Archives

30 października, wietrzny poniedziałek

Tańczą liście, śmieci wokół kubłów i uszy mojego psa, najcieplejszy golf i wygrzebany w szmateksie wełniany płaszcz francuskiej licealistki Grzegorz przewiewa na wylot, a przecież arktyczne powietrze dopiero idzie! Nie wiem co to będzie, ale jakoś się nie boję – październik minął błyskiem, gorzej nie będzie. Podsumowanie przedstawia się jak poniżej.

 

Trzy weekendy temu Węgorzewo – spacery z płaczącym z kieszeni kociątkiem, które całe mokre wypełzło na moje i ulczyne buty ze sterty liści; od pani w aptece dostałyśmy kartonik mleka Klara i strzykawkę do karmienia, od straży miejskiej telefon i adres budki ratunkowej, brnęłyśmy przez rzeki błota, właziłyśmy na drzewa, pokonywałyśmy płoty, a ta piszcząca kulka wspinała się po szaliku i wysysała mleko z zagłębienia dłoni; wszystko skończyło się dobrze. Jedzenie przy okazji: pieczona dynia, kasza jaglana, ciastka imbirowe, krakersy serowe Smitten Kitchen, bardzo dużo orzechów, herbaty i wina.

 

Dwa weekendy temu łóżko na Grochowie – niekończący się maraton Friends, opowiadania Strout, felietony Masłowskiej, ciężka foremka zwykłego makaronu z ragu bolońskim i mozzarellą, chrupkie końce rurek, potrzeba węglowodania.

 

Weekend ten najświeższy – wycieczka do Wrocławia na parapetówkę (taką prawdziwą o zapachu tynku, z siedzeniem na podłodze i myciem rąk w bidecie, mój wkład: wiadome ciasto śliwkowe), pad thai i pampucha z szarpaną wieprzowiną, sosem majonezowym i orzeszkami w Ośmiu Miskach (na szczęście nie słabną) oraz śniadanie w pięknym acz nędznym Dinette. Z całego stołu talerzyków najlepszy był ten z drożdżowym rogalem z wiśniami i czekoladą.

 

Jestem bezsłowna i nie mam nic ciekawego do napisania. Zostawię tu tylko sobie za pamięci dwa kąski: lazanię z zieleniną i orzechami laskowymi Yotama czekoladowe ciasto Nigela z orzechami laskowymi, rozmarynem i rodzynkami w sherry. Cały ten rozdział jest miłością, ale pewnie go widziałaś, moje bycie na bieżąco kończy się tam, gdzie strefa komfortu.

 

k.

 

 

18 października, złota środa

nie myślałam, że w tym roku będę jeszcze jadła śniadanie pod niebem i suszyła włosy na słońcu. prawdziwy „nieśmiertelnik żółty- październik”, tuwim pewnie pisał swoje „wspomnienie” w taki właśnie czas (bądź o takim czasie). pięknie jedzie się teraz przez polskę- wszędzie złoto- złote drzewa, pola, lasy, słońce, ranki, wieczory, łąki i zupa jabłkowa mojej mamy (pyszna, z lanymi kluskami, później jeszcze gęsta śmietana, tłusta kremówka i cynamon).

 

w sobotę siedziałam pół dnia na wielkiej płachcie pod rudymi brzozami, jedną smukłą sosną (z tych nadmorskich) i dziką czereśnią, w kapeluszu od słońca, z dłońmi zajętymi pracą i myślałam, bez tych wszystkich codziennych wątpliwości, że świat jest wspaniały, że życie wspaniałe, a wykopki mogłyby być codziennie. dzień minął na odcinaniu botwiny i wąsów burakom, naci pietruszce i marchwi, gęstych włosów selerowi, przeglądaniu i myciu tych naci i włosów. w międzyczasie ostatni w tym roku zbiór malin, tata przyniósł wiadomość o śmierci anny szałapak (za którą właściwie nie przepadałam, ale wieść niespodziewana, w piątek jechałam do domu w towarzystwie jej i piosenek ze „sztukmistrza w lublinie”, śpiewałyśmy razem o uciszaniu serc), przerwa na pachnące dymem kiełbaski, wieczorna przechadzka z psami i ze słońcem zachodzącym nad płaskim policzkiem szczelińca. ten żółty nieśmiertelnik dalej trwa, tylko co z tego- już kraków, mojej pracy nie sposób wynieść pod niebo, nie mam nawet balkonu. pozostają rwane przechadzki i bieganie w liściach (i słuchanie na przykład rozmowy z urszulą zajączkowską- to w radiowej dwójce- która dostała w tym roku nagrodę kościelskich i którą widziałam rok temu na festiwalu conrada, gdzie razem z łubieńskim opowiadała nam przyrodę w zadziwiający sposób, bezpośredni, trochę naiwny i czuły, jak w to wierzę).

