkiem nowego. do klopsów pomidorowy sos od rachel roddy („two kitchens”), najprostszy i najsmaczniejszy. przy pierwszej turze chleb, przy drugiej (na środowy obiad) polenta, w obydwu razach wino i więcej pecorino.

w niedzielę upiekłam kalafiora pod pierzyną musztardowego beszamelu, przybranego orzechami włoskimi, skórką otartą z cytryny i nacią pietruszki, do tego miska cykorii z olejem z orzechów laskowych. obiad pierzyna.

na deser- śliwkowy placek dana leparda, pewnie ostatni tej jesieni. na śniadania- popularne ostatnio za sprawą nigelli jajka po turecku, i słusznie, bo są wspaniałe, szczególnie z labneh w miejsce jogurtu greckiego.

 

wczoraj podwieczorek na dwa kieliszki z krakowskim makaroniarzem w roli głównej, i półmiski serów, salami, oliwek i chleba, wina, peposo, a na deser panettone. i cały dzień żal, że nie mamy swojego dnia dziękczynienia. wydaje mi się, że bardzo u nas brak takiego święta- świeckiego, radosnego, bliskiego życiu, świętującego przyjaciół. tylko czy byśmy tak umieli.

 

mam jeden zasadniczy problem z takimi pogadankami okołokulinarnymi- to są zwykle miłe spotkania, ale równocześnie bardzo oczywiste i niespecjalnie zajmujące, i to bez względu na to, czy odpytywany jest kucharz, bloger czy dziennikarz. zastanawiam się, czy brakuje nam języka, by mówić o jedzeniu w sposób interesujący i własny, czy może zaplecza kulturalnego, bo to wciąż u nas stosunkowo młode zjawisko.

 

a dziś prosto z pociągu z wrocławia pojechaliśmy na kolację (w moim przypadku na obiad i kolację) do zakładki- bardzo smaczne brandade z dorszem, wędzonym węgorzem, kalafiorem i orzechami włoskimi, parzące język, pożywne. wybitna kapusta idąca w kierunku bigosu, smaczna łopatka jagnięca, pieprzna zupa cebulowa. kolacja na dobry sen.

 

a.

 

16 listopada, czwartek, półmetek miesiąca

z jednej strony jestem rada, że czas przebiega jakiś maraton, a my przekroczyliśmy tym samym połowę listopada, ale z drugiej jest to jednak mocno niepokojące. zaczynam rozumieć tych wszystkich artystów i poetów grzmiących z wysokości, że życie to błysk. moje ostatnio błyska dość intensywnie.

 

w zeszłym tygodniu miałam w domu chłopca po zabiegu stomatologicznym i zmuszeni byliśmy przejść na dietę, którą często tu zachwalasz, tę o konsystencji półpłynnej, przeznaczoną dla ludzi bezzębnych. rozumiem, że to może być kojące, ale we mnie budzi jednak głównie frustrację. po trzech dniach jedzenia zup kremów, puddingów z kasz, koktajli i puree ziemniaczanego byłam przede wszystkich zirytowana, a nasze rozmowy kręciły się głównie wokół litanii „zjadłbym/abym pizzę/ser/rogala marcińskiego/chili con carne/hot doga/chipsy/cokolwiek”. chyba oboje jesteśmy gryzoniami. przy okazji donoszę, że to puree ziemniaczane heidi swanson z oliwą czosnkową i wariacją na temat dukkah jest zabójcze.

 

w niedzielę pojechaliśmy do gliwic, poznać małego gucia i uściskać jego rodziców. po drodze odebraliśmy z katowickiego byfyja zamówione rogale świętomarcińskie, które jedliśmy wszyscy razem (minus gutek) dokładnie rok temu i które bardzo nam wtedy smakowały (teraz też), i potem pół dnia skubaliśmy te rogale, piliśmy herbatę i wino (wino to chyba najbardziej ja), gucio marszczył czoło i kwilił mi na rękach, bardzo to było dla mnie wzruszające. odjechaliśmy wieczorem, ja z prezentem (więcej rogali i pierogi ruskie marcina), i mimo powodowanych rogalami deklaracji, że nic już dziś nie zjem, w samochodzie zmieniliśmy jednak zdanie i zawróciliśmy do chorzowa, do manana bistro, o którym słyszałam już dawno temu. ciekawa karta, smaczna troć i dziczyzna, i właściwie tyle. później droga do krakowa w ulewie i mgłach.

 

wczoraj były drugie urodziny nolio i w związku z tą okazją kolacja-niespodzianka dla wielbicieli. i czuję się w obowiązku oświadczyć, że pomimo faktu, że przybytek ten robi moją ulubioną pizzę, to jednak obiektywnie nie jest to jakaś nadzwyczajna ani frapująca restauracja, co głęboko mnie zasmuca. wczoraj przerost formy, niedostatek treści.

 

sezon na roiboos z mlekiem, zatkany nos i alarmy smogowe. rozstęp w sercu i w życiu po przeczytanym franzenie, który w mojej opinii jest wyjątkowo inteligentny i jest jednym z nielicznych współczesnych prozaików, którym naprawdę o coś chodzi. czytam teraz książkę o giedroyciu magdaleny grochowskiej („do polski ze snu”) i jest to bardzo zajmujące i pouczające. i jednak przygnębiające, że pomimo tylu lat i tylu wolt- w polsce, w polskim kościele katolickim, polskim sposobie w sensie globalnym- niewiele się zmienia.

 

a.

6 listopada, znowu poniedziałek

to może najpierw aktualności i w odpowiedzi do:

nie przysłuchuję się annie gacek od jej początków, więc jak widzisz moja alergia cechuje się niecodzienną konsekwencją. pozostając w temacie- trzy sprawy. raz- trójkę włączam już tylko na markomanię, i zastanawiałam się ostatnio, czy u podstaw tego rozwodu leży powszechny u nas ostatnio cyrk na kółkach, i chyba jednak nie- odeszłam od tego radia już wcześniej, to od dawna nie jest mój język. dwa- słucham właściwie wyłącznie bbc 4 i nie mogę się nadziwić temu radiu bez reklam, bez muzyki, bez krzyków, bez spoufalania się i pieprzenia trzy po trzy. to jest radio dla ludzi o temperamencie starego dziada, czyli dla mnie. na przykład dzisiaj- cały ranek o la boga wokół królowej i rajów podatkowych, wieczorem rozmowa z kennethem lonerganem i program o książkach, za dnia „the food programme” i audycja o josephie conradzie. jest to wszystko dla mnie bardzo zajmujące. i trzy- jestem fanką porannego radioturnieju na antenie radiowej dwójki („dwójka na piątkę”), jeśli mogę to włączam rano polskie radio tylko na ten moment. z reguły jestem załamana (sobą!) jak mało pamiętam ze spraw, o których się uczyłam lub czytałam, jest mi wstyd i sporządzam sobie listę światów do odświeżenia.

 

w czwartkowy ranek moja przyjaciółka basia urodziła pięknego synka i jestem tym wszystkim bardzo przejęta, bardziej, niż zakładałam. wszystko się we mnie wichrzy i odczuwam bardzo wiele wielkich uczuć.

 

u nas też nowe książki, matko wrócił w środę do domu z paczką z antykwariatu- i mam teraz „silny wstrząs” franzena, biografię iwaszkiewicza, olczak-ronikier, „pingpongistę” józefa hena, „wakacje” uzdańskiego, dzienniki gombrowicza.  z innych źródeł przyszły brakujące tomy pana samochodzika, kolejny tom dziennika jana józefa szczepańskiego, drugi „życiorysta” rudnickiego, „ja, geniusz” suchanow i pewnie coś jeszcze. wyposażenie na ciemną porę roku (mam ostatnio takie spostrzeżenie, że w polsce mamy właściwie tylko dwie pory roku- ciemną i jasną), które jednak wzbudza pewien niepokój, bo kiedy ja to niby wszystko przeczytam. a w torbie i plecaku- wciąż „purity” franzena (KTÓREGO KOCHAM) i „pedant w kuchni” barnesa- na swój sposób urocze, ale wolałabym mieć to chyba po angielsku. mam ostatnio dość żywe zapędy w kierunku kręgosłupa jedzeniopisania o rodowodzie brytyjskim, i u barnesa to wszystko jest.

 

oglądam teraz do wieczornych machinacji pielęgnacyjnych „nigella bites” sprzed stu lat i to jest chyba najlepsza seria, choć najmniej atrakcyjna pod względem jadłospisu. młoda nigella jest niedościgle wdzięczna i rozbrajająca, ręcznik spada. podoba mi się w długich włosach.