 

przemarsz wierszy jesiennych- „mittelbergheim” miłosza, herbert („późnojesienny wiersz pana cogito przeznaczony dla kobiecych pism”) i ostatnio ulubione- „napiętnowanie jesieni” hartwig (wspaniałe!) i powrotna piosenka z gór, „z wiatrem” baczyńskiego (ładnie wyśpiewana przez turnaua). szukam w nich i w sobie zgody na woltę klimatu umiarkowanego, która już za rogiem. ostatnio znów czytam sporo poezji i zastanawiam się, dlaczego przedostatnio przestałam. może to reakcja na dokuczliwą reakcję alergiczną na nowości wydawnicze, którą ostatnio u siebie obserwuję- wszędzie te same książki, które jaśnieją przez moment, a o których za moment nikt nie pamięta, choć każda z nich jest „wielką powieścią”; podawane w popowy sposób, który budzi mój sprzeciw, opowiadane i recenzowane przez osoby, które jednak nie powinny tego robić, bo najczęściej nie mają nic do powiedzenia. to zniechęca. tym chętniej chodzę do małego oddziału miejskiej biblioteki za rogiem.

 

jutro znowu do lasu, do ojcowa, a w dodatku będę spała w zamku niewielkim jak okruszek.

 

a.

 

 

12 października, czwartek, chrupka jesień

okna sali, gdzie w czwartki o ósmej rano mam jogę, wychodzą na teatr słowackiego, podrdzewiałe kasztanowce i pęk czerwonych, jesiennych róż. okna są ogromne, jak to w kamienicy, a pod każdym ruchem każdego ciała skrzypi leciwy parkiet. dziś przez te złote kasztanowce i złotego słowackiego świeciło słońce, grał hejnał, liście chrupały pod butami. podobno jakiś orkan czy huragan znad wysp brytyjskich przywiał do nas pogodę, która w dodatku ma trwać. to dobrze, bo jutro jadę do studzienki na wykopki, a w sobotę ma być ognisko.

 

jem właściwie sama nie wiem co, pracy po pachy, połykam coś w międzyczasie. muszę się lepiej zorganizować, wraz z jesienią wraca postanowienie o zapasie bulionu w lodówce i garnku czegoś, co można odgrzać w dwie minuty. rano najchętniej jem jajka z jabłkami, październik to jednak miesiąc pysznych renet i cortlandów. a wczoraj późnym wieczorem poszliśmy na pizzę do nolio, to niezmiennie jedna z największych przyjemności, bez względu na porę roku. aha, i lubię ostatnio gin- przypomniałam sobie o słojach ginu rabarbarowego, który zrobiłam pod koniec sierpnia, i to jest bardzo smaczne.

 

więcej mam do powiedzenia o książkach. na przykład że mnie z kolei zupełnie nie porywa filipowicz, przeczytałam cztery opowiadania i wspomnieniową książeczkę „byliśmy u kornela”, którą przyniosłam z biblioteki, i na tym chyba poprzestanę.  z rzeczy do podczytywania- to „drugie zapiski na pudełku od zapałek” umberto eco, którym urosła siwa broda i zmarszczki na buzi- przedwcześnie się moim zdaniem zestarzały- i dziennik jana józefa szczepańskiego (trzeci tom, a z lat 1964-1972), codzienny i zwyczajny, lubię go rano do kawy. ponadto utknęłam w „szopce” papużanki i w wańku, i nie umiem się zdecydować, czy doczytać te książki do końca, czy machnąć ręką. wczoraj dostałam od matko franzena i barnesa, w obliczu franzena i barnesa papużanka z wańkiem dużo tracą.

 

wstaję z kurami, bo boję się korków w krakowie. nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam wyspana, ale to moja wina, chyba po prostu nie umiem i nie lubię się wysypiać.

 

a.

12 października, czwartek, leje

Mam mąkę na czole i pocięte dłonie, od twardej skórki warszawskich bagietek, których dziesięć testowaliśmy dziś w redakcji. Wszystkie były marną namiastką Francji, ale najlepiej smakowała nam ta z Saint Honoré – pełna błyszczących dziur i upudrowana. Ubiliśmy do tego wszystkiego masło z litra śmietanki (odlana maślanka smakowała jak królestwo, naprawdę), a Monika przyniosła dżem z gostomskich truskawek. Nie wyobrażam sobie lepszego scenariusza na bury czwartek i dorzucę do tego poranny balet i wolny wieczór. Z kolei tydzień temu przy tym samym stole zjadłam jedno z lepszych ciast tego roku, które w ramach testów przepisów upiekła Diana – ciężkie od syropu różanego, przykryte kołdrą z kwaśnej śmietany, wreszcie posypane pistacjami migdałowe cudo Yotama, z jego nowej książki, o której marzę jak o żadnej innej – w kwestii deserów ani na rynku wydawniczym ani w moim życiu dawno nie wydarzyło się nic równie porywającego.