 

w sobotni wieczór w podróży z łodzi do krakowa odsłuchiwałam płyty sprzed lat, między innymi debiutancką płytę wilków (1992), która ostatnio została chyba odświeżona, bo doklejono do niej spory ogon koncertowych nagrań, i pragnę wyrazić pogląd, że w polskiej muzyce lat dziewięćdziesiątych niewiele było bardziej seksownych spraw niż głos młodego gawlińskiego, i będę tego broniła. te piosenki z koncertów są wspaniałe. w ogóle mam słabość do polskich piosenek z upadku lat osiemdziesiątych i narodzin dziewięćdziesiątych. one się oczywiście starzeją, ale mi to nie przeszkadza.

 

prasówka- recenzja nowej książki nigelli (guardian), której (książki) nie mam, ale z której (recenzji) tonem się nie zgadzam, bo ton i argumenty były może zasadne kilka lat temu, ale dziś już jednak coraz częściej trącą myszką. niepotrzebna i nieładna napaść. dalej: tekst mikołejko w świątecznej sprzed tygodnia, „czy protestantyzm uratowałby polskę przed zaborami”, a ja poszłabym jeszcze dalej i spytała czy protestantyzm uratowałby polskę przed polską; jestem załamana. dyskusja o krytyce literackiej i festiwalach literackich na fejsbukowym profilu kurzojadów, bardzo ciekawe. na pocieszenie- wspaniałe teksty gabrielle hamilton (tej od nowojorskiej prune) o domowych przyjęciach, ostatnio ten- ‚the art of the dinner party’.

 

w buzi- byłam na kujawach, więc kurczak i ziemniaki, i dużo kawy w jakiejś drodze. a najchętniej to na okrągło jadłabym cykorię i piła czerwone wino. dziś na kolację- miska kaszy gryczanej z masłem, szklanka maślanki i awokado.

 

w smutkach- jednak ojczyzna, cały czas myślę o tym, że przecież tak niedawno czytałam „małą apokalipsę” i że w głowie mi się to nie mieści. za małą mam też głowę na afery z kevinem spacey, strzelaniny w stanach zjednoczonych, prognozy na przyszłość. i może dobrze, że to wszystko się w nas nie mieści, bo to w ogóle nie powinno mieć miejsca.

 

nieporządek w korespondencji i nieporządek w domu. nie mam butów na zimę ani nawet na jesień. nie mam cierpliwości do zimy i do jesieni. nie lubię chodzić w pełnych butach. post-kujawska melancholia.

 

a.

 

 

6 listopada, poniedziałek, widziałam słońce

Za nami złoty weekend, pełen wszystkiego, co sprawia, że jesień to moja ulubiona pora roku. Latem jest za gorąco, żeby było przytulnie. Spacer w chłodzie, psie nauki na terenie praskiego centrum kultury (mamy pierwszą przyjaciółkę, nazywa się Lusia i wygląda jak bochenek żytniego chleba, a w dotyku jest jak drożdżowe), kawa, kakao i ciasto marchewkowe u Krawca, nowa szeleszcząca pościel w kolorze brudnej zieleni, do tego brudny róż (paryski, jak mówi moja mama), szafir, miód i szmaragdowa narzuta, obraz pod tytulem łóżko zakończony, doskonały. Cynamonowe ślimaki z rodzynkami (nie wiem jak mogłam przeżyć tyle lat bez robota kuchennego, 150 g masła wgniótł w ciasto w trymiga, a ja stałam i patrzyłam, a potem jeszcze podziwiałam jak trze kilogram marchewki w półtorej minuty) i zimne mleko, praca domowa z haftu, nowe książki (Patrick Melrose), dużo czasu w mojej ulubionej piżamie w malwy, bakłażan w lepkim sosie teriyaki z dymką, chili i fistaszkami, chmurka ryżu, kino: „Pewnego razu w listopadzie” Jakimowskiego (strasznie mocny, wymiętolił mnie doszczętnie, a psie obrazy sprawiły, że gnaliśmy z powrotem do Chałki jak na skrzydłach, tulić ją i tarmosić), lody: Na końcu tęczy, mascarpone z jeżyną, kokos z czekoladą, pistacja. Jeśli chodzi o tą ostatnią, właśnie zamówiłam pół kilo, plus migdały i nową flaszkę wody różanej – do redakcji przyszła książka „Słodkie” i jak wszyscy jestem w niej ciężko zakochana.