 

Z ostatnich przygód na mieście: Kieliszki na Próżnej nakarmiły nas wczoraj ziemniaczanym rosti z jajem w koszuli i truflą, złotymi kapeluszami rydzów, serem i masłem, a na deser domową krówką z prażonymi orzechami laskowymi, chrupkim słonym ciastkiem i gałką lodów waniliowych. Tak rozpoczęły się jesienne obchody Restaurant Weeka. W planach jeszcze Dom Wódki, Dyletanci, Rozbrat20 (tak smutno wspominam tę drożdżówkę z malinami, którą podzieliłyśmy dawną wiosną czy jesienią, pamiętasz?) i U Tato, nowy Gruzin z Mokotowskiej.

 

Z przygód domowych: blacha ciasta pietruszkowego (z braku marchwi) z mąki migdałowej, z kokosem i pekanami, rumianego od korzennych przypraw, a po upieczeniu zalanego jeszcze gorącym masłem, miodem i maślanką (o tego). Pierwsze ciepłe kawałki zjedliśmy po długim deszczowym spacerze z Chałką, a popite mlekiem smakowały naprawdę rozkosznie, ale chyba tego nie powtórzę i nie polecę – nie wiem o co mi chodzi, ale rzadko kiedy jakiekolwiek ciasto smakuje mi dłużej, niż przez jeden dzień (za wyjątkiem sernika). Z kolei na obiad tego dnia zjedliśmy dwie podusie polenty, sos z szembeckich podgrzybków (od Liski) i uduszony z czosnkiem i skórką cytrynową tęczowy bukiet boćwiny i czarny jarmużu („wet polenta, winter greens” z niebieskiego tomu dzienników Nigela). Przez kolejne dni dojadałam ją jeszcze z prostym sosem pomidorowym, tym samym utwierdzając się w przekonaniu, że jedzenie które lubię najbardziej, to jedzenie dla ludzi bezzębnych. Przedwczoraj po raz pierwszy w życiu ugotowałam kapuśniak (z szembeckiej kapusty kiszonej, wspaniała, mogłabym jeść jak czipsy). Dramatycznie nie mam ochoty na mięso, za to codziennie na czekoladę. Poranne i popołudniowe spacery z Chałką są już po ciemku, a mimo to bardzo mi dobrze w tej porze roku, w swoich jesiennych ubraniach, książkach, piosenkach i zaplanowanych wycieczkach. Chyba już wiemy, gdzie chcemy urządzić przyjęcie ślubne. Ciekawe, czy zgadniesz.

 

Boże, daj sałaty, dziesięć bułek z masłem to jednak bardzo dużo.

 

k.

9 października, poniedziałek

Najpierw był ciężki kawałek quiche lorraine i pomidorki koktajlowe na ławce w parku, i jeszcze smukłe jambon beurre z Maison Landemaine, który mieliśmy prawie pod domem. Płynący reblochon i roquefort, drapiąca podniebienie, mocno opalona wiejska bagietka, solone masło z Bretanii i ciemne, drobne winogrona Muscat i to wszystko rozłożone na kraciastej poszewce kołdry, butelka Cotes du Rhone, dwie szklanki.

Pain au chocolat na trzy kęsy, pomięty croissant, pudełeczko fromage blanc (cztery procent tłuszczu, idealnie), herbata i mleko z widokiem na budzącą się nieśmiale jedenastą dzielnicę. Słońce liże dachy dopiero koło godziny 9, ale i wtedy trzeba mieć szalik i parasol. Bretońskie naleśniki w Breizh Cafe, kocham tę gryczaną koronkę, z płynącym jajkiem, gotowaną szynką, comte i kęsem masła topiącym się powoli na ciepłym brzegu. Sałata.

Kouign-amann, znów Bretania, do której chyba przynależę (chłodek, wiatr, sól w maśle i karmelu, naleśniki, jabłka – francuska Norwegia, poproszę za rok!), cudo jakiego jeszcze w ustach nie miałam, chrupiące cukrem i pełne masła, kupione na targu na Bastylii i po kęsie zjedzone w długiej deszczowej kolejce do Centre Pompidou (jeszcze Hockney, okazało się, że abstrakcja to dla mnie abstrakcja, ale portrety (par!), szkice, zdjęcia – miód). Na kolację wołowy tatar z frytkami, młode listki sałat z mocnym winegretem, kieliszek rosé.