 

Nie wiem czy słuchasz, bo chyba masz alergię (he he), ale dzisiejszy Aksamit Anny Gacek wyjątkowo ładny, wyśpiewuje przekleństwa niewinności. Tak ładny, że nie mogę wyjść z kuchni, mimo że tyłek drętwieje mi na zydelku, ale mam też widok na bawiącego się psa, sznur światełek (tak, już) i wstążki bluszczu oraz ten cały szereg utensylijnych wisielców, który tak lubisz. Za mną spacer po liściach ze smyczą w dłoni i paczką przysmaków w kieszeni, miska sałatki (David Lebovitz) z francuskiej soczewicy gotowanej z tymiankiem, chrupiącej włoszczyzną i orzechami włoskimi, posypanej pietruszką i fetą, ciepłej i mokrej od winegretu, który z braku octu winnego podlałam czerwonym winem, z korzyścią dla całości. Na deser petit yaourt. Smutków brak, chociaż się rozglądam.

 

k.

2 listopada, czwartek

Śniadanie: rozmoknięta skóra z chleba, tajemnicza plamka spod wiaty przystankowej, kasztan – to Chałka. Jej mokre całuski od momentu zmiany czasu budzą nas jeszcze wcześniej, ale to nie szkodzi, o ile pozwala mi potem pomiętosić ciepłe uszko, a pozwala na to zawsze, gdy akurat z pasją dziamie kość szpikową na środku naszej kanapy. A więc śniadanie: piwońska grahamka z anonimowym masłem, twarogiem strzałkowskim i znalezionym w redakcyjnej kuchni miodem spadziowym z pasieki Jeronimo Martins, tuż po balecie, który wymęczył (mnie i moje chrupiące lewe kolano)(i moje mięśnie brzucha, teraz nie mogę ich elegancko wciągać żeby prezentować się jak dama) jak dawno nie, czuję wszystkie swoje odcinki i po raz kolejny obiecuję sobie robić w domu deskę (a potem przypominam sobie, że wtedy Chałka wrzuca mi na plecy swoją gumową kość i pcha język do ucha). Ósma rano w czwartek to moja ulubiona godzina, zaraz po dziewiątej w sobotę. Wyjść z domu – to jest najtrudniejsze z codziennych zadań, potem jakoś leci, czasem nawet pięknie. Na przykład dziś, gdy na kolację zjem naleśniki w barze Prasowym i polecę na Muranów na drugie już zajęcia z haftu organizowane przez Zwykłe Życie. Tydzień temu były pupki i biusty, w planach zieleń, kosmos, abstrakcja, własny tamborek i dużo prezentów świątecznych.

 

Wczoraj: leniwy dzień w pościeli (to już się robi nudne, ale każdy ma prawo do zanudzania), chleb bananowy Waleckiej z posiekaną czekoladą, jabłka z masłem orzechowym na przegryzkę do serialu, pieczone w bladym od mascarpone sosie pomidorowym połówki mikrych bakłażanów, kulki mozzarelli, miska ciepłego kuskusu z oliwą cytrynową. Ostatnio nie wymuszam na sobie absolutnie żadnych ambicjonalnych popisów i jem rozkosznie jak leniwy prostak, którym zawsze podskórnie byłam – więcej niż trzy smaki na talerzu to już tłok (ulubione śniadanie: owsianka z płatkami kokosa; ulubiony obiad: polenta z sosem pomidorowym, ulubiony deser: jogurt z łyżką jagód ze słoika). Jak na życzenie przyszła więc do redakcji nowa książka Jamiego Olivera i po pierwszym kartkowaniu mam chyba z dziesięć zakładek. Niewymuszony kuchenny minimalizm jak ta lala, w dodatku sprytny, bo do puddingu Jamie wali cały słoik marmolady pomarańczowej (która mi zbywa, bo czasem tylko kładę ją na chleb z serem), a w ciastkach zamyka mielone suszone jabłka (których tony pobieram od babci i zapominam jeść). Pięć składników, dobra oliwa, tłusta śmietana, no i dobre puszki, słoiki, paczki i mrożonki, czyli podstawa, na której opiera się moje kulinarne poczucie bezpieczeństwa. Nie wstyd, tylko życie, przynajmniej na Grochowie.

 

Jutro: wielki dzień. Odbieram robota planetarnego, którego pomogła mi wybrać Liska (cmok!) i robię absurdalnie maślane drożdżowe.

 

k.

1 listopada, środa, wszystkich świętych

tydzień (z okładem) tłusty od rozmów i spotkań, ze mną w roli słuchacza lub w jednej z głównych ról. blisko dwa tygodnie temu- złoty ojców, zamek w korzkwi, mgły, wędrówka doliną, rodzice. po drugie- festiwal conrada: kochany, mądry, ważny i poważny, tak mi bez niego smutno. na tę okazję całą niedzielną noc śniła mi się armia polonistów, którym przewodził michał paweł markowski. ze zdarzeń interesujących- debata zagranicznych krytyków literackich, arlie russell hochschild o amerykańskim południu, klementyna suchanow i duch gombrowicza (to nawet dwukrotnie), siri hustvedt. kraków wyraźnie szlachetnieje przez ten jeden październikowy tydzień, dobrze mu to robi.

i wreszcie- cały zastęp miłych gości z różnych krańców polski- we wtorek agnieszka od świetnych wywiadów, w piątek ania, w weekend bunia i ulubione gajosy.

 

obfitość gości, więc obfitość na stole. we wtorek była wydana przeze mnie kolacja i pieczone z szałwią ziemniaki z salami z nursji i z aioli, chleb, marynowane buraki z pistacjami i ricotta salata (którą przywiozłam jeszcze z bolonii), sałaty z figami i pieczone półksiężyce dyni na plamie palonego masła, z labneh, orzechami laskowymi i chrupką szałwią (niedawno widziałam zdjęcie takiego talerza na instagramowym profilu londyńskiej the towpath cafe i nie mogło mi to wyjść z głowy). na deser- toskańskie cantucci z orzechami włoskimi i figami, gruszki, boskoop i francuskie sery (le rond- fantastyczny comte, morbier, kremowy kozi), a agnieszka przywiozła nam z lukullusa maślane kruche półksiężyce (pyszne z serem, nawiasem mówiąc). w piątek było głównie wino. w sobotę na śniadanie gryczane naleśniki, a obiad zjedliśmy w karakterze. wieczorem kilka szklaneczek aperolu, paczka czipsów cacio e pepe, oliwki, sery. a w niedzielę wyprawiłam śniadanie z akcentem arabskim- chmura labneh z oliwą, za`atarem, sumakiem i prażonymi orzechami, razowa pita, sałata z figami, daktylami i kolendrą, jaja z porami, z kolendrą i masłem z harissą, pieczona dynia (tu powtórka z wtorku), mascarpone z octem balsamicznym i rodzynkami (nigel slater), bochenek chleba i prosecco. uważam, że to rozsądnie zbilansowana dieta na jesień.

 

 

z innych przyjemności, bardziej jednostkowych- zupa śliwkowa, gęsta i korzenna, którą jadłam na śniadanie cały zeszły tydzień. makaron z jogurtem greckim, groszkiem, bazylią, fetą i smażonymi piniolami z „jerusalem”. słoik marchewek w occie, które zamarynowałam w lipcu i które podgryzam do kanapek. jajka z renetami, które mogę jeść codziennie.  świeży majeranek, do wszystkiego. sok z kiszonej kapusty (butelka dziennie). a dziś znów ziemniaki, aioli i salami (wspaniałe, choć jest w tym coś nieprzyzwoitego) i jeszcze miska cykorii z olejem z orzechów włoskich i orzechami.

 

dziś dzień wszystkich świętych, cały z muzyką ciszy pana marka, i w dużej mierze niewolny od pracy. od tygodnia „głosy” preisnera, wieczorem spacer na cmentarz rakowicki

 

w następnym odcinku będzie o polsce, bo kotłuje mi się w głowie parę spraw za sprawą rozmowy ze stasiukiem w „świątecznej”, i o książkach. dziś muszę iść spać, jutro znowu pociąg i znowu droga- najpierw wrocław, później kujawy.

 

a. która jeździła koleją