Połówka bagietki z masłem i konfiturą, croissant listkujący się jak książka, kubek kawy, bochen chleba z miso (to już do plecaka). Montmartre pod prąd, nieznośnie tłoczny, nie wiem czemu zawsze tam jeżdżę, ale pewnie nie przestanę. Mrożona herbata, gardło i palce w KB, spacery po raz setny tymi samymi kątami, na obiad ciemne Buvette i wreszcie warzywo – sałatka z buraczków z siekanymi migdałami, cierpkim winegretem i łychą creme fraiche oraz dwa dymiące wulkany w ceramicznych naczynkach – hachis permentiere i brandade z porem, oba pełne puree i uszczelniające szpary w szaliku. I jeszcze tylko kilka sztabek comte do plecaka, kostka masła (zabrali nam na lotnisku, chociaż tak walczyłam!) i dom, gdzie czekał stęskniony pies i mój brat, który dostał się właśnie na doktorat do Gandawy (łączy nas moja droga genialne rodzeństwo) i ugotował nam (ale nie z tej okazji) pachnący tadżin z kurczaka z oliwkami i kuskusem. Odkąd w Warszawie jest Aromat i Krem, można tęsknić mniej, ale masło we Francji jest tańsze i to jest skandal i podwójny smutek, że jednak zabrali.

 

Dziś pierwszy raz pożałowałam, że nie wzięłam rękawiczek, ale rozgrzał mnie Kornel Filipowicz i jego kochana, dumna prowincja. „Poczułem, że mam w klatce piersiowej dziurę na wylot, coś w rodzaju otworów, jakie się widuje w rzeźbach Moore’a i pomyślałem, że przez ten otwór ktoś patrzący na mnie w tej chwili mógłby zobaczyć wyraźnie kawałek wnętrza mojego mieszkania ładnie wysprzątanego, z meblami, książkami, kolorowymi obrazami, a w tle nawet łąkę, rzekę, las, a może i niebo z obłokami?”.

 

k.

7 października, sobota

w ubiegłym tygodniu dwukrotnie w muzeum manggha- najpierw w sobotę na wystawie zdjęć wojciecha plewińskiego (duże wrażenie), we wtorek na wieczorku wspominkowym o julii hartwig, w deszczu i wietrze. w czwartek nobel dla ishiguro, zadowolenie. wczoraj przyznano pokojową nagrodę nobla i jednak rozczarowanie, bo miałam nadzieję, że komisja noblowska doceni i uhonoruje jednak doktora bartolo z lampedusy, prawdopodobnie ostatniego chrześcijanina na tym kontynencie. nie rozumiem zupełnie, dlaczego uhonorowany został barack obama, a pietro bartolo nie. mam z tym problem. dziś rano wracałam pociągiem z wrocławia, przez całą polskę i aż do krakowskiej niecki- w słońcu, a potem kraków pod burym niebem. dni pędzą nie wiadomo dokąd, coraz prędsze wieczory, ciemne ranki. złe wiadomości, dobre wiadomości, niepomyślne diagnozy, silne wiatry.

 

i duży apetyt. jedliśmy już słynne krakowskiego hot dogi z food trucka the dog, entuzjastyczne przyjęcie. maślana bułka, kiełbaski, marynowane w oliwie warzywa, na moim dodatkowo ser, matko oprócz kiełbaski miał w bułce pulled porka. zjadłam w tym tygodniu strasznie dużo jajek sadzonych, pewnie brakuje mi czegoś ważnego w krwiobiegu. nie mogę najeść się zielonej fasoli szparagowej i placków ze śliwkami- w tym tygodniu z przepisu nigela slatera z jego rubryki w guardianie. wczoraj we wrocławiu na śniadanie jadłam humus w kontakcie, na obiad-ciastka w nanana/u (zupełnie, ale tak zupełnie mi one nie smakują), których nie zjadłam, wypiłam za to dwie kawy. na świąteczną kolację- podwójny jubileusz dobruni, w rozszerzonym gronie kazimiersko-sylwestrowym- warsztat i nowe menu, które brzmi całkiem nieźle, natomiast smakuje całkiem źle. na pocieszenie kilka butelek niezłego wina, przegryzki w taszce i parę wybuchów śmiechu. dziś soczewica z tahiną i kolendrą z „plenty more”. a jutro planuję przez pół dnia dusić i odparowywać sos boloński, który zjemy ze świeżym tagliatelle.

 

październik.

 

a.